John wraca o wpół do pierwszej. Za wcześnie, czyli nie uprawiał seksu. Chyba że był to jakiś szybki numerek gdzieś w kącie, ale nie... To zupełnie nie w stylu mojego doktora. U wszystkich swoich kochanek zostawał na noc. John to stworzenie w dużym stopniu rytualizujące, lubi celebrę, zarówno przy śniadaniach, jak i w miłości. Spodziewałem się, że pójdzie prosto do siebie, ale zagląda jednak do salonu i ogarnia sytuację. Czyli pejzaż, na który składa się pobojowisko książek i gazet, skrzypce, laptop, opróżniony w trzech czwartych dzbanek z kawą, kubek, eksperyment z wieprzową golenią i baterią alkaliczną, obeschnięty nietknięty kawałek sherlotki, oraz legowisko na kanapie, zawierające dwa koce, mnie i sweter Johna (ten beżowy).

- Nie śpisz – stwierdza John.

- Cóż za błyskotliwe spostrzeżenie.

- Nie jesz i do tego nie śpisz już trzecią noc!

- No to co?

- Kiedy przyszedł Plummey, byłeś nabuzowany i przesiedziałeś noc przy komputerze, kolejnej nocy byliśmy w „Red Valentine" i zdaje się, że potem też nie spałeś, a teraz wlewasz w siebie kawę. Nie tyle nie możesz spać, co nie chcesz. Znowu masz koszmary?

- Nie.

- Sherlock, ściemniasz. – Nim daję radę zareagować, ręka Johna nurkuje pod koc i wywleka ten nieszczęsny sweter, który widocznie nie był schowany tak dobrze jak chciałem.

- A to co?

- Jest mi zimno, chciałem go włożyć.

- W czerwcu? Fetyszysta!

- A ty jesteś tani jak wózek w Tesco!

Wózki w Tesco są bezpłatne, więc obrażony John prycha i maszeruje do drzwi. Kolejna awantura zaliczona. Trzaśnięcie, kroki na schodach.

- A twoja stara jest symetryczna względem punktu – mamroczę pod nosem, nalewając sobie nową porcję kawy, choć wcale mi nie smakuje.

O dziwo, John wraca. Trzyma w dłoni pomarańczowy pojemniczek zawierający pigułki Ambienu, który wyciąga w moją stronę.

- Weź dwie. Powinno pomóc.

- Nie.

- Bierz.

- Nie chcę.

John wytrząsa pigułkę na dłoń.

- Owszem, weźmiesz tę cholerną tabletkę i pójdziesz spać, jak normalny człowiek!

- Nie jestem normalnym człowiekiem i odmawiam.

I raptem okazuje się, że jestem człowiekiem przygwożdżonym do kanapy rozzłoszczonym, siedemdziesięciokilowym, ciężarem. Ręka Johna zaciska się na mojej twarzy, palce ugniatają te bolesne miejsca u nasady szczęk, a im mocniej zwieram zęby, tym bardziej cierpię. Gdybym chciał się teraz uwolnić, musiałbym Johnowi zrobić krzywdę, na przykład coś mu złamać. Co jest naturalnie wykluczone.

- Otwórz paszczę!

Ktoś jęczy. Zdaje się, że ja. Wargi uchylają mi się same, chyba zaledwie na parę milimetrów, ale to wystarczy – czuję, jak obrzydliwa różowa tabletka ląduje na moim języku.

- Połknij!

Próbuję ją wypluć, ale John zakrywa mi usta.

- Mmmmmm! – protestuję, szarpiąc głową i próbując go z siebie zepchnąć.

Oddech Johna czuć piwem i whisky. Wypił dużo, jest mocno nietrzeźwy. Pachnie drewnem i woskiem do polerowania, obcymi ludźmi, swoją tanią wodą kolońską i lekko chemicznym zapachem kosztownego Comme Des Garcons Tar. Niewątpliwie pozostawał w bliskim kontakcie fizycznym z dentystą, a tamten ma pieniądze i lubi o siebie zadbać. Żadnego seksu, brak woni spermy. Wargi Johna są odrobinę obrzmiałe i bardziej różowe, całowali się. John jest tak blisko, że niemal stykamy się nosami. Czuję zapach jego skóry i wiem, że dotykał starego metalu, bo w nozdrza uderza mnie nuta rdzy.

Oddycham coraz szybciej, gorycz Ambienu obezwładnia mi język. Uda Johna ściskają moje biodra, prawe przedramię uciska pierś, a lewa dłoń spoczywa na ustach. Czuję jak pod moimi palcami falują jego żebra i jesteśmy tak bardzo blisko siebie, w tak intymnej pozycji... Przeszywa mnie dreszcz, który bierze początek w dole brzucha, obejmuje biodra, pośladki, pędzi wzdłuż kręgosłupa, stawia mi włosy na karku i rozprzestrzenia się milionem iskier po ramionach.

- Panda. Jesteś pandą, wiesz? – mówi John niespodziewanie.

Opuszcza dłoń, oblizuje usta, a potem mnie całuje. Jego wargi są ciepłe i wilgotne, a ich dotknięcie trwa zaledwie parę sekund, lecz to wystarczy, by gdzieś w okolicach przepony wybuchł mi fajerwerk. To chyba te „motyle w brzuchu", o których mówiła pani Hudson... Transport twierdzi, że owszem, bardzo mu się podobało i jest gotów na więcej. Z wrażenia przełykam pozostałość tej przeklętej tabletki.

- Dlaczego... panda? – wykrztuszam głupio.

John wstaje, rozluźnia szyję i ramiona. Nie będzie nic więcej. Nie dziś.

- Wydedukuj. Jesteś ostatecznie cholernym detektywem. Dobranoc.

Idzie pod prysznic, a ja kulę się na kanapie w stanie szoku i nadal nie mogę się otrząsnąć, kiedy przechodzi koło mnie po raz wtóry, już w szlafroku, ziewając przeraźliwie.

Panda? Dlaczego panda? Pod jakim względem jestem podobny do grubego czarno-białego niedźwiedzia? Z tą myślą powoli zapadam w odmęty bladego postnarkotycznego snu, pełnego futra, pomruków i pieszczot.

888

Nawaliłem się jak świnia – jak inaczej wytłumaczyć moje zachowanie? W normalnych warunkach nie użyłbym przecież wobec Sherlocka siły, nie bredziłbym o pandach, a już na pewno bym go nie pocałował. W usta!

Teraz stoję pod prysznicem, ciepła woda leje mi się na głowę, a ja się zmagam z kłopotliwą erekcją. Wciąż mam pod powiekami obraz Sherlocka w tym jego straszliwym legowisku, z miną zahipnotyzowanego królika, w którego właśnie wjeżdża wielka, rycząca, świecąca reflektorami ciężarówka. Wymiętosiłem go, pocałowałem, a on tylko: „Dlaczego panda?" Wielki Boże! Pocałowałbym go jeszcze raz. I drugi, i trzeci. Przećwiczyłbym na nim wszystkie fazy francuskiego pocałunku. Zdarłbym z niego ten niebieski szlafroczek, idiotycznie przepłaconą piżamę i rysował językiem ścieżki po całym jego bladym, smukłym, muskularnym ciele. Oplótłby mnie tymi swoimi długimi nogami, a ja sprawiłbym, że zacząłby krzyczeć moje imię, prężąc się pode mną w ekstazie. Tymczasem to ja się wyginam, dochodząc w mniej niż dziesięciu ruchach, wyję do sufitu jak wilkołak – jednak bezgłośnie – a woda zalewa mi oczy i wypełnia otwarte usta.

