Disclaimer: I do not own characters and I don't make any profits on writing.

Od autora: Podziękowania dla Arianki.

Medycyna wojny

Cz. 1. Stan krytyczny

John Hamish Watson, lekarz medycyny i kapitan piątego pułku Northumberlandzkich Strzelców nauczył się żyć rytmem wojny, tych długich, bardzo długich okresów bezmiernej nudy i oczekiwania, przeplatanych znacznie krótszymi momentami, gdy oczekiwanie było tej nudy całkowicie pozbawione i jeszcze krótszymi chwilami wszechogarniającego chaosu. Ale dopiero gdy poznał niejako od drugiej strony pracę swoich kolegów po fachu i kiedy dla niego wojna się skończyła, kiedy znalazł się w hałasie Londynu, z kartą weterana i laską w dłoni, zrozumiał, jak bardzo ten rytm wojny wszedł mu w krew.

Więc gdy szczupły facet o dziwnie jasnych oczach podszedł do niego tak bezpośrednio, jakby już niejedną afgańską zimę przemieszkali w tym samym baraku i gdy zaproponował mu wspólne mieszkanie, Watson zgodził się bez wahania, zadowolony, że nie musi tłumaczyć, kim był i co robił. Niemal natychmiast okazało się też, że jego nowy współlokator także żyje zgodnie z rytmem wojny i świat Johna Watsona powrócił do normy. Lekarz prawie słyszał trzask, jakby wybity staw wskakiwał na swoje miejsce, gdy rzeczywistość dookoła niego znów zaczęła składać się z czasu oczekiwania i czasu chaosu.

Miał więc swoją wojnę, czy też jej namiastkę i miał towarzysza broni. Lecz wojna, w swej przewrotności, przypomniała mu o jeszcze jednej swojej cesze. O tym, że ci, którzy walczą, mogą zniknąć w jednej chwili. I tak doktor Watson musiał patrzeć bezradnie na ciemną sylwetkę spadającą z dachu, tak samo, jak patrzył na roztrzaskujący się helikopter czy płonący na minie transporter. A tym razem wokół niego nie było innych towarzyszy, z którymi mógłby kląć, płakać czy po prostu wiedzieć, że oni także patrzyli.

Och, oczywiście, że byli inni ludzie. Lecz pani Hudson, przy całym swoim otwartym na różne aspekty ludzkiego życia umyśle, nie wiedziała nic o wojennej samotności. O tym, co sprawiało, że komuś trzeba było zaufać bardziej niż samemu sobie. Nie mogła wiedzieć, co to znaczy być żołnierzem i nagle znaleźć się poza wojennym rytmem. Być może John mógł poszukać u niej wsparcia, w końcu ona też cierpiała, ale przez te półtora roku nauczył się ją ochraniać, tak jak Sherlock. Nie chciał zrzucać na nią tego, co sam czuł.

Był jeszcze Greg Lestrade, inspektor Lestrade. On wiedział, jaka jest ta wojna na ulicach Londynu. Znał ją i rozumiał. Ale John, w swojej żałobie i poczuciu straty, nie potrafił zapomnieć chłodu kajdanek na nadgarstku i szaleńczego biegu. Nie potrafił zaufać. Dla niego Lestrade tamtym aresztowaniem postawił się po drugiej stronie. Bo tu istniały strony. Tamtej nocy był John Hamish Watson i był Sherlock Holmes. Cała reszta świata to byli wrogowie, ci zdeklarowani i znani, i ci, którzy tylko przeszkadzali: potencjalni sojusznicy i ewentualnie niewinne ofiary. Cywile, których wojna nie dotyczyła i których w niej nie powinno być. Tak więc i Lestrade był poza światem Johna. Światem, w którym doktor Watson potrzebował już tylko jednego – człowieka, który też rozumie, co on czuje i któremu może zaufać dostatecznie, by pozwolić sobie na uczucia.

Próbował wyjaśnić to Elli, wiedząc, że terapeutka szczerze stara się mu pomóc. Ale jak wcześniej nie potrafiła przeprowadzić go pomiędzy światem wojny, a światem pokoju, tak i nie umiała zrobić tego teraz, przynajmniej w jego odczuciu.

- To minie, John – mówiła, profesjonalnie spokojna i ciepła. – Wiesz, że to minie. Musisz tylko nazwać to, co czujesz i pozwolić sobie na to.

- A nie pozwalam?

- Ty to powiedziałeś, John.

- Skoro tak pani twierdzi…

- Nie możesz przed tym uciec, John.

- Nie uciekam.

- Uciekasz. Uchylasz się, budując dookoła siebie iluzję. To niebezpieczna droga dla żołnierza, a ty wciąż starasz się być żołnierzem.

Watson odetchnął głęboko. To nie miało sensu. Mimo że terapeutka starała się mu pomóc, nie mógł przekazać jej, co czuje i domyślał się, że dla niej stoi znów na początku drogi, jaką musi przebyć, by dalej istnieć. Może i miała rację w tym, co twierdziła, ale on nie potrafił tego zrobić. Nie przy niej. Czas zatoczył tu koło i John czuł się tak, jak przed tamtym spotkaniem w parku. Prócz przekonania, że wojna tu, w Londynie, nie jest iluzją. A jeśli tak, musiał żyć zgodnie z jej regułami.

I tak John Hamish Watson budził się co rano w wynajętym pokoju, jadł, wychodził na miasto. Odwiedzał terapeutkę, ale głównie spacerował po ulicach Londynu, usiłując zmęczyć się tak, by spać bez snów. By ból nogi zaćmił to, co czuł.

Żył, bo był zbyt uparty, by pozwolić wojnie wygrać.

Na razie.

X X X

Greg Lestrade prowadził już wiele spraw, mniej lub bardziej ciężkich. Były wśród nich takie, które zapominał w chwili, gdy zamykał akta, ale i takie, które uparcie powracały w złych snach. Najgorszym jednak jego koszmarem było poczucie bezradności. I tak z desperacji, w próbie obrony przed własną bezsilnością nagiął kiedyś zasady i poprosił o pomoc kogoś, kogo nigdy oficjalnie nie mógł nazwać przyjacielem. Znosił jego kaprysy, szorstkie traktowanie, dziwne życzenia, ale za to miał pewność, że ten przyjaciel doprowadzi go do zakończenia sprawy, i to takiego, że inspektor będzie mógł odetchnąć z ulgą.

Nie przewidział tylko jednego. Jego przyjaciel prowadził sprawy nie tylko dla niego, i to tak skomplikowane, że przyszedł dzień, w którym sam stał się dla Grega sprawą. Podejrzanym, zatrzymanym, zbiegiem, a na koniec ciałem w kostnicy i obowiązkiem powiadomienia krewnych. Bolesnym, ale kończącym całą historię, a inspektorowi pozostało jeszcze tylko ponieść konsekwencje swej pierwszej decyzji.

A potem okazało się, że tak naprawdę to nie był jeszcze koniec i sprawa miała potoczyć się dalej.

CDN.