Epilog

Jesienne i zimowe deszcze sprawiły, że wzgórza otaczające Los Angeles mieniły się zielenią i różnobarwnymi kwiatami. Ludzie spoglądali na to z zadowoleniem, bo zapowiadało się, że nowy rok będzie równie urodzajny, jak ten miniony.

Ale w tym konkretnym dniu, choć był ciepły i pogodny, niewiele z tego zadowolenia było widać na twarzach mieszkańców Los Angeles. Zapewne działo się to dlatego, że zebrali się właśnie na cmentarzu, uczestnicząc w podwójnym pogrzebie. Większość w milczeniu, z powagą przynależną tej uroczystości, modliła się wraz z padre Benitezem, ale na obrzeżach tłumu tworzyły się niewielkie grupki rozmawiających półgłosem o najnowszych wydarzeniach. Ludzie z pueblo nie mogli nie omówić sensacji.

Lawirując pomiędzy ludźmi, don Escobedo podszedł do starszego de la Vegi. Don Alejandro wyglądał na zmęczonego i przygnębionego.

- Jak minęła noc? – spytał.

- Pracowicie. – Don Escobedo potarł dłonią twarz. – Dobrze się stało, że zatrzymaliście tego prawnika. Był naprawdę wstrząśnięty tym, co się stało podczas ślubu i dołożył starań, by się zapoznać ze wszystkim, co znaleźliśmy w kasie alcalde. Jutro wyjeżdża do Monterey i twierdzi, że jest w stanie czarno na białym udowodnić, jak Ramone systematycznie okradał królewski skarb. Gdy gubernator doda do tego wasze wcześniejsze pisma i skargi, pisma innych caballeros i opowieść o tym, co się wydarzyło... Pewnie nie będzie zbyt chętny do przyznania się, że przez lata tolerował kogoś takiego jak Ramone, ale w końcu musi to uznać i naprawić swój błąd. Myślę, że señor Nicolao przekona gubernatora do zmian. Ten szalony plan waszego syna zadziała.

- Tego nie było w planie. – Don Alejandro wskazał na dwie trumny, które właśnie opuszczano do grobu.

- Wiem – przytaknął ponuro don Escobedo. – Nikt tego nie planował.

- Przyznam… - westchnął don Alejandro – że ja się tego obawiałem. Że taki będzie koniec tej historii. Diego zbytnio zależało, by nie było przelewu krwi.

- O jakim planie mówicie? - Señor Nicolao wypatrzył obu caballeros i podszedł, by porozmawiać.

- Nieistotne. I tak już niewiele z niego zostało.

- Wiecie? – Prawnik zawiesił głos. – Po tym nieszczęsnym ślubie odniosłem wrażenie, że wasz syn przewidywał taki obrót wydarzeń. Ta intercyza, testament… To, jak mnie uprzedzał o zachowaniu alcalde… On wiedział, że coś mu grozi?

- Tak – odparł krótko don Alejandro. – Sierżant ostrzegł go dzień wcześniej, że coś takiego może się stać. Dostatecznie dobrze znaliśmy Ramone, by wiedzieć, czego można było po nim oczekiwać. Ale… - Caballero wskazał na pogrzeb. – Tego się nie spodziewaliśmy.

Zamilkli. Padre cofnął się już znad grobu i teraz dwaj grabarze zasypywali dół. Ludzie przyglądali się ich pracy z jakąś ponurą satysfakcją. Sierżant Mendoza odesłał gdzieś na bok wartujących przy mogile żołnierzy, a sam podszedł do caballeros.

- Jak to się stało? – zapytał go don Escobedo.

- To długa historia… - odparł Mendoza. – Jak tylko dowiedzieliśmy się, co się stało, Zorro sprowadził tego indiańskiego tropiciela, Szare Skrzydło i poprosił go o odszukanie śladów.

- Zorro? – wtrącił się prawnik. – Chcecie powiedzieć, że ten banita…

- Jest tam. - Don Alejandro wskazał w stronę płotu, gdzie czarno odziana sylwetka stała samotnie obok wierzchowca, jak inni obecni obserwując pogrzeb.