I koniec. Żadna z tych fantazji zapewne nie dojdzie do skutku, bo to ja jestem pandą, a Sherlock znerwicowanym chłopcem, który sypia z moim swetrem.

Myślę o tym nadal, kiedy już leżę w łóżku.

Nie powiedziałem tego Carterowi i nie zdradzę nigdy nikomu, żeby nie upokarzać Sherlocka. Sherlock Holmes fizycznie jest dorosłym mężczyzną, umysłowo cholernym geniuszem, a emocjonalnie dzieckiem. Ma potrzeby uczuciowe i seksualne, ale przypuszczam, że na poziomie „ja chcę lizaka, daj mi!". A lizak może okazać się niesmaczny, niezdrowy i psujący zęby. Nikt dorosły i odpowiedzialny nie uprawia seksu z dzieckiem, a seks z Holmesem byłby psychiczną pedofilią. Co by było, gdybym jednak zaryzykował, rzucił się głową naprzód w to szaleństwo, a Sherlockowi by się nie spodobało? Gdyby poczuł się rozczarowany? Albo gorzej: wykorzystany i skrzywdzony? No i bardzo, bardzo cicho przyznaję się sam przed sobą, że zwyczajnie boję się Mycrofta. Żywcem obdarłby mnie ze skóry, gdyby się dowiedział, że posuwam jego młodszego brata. Mającego więcej dysfunkcji, niż „Titanic" zdobył Oscarów. I nie jestem pewien czy posuwanie w drugą stronę robiłoby Holmesowi Starszemu jakąś różnicę.

Rano oczywiście mam kaca. Fizycznego i chyba także moralnego. Pierwszy desperacko zwalczam słodką herbatą z miodem, witaminą C oraz Ibupromem, a co do drugiego, kłamliwie usiłuję sobie wmówić, że nic się nie stało.

Sherlock siedzi z laptopem na kolanach i grzebie w sieci, a kiedy mimochodem zerkam na ekran, widzę fotografie pand. Niech to...! Czego ja się spodziewałem - że Holmes, ten Holmes zapomni o sprawie i odpuści? Swoją drogą, ciekawe, czy wpadnie na właściwy trop. Metafora o pandowym seksie należy do tych dość hermetycznych i mylących, w dodatku leży w rejonach podpisanych „hic sunt affectus"1 tak samo jak na starych mapach ostrzegano „hic sunt leones".

Sherlock udaje, że jest bez reszty zajęty researchem, ale dostrzegam, że unosi głowę i zerka na mnie, kiedy myśli, że nie patrzę. A ja udaję, że nie widzę, że on patrzy. Taniec pand trwa w najlepsze. Gdyby Carter tu był, umarłby ze śmiechu. Przez moment wyobrażam sobie, jak staję przed Sherlockiem i pytam prosto z mostu: „Chcesz się ze mną przespać?" Albo nie, bo gotów uznać to za zaproszenie do wspólnego spania w legowisku na podłodze w salonie, tak jak to już miało miejsce. „Czy chcesz ze mną uprawiać seks?" – bardzo bezpośrednie, bardzo holmesowe, nie pozostawiające pola manewru. Chyba. „Czy będziesz ze mną uprawiać seks? Tutaj, teraz, na tej kanapie?" Boże miłosierny... A gdyby powiedział „nie"? A gdyby powiedział „tak"? Sam nie wiem, której możliwości bardziej się boję. Niezależnie co powie, nadal emocjonalnie jest dzieciakiem, nie do końca świadomym, na co się decyduje. I nawet nie mam pojęcia, od czego mielibyśmy zacząć! Może jednak powinienem przyjąć propozycję Cartera? Przynajmniej bym się od niego czegoś nauczył.

Wspomnienie o panu stomatologu podsuwa mi jeszcze jedną myśl. Carter uparcie nawiązywał do mojej wojskowej przeszłości, nazywał „kapitanem" i parokrotnie sugerował, że na pewno obłędnie wyglądam w mundurze. A znowu Sherlocka onegdaj przyłapałem na oglądaniu gołego komandosa. Pseudokomandosa, ściślej mówiąc. Co oni z tymi mundurami...?

Nie miałem na sobie uniformu od ponad dwóch lat, zresztą nawet jako żołnierz nie myślałem o tym, że mundur mógłby być seksualnym wabikiem. Galowy wkładało się od wielkiego dzwonu, a ten codzienny był po prostu spraną, wypłowiałą szmatą, wygodną jak druga skóra. Niby jestem od dwóch lat zdemobilizowany, ale czasem łapię się na tym, że stare odruchy nabyte w armii nadal działają. Czyżby Holmes i Carter widzieli właśnie tę „drugą skórę", prześwitującą przez cywilne ciuchy?

Moje stare armijne łachy, łącznie z pustynnymi butami, nadal spoczywają w pudle pod łóżkiem - tam, gdzie je wepchnąłem tuż po przeprowadzce na Baker Street. Teoretycznie powinienem był je zdać do magazynu, lecz tak naprawdę nikt tego nie robi, a magazynierzy spokojnie wypisują kolejne protokoły zniszczenia tego czy owego. Tak było też w Ghazni: sierżant z zaopatrzenia po prostu przyniósł mi nową kurtkę w miejsce tej przedziurawionej kulą (nieprzepisowo), a potem, kiedy stało się jasne, że nie wrócę na front, podsunął mi do podpisania świstek głoszący, że mój mundur polowy uległ zniszczeniu w trakcie pełnienia obowiązków służbowych w parku maszyn (jeszcze bardziej nieprzepisowo i do tego kompletnie niezgodnie z prawdą). Niech go Bóg chroni, poczciwca.

Nabieram ochoty, by znów poczuć prawie już zapomniany dotyk wojskowego drelichu. Tylko czy wejdę w swoje stare portki? W Afganistanie wszystko ze mnie spadało – sporo stresu, dużo pracy w ruchu. Podczas przymusowej bezczynności w szpitalu utyłem prawie cztery kilo, za to straciłem na masie mięśniowej. Późniejsza mozolna fizykoterapia i regularna gimnastyka w domu pozwoliły mi zrzucić oponkę, ale nadal nie mogę pozbyć się wrażenia, że zrobił się ze mnie miękki misiek.

A jednak... O dziwo, stary kamuflaż pasuje jak ulał, w ogóle nie pije w pasie, a sprany T-shirt całkiem ciasno opina bicepsy. W kieszeni kurtki nadal tkwią moje nieśmiertelniki – tylko gumki na nich sparciały i popękały. Mimo to zawieszam je na szyi, a blaszki brzęczą cichutko o siebie.

