Od autora: To nie nasze. My źli. My chcemy być JKR. To jej.


Rozdział 4 – Powrót do Hogwartu

Anglia, nieznana lokalizacja

Sługa podszedł do Voldemorta i skłonił się nisko.

- Co? – spytał Voldemort.

- Mój Panie, Glizdogon właśnie przybył. Błaga mojego Pana o posłuchanie – odpowiedział korzący się Śmierciożerca.

- Przyślij go natychmiast! – warknął Voldemort.

Pettigrew przemknął naprzód, a jego srebrna dłoń błyszczała w świetle pochodni.

- Melduj, Glizdogonie – syknął Voldemort.

- Mój Panie, z przyjemnością informuję, że zrekrutowaliśmy niemal 900 nowych sług do armii mojego Pana. Spodziewam się, że wkrótce będzie ich więcej.

Glizdogon padł na kolana przed Czarnym Panem.

- Tak Glizdogonie, ci których wysłałeś powiedzieli mi jak dobrze się spisujesz. Jestem z ciebie nadzwyczaj zadowolony, sługo i mam dla ciebie prezent.

Voldemort wydał polecenie gestem dłoni. Śmierciożercy przyciągnęli młodą dziewczynę, mugolkę. Nie mogła mieć więcej niż czternaście lat. Jeden ze Śmierciożerców szarpnął za jej bluzkę, rozdzierając ją. Dziewczyna załkała i usiłowała przykryć swoje nagie ciało, ale nie była w stanie.

Glizdogon skłonił się nisko.

- Mój Pan jest nadzwyczaj hojny dla swego pokornego sługi.

Voldemort patrzył na niego złowrogimi czerwonymi oczami.

- Jeśli będziesz mnie dalej zadowalał, ja będę cię dalej wynagradzał.

Dwóch Śmierciożerców wyszło z komnaty za Glizdogonem, ciągnąc między sobą dziewczynę. Pettigrew marzył już o tym co jej zrobi, nim pozwoli jej zapoznać się z jego nożami.


Nora, następny poranek

Harry obudził się następnego poranka i powoli wyplątał się z objęć Ginny. Pocałował ją w czoło i udał się na poranny prysznic. Kiedy skończył i wrócił do pokoju, była ubrana w koszulę nocną i szatę.

Uśmiechnęła się do niego ciepło i poczekała, aż się ubierze. Kiedy usiadł na łóżku, by zawiązać buty, Ginny przytuliła się do niego. Przytulali się jeszcze przez kilka minut, nim wyszła do swojego pokoju.

Harry zszedł po schodach do kuchni, gdzie Molly robiła śniadanie. Ron siedział już przy stole z lekko niedowierzającą miną. Kiedy otworzyły się kuchenne drzwi cała trójka z zaskoczeniem ujrzała bliźniaków. Obaj byli rozczochrani i zdołowani.

Molly posadziła ich przy stole.

- Harry, już go nie ma – powiedział Fred.

- Spalone do gołej ziemi, a czterech naszych pracowników nie żyje – dodał George.

- Spalone do gołej ziemi? Uzbrojenie? Jakiś wypadek? – spytał zatroskany Harry.

Fred jedynie ponuro potrząsnął głową. George odpowiedział za nich obu.

- Nie, stary, żaden wypadek. Aurorzy obudzili nas jakieś dwie godziny temu, żeby powiedzieć nam, że Mroczny Znak wisi nad naszym budynkiem.

Twarz Harry'ego przybrała wyraz determinacji.

- Dobra chłopaki, oto co zrobimy. Skontaktuję się z Remusem i Dumbledorem i poproszę ich, żeby przyszli tu na szybkie spotkanie. W międzyczasie dowiedzcie się, którzy pracownicy zostawili osierocone rodziny.

Harry udał się do Fiuu, po czym wrócił do kuchni.

- Remus i Dumbledore zaraz tu będą. Chcę, żebyście coś obaj zrozumieli. Tu nie chodzi o pieniądze tylko o ludzi. Najpierw zatroszczymy się o rodziny, które straciły bliskich w tym ataku, a potem znajdziemy wam bezpieczne miejsce, byście mogli podjąć na nowo pracę.

Ginny i Hermiona zeszły z góry i weszły do kuchni. Po kilku minutach dołączyli do nich Remus i Dumbledore. Harry powtórzył co stało się z Uzbrojeniem, a Fred podał mu pergamin z trzema nazwiskami.

- Panie profesorze, zaprosiłem tu pana, bo potrzebuję rady. Uzbrojenie odegra ważną rolę w nadchodzącej wojnie, ale potrzebuje bezpiecznej lokalizacji, w której można pracować. Miałem nadzieję, że mógłby pan polecić jakąś lokalizację – rzekł Harry.

- Hmmm… Jest pewien budynek na skraju szkolnych gruntów, który moglibyśmy zaadaptować dla waszych potrzeb. Nie będzie taki duży, ale będzie lepiej chroniony i bezpieczniejszy dla pracowników. Może nawet znajdziecie chętnych do weekendowej pracy u was wśród uczniów. Z drugiej strony pan Filch może zwariować mając z powrotem w kampusie bliźniaków Weasleyów.

Fred i George nieco się rozjaśnili na tą myśl.

Harry przekazał Remusowi kawałek pergaminu.

- Remusie, użyj pieniędzy z mojego konta, by powetować straty bliźniaków. I przekaż po 20 tysięcy galeonów każdej z rodzin na tej liście.

Widząc zaskoczone spojrzenia poczuł, że musi to wyjaśnić:

- Nie zamierzam pozwolić, by jakakolwiek inna rodzina ucierpiała przez Voldemorta. Mogę nie być w stanie sprowadzić ich ukochanych z powrotem, ale niech mnie szlag, jeśli pozwolę im głodować.

Remus położył dłoń na jego ramieniu.

- Rozumiem, Szczeniaczku. Ale jesteśmy partnerami w tym biznesie. Pomożemy im razem.

Harry skinął głową.

- Może założymy Fundusz na Rzecz Ofiar Wojny? – zaproponował.

- Przyjrzę się możliwościom i dam ci znać – zapewnił Remus.

Dumbledore i bliźniacy wyszli, by obejrzeć wspomniany budynek na szkolnych błoniach, Remus jeszcze kilka minut omawiał z Harrym ideę funduszu.

- Harry, to było bardzo szlachetne z twojej strony – powiedziała Hermiona, gdy Remus wyszedł.

Harry spojrzał na nią. Wyglądała… inaczej tego ranka… bardziej… bardziej co? Zerknął na Rona, który zaczerwienił się bez wyraźnej przyczyny. Może Ginny nie była jedyną osobą przemykającą w nocy po Norze, pomyślał. NIE, NIE, NIE. Nie chcę wiedzieć!

- Mionko, to coś co muszę zrobić. Nie zatrzymam Voldemorta tu i teraz, ale nie zamierzam pozostawić tych ludzi bez pomocy – rzekł cicho.

Wszyscy spojrzeli na niego. Nie chodziło nawet o to co powiedział, a o to czego nie powiedział. Wiedzieli, że po prostu nie zamierza dopuścić, by jakiekolwiek dziecko znalazło się w tak patologicznym środowisku, do jakiego on trafił. Harry nauczył się jednego z pierwszej wojny z Voldemortem. Wojna to piekło dla żołnierzy, ale jest jeszcze gorsza dla tych, którzy pozostają.

Ginny trzymała go za rękę, asystując w zmaganiach z demonami przeszłości.


Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie

Nauczyciele siedzieli wokół stołu przy śniadaniu. Dumbledore został wezwany gdzieś poza szkołę, ale oczekiwano, że lada moment wróci. Jack Parsons wkuśtykał do pomieszczenia, by do nich dołączyć. Nie miał jeszcze okazji poznać wszystkich nauczycieli.

Większość nauczycieli dręczyła zrozumiała w tej sytuacji ciekawość. Dziwny mężczyzna nie był czarodziejem, nie dysponował żadną magią. Ale mimo fizycznego defektu chodził roztaczając wokół siebie aurę pewności siebie i siły.

Jack zbliżył się do stołu, a jego metalowa proteza stukała głośno o podłogę przy każdym kroku. Spojrzał po twarzach nauczycieli i uśmiechnął się.

- Hejka ludziska, sorki za spóźnienie. Ten zamek jest w środku większy niż się z zewnątrz wydaje.

- Nic się nie stało, panie profesorze – odpowiedziała profesor McGonagall. – Proszę pozwolić, że przedstawię panu naszych pozostałych nauczycieli. Panią Snape już pan zna. Po jej prawej siedzi jej mąż, Severus Snape.

Jack uścisnął Severusowi rękę. Snape ostrożnie cofnął ją i zastanowił się czy nie powinien iść do Poppy i sprawdzić, czy ten nowy nauczyciel nie złamał mu przypadkiem jakiejś kości w dłoni.

McGonagall przeszła do kolejnych, za każdym razem wymieniając ich imię, nazwisko i nauczany przedmiot. Profesor Flitwick i Madam Pomfrey bardzo zainteresowali się jego uszkodzoną nogą. Reszta wydawała się niepewna, jakby nie wiedzieli o czym rozmawiać z człowiekiem bez magicznych zdolności.

- Profesorze Parsons, czemu wasi uzdrowiciele nie uzdrowili pana nogi? Sprawia to panu ból? – spytała Madam Pomfrey.

- Wie pani, nasi medycy są szkoleni, żeby uratować życie, nawet jeśli znaczy to poświęcenie kończyny. Generalnie bardziej zależało mi wtedy na życiu niż na nodze. Dalej mogę się poruszać bez większych trudności, ale faktycznie czasem boli, zwłaszcza w waszym wilgotnym klimacie.

- Jak to się stało? – spytał profesor Flitwick

Jack spojrzał na miniaturowego nauczyciela i uznał, że naprawdę chciał się dowiedzieć. Większość ludzi nie chciało znać całej historii, a wręcz wzdragało się przed jej usłyszeniem.

