Autor: GreyVixen
Tytuł i link: Indefinite Destines
Link: www. fanfiction. net/s/6474568/1/Indefinite_Destinies

Zgoda na tłumaczenie: jest!
Przekład: chupa-Chak


1.

Ten dzień zaczął się jak każdy inny. Zaspał, dwa razy został zbesztany — przez Gajusa i Artura — trzy razy się przewrócił i dostał listę obowiązków długości swojego ramienia. Do tego przez cały czas usiłował nie szpiegować Morgany, która coś knuła — jak zwykle ostatnimi dniami. Merlin rozejrzał się, wzdychając ciężko. Artur poszedł na spotkanie w wielkiej sali ze swoim ojcem, a Gajus leczył rycerza ze złamaną ręką i oparzeniami odniesionymi podczas ostatniej próby zamachu na życie księcia przez jakiegoś czarnoksiężnika.
Merlin obwiniał się za śmierć jednego z rycerzy. Czary zawiodły go w ostatniej sekundzie. Gajus powiedział, że potrzebuje więcej treningu — jego instynktowna magia powinna być ujarzmiana i udoskonalana. To były takie czasy, jakich życzył czarodziejom. Bardzo chciał się uczyć, ale mimo to przez minione dwa tygodnie nawet nie dotknął swojej księgi zaklęć.

Nie mając świadków, szepnął:
— So mortri fe lagrith. — Ubranie zaczęło się prać, wykręcać i same składać; mikstury się warzyły, mieszały, przelewały do fiolek i same układały na półkach; zbiornik na pijawki w końcu był porządnie szorowany, a zbroja Artura, którą czyścił mozolnie do połysku przez minioną godzinę, nareszcie zaczynała błyszczeć. Znów westchnął, tym razem radośnie, przechodząc do swojej niechlujnej sypialni. Błysk w jego oczach i pokój poszedł w ślady poprzedników. Uśmiechnął się lekko i zadowolony z godziny wolnego czasu otworzył księgę zaklęć.
Przerzucał strony wreszcie zrelaksowany. Minął miesiąc, odkąd robił więcej niż tylko ją przeglądał. Za każdym razem, kiedy próbował się uczyć, Artur wyskakiwał z listą czegoś do zrobienia albo, co gorsza, z wyjazdem na polowanie. Po tych wszystkich razach, kiedy mógł umrzeć, powinien mieć na tyle zdrowego rozsądku, by siedzieć w zamku.
— Palant — szepnął, ale ton był raczej pieszczotliwy niż obraźliwy.

W końcu dotarłszy na interesującą go stronę, zaczął ćwiczenia. Najpierw stworzył ogień w jednej dłoni i wodę w drugiej. Potem, uśmiechając się, zacisnął palce i kuliste ciała zanikły, pozostawiając po sobie tylko uczucie chłodu i gorąca. Używanie magii zawsze dodawało mu pewności siebie, a to z kolei podsycało pragnienie bycia jej posłusznym. Za każdym razem, kiedy z niej korzystał, choćby tylko dla zabawy, czuł się wspaniale.

Krukowi zajęło trochę czasu zbliżenie się wystarczająco blisko okna Merlina, aby potem, po jeszcze kilku zaklęciach oraz uprzejmym proszeniu i dziękowaniu, wzleciał ponad Camelot. Młody czarodziej nigdy wcześniej nie dzielił umysłu ze zwierzęciem, jednak czuł swój uśmiech, gdy widział w dole ludzi zabierających się do swoich zajęć. Czuł, jak jego ciało ustępowało miejsca pazurom i skrzydłom. To było takie naturalne i wspaniałe. Wiatr był rześki i znajomy, jego serce lekkie, a ciało ciepłe.
Merlin szybował z krukiem, obaj zachwyceni, pragnący dzielić się odczuciami.
Z perspektywy ptaka — inteligentnej, a zarazem niewinnej istoty — wszystko wyglądało inaczej. Nie mogli rozmawiać w swoich umysłach, ale Merlin dzielił uczucia ptaka, choćby jego zachwyt, kiedy pokazywał mu cudowne kolory, jakich nawet druidzi nie mogli zobaczyć. Kruk nie spędził zbyt wiele czasu na obserwowaniu arsenału broni czy strażników, za to stwierdził, że barwy tkanin, które kobieta wieszała na zewnątrz do wyschnięcia, były równie interesujące co odrobina truskawkowego cukierka, jaki udało mu się skraść z wnętrza domu. Kłapanie dziobem było jedynym znakiem rozczarowania znajomością z nim.

Merlin powoli wrócił do siebie z głupim uśmiechem na twarzy, ale i uczuciem zawodu, zanim uświadomił sobie, że boli go policzek. Potem usłyszał znajome:

— Jesteś idiotą, Merlinie. Gdy przyszedłem, mop sam wykręcał się w powietrzu! Co, gdyby ktoś to zobaczył i ciebie śpiącego nad otwartą księgą zaklęć. Co, gdyby ze mną był jakiś szlachcic? Co, gdybym był z Arturem? Czy ty kiedykolwiek myślisz? Masz dwadzieścia trzy lata i nawet odrobiny przemyślności, by być ostrożnym. — Otrzymał kolejny cios grubą i ciężką książką, tym razem w głowę.
— Przepraszam, Gajusie. Chciałem tylko chwilę poczytać. — Merlin spuścił załzawione oczy, pocierając głowę trochę oszołomiony.
Mężczyzna spojrzał na niego srogo, ale potem wydawał się przyznać do porażki. Znał Merlina na tyle długo, że wiedział, iż jego perswazje nie miały żadnego sensu. Chłopak jednym uchem wpuszczał, a drugim wypuszczał.
— Masz jeszcze dziesięć minut, potem wracaj do Artura, będzie cię potrzebował dziś po południu.
Czarodziej kiwnął głową i przewrócił następną stronę, by sprawdzić jeszcze jedno małe i mniej czasochłonne zaklęcie.