Właściwie nie wiem, co mi strzela do głowy, że schodzę do salonu w całym tym rynsztunku. Może chciałem zobaczyć reakcję Sherlocka, a może po prostu choć przez godzinę znów poczuć się jak kapitan John H. Watson z Piątego Pułku Strzelców Northumberlandzkich, a nie doktor Watson.

Sherlock porzucił laptopa na rzecz jakiegoś eksperymentu na stole kuchennym. W skupieniu gapi się w okular mikroskopu, ale kiedy wchodzę odrywa się na moment od swojego zajęcia i unosi jedną brew z lekkim zdumieniem.

- Odgrzewanie starych wspomnień?

- Tak jakby.

Wzruszam ramionami i robię sobie kawę. Holmes nadal tkwi niby to zanurzony po uszy w eksperymencie, ale doskonale wiem, że mnie obserwuje. I na pewno pod tymi loczkami kręcą się miliony trybików, a pan detektyw skanuje, kalkuluje i oblicza, z jakiego to powodu (kryzys wieku średniego?) doktor zdecydował się naciągnąć swoją starą wojskową skórę.

888

John w mundurze wygląda całkiem odmiennie, nawet inaczej się porusza. Kiedy ja podczas śledztwa udaję kogoś innego, gram rolę, prezentuję cechy, które powinna mieć dana osoba, ale jest to oczywiście sztuczne. Incydentalnie któraś z tych postaci jest na tyle rozbudowana, iż odnoszę wrażenie, jakby przejmowała nade mną częściowo kontrolę. Tak było z Benedictem Bergerem, w którego dla bezpieczeństwa przeistoczyłem się na szereg miesięcy. Jednak John nie gra. To jest ten drugi John. Kapitan Watson - żołnierz, który egzystował koło mnie przez dwadzieścia minut w bazie Baskerville, jego drugie oblicze, tak samo prawdziwe i równoprawne jak postać lekarza. John-doktor robi mi herbatę, zrzędzi, że za mało jem i namawia do oglądania odcinków, nomen omen, „Doktora Who". Natomiast John-żołnierz biega ze mną po ulicach Londynu, swego czasu rozbił nos szefowi policji i to właśnie on trafił z dalekiego dystansu, przez okienną szybę, taksówkarza-geniusza z tętniakiem. Johna-żołnierza miałem okazję oglądać nad basenem, otulonego oliwkową parką która okazała się wypchana semtexem. Pamiętam to pierwsze uczucie straszliwej zdrady, jakby ktoś mi zadał cios w brzuch, a potem natychmiast falę spokoju, kiedy kapitan Watson, patrząc mi w oczy, mrugał: trzy szybkie, trzy wolne, trzy szybkie. SOS – powszechna metoda sygnalizacji w służbach specjalnych, kiedy nie można się poruszyć ani nic powiedzieć, bo wróg jest tuż obok.

A teraz ten żołnierz paraduje z kubkiem kawy po kuchni i salonie, i niech to diabli, wygląda naprawdę BARDZO pociągająco.

Lustro nad kominkiem nie spełnia dobrze swojej roli, więc John idzie przejrzeć się w dużym lustrze w łazience, a ja ostatecznie rzucam badanie pleśni pod mikroskopem. Moja irytacja powraca. Panda! Skąd ta panda? Przez prawie godzinę szperałem w Internecie, przeglądając materiały o tych przeklętych pandach i mógłbym na ich temat napisać obszerny artykuł do „National Geographic" albo nawet do „Science". I nic się nie zgadzało, może tylko poza kolorami, bo też jestem mniej więcej czarno-biały. Nie obżeram się do nieprzytomności bambusem (ani niczym innym), nie jestem gruby, nie jestem puchaty, nie jestem powolny, nie żyję samotnie na swoim terytorium... W każdym razie nie obecnie.

Idę za Johnem do łazienki, staję za jego plecami, kiedy pan kapitan się przegląda w lustrze.

- Nie jesteśmy już tacy młodzi... – mówi z uśmiechem i salutuje żartobliwie.

Wbrew tym słowom John wygląda w pustynnym kamuflażu zaskakująco młodo. Znacznie młodziej, niż w swoich codziennych koszulach i swetrach. Lekko podpuchnięte dolne powieki raptem przestają być świadectwem hulaszczej nocy spędzonej w pubie, zaś zmarszczki w kącikach jego oczu stworzyło mocne afgańskie słońce, a nie przedwczesna starość. Nawet srebrzyste nitki w tych nieznośnych Johnowych włosach niedookreślonego koloru jedynie istnieją, są po prostu częścią Johna Watsona, którego... chcę dotknąć.

Małe kroki, tak, pani Hudson?

Nigdy wcześniej nie widziałem Johna w mundurze, ale nie widziałem go też bez munduru. Małe kroki? A przecież zawsze trzeba zrobić ten pierwszy. Jeśli teraz się nie odważę, to nie odważę się nigdy.

Delikatnie zsuwam z ramion Johna mundurową kurtkę i zrzucam ją na podłogę.

- C-co robisz? – niepokoi się.

- To eksperyment – mówię i nawet nie mijam się z prawdą. To rzeczywiście jest eksperyment. Być może największy, najważniejszy w życiu, taki, który zadecyduje o całym moim dalszym losie. Czuję, jak serce bije mi coraz szybciej. Kładę dłonie na ramionach Johna i gładzę je lekko. Są ciepłe i przyjemne w dotyku. Na kark doktora wypływa krwisty rumieniec i dopiero wtedy widać wyraźnie, że jego szyję pokrywają bardzo delikatne, jasne włoski – całkiem jak trichomy na powierzchni liścia. Nigdy nie czułem chęci, by dotykać liście (poza czysto naukową), a teraz owszem, mam ochotę leciutko przesunąć palcem po karku Johna, nauczyć się i zachować w pamięci to uczucie. Chcę go poznać całego, łącznie z blizną po kuli, którą tak wstydliwie chowa.

- Daj spokój, Sherlock, to nie jest... odpowiednie – mówi John i lekko dotyka mojej ręki, ale nie odsuwa jej, nie zrzuca z ramienia. Widzę jego oczy w lustrze: jasnoniebieskie, jak woda w jeziorze, rozszerzone i szkliste. John kurczowo przełyka ślinę. Małe kroki...

- Chciałbym zobaczyć - szepczę.

- Co?

- Co masz pod spodem. Mogę?

Nie pada słowo „nie", więc powoli zdejmuję z Johna miękki, sprany T-shirt, a doktor unosi ręce, by ułatwić mi zadanie. Po raz pierwszy widzę Johna Hamisha Watsona w całości. Prawie w całości. Umięśnione ramiona, dość masywna pierś, płaski brzuch, jednak bez tak zwanego „kaloryfera", zagłębienie pępka... Wzdłuż lewego obojczyka ciągnie się długa, wygięta szrama – różowa, pomarszczona – przypomina jaszczurkę lub chińskiego smoka, który śpi na Johnowym ramieniu. Jest piękna.