- Podczas wojny w Zatoce prowadziłem kompanię zwiadu marines w stronę irackiego punktu dowodzenia, gdy zorientowaliśmy się, że jesteśmy na polu minowym. Zawróciliśmy i próbowaliśmy stamtąd wyjść. Większości się już udało, ale gość idący z tyłu zdetonował minę. Był w kiepskim stanie, więc po niego wróciłem. Właśnie go wynosiłem, gdy stanąłem na minie typu 72*. Zostałem odesłany do Stanów, spędziłem siedem miesięcy w warsztacie, gdzie składają poturbowanych żołnierzy i zwolniono mnie z wojska, poklepując po ramieniu.

Nauczyciele siedzieli w milczeniu, wstrząśnięci historią, a on kontynuował:

- Wojna, czy mugolska czy czarodziejska, to paskudna sprawa. Każdy, kogo szkolą do walki, ma nadzieję, że nigdy nie zostanie wysłany na pole bitwy. Popatrzcie na przykład na Harry'ego. Nie chciałby niczego więcej niż bycia normalnym nastolatkiem z normalnymi nastoletnimi problemami. Wie co musi zrobić i jest przerażony. Ale i tak to robi.

- Zdecydowanie ma więcej problemów niż normalny uczeń – przyznała Poppy. – I musiałam się nim zajmować zdecydowanie zbyt często. Merlin wie, że lubię chłopaka, ale on chyba nie wie co to znaczy być normalnym. To coś, z czym nigdy nie miał do czynienia.

- To nie Harry szuka kłopotów, Madam Pomfrey – powiedział Jack. – On jest płomieniem przyciągającym je jak ćmy.

- Ciekawa analogia, profesorze – wtrącił się cicho Severus. – Harry to dziecko światła, zupełnie jak płomień. Jest niezdolny do użycia większości zaklęć Czarnej Magii, a te kilka, które może użyć, sprawiają mu niewypowiedziany ból.

Jack spoglądał przez moment na Severusa.

- Profesorze, skoro mamy pracować razem przy pomaganiu Harry'emu w wyćwiczeniu potrzebnych oddziałów, może pomógłby mi pan ocenić stan zamku i terenów wokół szkoły? Jeśli mamy jej bronić, przydałoby mi się nieco lepsze pojęcie z czym będziemy pracować.

Severus skinął potwierdzająco głową.

- Profesorze Parsons, jeśli przyjdzie pan do mnie później, dam panu maść na nogę. Powinna pomóc złagodzić ból – zaproponowała Madam Pomfrey.


Nora

Harry siedział w swoim pokoju na łóżku i czytał książkę, którą Hermiona znalazła dla niego wśród woluminów zabranych z rodowej skrytki Blacków. Przeczytał akapit, zmarszczył brwi, a potem gwałtownie się wyprostował i przeczytał raz jeszcze:

W czasach dawno minionych, ludzie, zasmuceni odejściem swoich najbliższych, często używali Kryształów Dusz, czasem nazywanymi „Spiritus Crystalus". Kryształy te przyjmowały dusze zmarłej osoby. Do dzisiejszych czasów przetrwało niewiele kamieni, jako że są bardzo kruche.

Kryształ Dusz? pomyślał. No dobra, to ma sens. I zgadza się z moimi obserwacjami dotyczącymi struktury i składu kryształu. Ale jak ma mi to pomóc w zabiciu Voldemorta? To mi nie wygląda na odpowiedź. W najlepszym razie to tylko część odpowiedzi.

Harry zanotował kilka rzeczy w swoim notatniku, a potem przerzucił kartki na stronę ze wszystkimi informacjami, które posiadał o krysztale. Przejrzał fragmenty o jego składzie i strukturze. Większość tych elementów skutkowałoby osłabieniem struktury, ale jak bardzo? Co oznacza kruche? Kruche jak szkło? Kruche jak cienki lód? Więcej pytań! Niestety rozwiązanie będzie musiało poczekać. Tego dnia był umówiony w Hogwarcie na spotkanie z kilkoma osobami.


Aleja Śmiertelnego Nokturnu

James Clearwater był członkiem Zakonu niskiego szczebla. Jego zadanie było proste. Obserwować i meldować. Jednak niepokoiło go, że ostatnio zmienili nieco jego pracę. James został wyposażony w jeden z detektorów Mrocznego Znaku i inny kryształ, na który, jak mu powiedziano, może rzucić zaklęcie, które zostanie odebrane przez Mroczny Znak.

Szczerze mówiąc nie zrozumiał większości tego, co mu powiedziano. Wiedział tylko, że ma obserwować detektor, a kiedy ten zacznie działać, ma rzucić specjalne zaklęcie na ten drugi kryształ.

Tego dnia dostarczał towar od swojego pracodawcy do apteki na Śmiertelnym Nokturnie, gdy Detektor Znaku zaczął mrugać. Szybko odłożył pudło pełne porośniętych brodawkami ropuszych palców, wydobył różdżkę i drugi kryształ. Pospiesznie rzucił zaklęcie i schował oba przedmioty. Niespokojnie rozejrzał się wokół, ale wyglądało na to, że nikogo nie interesuje to, co robi. Podniósł pudełko i podążył dalej.


Gabinet dyrektora, Hogwart

Dubledore rozmawiał w swoim biurze z Jackiem i Severusem. Zdołali opracować plan lekcji, który pozwolił połączyć pracę nad umiejętnościami magicznymi i kondycją fizyczną.

Severus miał jednak pewien problem ze swoją częścią. Wciąż nie otrzymał listy zaklęć od Harry'ego. Co prawda mieli się tego dnia zobaczyć, ale jeśli nie otrzyma tej listy zaklęć, trudno mu będzie opracować coś poza generalnymi założeniami.

Rozmowę przerwała pieśń Fawkesa. Po chwili pojawił się Skrzydło, pozdrowił Fawkesa w języku feniksów i zmienił się w Harry'ego, który wyciągnął zwój do Severusa.

- Pana lista, profesorze.

Severus szybko przejrzał listę, podzieloną na zaklęcia medyczne, ofensywne, tarcze oraz dywersję. To był bardzo wszechstronny zbiór.

- Heja mały! Zajebiaszcze wejście! – powiedział Jack.

Harry uśmiechnął się do niego szeroko i przysunął sobie krzesło.

- Harry – zaczął profesor Dumbledore. – Profesor Snape i profesor Parsons wezmą na siebie część pracy, ale obawiam się, że ty i twoi towarzysze z oryginalnej grupy będziecie musieli im pomóc.

- Rozumiem. Szczerze mówiąc tego oczekiwałem. Mam kilka opcji treningowych, ale tym razem nasze zadanie będzie nieco łatwiejsze. A jeśli nowy projekt bliźniaków Weasleyów wypali, będziemy mieli nieco inną organizację drużyn w tym roku. Chciałbym też, żeby Ron Weasley i Blaise Zabini pracowali ściśle z Jackiem nad opracowaniem solidnego planu obrony. Ron jest niezłym strategiem, a Blaise'a uczyniłem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo zamku. Te dwa obszary będą w tym roku mocno powiązane.

Jack skinął z aprobatą głową.

- Harry, niektóre z tych zaklęć są bardzo zaawansowane – zmienił temat Severus. – Chyba nie oczekujesz, że czwartoroczniacy opanują je wszystkie?

- Nie. Uważam, że czwartoroczniacy powinni uczyć się jedynie zaklęć defensywnych i medycznych. DA nauczy pozostałych zaklęć uczniów z piątego roku i starszych. Proszę też zwrócić uwagę, że Hermiona znalazła mały zbiór zaklęć, które zniszczą naszą tarczę, gdyby kiedykolwiek dostała się w ręce przeciwnika. Szczerze mówiąc nie widzę sensu, żeby w trakcie bitwy trzecioroczniacy i młodsi zostali w szkole. Może znajdziemy kilku bardziej dojrzałych trzeciroczniaków, którzy mogliby nadzorować ewakuację? Jack… eee… profesorze Parsons, znalazł pan czas, by obejrzeć zamek?

- Profesor Parsons był już na wycieczce z profesorem Snapem – wtrącił się Dumbledore. – Właśnie miał nam przekazać swoją opinię na temat sytuacji obronnej w zamku.

Trzej mężczyźni odwrócili się do Jacka, który odchrząknął i przemówił:

- Przez wieki zamki były tworzone jako fortece, otoczone przez mury, fosy i wypełnione ślepymi zaułkami. Z tego co udało mi się zaobserwować, w ciągu ostatnich dwustu lat ktoś uznał, że Hogwart tego wszystkiego nie potrzebuje i kazał je rozebrać. To co nam zostało to kilka dobrze zbudowanych, odpornych budynków, którym jednak całkowicie brak zewnętrznych elementów obronnych. Wygląda też na to, że usunięto blanki z wież i szczytu zamku. Mam nadzieję, że wy jako magiczni goście wymyślicie jakiś sposób na przywrócenie tych murów, albo mamy do czynienia z 360-stopniowym atakiem. Musimy ograniczyć i skanalizować napastników w konkretne miejsca, by skierowali się do przygotowanych wcześniej stref śmierci.

- Więc mówisz, że albo zrobimy mury, albo jesteśmy w tarapatach? – spytał Harry.

- Można tak to ująć – potwierdził Jack.

- Dobra, pogadaj z bliźniakami Weasleyami. Oni mogą wykombinować coś do postawienia tymczasowego muru dla naszego użytku. Jeśli nic nie wymyślą chyba możemy po prostu otoczyć zamek przenośnymi bagnami. Kolejna sprawa – kontynuował Harry, zwracając się do Dumbledore'a. – mam do pana prośbę. Jak pan wie, w ostatniej wizji pokazano mi kryształ. Znalazłem jego nazwę. To coś nazywanego Spiritus Crystalus, znany też jako Kryształ Dusz. Wszystko co znalazłem odnosi się do tych kryształów, jako artefaktów używanych podczas jakichś prymitywnych rytuałów śmierci. Wiem, że to nie broń, ale to ważne – przerwał na moment, by wręczyć Dumbledore'owi kopię swoich notatek na ten temat, po czym spytał: - Czy z pana wpływami w obecnym rządzie mógłby się pan dowiedzieć czy Niewymowni wiedzą coś na ten temat?

- Zobaczymy co da się zrobić – odpowiedział Dumbledore. – Minister Bones uważa, że jest ci winna przysługę po przełomie w sprawie dyrektora Ragnota, więc może będziemy w stanie dostać na ten temat jakieś informacje.