- Czy przypadkiem nie jest za niego wyznaczona nagroda?

Mendoza wyprostował się dumnie.

- Nikt nie będzie ścigał Zorro, póki ja tu pełnię obowiązki alcalde – oświadczył. Widać było, że nowa funkcja i odpowiedzialność dodały mu pewności siebie w kontaktach z caballeros.

- Wybaczcie, sierżancie – odparł ugodowym tonem señor Nicolao. – Zdziwiłem się tylko…

- Gdyby nie Zorro i jego pomoc, nie wiedzielibyśmy niczego – stwierdził Mendoza. – On sprowadził tego Indianina i on pomógł nam wydostać ciała z wąwozu.

- Wąwozu?

- Tak. Droga do San Pedro prowadzi przez wzgórza. Zawsze była ryzykowna, ale po ostatnich wydarzeniach są tam miejsca… - Mendoza wstrząsnął się, jakby na samo wspomnienie. – Ten Szare Skrzydło powiedział, że oni się pokłócili, i to dlatego.

- Zostawili na podłodze gabinetu całą miejską kasę i oszczędności Ramone – zauważył w zamyśleniu don Escobedo. – Nie dziwię się, że gdy zdali sobie sprawę, że nikt ich nie ściga, przypomnieli sobie o tych torbach. Ramone musiał wpaść w furię.

- Jego własna chciwość go zgubiła – przytaknął don Alejandro.

Zamilkli. Każdy z caballeros, tak jak sierżant, znał krętą, niebezpieczną drogę prowadzącą przez kaniony i wzgórza do portu w San Pedro. Mogli sobie wyobrazić, jak w słabym świetle zachodzącego księżyca jedzie nią pospiesznie dwukółka, jak jej pasażerowie oglądają się za siebie, obawiając się pogoni. Jak się uspokajają, zaczynają rozmawiać. O drodze, o przyszłości, o planach… Umieli sobie przedstawić lęk Chiary i wybuch furii Ramone, gdy stało się jasne, że przestraszona kobieta zostawiła w gabinecie torby z pieniędzmi. Kłótnię pomiędzy tym dwojgiem, pełne złości wyrzuty Ramone, dla którego nie liczyło się, że gdyby nie pomoc Chiary zginąłby, czy to z wyroku sądu, czy z ręki Zorro. I jej odpowiedzi, pełne jadu, skrywające zawiedzione nadzieje. I tę chwilę, gdy któreś z nich, pochłonięte zwadą, nie zauważyło przeszkody, może kamienia, może zbyt wąskiego szlaku. Kwik przerażonego konia, trzask łamanych dyszli, krzyki… I powóz spadający w dół, na dno wąwozu. Jak bardzo nie lubili señory, jak bardzo zawinił im Ramone, wszyscy trzej mieli nadzieję, że ta dwójka zginęła na miejscu, a nie konała powoli z odniesionych ran.

Grób już zasypano. Padre Benitez pokropił jeszcze niewysoki kopczyk, a grabarz wbił w ziemię drewniany krzyż. Ludzie zaczęli się rozchodzić. Podchodzili powoli do mogiły, czytali wypisane na krzyżu nazwiska, kiwali z satysfakcją głowami i kierowali się do wyjścia z cmentarza. Za płotem Zorro wskoczył na konia i odjechał cwałem. Jeden z żołnierzy obejrzał się pytająco na sierżanta, ale ten pokręcił głową. Zorro też miał prawo przyjść na pogrzeb swego wroga i nikt nie powinien mu w tym przeszkadzać.

Señor Nicolao podszedł do don Alejandro, gdy ten odwiązywał swego konia pod gospodą.

- Chciałbym jeszcze odwiedzić was dziś po południu – powiedział. – Pewne dokumenty, które znalazłem w szafie alcalde, są dosyć… - zastanowił się przez moment nad doborem słów - niezwykłe. Przypuszczam, że być może wasz syn mógłby coś o nich powiedzieć, ale skoro nie można go zapytać, może wy mi to wyjaśnicie.