o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o

Król Artur siedział na nieszczególnie wygodnym krześle przy kominku. W komnacie byli też jego najbardziej zaufani rycerze. Lancelot, Gawain, Galahad, Tristan i Kay patrzyli na władcę z wyrazem przerażenia na twarzach, wstrząśnięci jego widokiem — wyglądał na chorego. Ale nawet w depresji i wiedząc, że to wkrótce się skończy, trzymał twarz neutralną i plecy proste. Najdzielniejszy król, jakiego kiedykolwiek znano.

Lancelot przemówił pierwszy, zbyt rozsądny i lojalny, by zwlekać:
— Arturze… proszę, potrzebujemy go. Cokolwiek się zdarzyło… nie powinieneś spojrzeć ponad to w obliczu tak tragicznej sytuacji?
Gawain parsknął i skrzyżował ramiona, opierając się o ścianę w pozie typowego wojownika. Nawet żonaty, mając trzech rozbrykanych synów, wciąż nie stracił swojego ognia.
— Nie byłeś z nim w tym samym pokoju sześć miesięcy temu. Jest całkiem innym człowiekiem. Cokolwiek się zdarzyło, wątpię, żebyśmy się kiedykolwiek dowiedzieli.
Galahad zawsze ufny powiedział miękko:
— Merlin jest lojalny wobec Camelotu i również wobec ciebie, Arturze. Przybędzie, gdy będziemy go potrzebować.

Kiedy rycerze wyszli z komnaty, król pozwolił sobie na opuszczenie ramion. Wszyscy przybyli z tak daleka tylko po to, by nie posunąć się ani o krok naprzód. Artur podszedł do okna, za którym przez ciemność nocy przebijał się księżyc w pełni. W dole spało miasto, ciche i spokojne, a na wzgórzach druidzi odprawiali rytuał, prawdopodobnie w intencji obfitych plonów.
— Merlinie — szepnął. W przeciwieństwie do Galahada nie był tak optymistyczny. Czarodziej już dawno temu zrezygnował ze swojej lojalności względem niego. Szybko otarł łzy, zanim mogły spłynąć. — Och, Merlinie — szepnął ponownie, odwracając się od okna. W jego piersi panował stały ból, jakby jego serce było gdzieś indziej, oddzielone od ciała.

Artur, król Albionu, został przeznaczony, aby być wielkim i przez długie lata był.
Wielu powiedziałoby, że wciąż jest, ponieważ Camelot promieniał światłem tak ogromnym, że oślepiał lojalnością, zaufaniem i honorem. Wszystko, co król zniweczył, ginęło w cieniu jego własnego zamku. Westchnął, pocierając bark i ruszył do komnat królowej. Jednak kiedy zrobił pierwszy krok, w jego głowie rozbłysło światło, a wzrok się rozmazał. W pierwszej chwili pomyślał, że za dużo wypił, a następnie przyszła myśl czy aby nie został otruty. Ale zanim zdążył zawołać swoich strażników, sięgnął do stołu, by się podeprzeć, nie trafił i upadł na ziemię.

o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o o

Tymczasem książę Artur starał się jak mógł najlepiej nie przewracać oczami. Jeśli będzie musiał dłużej słuchać tych błahych sporów, to kogoś uderzy. Jasna cholera, pomyślał, gdy zobaczył Lorda Richarda, który bez wątpienia znów złoży skargę na owce. Rzuciwszy okiem na ojca, zauważył lekki grymas na jego twarzy i ledwo zdławił chichot, kiedy król podniósł się z tronu i ogłosił koniec spotkania. Idąc w ślady ojca, wstał z ulgą i podziękował wszystkim za przybycie. Ludzie rozluźnili się i zaczęli między sobą rozmawiać. Artur napluł sobie mentalnie w brodę, że nie kazał Merlinowi przyjść na zebranie. W końcu jeśli on, książę Camelotu, musiał być obecnym na nudnych obradach, to Merlin też powinien — mimo wszystko był absolutnie najgorszym służącym w historii. Artur przyznał cicho, że byłoby zabawne zobaczyć go desperacko szukającego ucieczki. Uśmiechnął się złośliwie, zamierzając dać Merlinowi listę dodatkowych obowiązków — na pewno jeszcze się nie uporał z tą z dzisiejszego poranka — i zaplanował polowanie na jutro, bo tylko tak mógł zobaczyć przerażenie na twarzy Merlina.
Uśmiechnięty odwrócił się do króla i gdy właśnie miał go przeprosić i wyjść, poczuł w głowie rozdzierający ból. Miał już krzyknąć na kogoś za uderzanie go, ale dostał zawrotów głowy. Czując, że traci równowagę, spróbował przytrzymać się kurczowo zmartwionego teraz ojca, jednak nie zdołał i upadł na ziemię.

W tym samej chwili Merlin siedział po turecku na łóżku, usiłując po raz piąty powiedzieć zaklęcie, które niestety było albo zbyt potężne, albo po prostu nie działało. Jednak po chwili przyszedł Gajus i przypomniał mu o upływie czasu. Wzruszając ramionami, w końcu się poddał i szybko schował księgę pod łóżkiem.