Harry uśmiechnął się z wdzięcznością. Ten kryształ doprowadzał go do szału!

- Jeszcze jedno. Wiem, że chciał pan, żebym przybył do szkoły wcześniej, ale nie wiem czy to najlepszy pomysł. Nie będę mógł za wiele zrobić, póki nie przybędzie reszta uczniów, a szczerze mówiąc boję się o Ekspres.

- Masz rację, ja też martwię się o Ekspres – przyznał dyrektor. – Dochodzą do nas plotki, jakoby Voldemort miał coś zaplanowane na wrzesień lub październik. Ekspres byłby idealnym celem. Może faktycznie powinieneś być na pokładzie razem z twoimi kolegami i koleżankami.

- Dokładnie tak sobie pomyślałem – zgodził się Harry. – Jeśli nie ma już nic do omówienia, to będę leciał. Remus powiedział, że chce mi coś pokazać na Grimmauld Place.

Dumbledore spojrzał na dwójkę nauczycieli i widząc ich potaknięcia odpowiedział Harry'emu:

- Myślę, że na razie to wszystko. Jeśli będziemy cię potrzebować, skontaktujemy się z Grimmauld Place albo z Norą.

Harry skinął głową i zmienił się w skrzydło. Zerwał się do lotu, okrążył biuro, pożegnał Fawkesa i zniknął w płomieniu.

- Musicie przyznać, ten dzieciak ma wyczesane wyjścia! – zawołał Jack.

Snape i Dumbledore wymienili cierpiętnicze spojrzenia.


Grimmauld Place

Harry pojawił się w kuchni na Grimmauld Place. Remus i jego żona siedzieli przy stole. Tonks właśnie nalewała sobie filiżankę herbaty, jednak zaskoczona wylała wszystko. Harry wrócił do ludzkiej postaci i uśmiechnął się szeroko.

- Ciotuniu, większość ludzi preferuje herbatę w filiżance, a nie na podłodze – zauważył.

Remus zachichotał. Przyzwyczaił się już do zachowania swojej żony. Kilka osób, w tym on, podejrzewało, że Tonks wcale nie jest tak niezgrabna, jak się wydaje. W łóżku zdecydowanie nie brakowało jej wdzięku i sprawności!

- Harry – odezwał się Remus. – Dumbledore zmienił Zakon w twoje oczy i uszy. Dzięki radom Hermiony udało nam się zrealizować pewien ciekawy projekt, który chciałbym ci pokazać.

Remus poprowadził Harry'ego do dużego pokoju konferencyjnego używanego przez członków Zakonu. Na jednej ze ścian wisiał potężny pergamin z naniesioną mapą Anglii. W pokoju przy centralny stole siedziało kilka osób pochylonych nad księgami i pergaminami. Skinęli wchodzącym głową i wrócili do pracy.

- Hermiona badała te kryształy przekaźnikowe, które zrobiłeś w poprzednim semestrze. Pomyślała, że można ich użyć, by rzucać zaklęcia tropiące na napotkanych przez nas Śmierciożerców. To był niezły pomysł, ale niewystarczający. Wykorzystałem moją wiedzę z robienia Mapy Huncwotów przy tworzeniu tej mapy. Gdy tylko zaklęcie tropiące jest na kogoś nałożone, pojawia się na tej mapie. Możemy też sprawdzić ich położenie na jednej z mniejszych map, przedstawiających poszczególne regiony.

Harry uważnie przyjrzał się mapie. Poruszało się po niej kilka flag, a każda zawierała czyjeś imię, przypuszczalnie jakiegoś Śmierciożercy. Zerknął na Remusa z pytająco uniesioną brwią.

- No tak, jak na razie udało nam się oznaczyć tylko kilku. Mieliśmy nadzieję, że znajdziemy jakieś miejsce, w którym się zbierają, ale wygląda na to, że roją się po całym kraju…

Jego wypowiedź przerwał delikatny dzwonek, po którym pojawiły się trzy nowe flagi.

- Hmmm… To w pobliżu Ulicy Pokątnej. Poczekaj, wyjmę mapę tego regionu – powiedział Remus, przeszukując stos mniejszych map.

Harry stanął za nim i zajrzał mu przez ramię. Remus szybko znalazł odpowiedni pergamin. Przejrzał go i nagle warknął i spojrzał wściekle na mapę. Na jednej z poruszających się flag widniał wyraźny napis: „Peter Pettigrew".

Remus wydał niski, gardłowy odgłos, od którego włosy stanęły Harry'emu dęba. Remus mógł być uzdrowiony z likantropii, ale zostały mu pewne wilcze cechy.

- Zaraz wracam – warknął Remus i obrócił się do drzwi. Harry złapał go za rękę.

- Remusie, NIE! – powiedział. – Nie możesz ruszyć za nim. To jedyne bezpośrednie połączenie z Voldemortem, które udało nam się namierzyć!

Remus wyszarpnął się.

- Nie rozumiesz? On zabił Jamesa i Lily! Prawie zabił ciebie! Muszę go dorwać!

- Nie możesz! NIE MOŻESZ GO ZABIĆ!

Harry stał przed Remusem, blokując mu drogę do wyjścia. Członkowie Zakonu w pokoju przerwali pracę i patrzyli na nich. Tonks, słysząc krzyki, zbiegła na dół i stała w drzwiach. Patrzyła za strachem, jak Harry i Remus mierzą się wzrokiem.

- ZEJDŹ MI Z DROGI! – wrzasnął Remus.

- Nie, nie pozwolę ci na to – odparł Harry cichym i spokojnym głosem. – Chcę, żeby ten szczur zdechł, tak samo jak ty, ale nie mogę ci na to pozwolić, nie teraz. Musimy mieć możliwość śledzenia jego ruchów.

Remus warknął, wziął zamach i wymierzył młodemu mężczyźnie cios w twarz. Głowa Harry'ego odskoczyła do tyłu, zachwiał się, ale pozostał na nogach. Tonks gwałtownie wciągnęła powietrze i ruszyła w stronę swojego męża, ale stanęła jak wryta, widząc wściekłość w jego oczach.

Czując opuchliznę, formującą się w okolicach kości policzkowej, Harry ponownie obrócił się do Remusa. Spojrzał przyjacielowi w oczy z mieszaniną smutku i zrozumienia, ale powiedział cicho:

- Nie pozwolę ci tego zrobić. Uderz mnie jeszcze raz, jeśli musisz, ale nie zabijesz teraz Glizdogona.

Remus gapił się na niego, dysząc ciężko. Przeniósł wzrok na siniaka, który rósł na jego policzku i nagle gniew z niego wyparował. Uderzył Harry'ego! Syna najlepszego przyjaciela!

Zawył z żałości i opadł na kolana kryjąc twarz w dłoniach. Harry i Tonks przypadli do niego i przytulili. Zdołali go podnieść i zaprowadzić do salonu, gdzie legł na kanapie. Tonks wybiegła z pokoju. po chwili wróciła ze słoikiem maści na siniaki dla Harry'ego i mocnym trunkiem dla Remusa. podała mężowi alkohol i obróciła się do Harry'ego, by nałożyć maść.

- Ha… Harry… Tak strasznie cię przepraszam. nie myślałem… Na Merlina, co ja zrobiłem?

- Remusie, nic się nie stało. Chcesz pomścić moich rodziców. Ja też. Obiecuję, że nadchodzi dzień, gdy to zrobimy. Po prostu nie dziś.

Remus wpatrywał się w mężczyznę, którym stał się ten chłopiec. Widział Lily w tych zielonych oczach, widział Jamesa i wiele, wiele więcej.

Tonks odłożyła maść i usiadła obok męża. Siniak zaczął już znikać z twarzy Harry'ego. Delikatnie głaskała męża po szyi, dając mu pociechę i uspokajając go. Szaleńcze emocje opadły i Remus zaczął dygotać.

- Chyba ktoś się powinien położyć – powiedziała cicho Tonks. Zmęczony Remus skinął głową. Cała trójka wstała. Remus przytulił Harry'ego, starając się przekazać tym gestem cała swoją miłość i cały swój żal.

- Wszystko będzie dobrze – zapewnił go harry. – Nadejdzie dzień, gdy oboje będziemy mieli to, czego pragniemy.

Patrzył jak Tonks prowadzi Remusa po schodach, a potem zmienił się w Skrzydło i udał z powrotem do Nory. Okrążył dom kilka razy, a potem wylądował i zmienił się z powrotem w człowieka.


Pokój nauczycielski, Hogwart

Z reguły podczas wakacji było to ciche i spokojne miejsce. Większość nauczycieli nie zaglądało tu, póki nie zaczął się nowy semestr. Jednak kilka ostatnich dni to zupełnie inna sytuacja.

Biurka zawalone były księgami, pergaminem, kałamarzami, a nawet kilkoma detektorami Harry'ego. Skrzatom domowym zapowiedziano, że pod żadnym pozorem mają nie sprzątać niczego w tym pomieszczeniu. W efekcie filiżanki z zimną kawą, potłuczone kubki i psujące się jedzenie walało się w każdym możliwym miejscu, od półek, przez biurka po podłogę.

Ciche na co dzień pomieszczenie wypełniały szepty, mamrotanie i przekleństwa, gdy nauczyciele pracowali wspólnie nad nowym projektem. Nikt z nich nie pałał w tej chwili specjalną sympatią do Dumbledore'a. Przydzielił im tę pracę i zniknął. Co prawda zdawali sobie sprawę, że jako dyrektor ma wiele ważnych zadań, ale to nie znaczy, że się z tego cieszyli!

Serena Snape ścisnęła nasadę nosa, usiłując pozbyć się narastającego bólu głowy. Już od wielu godzin garbiła się nad biurkiem w tym zatłoczonym, a przez to wypełnionym nieprzyjemnymi zapachami pomieszczeniu. Upał stawał się coraz większym problemem. Co prawda pokój nauczycielski był duży, ale nie zaprojektowano go, by pomieścił tyle osób przez tak długi czas bez sprzątania.

- To jest bezsensowne! – zawołała sfrustrowana Rolanda Hooch. – Trzy różne książki dały mi trzy różne odpowiedzi na to samo pieprzone pytanie!