- Oczywiście – zgodził się don Alejandro. – Don Escobedo przyjedzie także, przy tej okazji omówimy, co w związku z tym, co się wydarzyło, trzeba dodać do petycji do gubernatora. Nie możemy ryzykować drugiego takiego alcalde jak Ramone.

- Oczywiście, oczywiście… - pokiwał głową prawnik i ruszył do gospody. Zapewne liczył na południowy posiłek z kuchni señory Antonii. Don Alejandro patrzył za nim przez chwilę. Jeśli señor Nicolao miał nadzieję na szybkie podanie zamówionych potraw, mógł się poważnie rozczarować. Gospoda pękała w szwach od gości. Chyba wszyscy mieszkańcy pueblo przyszli do niej, by coś zjeść, wypić i porozmawiać.

Droga do hacjendy minęła szybko. Pablo wyszedł na spotkanie starszego caballero, by odebrać od niego konia. Don Alejandro przekazał mu wodze i ruszył do domu. Wpierw skierował się do swego pokoju, ale za chwilę cofnął i wszedł do biblioteki. Ściana kominka ustąpiła pod naciskiem jego dłoni i caballero zszedł do podziemnej komnaty.

Była pusta, słabo oświetlona pojedynczą świecą. Nawet Tornado nie było w jego przegrodzie. Na stole, zastawionym dziwacznym szkłem, miseczkami, maszynkami i papierami, nikt niczego nie przesuwał. Czarny strój Zorro wisiał na wieszaku, a na haku wbitym w ścianę zostawiono bicz i szpadę.

Don Alejandro de la Vega wrócił na górę i ruszył do pokoju syna. Oparł dłoń na klamce i na moment zamknął oczy. Potem, tknięty jakąś myślą, zapukał.

Pierwszemu stuknięciu odpowiedział stłumiony okrzyk z wnętrza pokoju. Don Alejandro uśmiechnął się do siebie, policzył do dziesięciu i otworzył drzwi.

Tak jak się spodziewał, Diego leżał zakopany po uszy pod kołdrę i koce, a Victoria siedziała u jego boku ze spuszczoną głową. Zerknęła na wchodzącego caballero z ukosa.

- To ojciec – powiedziała z ulgą w głosie.

Diego podniósł się na łokciu.

- Coś się stało? – zapytał.

- Nie – zaprzeczył don Alejandro. – Sprawdzałem tylko, czy zdążyłeś wrócić. Tornado…

- Tornado powinien więcej biegać, niż ja mu mogę teraz zapewnić – odparł Diego. – Jak wróciliśmy, Felipe zabrał go jeszcze na parę godzin na wzgórza.

- Jeśli tak, to w porządku. – Starszy caballero machnął ręką i odwrócił się w stronę drzwi.

Był już przy nich, z ręką na klamce, gdy znieruchomiał i odwrócił się powoli. Diego i Victoria obserwowali go uważnie.

- Byłbym zapomniał – powiedział z namysłem.

- Tak?

- Don Escobedo będzie tu niebawem. Razem z señorem Nicolao.

Diego kiwnął głową.

- Dzięki za uprzedzenie, ojcze.

- To taka mała przestroga, Diego. – Don Alejandro uśmiechnął się łobuzersko, prawie tak, jak zwykle uśmiechał się Zorro. – Pamiętaj, że oficjalnie jeszcze ledwie żyjesz. Więc nie dajcie się przyłapać.

Victoria spłonęła rumieńcem, Diego otworzył szeroko usta, ale nic nie powiedział. Rozbawiony don Alejandro wyszedł i zamknął cicho drzwi za sobą. Jego syn będzie musiał jeszcze trochę poćwiczyć silną wolę.

KONIEC

Wrocław, 24.05.2011 – 20.08.2011

Od autora: To miał być koniec opowieści. Los Angeles uwolniło się od Ramone, Zorro odjechał ku zachodzącemu słońcu, a Diego i Victoria są szczęśliwie razem. Jednak wena miewa czasem swoje kaprysy i podsuwa, co mogło się zdarzyć potem…

4