Jest dla mnie absolutnym cudem, bo wiem, że gdyby przed laty Johna nie trafiła wraża kula, wyrywając go z żołnierskiej egzystencji, nigdy nie zaistniałby w moim życiu. Nie wróciłby w odpowiednim czasie do Anglii, nie spotkałby Stamforda. Mieszkałbym na Baker Street sam – dopuszczam możliwość, że niezbyt długo, gdyż na ulicach Londynu już wówczas polował Jeff Hope ze swoim słoiczkiem pigułek i podróbką Browninga. Nie byłoby nikogo, kto uratowałby mnie przed śmiertelną – dosłownie - nudą i mną samym. Połknąłbym tamtą pigułkę i ległbym pod czarnym nagrobkiem, nareszcie cichy, spokojny i obojętny, albo wyszedłbym z tego cało – lecz nadal ogarnięty nudą – i znów szukałbym adrenaliny lub śmierci, aż w końcu bym ją znalazł. W tamtej egzystencji nieistnienie zdawało się wygraną, zwycięstwem, lecz nagle pojawił się John i zmieniło się wszystko, absolutnie wszystko.

John ze swoją poranną kawą, skłonnością do niemodnych swetrów, upodobaniem do filmów z Bondem, głupią mądrością, oraz z rękami, które w zdumiewający sposób potrafią zarówno zadawać, jak i koić ból. John jest szaleńczo odważny i jednocześnie przezorny, potrafi być delikatny i twardy jak kamień, umie zabijać bez najmniejszego wahania i tak samo bez wahania ofiarować własne życie w zamian za czyjeś. Cudowny, zachwycający paradoks zwany John Hamish Watson.

Głaszczę sennego afgańskiego smoka na Johnowym barku.

- To tutaj...

- Mam tam tytanowy mostek. Kula strzaskała obojczyk. Uszkodziła tętnicę i nerw, powodując tymczasowy niedowład... Operowali mnie – mówi John zamierającym głosem, jakby wypowiedzenie każdego kolejnego słowa kosztowało go dużo wysiłku.

- Wiem – odpowiadam głupio.

Oczywiście, że wiem. Znam na pamięć jego historię choroby, suche naukowe nazwy - wszystko, co potrafił wpisać w rubryczki lekarz prowadzący. Nie umiał tylko wpisać tego, co widziałem wówczas, na samym początku, w twarzy mojego doktora i czego nie umiałem wtedy nazwać, póki John nie nauczył mnie tego swoimi własnymi tajnymi metodami. Z nieskończoną cierpliwością, jakby mimochodem, niezauważalnie, krok po kroku, aż umiałem znaleźć właściwe określenia: smutek, nadzieja. A teraz, również dzięki niemu, umiem rozpoznać jego lęk. Boi się, tak samo jak ja.

Całuję mszysty kark Johna, a jego zapach powoduje krótki zawrót głowy.

Nie bój się, nie skrzywdzę cię, nie zrobię nic, czego byś nie chciał. Wystarczy, że powiesz „nie", a natychmiast odejdę. Zaakceptuję to, że mnie nie chcesz, że nie dosięgam twoich standardów – to mnie zaboli, ale przecież życie nigdy nie układa się idealnie, prawda?

Ale John nie mówi „nie", tylko oddycha ciężko, rumieniąc się i blednąc na przemian. Półnagi, odsłonięty, bezbronny... Nie mam co prawda blizn, które mógłbym mu pokazać we wzajemnym akcie zaufania, i John widywał mnie już wielokrotnie w stanie półobnażonym, bo nie mam problemu z nagością, o ile tylko nikt mnie nie dotyka. Może jednak poczułby się lepiej, gdybym również pozbył się koszuli?

Małe kroki.

Mam tak jasną skórę, że John przy mnie wygląda jakby spędził urlop na Karaibach. Holmes – karton mleka. Odtłuszczonego. Świr z zębami świstaka. Na co ja właściwie liczę? Ale John nadal nie mówi „nie", ani „przestań", nie odpycha mnie. Właściwie nic nie robi, stoi tylko jak słup, obserwując mnie poprzez lustro. Ostrożnie obracam go twarzą ku sobie.

- John... Czy ja jestem atrakcyjny? – Zabrzmiało to chyba niezamierzenie błagalnie. Proszę, John, powiedz, że jestem. Przynajmniej trochę. Nie spędzam godzin na siłowni, nigdy w życiu nie byłem na solarium, mam tragiczny zgryz, seks znam wyłącznie w teorii, ale – proszę, proszę - daj mi szansę.

- Obiektywnie...? Ch-cho-cholernie. – John omija mnie wzrokiem.

Obiektywnie. Jestem przystojny obiektywnie. Mówił mi już coś takiego podczas wspólnej kolacji u Angela: jestem bardzo przystojnym facetem i nie powinienem mieć problemów z poderwaniem kogokolwiek. Nic prostszego: iść do jakiegoś nocnego klubu, przywdziewając efektowną formę Bena Bergera, zwabić do łóżka jakiegoś zaślepionego frajera – tylko co potem? Do jakiego momentu starczyłoby mi opanowania? Na jakim etapie zacząłbym uciekać, targany mdłościami? Problem w tym, że ja nie chcę kogokolwiek. Chcę właśnie Johna. Bo on mnie może dotykać. Bo jemu ufam. Bo tylko jego pragnę.

- Dobrze. – Prowadzę Johna do sypialni, popycham łagodnie, aż krawędź łóżka podcina mu kolana i pan doktor w randze kapitana przewraca się na plecy.

- Sherlock, ja... ja nie wiem, czy to dobry po-po-pomysł.

Wciąż nie jest to „nie, nie chcę, przestań". John ma wątpliwości. Ja też mam wątpliwości, ale jednocześnie mam dość tego okrutnego zawieszenia, nieznośnej huśtawki emocji i zazdrości wypalającej mi trzewia. Niech wszystko się zdecyduje tu i teraz.

Chcę Johna. Chcę, żeby mnie wybrał. Ja już zdecydowałem. Pora, żeby zdecydował się John. Ja czy Carter Moore?

Klękam nad Johnem, otaczam kolanami jego biodra, naśladując pozycję doktora z ubiegłej nocy. Opieram dłonie na kołdrze, po obu stronach jego głowy. Wystarczy, że ugnę łokcie i nasze wargi się zetkną.

- To jest świetny pomysł, John – szepczę. – Naprawdę.

Nie mam odwagi pocałować go w usta. Nawet nie wiem, czy potrafię. Nigdy tego nie robiłem. Nie liczę tych niezdarnych i całkowicie nieudanych prób w wieku nastoletnim. To John jest tym doświadczonym, ale nic nie robi, czeka na moje działania. Czy może czeka, aż przestanę i go wypuszczę z pułapki? Nie, nie chcę żeby tak było...

Dotykam wargami brody Johna – mimo porannego golenia nadal jest lekko szorstka – potem całuję wojennego „smoka", a ręce kapitana obejmują moje plecy. Ma zimne dłonie, jest zdenerwowany. Jego dotyk wzbudza na mojej skórze miliony drobnych ukłuć dreszczy. Przyjemnie. Motyle w brzuchu - och, jakim cudem te bezsensowne metafory pani Hudson zwykle okazują się prawdziwe? Nareszcie nasze ciała stykają się, mogę go objąć, zanurzyć się w strefie Watsona.

- Mój piękny żołnierz...