Osiem głów odwróciło się i popatrzyło na nią z naganą.

- No co? – spytała. – Wiecie, że mam rację! Nikt z nas nie miał ani trochę szczęścia przy tym cholernym projekcie, który nam Albus przydzielił. Czy ktoś z nas przespał normalnie noc w ciągu kilku ostatnich tygodni?

Nauczyciel Zaklęć parsknął i wszyscy popatrzyli na niego.

- Owszem, ja spałem. Ale ciągle śni mi się, że pływam wśród ksiąg i pergaminu, goniąc odpływające pióra!

- Przynajmniej ty spałaś – mruknęła Pomona Sprout, przyciągając spojrzenia. – Czuję się, jakbym miała piach pod powiekami! Moje szklarnie zarastają stokrotkami, smoczy nawóz mi wysycha, a zanim się zacznie semestr muszę zebrać cebulki nagietków!

Serena przyglądała się kolegom i koleżankom z rosnącym rozbawieniem. Gdy głowy odwracały się ku kolejnym mówcom, Serena stłumiła zupełnie nieodpowiedni w tej sytuacji chichot. Zupełnie jak na meczu tenisa, tyle tylko że tu kibice oglądali rozmowę, a nie obracali głowę za puchatą żółtą piłką.

- Minervo, może powinnaś porozmawiać o tym z dyrektorem – zaproponowała Sinistra.

- Jeśli uda ci się go znaleźć – mruknął Severus.

- I co mam mu powiedzieć, Cassie? – spytała szorstko McGonagall, ignorując przytyk Snape'a. – Wiesz równie dobrze jak ja, że musimy znaleźć odpowiedź.

- Może już znaleźliśmy – rzekła cicho Serena i zamrugała zdumiona, gdy głowy gwałtownie zwróciły się w jej stronę. – Pomyślcie o tym. Pierwsza i najprostsza odpowiedź może być tą właściwą. Po tygodniach badań nie znaleźliśmy nic pasującego.

- Nie zamierzam stracić mojego domu! – powiedziała stanowczo Pomona.

- Ja też nie! – zawołał Filius.

Severus i Minerva spojrzeli ze złością na Serenę. Było oczywiste, że uważają tak samo.

- A jeśli nie będziecie mieli wyjścia? – spytała spokojnie Serena.

To był błąd. Pokój eksplodował głośną kłótnią. Mistrzyni Eliksirów odchyliła się na krześle i pomasowała skronie. Narastający ból głowy stał się bólem w pełni.

Jej zdaniem to wszystko było groteskowe. W zeszłym roku Serena musiała przerywać wiele kłótni, a nawet walk, które wybuchały z powodu rywalizacji między domami. A opiekunowie nie robili nic, by to zmienić! Trzymali się dumy swoich domów tak mocno, że nic dziwnego, że te uczucia wypełniały także uczniów. A nauczyciele mieli jeszcze czelność być wstrząśnięci zachowaniem swoich podopiecznych!

- Wystarczy! – krzyknęła Hooch. – Nie będę już tego więcej badała. Uczę latania, nie zakopywania się w książkach – zawołała i zwaliła całą zawartość swojego biurka na podłogę jednym ruchem ręki.

- Rolando! – zawołała ze zgrozą wstrząśnięta McGonagall, przerywając zapadłą nagle ciszę.

- Powiedziałam, że wystarczy, Minervo – odparła stanowczo instruktorka latania, patrząc stanowczo na wicedyrektorkę. – Accio miotła!

- Musimy pracować razem… - zaczęła McGonagall.

- Nie krępujcie się. Pracujcie do oporu. Ale ja z tym skończyłam! – przerwała jej Hooch. Wskoczył na swoją miotłę. – Tak się składa, że zgadzam się z Sereną. Mamy już naszą odpowiedź i nie zmieni tego żaden czas poświęcony na badania. Może wam się nie podobać ten pomysł, ale sugeruję, by się do niego przyzwyczaić.

I wyleciała z pokoju.

Nikt nic nie powiedział, więc Serena wstała. Przeciągnęła się, rozejrzała po pokoju i wzdrygnęła, widząc skierowane na nią niechętne spojrzenia. Kiedy wyszła zza biurka, Minerva uniosła brew, jakby pytając co ona robi.

- Wiesz co o tym myślę, Minervo. Jeśli tobie albo Albusowi nie podoba się odpowiedź, to już wasz problem. Badajcie sobie ile chcecie, ale popieram Rolandę. Głowa mi pęka i mam dość tego tematu. Miłego dnia.

Gdy wyszła, sfrustrowana McGonagall zwróciła się do Severusa:

- Nie możesz czegoś z nią zrobić? – spytała.

Snape parsknął.

- Przeceniasz moje zdolności. poza tym ja z nią muszę mieszkać, jakbyś zapomniała.

Po tych słowach wsadził swój długi, haczykowaty nos w książkę, którą czytał. Uważał tak samo jak Rolanda i Serena. nie sądził, by mieli znaleźć to, czego szukali. Jeśli Serena ma rację, to straci swój dom.


Nora

Ginny była zaniepokojona. Harry nie odzywał się dziś do niej za często. Najpierw miał spotkanie z bliźniakami, potem pognał do Hogwartu. Gdy tylko wrócił usiadł pod drzewem przy stawie i zaczął coś rysować w tym szkicowniku.

Czemu ma dzisiaj taki zły humor? zastanawiała się. Czyżby żałował zeszłej nocy?

To właśnie ta myśl najbardziej ją niepokoiła. Wyszła z domu i poszła w jego stronę, zatrzymując się kilka metrów od niego.

- Harry? – odezwała się cicho.

Odłożył szkicownik na bok i wyprostował nogi. Nie uciekając się nawet do machnięcia ręką, wylewitował ją na swoje kolana i przytulił. Trzymał ją pewnie, kładąc głowę na jej ramieniu.

- Musiałem się uporać dzisiaj z tyloma problemami, a tak naprawdę pragnąłem tylko ciebie – wyszeptał gardłowo.

- Więc nie żałujesz ostatniej wspólnej nocy? – spytała nieśmiało.

- Czy żałuję? Na Merlina, Gin, oczywiście, że nie! To co ofiarowałaś mi ostatniej nocy… brak słów, by to opisać. Muszę wytężyć całą moją wolę, by nie złapać cię i nie zaciągnąć do mojego pokoju – wyszeptał jej do ucha. Zadrżała i jęknęła cicho, gdy poczuła jego pocałunki na uchu i na szyi.

- Bogowie, ależ bym chciał, żeby było już po wszystkim i żebyśmy mogli wziąć ślub! – powiedział.

- Ja też, kochanie – odpowiedziała, głaszcząc go po głowie.

Spojrzała na jego szkicownik, a potem podniosła go zaskoczona. Harry narysował dom. Większy niż Nora, o bardzo eleganckiej linii. Może nie był to dwór, ale na pewno całkiem elegancka posiadłość. Wzdłuż całego domu biegła zadaszona weranda. Ujrzała siebie, stojącą na werandzie z niemowlakiem w ramionach. W pobliżu znajdowała się trójka innych małych dzieci, bawiących się z wielkim psem w ogródku.

- Harry, czy tak właśnie widzisz naszą przyszłość? – spytała nieśmiało.

Nieco zawstydzony Harry zerknął na rysunek.

- To wygląda właściwie, Gin. Rysowałem cię przed innymi domami, które szkicowałem, ale nigdy mi nie pasowało. Dopiero teraz.

- A dzieci? Czy one pasują?

Skinął głową. Odłożyła ostrożnie szkicownik i pocałowała go delikatnie.

- Mi też to pasuje – wyszeptała, przytulając się do niego.

- Ginny? – spytał, nagle bardzo speszony.

- Hmmm?

- Czy… czy przyjdziesz dziś wieczorem do mojego pokoju?

Pocałowała go delikatnie w czoło.

- Z przyjemnością.

Z platformy na stawie Hermiona obserwowała parę przyjaciół. Ron leżał u jej boku, jedną ręką gładząc ją po plecach i powoli zasypiając. Poprzedniej nocy jej związek z Ronem uległ drastycznej zmianie i nie mogła sobie darować, że nie poszła do niego wcześniej.

Teraz patrzyła, jak Ginny siedzi Harry'emu na kolanach. Harry wydawał się taki szczęśliwy, taki zakochany. Nagle coś do niej dotarło.

- Ronald – powiedziała. – Ronald, obudź się, musimy porozmawiać.

- Co… gdzie… Co się stało, Mionko?

- Ron, martwię się o twoją siostrę.

- Moją siostrę? Ginny? A co z nią? Harry ją skrzywdził? ZABIJĘ GO!

Złapała go za ramię, nim zdołał zeskoczyć z platformy i pchnęła z powrotem na deski. Siadła na nim okrakiem i położyła mu ręce na barkach, by go unieruchomić.

- Ronald, jak możesz być tak tępy! Harry nie skrzywdziłby Ginny. On ją kocha!

- To o czym ty mówisz?

Puknęła go w czoło.

- Pomyśl chwilę. Co się stanie z Harrym, jeśli coś złego spotka Ginny.

- No, na pewno będzie zły…

- Ron, mój kochany, słodki chłopcze, kocham cię, ale ty dalej nie łapiesz. Harry nie będzie zły, będzie zdruzgotany. Jeśli coś się stanie Ginny, pewnie zrezygnuje z walki. Podejrzewam, że jeśli straci Ginny, starci też wolę życia.

Ron wciąż nie rozumiał. Wywróciła oczami i powiedziała:

- Nie rozumiesz? Potrzebujemy Harry'ego, a Harry potrzebuje Ginny. Musimy się upewnić, że nic złego się jej nie stanie!

Ron zmarszczył w skupieniu brwi, rozważając sprawę.

- Ale co proponujesz, Mionko? Ginny nie będzie zadowolona, że ją niańczymy.

- Zostaw to mi.

Odchyliła się, nie zwracając uwagi, że siedzi na Ronie okrakiem i nieświadoma efektu, jaki wywiera na nim jej strój kąpielowy. Tak nieświadoma, że krzyknęła zaskoczona, gdy złapał ją za ramiona i przyciągnął do siebie, by namiętnie pocałować. Stawiała opór przez jakieś trzy sekundy, nim wreszcie się poddała. Czuła jego podniecenie, a to rozpalało ją. Postanowiła przyjść do niego ponownie tej nocy. Może nawet przeczytają wspólnie tę jego książkę.


