Co ma największy wpływ na nasz los i na podejmowane przez nas decyzje?
Nasz charakter, otoczenie, środowisko, w jakim się wychowywaliśmy, znajomi, rodzina, nacisk wywołany sytuacją społeczną i polityczną?
A co, jeśli o wszystkim decyduje nasze urodzenie?
Jeśli tak naprawdę na nic nie mamy wpływu, jeśli podążamy z góry wyznaczonym nam szlakiem?


Ten dzień, aż zanadto obfitował w niezwykłe zjawiska.
W letnie, upalne popołudnie nagle spadł śnieg, rzeka kilka razy wylewała, wściekle miotając się w swoim korycie, zdążyły już przejść trzy nawałnice i zanosiło się na następną. Zwierzętom także udzieliło się to szaleństwo. Ptakom dzióbki się nie zamykały, a pozostałe zwierzęta wydawały się być zaniepokojone i zdezorientowane. Same nie wiedziały, co mają robić. Wyglądało na to, że przyroda powariowała i brakowało tylko deszczu żab.


- A ja wam mówię, że to będzie woda! - wykrzyknęła tryumfalnie blondynka o zniewalających morskich oczach. - Matka woda, babka woda, więc co innego mogłoby być?
- Nieprawda, bo powietrze! - upierała się przy swoim srebrnooka, srebrnowłosa piękność. - Nie widzisz, co się dzieje z pogodą? Przecież to znak!
- Też mi znak, przy moich narodzinach podobno drzewa same się roztrzaskiwały, i co? - fuknęła blondynka.
- Najwidoczniej wolały nie oglądać największej idiotki, jaka miała przyjść na świat - odcięła się srebrna.
Wydawało się, że kobiety już skoczą sobie do oczu, ale powstrzymał je surowy głos trzeciej, najstarszej z zebranych.
- Ech, takie duże, a zachowują się jak smarkule. Odrobinę godności moje drogie. Obie nie macie racji. Ty, Kalipso chyba marzysz o uczennicy, skoro tak zawzięcie obstawiasz na wodę. A ty, Leto, nie baw się w odczytywanie znaków, jak się na tym guzik znasz. Widzisz, ale sama nie wiesz, co. Woda i powietrze są wyjątkowo aktywne, ale to nie z powodu radości. Burzą i kipią się tak ze złości, bo dziecko, które się narodzi, nie będzie należało do nich. A uwierzcie, że zależy im bardzo na tym dziecku. Będzie ono potężne, prawdopodobnie, będzie najpotężniejsze z nas wszystkich.
- Jak to najpotężniejsze?
- Jak to nie będzie ich? W takim wypadku musiałoby być... Nie, to niemożliwe. Ta linia wygasła wieki temu - Kalipso na przemian otwierała i zamykała usta jak ryba wyciągnięta z wody.
- Głupiaś i tyle - ucięła krótko stara. - Żadna z "linii" nie może wygasnąć. Nagle drzewa ci przestały rosnąć, ziemia ci spod stóp uciekła? Żywioł może się przez jakiś czas nie uaktywniać, ale to nie znaczy przecież, że przestał istnieć. Woda, powietrze ziemia - to są rzeczy wieczne, niemogące przeminąć. Teoretycznie.
- Co to znaczy teoretycznie? Nie rozu... - Leto nie skończyła swojego pytania.
Z domu, przed którym siedziały, zaczęły wydobywać się krzyki przerażenia, a później spazmatyczne wrzaski pełne bólu. Kobiety zerwały się z miejsc i wbiegły do środka. Nagle wszystko ucichło. Z pokoju, z którego słychać było niepokojące dźwięki, wyszła staruszka w białym, przypominającym lekarskim, fartuchu.
- Umarła - wyjaśniła krótko uprzedzając pytania. - Nie przeżyła porodu.
- Na Wielką Matkę, a co z dzieckiem? - wykrzyknęła Kalipso.
Kobieta w odpowiedzi zaprowadziła ich do mniejszego pokoiku. Podeszła do młodziutkiej dziewczyny i wzięła od niej małe zawiniątko, z którym wróciła do pozostałych. Zawiniątko okazało się szczelnie opatulonym w kocyk niemowlęciem.
- Otwórz oczka, maleńka - wyszeptała staruszka.
Dziecko posłusznie uniosło powieki. Kobiety wciągnęły przez zaciśnięte zęby ze świstem powietrze.
Dziewczynka miała szmaragdowe oczy.


A co, jeśli wszystko jest już z góry zapisane, jeśli w życiu najważniejsze jest to, kim się urodziłeś?

Przez całe życie, wszyscy usiłują mi wmówić, że przeznaczone jest mi odnowienie mojej rasy. Że urodziłam się taka, jaka jestem tylko po to, by wypełnić przeznaczenie. Że nie liczą się moje wybory i decyzje, pragnienia i marzenia, bo żyję po to, by służyć "naszej" sprawie.
Że powinnam poddać się losowi.
Nazywam się Yale i nie wierzę w te bzdury.