Jest piękny. Naprawdę. I jest podniecony, nie mogę się mylić, będąc tak blisko. Może i John Watson jeszcze się waha, ale jego ciało już zdecydowało, że mnie wybiera. Tu i teraz fizjologiczna strona pana kapitana krzyczy, że mnie chce. A moje ciało owszem, chętnie na to odpowiada.

Klamra wojskowego pasa, guziki od mundurowych spodni... Do licha, z zamkiem błyskawicznym byłoby szybciej! John unosi biodra, żebym mógł go rozebrać, ale jednocześnie jęczy:

- To nie jest dobry pomysł! Ja... Ja n-nie chcę...

Kłamie. Chce. A ja CHCĘ tak bardzo, że nie mogę się opanować. Zastanawiałem się, jak wygląda penis Johna – i proszę, oto mam go przed sobą. Pan doktor jest, hm... dobrze wyposażony. „Siedemnastka", jak nic.

Jeszcze trzy minuty temu mógłbym się szlachetnie wycofać, a potem udawać, że to nie było nic takiego, kolejny eksperyment. Z dziedziny socjologii, fizjologii, seksuologii, czy innej przeklętej -logii. Ale nie teraz, kiedy ręce Johna rozpinają mój pasek, manipulują przy zamku, zsuwają mi z bioder slipy. Zdejmuję buty, skarpety, gwałtownymi ruchami zrzucam spodnie, aż staję całkiem nagi wobec nowego wyzwania. Chętne ramiona Johna mnie oczekują.

Tu już nie ma miejsca na małe kroki.

Jest tylko chaotyczny, gorączkowy taniec ciał, rąk i ust.

Uświadamiam sobie jakimś fragmentem umysłu, że na dobrą sprawę jestem całkowicie nieprzygotowany. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna. W głowie wirują mi strzępy myśli o prezerwatywach, pozycjach i nawilżeniu, ale zdaje się, że w szufladzie nie mam nawet wazeliny. Kompromitacja...

888

Niech to wszystko szlag! Mam gdzieś Mycrofta i jego ewentualne obiekcje! Na podstawie usłyszanej przypadkowo krótkiej wymiany zdań między braćmi: „Nie boję się seksu"; „A skąd możesz wiedzieć?" skonstruowałem sobie całą wielką teorię o domniemanym dziewictwie Holmesa. No i jeszcze z powodu dawnego wyznania, że Sherlock seksu nie lubi. Ale czy to musiało oznaczać, że nigdy nie miał żadnych doświadczeń seksualnych? Może miał, tylko były po prostu niezadowalające i przykre? Jakie miałem prawo oceniać go z góry, a nawet wyrokować, że z tego czy innego powodu seksu uprawiać nie powinien – z powodu domniemanej choroby psychicznej? Pod względem fizycznym jest z nim całkowicie wszystko w porządku! No i czy tak się zachowuje prawiczek? Uwiódł mnie, bestia, w ciągu pięciu minut!

A jednak...

- Sherlock... Ja jeszcze nigdy... Ja jeszcze nigdy z mężczyzną... – bełkoczę jak idiota i wówczas zdaję sobie sprawę, że Sherlock dygocze w moich ramionach. Trzęsie się jak znerwicowane zwierzątko.

- Ja też jeszcze nigdy. W ogóle – odpowiada, a w jego jasnych oczach widzę niepokój.

Nigdy i w ogóle. O, jasny gwint... Nigdy, przenigdy nie byłem z dziewicą. Nawet płci żeńskiej, a co dopiero mówić o sytuacji takiej jak ta! Jak mam przez to przebrnąć? Wycofać się? Stchórzyć? Nie mogę.

Wzbiera we mnie histeryczny śmiech.

- Jesteś dziewicą? Taką stuprocentową? Jezu Chryste, jak my to mamy zrobić?

- Robiłem kiedyś research... Jakoś sobie poradzimy.

- Ty wariacie. To jest kompletne szaleństwo. Półtorej dziewicy w jednym łóżku! Z podstawami teoretycznymi! Nie mów tylko, że rysowałeś wykresy!

Research! Cały Holmes. Śmieje się, ale nadal drży. Jest pobudzony, włosy stoją mu dęba, na policzkach ma jaskrawe wypieki, oddycha szybko i płytko. Ale ile w tym jest erotycznego podniecenia, ile chęci eksperymentowania, a ile zwykłego atawistycznego lęku przed fizycznym bólem?

- Denerwujesz się? – pytam łagodnie.

- Tak. – To nadzwyczajna, rzadko spotykana szczerość w ustach Holmesa.

- Ja też. Nie musimy się śpieszyć.

- Nie musimy. – Sherlock oddycha z widoczną ulgą.

I nie śpieszymy się. Przejąłem inicjatywę. Jestem cierpliwy i ostrożny, choć instynkt krzyczy, że mam przeć do przodu, zdobywać, przełamywać, biec sprintem do celu i nasycić się orgazmem... Tylko gdzie w tym wszystkim miejsce dla Sherlocka? Zostałby beznadziejnie gdzieś z tyłu, zagubiony, i spełniłby się przewidywany czarny scenariusz: kapitan Watson-zdobywca i detektyw-konsultant sprowadzony do roli – tfu! – materaca. Ten pierwszy raz powinien być (musi być!) dla Sherlocka przyjemny. Albo chociaż zadowalający w podstawowym zakresie. Bo Sherlock wybrał mnie jako swojego „pierwszego", a to jest, u licha, niebagatelny wyraz zaufania i niemała odpowiedzialność. Więc nie zawal tego, John.

„Czy tak jest okej?" – pytam co parę minut, jakbym przeprowadzał operację na żywca. „Okej" – odpowiada Sherlock, ale coraz bardziej przypomina to rozbrajanie bomby.

Jestem po raz pierwszy w tak intymnej sytuacji z mężczyzną, w dodatku z facetem, który doprowadza mnie do regularnego kręćka – a wszystko jest jedną wielką improwizacją. Z jednej strony podniecenie rozrywa mnie niemal na kawałki, balansuję na granicy szczytowania, a z drugiej reakcje Sherlocka są kompletnie nieprzewidywalne. Jest... głośny. Całuję go, pieszczę, a kiedy obejmuję wargami różowy sutek, detektyw wydaje dźwięk po prostu nie do opisania. Wbija mi palce w ramiona z bolesną siłą, pręży się, zachłystuje i niemalże dusi.

- Sherlock... Czy ciebie to boli? – pytam, wystraszony.

- Za dużo... za dużo... – dyszy, a oczy uciekają mu pod powieki, jakby za chwilę miał zemdleć. – Za dużo bodźców...

Och... Zwalniam. Mogłem się domyślić. To przecież Sherlock – człowiek, który nie podaje innym ludziom ręki, nie dotyka i nie pozwala się dotykać. To chyba jednak nie tylko fobia, a również nadwrażliwość. On musi mieć choć chwilę, żeby się dostosować, inaczej moje pieszczoty będzie odczuwał jak rażenie prądem.

Całuję jego pierś, kreślę językiem ścieżki na brzuchu. Jednak w końcu musiała nadejść ta chwila, kiedy docieram w miejsce najwrażliwsze, najbardziej intymne.