Prywatne kwatery, Hogwart

Jack Parsons siedział w swoim hogwardzkim apartamencie i przeglądał swoje notatki, zastanawiając się jak zmienić bandę dzieciaków w żołnierzy. Siedział na jednym krześle, a nogę opierał na drugim. Dokuczała mu przez cały dzień. Właściwie dokuczała mu odkąd tu przybył. Ale przez ostatnie trzy dni było jeszcze gorzej.

Cholerna angielska pogoda! A co gorsza ten zamek ma duchy, zimne sale i dziwnie wilgotne miejsca. I kto do cholery sprząta co wieczór to miejsce? Nie oczekiwałem służby w szkole, a co dopiero niewidzialnej służby!

Za jego plecami rozległo się ciche pyknięcie. Obrócił się i ku swojemu zaskoczeniu ujrzał dziwaczne stworzenie. Miało około metra i dwudziestu centymetrów wzrostu i oczy wielkości piłek do tenisa.

- Czym ty do diabła jesteś?

- Ja Zgredek, skrzat domowy, profesorze. Zgredek sprząta dla pana pokoje. Zgredek słyszał, że pan przyjaciel wielkiego Harry'ego Pottera, więc poprosił, żeby mógł czyścić pana pokoje!

Jack uśmiechnął się i oparł wygodnie.

- Więc też znasz Harry'ego?

- OCH! HARRY POTTER TO WIELKI CZARODZIEJ! TAKI DOBRY! JEST PRZYJACIELEM ZGREDKA! – Zgredek szalał ze szczęścia, że może rozmawiać na swój ulubiony temat.

Jack zachichotał z rozbawieniem. Czemu mnie nie dziwi, że Harry ma swój fanklub wśród skrzatów czarodziejskiego świata? pomyślał z rozbawieniem.

- Nie wiem jakim jest czarodziejem, ale to dobry dzieciak – odpowiedział na głos.

Jack wstał, ale zachwiał się, gdy jego noga zaczęła promieniować bólem. Złapał oparci krzesła, by się nie przewrócić.

Zgredek złapał go za ramię i pomógł z powrotem usiąść.

- Profesora boli! Zgredek sprowadzi dla pana Madam Pomfrey – zawołał i zniknął z głośnym pyknięciem.

Po kilku chwilach weszła Madam Pomfrey. Jack siedział na krześle, opierając nogę na innym siedzeniu i masował miejsce pod kolanem. Spojrzał na nią, gdy weszła.

- Przepraszam, że przychodziła pani niepotrzebnie, Madam Pomfrey, ten mały skrzat…

- Nonsens – przerwała mu. – Różnie można mówić o Zgredku, ale jest wystarczająco mądry, żeby zobaczyć, że kogoś boli. Proszę mi pozwolić obejrzeć tę pańską nogę.

Jack skrzywił się. Znał ten typ kobiety. Pielęgniarki w szpitalu były takie same. Rządziły się i nie uznawały odmowy. Westchnął uznając swoją porażkę i podciągnął nogawkę, ukazując lśniącą stalowo-aluminiową protezę.

Poppy wyciągnęła różdżkę i rzuciła zaklęcie przeciwbólowe, po czym wzięła się za badanie nogi. Jack westchnął z ulgą, czując efekty zaklęcia.

- Profesorze, proszę położyć drugą nogę na krześle – poleciła Poppy. Gdy to zrobił zmarszczyła brwi. Przecież nawet mugolscy lekarze nie są tak kiepscy! - Nie rozumiem tego, profesorze. Może lepiej wezwę profesora Dumbledore.

- Nie ma potrzeby, Poppy, już tu jestem – rzekł Dumbledore, wchodząc do apartamentu. – Zgredek był tak miły, że poinformował mnie o kłopocie profesora Parsonsa.

- Świetnie, właśnie pana potrzebowałam. Mam tu małą zagadkę.

Jack nie wiedział o co chodzi. Noga już go nie bolała. Jeśli o niego chodzi, było po problemie.

- Dyrektorze, jeśli popatrzy pan na obie nogi, to proteza jest o kilka centymetrów dłuższa niż prawdziwa noga. Gdybym nie wiedziała, że to niemożliwe, powiedziałabym, że noga profesora Parsonsa odrasta!

Dumbledore potaknął z ognikami w oczach.

- Miałem nadzieję, że tak może się zdarzyć.

- Chwila, moment! Mówicie mi, że wyrasta mi nowa noga? Że znowu będę miał obie nogi?

Madam Pomfrey zaniemówiła. To przekraczało jej doświadczenie. Kończyna, która została usunięta i wyleczona nie mogła odrastać!

- Profesorze, jest pan charłakiem – zaczął Dumbledore. - To znaczy, że nie ma pan na tyle magii, by rzucać zaklęcia, ale na tyle dużo, by magia wywierała na pana wpływ. Hogwart to jedno z najbardziej magicznych miejsc na tej planecie. Kiedy po raz pierwszy pan przybył, podejrzewałem, że Hogwart może zacząć aktywnie działać w pana sprawie. Madam Pomfrey nie wie co o tym myśleć, bo jej zaklęcia nie są w stanie odtworzyć pana nogi. Ale to co może ona i to co może Hogwart to dwie różne rzeczy. Obawiam się, że ma pan przed sobą kilka bolesnych dni, ale podejrzewam, że kula już niedługo nie będzie panu potrzebna.

Jack patrzył na niego oszołomiony. Jego noga odrośnie? Spojrzał na nią ze zdumieniem.

- O ja pier… Eee… pani wybaczy – spojrzał przepraszająco na Madam Pomfrey.

Poppy spojrzała na niego surowo, choć sama miała ochotę użyć podobnych słów.

- Profesorze, wydaje mi się, że najlepiej będzie, jeśli przeniesiemy pana do szpitala, przynajmniej na kilka najbliższych dni. Chciałabym zmierzyć prędkość regeneracji i spróbować stwierdzić ile jeszcze może to potrwać. Poza tym będę mogła pomóc panu z bólem. Jak pan myśli, może pan iść? Czy mam wezwać nosze?

- Mogę iść, Madam Pomfrey.

Poppy patrzyła jak mężczyzna wstaje i chwieje się lekko, nim za pomocy kuli złapał równowagę. Uparty facet! Nic dziwnego, że są tak dobrymi przyjaciółmi z Harrym. Obaj są ulepieni z tej samej gliny!

Razem z Dumbledorem wyszli z apartamentu i podążyli za wysokim Amerykaninem.


Serena bombowo się bawi

Dwa dni później Serena spacerowała nad jeziorem, mając nadzieję, że nie spotka innych nauczycieli. W zamku zapanowała niezdrowa atmosfera i nie miała zamiaru stawiać stopy w pokoju nauczycielskim, niezależnie co na ten temat uważała Minerva. Pozostali nauczyciele, z wyjątkiem Rolandy Hooch, wcale nie byli lepsi. Sama myśl o stracie domów powodowała, że znaleźli się na skraju wytrzymałości nerwowej, więc Serena starała się ich unikać.

Spędzała dnie badając szkolne błonia. Nie oddalała się za bardzo od zamku, ale trzymała się na tyle daleko, by nie można jej było łatwo zawołać. Wzniesienie zakryło większość zamku, ale wieże wciąż były widoczne.

Obserwowała wielką ośmiornicę, która leniwie pluskała się w chłodnej wodzie, gdy wtem zmarszczyła nos czując słaby, ale paskudny zapach, który napłynął z lekką bryzą. Pomyślała, że profesor Sprout musiała mieć rację co do smoczego łajna i zignorowała smród.

Co, do diabła? pomyślała, gdy usłyszała pierwszą eksplozję. Wyciągnęła różdżkę i rozejrzała się po okolicy. Nad wzgórzem po swojej prawej ujrzała kłąb czarnego dymu unoszący się w powietrze. Skupiła się i zniknęła z cichym pyknięciem.

Pojawiła się tuż przed szczytem wzniesienia. Zrobiła kilka kroków i spojrzała w dół. U stóp wzgórza dojrzała pobojowisko. Duże płaty trawy zostały wyrwane, a w ich miejscu zostały kratery wilgotnej ziemi.

Dojrzała dwoje ludzi. Widząc, że odrzucają coś od siebie, padła na ziemię. Usłyszała wybuch, który wyrzucił w powietrze ziemię i trawę. Poczuła jak od eksplozji drży ziemia.

Widząc rozmiar zniszczeń Serena postanowiła nie ryzykować. Przykucnęła, wycelowała starannie i ogłuszyła obie postacie. Gdy padli na ziemię zamarła, przepatrując uważnie okolicę w poszukiwaniu ewentualnych kolejnych celów.

Gdy nic się nie poruszyło zeszła szybko i cicho ze wzgórza. Podbiegła do nieprzytomnych postaci, odebrała im różdżki i związała ich. Przyjrzała im się po raz pierwszy z bliska i zmarszczyła brwi.

Voldemort musi być naprawdę zdesperowany w poszukiwaniu nowych Śmierciożerców, pomyślała.

Dwóch mężczyzn wyglądało wystarczająco młodo, by wciąż być uczniami. Rudowłosi, bladzi i chudzi wydawali się dziećmi.

- Witaj, moja droga – usłyszała głos za plecami.

Gwałtownie odwróciła się z różdżką w gotowości i stanęła twarzą w twarz z uśmiechniętym Dumbledorem.

- Albus? – zapytała drżącym głosem.

- Oczywiście – odrzekł nieco rozbawiony dyrektor. – Jesteś równie szybka jak twój mąż, ale może mogłabyś opuścić różdżkę? Obiecuję, że cię nie skrzywdzę.

Nieco zażenowana opuściła różdżkę i uśmiechnęła się głupio. Celowałam w dyrektora? Co ja sobie myślałam? Zaraz…

- Profesorze, znalazłam tych dwóch młodych mężczyzn – zameldowała. – Wysadzali…

- Wszystko w porządku, Sereno - uspokoił ją Dumbledore. - Wiem, że tu są. Powinienem był poinformować nauczycieli.

- Wiedziałeś?... Ale oni… Oni wysadzali… - Serena przerwała, nie bardzo wiedząc co powiedzieć.

- Ziemię? Tak, wiem. Złapałaś bliźniaków Weasleyów, moja droga. Fred i George zostali zaproszeni do Hogwartu. Mieszkają w jednym z nieużywanych zewnętrznych budynków.

Podszedł do nieprzytomnych bliźniaków i popatrzył na nich ciepło.

- Na swój sposób są naprawdę genialni. Wymyślili tak wiele wspaniałych figli.

- Zaraz, powiedziałeś Weasleyowie? Jak w Czarodziejskich Dowcipach Weasleyów?

- Dokładnie ci sami. Pan Potter poprosił ich, żeby zwrócili swoją wynalazczość w kierunku wysiłku wojennego. Podejrzewam, że byłaś świadkiem testowania jednego z nowych produktów Czarodziejskiego Uzbrojenia Weasleyów.

Zauważyła kilka fiolek w pobliżu powalonych bliźniaków, więc podniosła jedną i zbadała ją. W środku znajdował się opalizujący żółty płyn. Serena obróciła fiolkę, zanotowując w pamięci dużą gęstość substancji. Sięgnęła po zatyczkę, ale powstrzymał ją głos Albusa:

- Ostrożnie, Sereno. Jak widziałaś, zawartość jest wybuchowa.

Otworzyła szeroko oczy i delikatnie odstawiła fiolkę. Podniosła się, gdy jeden z bliźniaków jęknął.

- Może powinniśmy ich uwolnić – stwierdziła.

- Tak sądzisz? – spytał uprzejmie Dumbledore.

Rozwiązała bliźniaków i cofnęła się o krok, gdy odzyskiwali przytomność. Podczas gdy dyrektor wyjaśniał oszołomionym mężczyznom co się stało, Serena zmieniła o nich swoje zdanie. Tak, byli młodzi, ale w ich oczach wyraźnie widać było bystry umysł. Ta parka musiała sprawiać mnóstwo kłopotów, pomyślała.

Gdy została przedstawiona, przeprosiła za swoje zachowanie. Bliźniacy nie mieli jej jednak tego za złe.

- Powinniśmy byli… - zaczął Fred.

- …być bardziej ostrożni – dokończył George.

Mowa bliźniaków? pomyślała, uśmiechając się. Jej jedynym doświadczeniem z bliźniakami były siostry Patil, a one na pewno tak nie mówiły!

- Chwilunia! – zawołał George, przerywając jej myśli.

- Snape, powiadacie? – spytał Fred.

Kiedy Dumbledore i Serena potwierdzili, bliźniacy spojrzeli na nią ze zdumieniem.

- Więc Snape się ożenił? Nie wiedzieliśmy… - powiedział Fred

- … że staruszek zdaje sobie sprawę, do czego służą dziewczyny – dokończył George.

Fred odwrócił się do bliźniaka i uderzył go otwartą dłonią w głowę.

- Au! A to za co? – spytał George.

- Nie zdaje sobie sprawy do czego służą dziewczyny? Pogięło cię? Rozmawiasz z żoną tego palanta, ty idioto!

- Palanta? – spytał Fred, po czym oddał cios. – Właśnie nazwałeś go palantem w jej obecności. A ty w ogóle wiesz do czego służą dziewczyny?

- Jasne, czytaliśmy o tym kiedyś w jednej książce, nie? – spytał George.

Serena zasłoniła usta dłonią, patrząc jak bliźniacy kłócą się w oszołamiającym tempie. Kiedy w końcu odwrócili się do niej i wyjąkali przeprosiny, nie mogła się powstrzymać. Wybuchnęła takim śmiechem, że musiała złapać Albusa za ramię, by pozostać w pozycji stojącej. Dołączył do niej rozbawiony chichot Albusa.

Bliźniacy gapili się na nią z niedowierzaniem.

Cztery godziny i miły obiad później, Serena opuściła warsztat bliźniaków. Oprowadzili ją po firmie i pokazali niektóre swoje wynalazki. Albus miał rację. Obaj młodzi mężczyźni byli genialni, a ich poczucie humoru bardzo jej pasowało.

Gdy opowiedzieli jej o niektórych swoich szkolnych wyczynach, musiała przyznać, że czuje się zawiedziona, że przybyła dopiero, gdy oni odeszli. Ale w końcu zawsze podchodziła do uczniowskich psot trochę inaczej niż jej koleżanki i koledzy nauczyciele.

Myśląc o psotach uświadomiła sobie, że Severus nie będzie szczęśliwy na wieść, że bliźniacy wrócili. Co prawda ona uważała, że ich psoty były zabawne, ale Fred i George poinformowali ją, że jej mąż nigdy nie potrafił pogodzić się ze spłatanymi mu figlami.

Ona sama nie widziała nic złego w przemalowaniu szat Severusa na różowe, a jego włosów na blond. Jak na psotę było to całkiem nieszkodliwe.

Jednak największym problemem będzie dla niej nie myślenie o takiej stylizacji swojego męża, gdy zobaczy go następnym razem. Wydawało jej się, że Severus nie będzie zadowolony, jeśli ona zacznie chichotać na jego widok.


Ekspres Hogwart

Ostatnie dni lata minęły Harry'emu, Ginny, Ronowi i Hermionie bardzo szybko. Dziewczęta wciąż przychodziły do chłopców co noc. Jednak Hermiona zawsze wracała do swojego pokoju nim Molly z Arturem zdążyli się obudzić.

Ranek ich powrotu do Hogwartu okazał się ciepły i słoneczny. Artur pożegnał się z nimi wcześniej. Negocjacje z goblinami układały się dobrze, a wciąż trwały, co oznaczało, że był potrzebny w biurze.

Harry i Hermiona patrzyli ze zdumieniem i rozbawieniem jak Molly, Ginny i Ron biegają po domu w stanie kompletnej paniki, szukając rzeczy, które mieli spakować na ostatnią chwilę.

Jak zwykle, zanim wszystko zostało spakowane, a kufry zmniejszone do takich rozmiarów, by zmieściły się do kieszeni, okazało się, że zostało bardzo mało czasu. Ron i Harry wysłali Świnkę i Hedwigę do Hogwartu już rano. Hermiona wzięła Krzywołapa w ramiona. Harry żałował, że nie mogą się aportować bezpośrednio na King's Cross, ale było niemal niemożliwe ukryć coś takiego przed mugolami. Zamiast tego aportowali się na Grimmauld Place, a stamtąd pojechali na stację mugolską taksówką.

Jak nigdy Weasleyowie byli przed czasem. Okazało się, że dotarli na peron 9 i 3/4 aż dziesięć minut przed odjazdem pociągu!

Molly uściskała mocno Hermionę i wyszeptała jej do ucha:

- Kochanie, mam nadzieję, że podłoga w dormitorium chłopców w Hogwarcie nie skrzypi tak jak podłoga w pokoju Ronalda. Uważaj na siebie i na Ronalda.

Hermiona odsunęła się z twarzą w kolorze cegły. Przesłanie było jasne. Molly wiedziała o jej wycieczkach, ale postanowiła na nie pozwolić! Nagle Hermiona nie czuła się już taka mądra.

Potem Molly uściskała Rona, a to co mu powiedział sprawiło, że jego twarz nabrała identycznego odcienia jak u Hermiony.

Kiedy Molly zwróciła się do Harry'ego, ten pocałował ją w policzek i powiedział jej delikatnie:

- Dziękuję za bycie moją mamą, Molly.

Zapomniała o wszystkim cokolwiek chciała powiedzieć Harry'emu. Oczy wypełniły jej się łzami i przytuliła go z całej siły.

Sięgnęła jedną ręką i przyciągnęła do nich Ginny. Zdławionym głosem przykazała im, żeby dbali o siebie nawzajem. Potem uznała, że nie powinna tak ich wyróżniać, puściła tę dwójkę i przytuliła jednocześnie Rona i Hermionę.

Czwórka przyjaciół wsiadła do pociągu niemal w ostatniej chwili. Znalezienie przedziału, w którym siedzieli Luna z Nevillem nie zajęło im dużo czasu. Hermiona udała się do przedziału prefektów. Jako prefekt naczelna musiała rozdać prefektom ich przydziały.

Ginny dotknęła policzka Harry'ego.

- Co powiedziałeś mamie? – spytała. – Wyglądała, jakby królowa właśnie zaprosiła ją na podwieczorek!

- Podziękowałem jej za bycie moją mamą – wyjaśnił Harry. – Wydawało mi się to właściwe.

Ginny pisnęła i mocno uściskała Harry'ego. Gdy pociąg ruszył, Luna zauważyła pierścionek na palcu Ginny. Oglądała go ostrożnie, a Ginny opowiadała o oświadczynach, gdy Hermiona wróciła do przedziału.

Luna tęsknie spojrzała na pierścionek i życzyła im dużo szczęścia.

Wkrótce potem wpadła Lavender. Zapiszczała widząc pierścionek i Ginny musiała powtórzyć historię. To zapoczątkowało nieprzerwany napływ gryfońskich dziewcząt do ich przedziału. Harry nie miał nic przeciwko opowiadaniu, ale spojrzenia, jakie rzucały mu dziewczyny były co najmniej niepokojące. Niektóre patrzyły na niego wygłodniałym, drapieżnym wzrokiem, inne uśmiechały się z aprobatą, a jeszcze inne obdarzały go zazdrosnymi spojrzeniami. Wszystkie były zaskoczone jego nowymi oczami. W końcu zaczął gapić się za okno, by uniknąć kontaktu wzrokowego.

Po dziesiątym powtórzeniu tej samej historii wstał, pocałował Ginny w policzek i zapowiedział, że wychodzi na kilka minut rozprostować nogi. Wyszedł z przedziału i ruszył w tył pociągu, zamierzając dojść do samego jego końca. Uznał, że to da dziewczynom wystarczająco dużo czasu na rozmowy.

W drodze często zatrzymywał się w mijanych przedziałach, by zamienić kilka słów z napotkanymi członkami AD lub innymi znajomymi. Większość uczniów naprawdę cieszyło się na jego widok. Ale kilka osób wydawało się chłodnych, oficjalnych.