- Mogę? – pytam, unosząc wzrok. Sherlock opiera się na łokciach, zaciskając kurczowo palce na pościeli.

- Tak – szepcze. – Możesz.

888

Teoria higieny intymnej! Byłem idiotą. Stuprocentowo ślepym, nieświadomym kretynem.

To, co robimy... To, co robi ze mną John, to ten mityczny „seks". Jeśli normalni ludzie zajmują się tym ciągle, nie dziwię się, że z powodu seksu popełniają zbrodnie. Rozpadam się na cząstki. Fragmentuję, nie mogę się poskładać z powrotem. To jest przerażające i zarazem przerażająco cudowne. Jest tak wspaniałe, że aż makabryczne. Zostałem zamknięty we własnym ciele, jak w więziennej celi, a transport całkowicie przejął kontrolę i robi rzeczy... żenujące. Nie mogę tego opanować, nie mam żadnej kontroli. Nie wytrzymam tego! To za dużo! Za dużo! Chcę prosić Johna, by przestał, ale z gardła wyrywa mi się tylko krzyk - bezrozumny, zwierzęcy. Ta straszliwa cudowność wygina moje ciało. To jest jak wybuch supernowej, rozpadam się... zapadam, nie myślę, nic nie wiem, nie pamiętam...

Kręci mi się głowie, na chwilę zamykam oczy, a kiedy je otwieram, John leży obok mnie, wsparty na łokciu. Ociera usta, a potem pokazuje zęby w szelmowskim uśmiechu.

- Nie miałem pojęcia, że potrafisz być taki hałaśliwy – parska stłumionym śmiechem.

Też nie miałem pojęcia. I nie wiedziałem, że John, ten wstydliwy, powściągliwy John Absolutnie-Nie-Gej może poczynać sobie tak odważnie i bezpośrednio. A zarazem z takim taktem. To jego „mogę?", „mogę?" powtarzające się jak refren... Tak, John, możesz. Możesz zrobić ze mną absolutnie wszystko.

Doktor dopiero teraz rozplątuje sznurówki wojskowych butów i pozbywa się plamiastych spodni, do tej pory krępujących mu nogi – w zalewie emocji obaj zapomnieliśmy o tym komicznym akcencie.

- Mogę? – pytam, przesuwając dłonią po jego plecach. – Mam zrobić to samo dla ciebie?

- Jeśli chcesz – odpowiada ostrożnie.

Chcę. To jeden z najlepszych, a może i naprawdę najwspanialszy eksperyment w moim życiu. O ile to w ogóle można nazwać eksperymentem... Nie mam wprawy, błądzę na oślep po terra incognita tego krzepkiego ciała, które spoczywa tak blisko mnie. Badam twardość mięśni pod skórą, śledzę drogi żył na mocnych rękach mojego... kochanka? Jest jak doskonały, solidny i niezawodny mechanizm, jak piękny instrument – trzeba tylko opanować technikę gry. Zaczynam allegro, ale dla Johna to za mocne tempo.

- Nie tak szybko. Sherlock, osssstrożniej...

Śmieje się nerwowo.

- Delikatnie. Na miłość boską, spokojnie, bo się udławisz.

Poza tym jest cichy. Nie jęczy, nie krzyczy, tak jak mnie się to zdarzyło. Czy coś robię nieprawidłowo? Nie widzę jego twarzy, ale oddycha coraz gwałtowniej, zdławionym głosem daje mi urywane wskazówki. „Tak dobrze... Możesz mocniej. Nie aż tak, boli mnie..." Całkiem jakby to łóżko było polem operacji wojskowej, a ja szeregowcem, którym John dowodzi. Żołnierz, kapitan, dowódca... Nawet tu i teraz.

Jego ciałem wstrząsa spazm orgazmu, John zachłystuje się powietrzem.

- Ochchchch... Boże! Sher... och!

Mój kapitan smakuje solą i żelazem. Interesujące.

Mam ochotę zapytać, czy było w porządku, czy jest zadowolony. Uzyskać potwierdzenie, choć byłoby to naturalnie pytanie głupie i niepotrzebne. Udało mi się go zaspokoić, choć raczej mało spektakularnie. A John...

John wcale nie ma dość!

Czuję jego wargi na swoich, język przesuwający się po zębach... Palce kapitana gładzą moje pośladki, a potem zamykają się na penisie i rozpoczynają powolny, jakby pytający ruch – w górę i w dół... A ja chętnie odpowiadam na to pytanie.

888

Wpierw okres totalnej abstynencji, a potem nagle istny seksualny maraton! Długi i wyczerpujący, głównie psychicznie. Cud, że nie dostałem zawału. Spędziliśmy chyba ze trzy godziny na erotycznej gimnastyce. Sherlock jest giętki jak łasica i uparty jak pies posokowiec - kiedy wpadnie na jakiś trop, nie da się odciągnąć, musi zgłębić temat do samego końca. Rozwiązać zagadkę: jak, gdzie, jak długo, ile razy, z jaką intensywnością? I tak dalej. Czy to jest dla niego kolejna „sprawa"? „Dwa męskie ciała w jednym łóżku"? Wolę tak tego nie rozpatrywać. W końcu Sherlock jest tak wyczerpany, że nie może się ruszyć. Spocony, wycieńczony, kompletnie wyżęty. Kiedy podnoszę za przegub jego rękę i puszczam, opada bezwładnie jak szmatka. Kiedy Holmes tak leży, rozciągnięty na skotłowanej pościeli, długi i chudy, ubrany wyłącznie w zegarek, wygląda jakoś wzruszająco łagodnie, bezbronnie i jednocześnie zabawnie.

Zabawnie, gdyż właściwie dopiero teraz, kiedy mam okazję do tak dokładnej obserwacji, a Sherlock nie miota się i nie zmienia pozycji dziesięć razy na minutę, widzę, że pan detektyw jest łaciaty. Innymi słowy: nierówno umaszczony. Czuprynę ma ciemną, niemal atramentowoczarną, włoski na przedramionach także, ale już te na piersiach są znacznie jaśniejsze – jasnobrązowe, prawie rude. Łono – znów czerń, uda – właściwie blondyn, a im niżej, tym robi się ciemniejszy. Gdyby nie zupełna cudaczność tej kolorystycznej geografii, mógłbym podejrzewać, że Sherlock cichcem się farbuje na bruneta, by wyglądać mroczniej i poważniej. Jednak nie mógłby farbować zarostu na twarzy tak, żebym dawał się na to nabrać tyle czasu. Zjawisko zapewne całkiem naturalne. Wrodzona heterochromia.

Wyobrażam sobie przez chwilę pana detektywa, jak kroczy swoim zamaszystym krokiem przez scenę zbrodni, powiewając płaszczykiem i jasnymi lokami, i z trudem opanowuję wybuch śmiechu.

Odpoczywamy. Jest ciepło, spokojnie, leniwie, jak to po dobrym seksie.

- Dlaczego ja? – pytam.

- Jesteś żołnierzem, John – mówi Sherlock. - Nigdy nie przestałeś nim być, nawet po zwolnieniu z armii. Nie wszyscy to widzą. Nawet ja to z początku lekceważyłem, ale... Jesteś wojownikiem. – Przerywa i dodaje po chwili: - I dobrym, przyzwoitym człowiekiem. Masz tyle wspaniałych cech, których ja nie mam i nigdy nie będę miał. Och, John, za nisko się cenisz...