Dwa wagony przed końcem pociągu wpadła na niego jakaś dziewczynka. Odbiła się od niego i upadła na zadek, cała we łzach. Widząc jej niepokój, Harry kucnął przy niej.

- Wszystko w porządku? – spytał.

- Mu… muszę kogoś znaleźć. O… o… oni są niedobrzy dla Eryka! – odpowiedziała. Mała dziewczynka wyglądała na tak samotną i zagubioną, że poruszyła serce Harry'ego.

- Kto jest niedobry dla Eryka? – spytał.

- Jakieś starsze dzieci. Pchają go i wyzywają. Coś z błotem – wyjaśniła.

Harry zmarszczył brwi. Wstał i wziął dziewczynkę za rękę.

- Pokaż mi gdzie oni są – powiedział.

Dziewczynka, nie puszczając ręki Harry'ego, zaciągnęła go do ostatniego wagonu. Z tyłu zgromadziła się grupka uczniów. Harry zerknął na dziewczynkę i przyłożył palec do ust. Zalękniona skinęła potakująco i oboje zaczęli słuchać.

- Paskudna szlamo! Masz robić co mówimy! – powiedział jeden głos.

- Patrzcie jak szlama beczy! – powiedział ktoś inny.

Harry spojrzał wściekle. Znał ten głos. Był naprawdę zły. Starsi uczniowie zaczepiający bezbronnych pierwszaków to nic nowego. Ale to było okrutne, rasistowskie znęcanie się, a na to nie mógł pozwolić. Jego oczy zapłonęły, gdy zbliżył się do grupy.

- Wan Chang, już raz się ostrzegałem. Najwyraźniej umycie ci ust nic nie dało ostatnio, więc może spróbujemy jeszcze raz, tym razem dłużej, co? A jeśli jeszcze raz odkryję, że dręczysz jakiegoś ucznia, upewnię się, że spędzisz resztę roku na szlabanie – powiedział stanowczo Harry.

Kiedy się odezwał cała grupa piątoroczniaków obróciła się ku niemu. Niektórzy zbledli. Kiedy skończył mówić, skrzywili się, czując smak mydlin w ustach. Mała dziewczynka zachichotała, gdy z ust zaczęła im się wydobywać piana. Wan i jej znajomi zapiszczeli i uciekli z wagonu.

Kiedy zniknęli, Harry ujrzał małego chłopca skulonego w kącie. po jego policzkach spływały łzy. Wyglądał niezwykle podobnie do tej małej dziewczynki. Oboje mieli taki sam nos, oczy i brązowe włosy.

Harry kucnął przy chłopcu. Dziewczynka również kucnęła i przytuliła chłopca.

- Wszystko w porządku? – spytał delikatnie Harry.

- Już tak – odpowiedziała dziewczynka. – Dziękuję. Jestem Erika. To Eryk, mój brat. Jesteśmy bliźniętami!

- Cześć Eriko, Eryku. Możecie mówić mi Harry.

- Jesteś czarodziejem? Ja jestem czarodziejką! Tak jak mój brat. To znaczy on jest czarodziejem, nie czarodziejką. Przynajmniej tak było w listach, które dostaliśmy – powiedziała Erika.

Harry musiał się uśmiechnąć. Eryk wydawał się do bólu nieśmiały, podczas gdy Eryka była bardzo towarzyska.

- Tak, jestem czarodziejem – odpowiedział z uśmiechem. – Jestem pewien, że któregoś dnia będziesz potężną czarodziejką, a Eryk wielkim czarodziejem. Nie wiedzieliście, że jesteście magiczni? Czy wasi rodzice nie byli magiczni?

- Nie, nasi rodzice nie wiedzieli nawet, że magia istnieje, póki taki śmieszny pan nie przyszedł do nas do domu i nie wyjaśnił nam wszystkiego o szkole.

Harry zamyślił się na moment. Wszystko by się zgadzało. Bliźnięta z rodziny mugoli. Jedno z nich musiało o tym wspomnieć. Jeśli Wan ma więcej popleczników na pokładzie, ta dwójka stanie się celem, gdy tylko ich zostawi.

- Może pójdziecie ze mną? Przedstawię wam kilkorgu moich przyjaciół. To też czarodziejki i czarodzieje i jestem pewien, że będą dla was mili.

Eryk spojrzał w oczy Harry'ego i drgnął, widząc tańczące w nich światło. W końcu skinął głową. Ujął Erikę za rękę, a ona drugą ręką złapała dłoń Harry'ego. Harry poprowadził oboje do swojego przedziału, w którym na szczęście nie było już wizytujących dziewcząt.

Stał w drzwiach przedziału. Erika wyglądała zza jego nogi, a Eryk skrył się za siostrą. Wszyscy spojrzeli na Harry'ego, zaskoczeni obecnością dwójki dzieci.

- Chciałbym, żebyście poznali Erikę i Eryka, potężną czarodziejkę i czarodzieja. Mieli trochę kłopotów z Wan i jej poplecznikami.

Hermiona popatrzyła na małą dziewczynkę i jej brata. Widziała ślady łez na ich twarzach. Zaczęła się podnosić, by zapolować na Wan, ale Harry usadził ją, mówiąc:

- Nie martw się tym, Mionko. Na razie są w trakcie dokładnego mycia gęby i zagroziłem im rokiem szlabanu, jeśli to się powtórzy.

Hermiona przypomniała sobie, że Harry jako nauczyciel może nakładać znacznie surowsze kary niż prefekt, nawet prefekt naczelna. Spojrzała więc na dziewczynkę.

- Cześć Eriko, chciałabyś ze mną usiąść? Nazywam się Hermiona.

Erika skinęła głową i wszyscy przesunęli się, by zrobić miejsce dwójce dzieci. Eryk zauważył szachownicę, nad którą pochylali się Ron i Neville i oczy mu się zaświeciły.

- Czy to szachy? – spytał nieśmiało.

Ron uśmiechnął się do chłopca.

- Jasne! To czarodziejskie szachy. Chcesz zagrać?

Eryk wydawał się rozdarty między chęcią gry a potrzebą zostanie przy siostrze, ale w końcu skinął głową. Ron ustawił bierki i zaczęli grać.

Harry usiadał obok Ginny, naprzeciwko Eriki i zwrócił się do dziewczynki:

- Eriko, w przyszłości, jeśli będziesz miała problemy, znajdź jednego z prefektów albo Hermionę, ona jest w tym roku prefekt naczelną. Będzie mogła ci pomóc. Jeśli nie będziesz mogła znaleźć prefektów albo Hermiony, znajdź nauczyciela. Zawsze ci pomogą.

- Harry – odezwała się delikatnie Ginny. – To dotyczy też ciebie. W tym roku jesteś nauczycielem.

Harry popatrzyła na nią zdziwiony, a potem uśmiechnął się niepewnie.

- Cały czas o tym zapominam – przyznał.

- Harry, naprawdę jesteś czarodziejem? – spytała Erika.

- Jest potężnym czarodziejem i twoim przyjacielem – odpowiedziała jej Hermiona.

Harry nachylił się i wyciągnął rękę. Na jego dłoni pojawiła się kula ognia. Przez moment utrzymywał ją w miejscu, a potem transmutował w białą różę. Podał kwiat Erice, która powąchała go i przycisnęła do siebie, uśmiechając się nieśmiało.

Kiedy przyjechał wózek ze słodyczami, kupił Erykowi i Erice po ich pierwszej czekoladowej żabie. Erika i Hermiona pogrążyły się w rozmowie na temat bycia czarodziejką. Harry uśmiechnął się, widząc jak dziewczynka staje się coraz bardziej rozluźniona. Była zdecydowanie bardziej kontaktowa niż jej brat. Co jakiś czas zerkała na Harry'ego, jakby chciała upewnić się, że nie zniknął.

- Czyżbym miała konkurencję o twoje uczucia, kochanie? – wyszeptała mu Ginny do ucha.

- Nie, po prostu nie mogłem ich zostawić samych – odpowiedział szeptem Harry. – Są z rodziny mugoli i nieprzygotowani na to, co niektórzy mogą im zrobić.

Uśmiechnęła się i pogładziła go po policzku.

- Naprawdę masz potrzebę ratowania ludzi i to jeden z powodów, dla których cię kocham.

Miał już jej odpowiedzieć, gdy Ron wydał z siebie dziwny dźwięk. Harry spojrzał w jego stronę i wybuchnął śmiechem. Ron wreszcie został pokonany w szachy! I to przez pierwszaka! Eryk siedział i z dumą spoglądał na spustoszenie, jakiego dokonał na szachownicy.

- Ron, módl się, żeby Eryk trafił do Gryffindoru, to nauczy cię grać porządnie – zażartował Harry, a potem zwrócił się do chłopca. – Eryku, świetna robota! Przez siedem lat wygrałem z nim tylko jedną grę i to tylko dlatego, że zasnął w trakcie.

Eryk uśmiechnął się nieśmiało patrząc na pozostałych.

Harry spojrzał za okno i dostrzegł gdzie dojechali. Poklepał kolano Eriki, by zwrócić na siebie jej uwagę.

- Eriko, za parę minut przyjedziemy na stację. Będziecie musieli iść z innymi nowymi uczniami, ale przedstawię wam największego mężczyznę, jakiego w życiu widzieliście. Nazywa się Hagrid. Jest też jednym z najmilszych ludzi, jakich w życiu spotkacie. Zabierze was i innych pierwszaków do szkoły. Więc jak tylko pociąg stanie trzymajcie się mnie, a ja was przedstawię, dobrze?

Erika pokiwała głową, patrząc na Harry'ego szeroko otwartymi oczami. Ginny zachichotała. Podejrzewała, że dziewczynka zaczyna się podkochiwać w jej narzeczonym.

Po kilku minutach pociąg zatrzymał się w Hogsmeade. Harry odprowadził bliźnięta do przedziału, w którym były ich kufry i pomógł im nałożyć szaty. Potem wyprowadził je z pociągu.

- Pirszoroczni! Tutaj, pirszoroczni!

Harry pomachał do Hagrida i ruszył w jego stronę

- W porząsiu, Harr… eee… Profesorze Potter, co mogę dla pana zrobić?