Jeszcze chwilę rozmawiamy, ale Sherlock ledwo daje radę utrzymać oczy otwarte. Ten nocny marek, wiecznie cierpiący na bezsenność, ruchliwy jak fretka, właśnie zasypia w biały dzień. Coś niebywałego. Seks okazuje się naprawdę niezłym lekarstwem na insomnię. Dla mnie również. Zasypiam z myślą, że właśnie dokonało się coś, do czego kroczek po kroczku obaj zmierzaliśmy od tygodni, miesięcy... a może nawet lat?

Kiedy się budzę, Sherlocka nie ma obok mnie. Stoi w otwartym oknie, ubrany w swój ulubiony niebieski szlafrok i wydmuchuje dym na zewnątrz.

- Sherlock! Ty znowu palisz?

Odpowiada mi nieokreślone mruknięcie.

- Przecież świetnie ci szło rzucanie. Dajże spokój, przestań się truć.

Holmesa najwyraźniej coś ugryzło. Demonstracyjnie wydłubuje z paczki kolejnego papierosa, odpala od poprzedniego, a peta gasi na zewnętrznym parapecie. Odwraca się tyłem, widzę tylko jego zgarbione plecy, kiedy opiera łokcie na parapecie.

No, nie! Rozglądam się za bokserkami, ale nigdzie ich nie widzę, więc naciągam spodnie na gołe ciało.

- Sherlock, co się dzieje?

- Nic. Eksperyment zakończony. Wyniki opublikuję na stronie.

Natychmiast skacze mi ciśnienie.

- Eksperyment? NA STRONIE? Czyś ty na łeb upadł?

Spokojnie, tylko spokojnie. Mam ochotę huknąć go w tę potarganą łepetynę, ale oddycham powoli i głęboko. Ten numer jest ewidentnie za mocny, nawet jak na holmesowskie standardy. Coś tu jest nie tak, czuję przez skórę.

- Co jest? Sherlock, o co ci chodzi? Porozmawiajmy.

- Nie będę z tobą rozmawiał. Zostaw mnie. Wyjdź!

No, żesz kurwa...! Wiedziałem, że to było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Dałem się skusić na jabłuszko, a teraz zostaję sromotnie wygnany z raju. Podrywam się gwałtownie, idę do drzwi, otwieram je i zatrzaskuję z hukiem... od wewnątrz.

Nie, nie zostawię tak tego. Tym razem się nie wycofam i nie będę przeczekiwał. Stoję całkiem nieruchomo, wstrzymując oddech. Sherlock nadal jest odwrócony tyłem - czy dał się oszukać? Wyrzuca przez okno niedopalonego papierosa i raptem z rozmachem wali bokiem głowy o futrynę! A potem kuli się, splata dłonie na karku i rozpaczliwie jęczy zduszonym głosem, przez zęby.

Serce mi się rozrywa w kawałki. Odruchowo chciałbym ostrożnie podejść, objąć go, pocieszyć – ale wiem, że to by odniosło wręcz odwrotny skutek. Zostałbym odepchnięty i zwymyślany. Sherlock jest mistrzem w udawaniu, że wszystko jest w porządku, nic go nie boli i nic nie obchodzi. Nie mogę się nad nim roztkliwiać, powinienem zrobić coś, co go zaskoczy i wytrąci mu broń z ręki.

Pokonuję odległość między drzwiami a oknem w dwóch susach. Łapię Holmesa w pół – wyrywa mu się okrzyk zaskoczenia – przewracam na łóżko i nim daje radę się zorientować, siadam mu na brzuchu.

- Nnno, dobra – cedzę. – Teraz już mi nigdzie nie zwiejesz. Gadaj!

Musi być naprawdę zaskoczony. Milczy i tylko gapi się tymi swoimi ślepiami niewiarygodnego koloru nieba i stali.

- Gadaj mi tu, sieroto smętna, co to za cyrk odstawiasz?

- Zejdź ze mnie.

No, przynajmniej jakaś reakcja.

- Nie zejdę.

- Złaź! – Kopie mnie kolanem w krzyże, ale dla weterana z Afganistanu powinien się bardziej postarać. Nawet się nie skrzywiłem.

- NIE. – Poprawiam się tylko, kręcąc tyłkiem. – Mnie tu bardzo wygodnie. Jest niedziela, nie idę do pracy, mam mnóstwo czasu. Nie wypuszczę cię, póki nie wydusisz z siebie prawdy, słoneczko.

Zdaje się, że dla postronnego obserwatora stanowilibyśmy ciekawy widoczek: drągal z nogami długimi jak u żyrafy, odziany w satynowy szlafroczek, który się nader smacznie rozsunął (jestem tego całkowicie świadomy), przygwożdżony do wyrka przez półnagiego gościa w wojskowych portkach, z dyndającymi mu na szyi nieśmiertelnikami. W ten sposób mija jakieś pięć minut.

- Sherlock...

Łypnięcie. Pan detektyw jest urażony.

- Czy tobie się nie podobało?

Sherlock otwiera usta, zamyka, znów otwiera... Wygląda jak złota rybka wyciągnięta z akwarium.

- Tak – wydusza w końcu. – To znaczy nie.

- Chwileczkę. Pełnym zdaniem, proszę.

Patrzy gdzieś w bok.

- Było w porządku - szemrze.

- W porządku? Sherlock, słychać cię było piętro niżej, piętro wyżej i naprawdę to cud boski, że sąsiedzi jeszcze na nas nie nasłali patrolu odnośnie przemocy domowej. Czy ja ci zrobiłem krzywdę? Czy to, co robiliśmy, było dla ciebie w jakiś sposób przykre?

- Nie...

Ja tego nie ogarniam. Tyle czasu mieszkania razem i nadal nie trafiam za tym facetem.

- Podobało ci się?

- Tak... – To brzmi już naprawdę rozpaczliwie, jakby Sherlock przyznawał się do jakiegoś okropnego grzechu.

- Jeśli chciałeś mnie użyć tylko do rozdziewiczenia, to mogłeś to załatwić jakoś taktowniej, wiesz? Chamskie wywalanie z łóżka po jednym razie jest bardzo nie w porządku. W dodatku kulejesz z logiką, bo do utraty dziewictwa masz jeszcze pół drogi. Na dodatek wpierw wstawiasz mi gadkę o tym, jaki to jestem cudowny, a potem traktujesz mnie jak śmiecia. To-nie-jest-okej. Jak ci tam, na dole? Bo mnie tutaj całkiem dobrze.

Sherlock przewraca oczami.

- Wypuść mnie.

- Nie. Nie jestem jeszcze głodny, nie potrzebuję iść do łazienki, wytrzymam od dwóch do trzech godzin. Jestem komandosem.

- Przepraszam! Wystarczy?

- Nie, nie wystarczy.

Znów zapada milczenie. Chwaliłem się trochę na wyrost, zaczynają mi cierpnąć nogi. Sherlock zakrył oczy ramieniem i robi za umierającego łabędzia. Łamie się dopiero po upływie prawie trzydziestu minut, co mogę stwierdzić na podstawie budzika, stojącego na szafce nocnej.

- John... Ja nie jestem normalny – wyznaje z przygnębieniem.

- Coś ci powiem w wielkim sekrecie... – Pochylam się nad nim i szepczę konfidencjonalnie. – Jestem Szkotem.

- To była, jak rozumiem, wypowiedź ironiczna?

- Aha...

- Byłem uzależniony od kokainy...

- Powiedz mi coś nowego.

- Próbowałem się zabić – jęczy Sherlock cicho.

- Nadal nie jest to dla mnie żadna rewelacja. W wielu z tych prób sam aktywnie uczestniczyłem.

Bez słowa zdejmuje zegarek i pokazuje starą, ledwo widoczną szramę na przegubie.

- Ile miałeś wtedy lat?

- Piętnaście...

- To jakby trochę dawno temu. W jaki sposób miałoby to rzutować na dzień dzisiejszy?

Sherlock jest blady jak śmierć. Oddycha bardzo głęboko i strzela najgrubszym w swoim mniemaniu argumentem:

- Mycroft ma nade mną kuratelę. Jeden krok do ubezwłasnowolnienia. W każdej chwili może mnie zamknąć u czubków. Ja to dobrze przemyślałem, John. Naprawdę. Nie powinieneś się wiązać z... z... – zacina się, ale brnie bohatersko dalej - ...z socjopatą o skłonnościach do autodestrukcji i z depresyjnymi epizodami. Ten dentysta, Carter Moore, jest przyzwoitym człowiekiem, sprawdzałem go i uamm...

Zwyczajnie go knebluję.

- Sherlock, ty bredzisz. Masz gorączkę i najwyraźniej majaczysz, bo na trzeźwo nie pieprzyłbyś takich głupot. Mam dzwonić po karetkę?

Odsuwa moją rękę od ust.

- Żeby zadzwonić, musiałbyś wstać i iść po telefon – zauważa nie bez racji.

No tak, musiałbym.

- Mieszkać razem, robić coś wspólnie, jak koledzy, przyjaciele – to jedno – mówi Sherlock ze smutkiem. – Ale taki związek to już byłby wyższy poziom. Dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. To nie wyjdzie. Nigdy nie wychodzi. - Brzmi to okropnie rozpaczliwie. - Ty jesteś normalny, a ja nie.

- Rozmawiasz z facetem, który siedzi ci na brzuchu. A poza tym najechałem Afganistan.

- Ale nie sam.

Pochylam się nad nim jeszcze niżej. Biedak, musiał być naprawdę wystraszony, pogubiony i kompletnie skołowany, że wykoncypował sobie taką teorię i próbował ją wprowadzić w życie. Geniusz i idiota w jednym opakowaniu.

- Sherlock, jeśli myślisz, że ja tak po prostu odpuszczę, to się grubo mylisz. Wiesz, dlaczego próbowałem z Carterem?

Pytające uniesienie brwi.

- Bo nie mogłem z tobą. Carter był, z przeproszeniem, substytutem. Sherlock, doprowadzasz mnie do totalnego obłędu. Nie chcę Cartera! Chcę ciebie! Nawet z tymi twoimi wariactwami i koszmarnym braciszkiem, kawałkami trupów w lodówce i niewyparzoną gębą!

- I ze świstaczym zgryzem? – pyta Sherlock, a na jego smętny pyszczek wypływa lekki uśmiech.

- Jakim?

- Sfiftacym. – Wyszczerza się i widzę, że istotnie, zęby mu się troszkę nie stykają. Różnica wynosi może ze trzy - pięć milimetrów. Czyżby on miał na tle tej bagatelki jakiś straszny kompleks? Nie komentuję, tylko po prostu całuję go w ten wyszczerz. Fuj, niestety, smakuje nikotyną.

- Sherlock, przyjrzyj mi się. Widzisz tu jakiś ideał?

- Tak. Siedzi na mnie i waży coraz więcej. Czuję się okropnie przyduszony i sprowadzony do dwóch wymiarów w rejonie pasa.

Nie wytrzymam z nim. Złażę z pana detektywa, kładę się obok i przytulam go, wsuwając ręce pod niebieski szlafroczek.

- Głupiś, panie Holmes, beznadziejnie. Podsumujmy: podobam ci się, mimo postrzału, wzrostu siedzącego teriera i tak dalej?

- Zdecydowanie tak. I tak dalej.

- Boisz się, że się zniechęcę i cię zostawię, bo masz problemy z bratem i psychiką? Dlatego raptem zmieniłeś zdanie i chciałeś mnie wyswatać stomatologowi?

- Wniosek prawidłowy.

- Mówiłem już, że jesteś idiotą?

- Wielokrotnie.

- A mówiłem już, że jesteś piękny?

- Nie...?

- To mówię. Nie zrezygnuję z ciebie za nic. A jak jeszcze nauczysz się lepiej robić laskę, to będziesz wart w złocie tyle, ile ważysz.

Leżymy dosłownie nos w nos, Sherlock rozpromienia się, a jego uśmiech jest jak najbardziej szczery - nie taki, jaki przybiera na użytek świata zewnętrznego, żeby kogoś na coś naciągnąć.

- Ja się szybko uczę.

- Sherlock... Chcę, żebyś coś dla mnie zrobił. Bez żadnego „ale" i bez żadnego „może".

- Co?

- Masz przestać palić. Tak definitywnie. Bez żadnych wyjątków w rodzaju „tylko jeden" albo „papieros świąteczny", albo „cygara się nie liczą".

- Dlaczego ci tak zależy?

- Dlatego, że teraz będę cię całował. Często, długo i mocno, a nie chcę, żebyś przy tym smakował jak popielniczka.

Daję mu małą próbkę tego, co obiecałem.

- Powinienem umyć zęby? – pyta.

- Zdecydowanie tak. A potem natychmiast tu wracaj, bo będziemy zgłębiać temat.

888

Jest wieczór, a ja się czuję, jakby mnie przejechała taksówka. Parokrotnie. Nie mam siły. Gdyby w tej chwili zadzwonił Lestrade ze sprawą, powiedzmy, potrójnego mordu z uczestnictwem karłowatych trojaczków i kobiety z brodą, pewnie bym się rozłączył. Albo spytał, czy mogę na miejsce zbrodni przyjechać jutro. Seks to straszliwa siła, coś jak huragan, sztorm albo wyprzedaż w supermarkecie.

Na stole kuchennym mam rozbebeszone doświadczenie, ale do tej pory o nim nawet nie pamiętałem. Pewnie już diabli wzięli tam wszystko, wyniki będą niemiarodajne. Podejmuję heroiczny wysiłek, żeby wziąć prysznic, a potem lokuję się na kanapie, w piżamie i z laptopem. Kiedy dołącza do mnie John, wycierając ręcznikiem mokre włosy, patrzę w historię przeglądarki.

- John...?

- Mhm?

- Wyjaśnij mi, proszę, o co chodziło z tymi pandami.

Koniec epizodu

1 hic sunt affectus (łac.) tu są emocje; hic sunt leones (łac.) tu są lwy