- Profesorze Hagrid, chciałbym, żebyś poznał dwójkę moich przyjaciół, Erikę i Eryka. Są pierwszakami i opowiedziałem im jaki byłeś dla mnie miły podczas mojego pierwszego roku.

Hagrid nachylił się nad bliźniętami i uśmiechnął się.

- Każdy przyjaciel profesora Pottera jest moim przyjacielem – zagrzmiał.

Erika zachichotała, a Eryk schował się za nią, próbując się nie śmiać.

Harry obiecał bliźniętom, że spotkają się na kolacji i że Hagrid upewni się, że nic im się nie stanie. Potem pomachał Hagridowi i podszedł do powozu, w którym czekali już jego przyjaciele.

- Harry, to co zrobiłeś było wspaniałe. Te dzieciaki naprawdę potrzebowały dzisiaj przyjaznej twarzy – powiedziała Hermiona.

Spojrzał na nią, jego oczy świeciły w zapadających ciemnościach.

- Mionko, nie mogłem ich zostawić samych. Wan i jej kumple przycisnęli Eryka do ściany wagonu i obrzucali obrzydliwymi wyzwiskami. Poza tym pamiętam jeszcze, jakie to straszne przeżycie, być pierwszakiem – powiedział, udając dreszcz przerażenia.

Wyjrzał z okno, myśląc o bliźniętach, które przekazał pod opiekę Hagrida. Westchnął i rzekł:

- Wiecie co, zamierzam zlecić Blaise'owi trzymanie Wan pod obserwacją w tym roku. Ron, może nam się przydać stworzenie jakiegoś patrolu bezpieczeństwa. Usiądź z Blaisem i przegadajcie to, dobra?

- Zajmę się tym.

- Harry, twoje oczy świecą w ciemnościach – powiedziała Luna. – To naprawdę dziwne.

Harry spojrzał zaskoczony na Lunę. Dziwne? Dla Luny?

- Eee… no nie zrobiłem tego specjalnie. Tak po prostu wyszło jednego dnia.

- Mógłbyś nam się przydać podczas polowania na kangurożce. Zapytam tatę, czy będziesz mógł pojechać z nami za rok – powiedziała rozmarzonym głosem i spojrzała za okno w uśmiechem na twarzy.

Harry wywrócił oczami, a Hermiona i Ginny zachichotały.


Uczta powitalna

Hermiona siedziała na początku stołu Gryfonów. Jako prefekt i prefekt naczelna miała obowiązek powitać każdego ucznia, który trafi do jej domu. Ron siedział obok niej, a Harry i Ginny naprzeciwko. Harry spojrzał na stół nauczycielski i dojrzał, że brakuje przy nim Jacka. Chciał już podejść i zapytać co się stało, ale powstrzymało go otwarcie drzwi do Wielkiej Sali.

Profesor McGonagall wprowadziła nowych uczniów do Wielkiej Sali. Jak zwykle zapadła cisza, gdy uczniowie zastanawiali się, jacy pierwszacy trafią do ich domu.

Erika zauważyła Harry'ego, uśmiechnęła się szeroko i pomachała mu. Odpowiedział uśmiechem.

Profesor McGonagall postawiła stołek na środku sali przed stołem nauczycielskim i spojrzała surowo na zgromadzone przed nią dzieci.

- Uczniowie, gdy wyczytam wasze nazwisko, macie podejść i usiąść na stołku. Włożę wam tiarę na głowę i zostaniecie przydzieleni do jednego z domów – powiedziała.

Położyła tiarę na stołku i zrobiła krok w tył, czekając na coroczną piosenkę. Harry'emu nagle zakręciło się w głowie. Czuł jak wzbiera w nim magia, silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Żołądek wywrócił mu się na drugą stronę. Złapał się mocno krawędzi stołu, by nie spaść z siedzenia. Nagle jego wisiorek rozgrzał się uspokajająco.

Przez tysiąc lat bez mała
Na cztery grupy was dzielę
I dzieli się szkoła cała
Nienawiści i strachu jest wiele

Harry sapnął, jego ciało walczyło z wypełniającą go mocą. Jego przyjaciele spojrzeli na niego z niepokojem.

Minął tu już podziału czas
Więcej o domach nie głosi.
Hogwarcie, jak jedno wstań wraz!
Rozbicie to dowód słabości!

Harry próbował z tym walczyć. Czuł się, jakby miał zaraz eksplodować! Spojrzał na przyjaciół z przerażeniem w oczach.

Dzierżący Ostrze, Kompanie Wężów,
Twe imię wpisane na niebiosach
Do boju prowadź świetlistych mężów,
Czarny Pan zginie po twych ciosach.

Harry drżał, jego ręce zaczęły lśnić światłem, gdy magia wchodziła na nowe wyżyny. Widząc błaganie w jego oczach, Ginny wyciągnęła ku niemu rękę, ale magia nie pozwoliła go tknąć.

Pieśni Feniksa, Magu Kryształów
Światłości najpierwszy obrońco
Stań naprzeciw wściekłości nawału,
I prowadź OD TERAZ do końca!

Magia Harry'ego wezbrała po raz kolejny, otoczyła go niebieska poświata. Mury zamkowe zaczęły dygotać, skąpane tym samym światłem, rozległ się łoskot.

Harry zerwał się na równe nogi, a jego oczy lśniły energią. Zamek się zatrząsnął. Huk kamienia uderzającego o kamień w samym rdzeniu Hogwartu rozbrzmiał w całej Wielkiej Sali. Pierwszoroczniacy zaczęli krzyczeć i płakać, wielu upadło, nie będąc w stanie ustać na trzęsącej się podłodze. Profesor McGonagall patrzyła na Harry'ego z niedowierzaniem, z całych sił starała się nie upaść.

Harry rozłożył ręce nad głową. Jasne promienie światła wystrzeliły z jego dłoni i uniósł się nad podłogę. Fawkes pojawił się w rozbłysku płomieni i pofrunął do Harry'ego, śpiewając pieśń triumfu i radości. Ściany świeciły coraz jaśniej, a wstrząsy przybrały na sile. Sala rozbłysła płomieniami, gdy pojawiały się kolejne feniksy. Dołączyły do pieśni Fawkesa, okrążając Wielką Salę.

Hałas był niewiarygodny! Na zewnątrz osłony Hogwartu zamigotały i rozbłysły ostrym światłem. W Wielkiej Sali poziom niebieskiego światła promieniującego z murów był oślepiający. Sztandary domów stanęły w płomieniach. Rozległ się dźwięk, przypominający kolosa walącego w ogromny dzwon. Światła rozbłysły jeszcze raz i wszyscy musieli zakryć oczy.

Gdy światło w końcu zgasło uczniowie rozejrzeli się w zdumieniu wokół siebie. Zniknęły wszystkie sztandary domów. W ich miejscu wisiał sztandar nie widziany od tysiąca lat. Na czarnym tle widniało złociste słońce, na którym krzyżowały się miecz i różdżka. Ale to był tylko początek.

Szaty wszystkich uczniów uległy zmianie. Kolory domów zostały zastąpione bielą, a herby domów tym samym czarnym sztandarem.

Ron, Ginny i Hermiona przypadli do Harry'ego, który leżał skulony na podłodze. Feniksy, jeden po drugim, podlatywały do Harry'ego i znikały w rozbłysku płomieni.

Gdy Harry zaczął dochodzić do siebie, Ron pomógł mu usiąść. W Sali panował chaos.

- Cisza! – zawołał Dumbledore magicznie wzmocnionym głosem. – Proszę o ciszę! Proszę wszystkich o zajęcie swoich miejsc. No już, wszyscy na miejsca. Dajcie nam kilka minut i będziemy mogli kontynuować ucztę powitalną.

Dumbledore podszedł do leżącego na podłodze Harry'ego. Poppy była już przy nim, sprawdzając czy nie odniósł obrażeń. oboje Snape'owie stali zatroskani w pobliżu.

Dumbledore nachylił się i spojrzał młodemu czarodziejowi w oczy.

- Harry, co zrobiłeś?

- Proszę mi wierzyć, panie profesorze, będzie pan drugą osobą, która się o tym dowie. pierwszą byłbym ja. Nie mam pojęcia co zrobiłem. Zupełnie… zupełnie jakbym był pod wpływem Imperio, ale jednocześnie zupełnie inaczej. Jakbym musiał to zrobić, a jednocześnie chciał to zrobić. Potrafię zwalczyć Imperio, ale nie potrafiłem zwalczyć tego, a Merlin mi świadkiem, że próbowałem – wyjaśnił zmęczony Harry.

- A wszystko z tobą w porządku? Chcesz iść do skrzydła szpitalnego? – spytał Dumbledore.

- Nie. Jestem trochę zmęczony i boli mnie głowa. Poza tym myślę, że choć raz Madam Pomfrey chciałaby cieszyć się ucztą, a nie opiekować się mną.

Madam Pomfrey parsknęła śmiechem.

- Panno Granger, proszę wysłać prefektów do ich domów – polecił Dumbledore. - Coś się zmieniło i powinniśmy sprawdzić co.

- Profesorze, a co z naszymi szatami i sztandarami domów? – spytała.

- Wygląda na to, że mamy nie lada zagadkę do rozwiązania, panno Granger. Czy mogłaby pani porozmawiać z prefektami? – spytał Dumbledore z ognikami w oczach.

Harry zaczął wstawać. Ron i Ginny pomogli mu, a Hermiona poszła porozmawiać z prefektami. Dumbledore patrzył na Harry'ego z uwagą.

- Naprawdę, dyrektorze. Wszystko w porządku, tylko jestem trochę zmęczony. Wrócę na swoje miejsce.

Dumbledore kiwnął głową, a przyjaciele pomogli Harry'emu zająć miejsce.

Ginny wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka. Zamknął na moment oczy i rozkoszował się jej dotykiem, a potem pocałował jej dłoń, a jego oczy błyszczały. Nie zauważył nawet, jak większość pozostałych dziewcząt przy stole westchnęła z rozrzewnieniem.

Profesor McGonagall postawiła z powrotem stołek i poprosiła pierwszoroczniaków o uwagę.

- Kiedy wyczytam wasze nazwisko podejdźcie tu, przydzielimy was do waszych domów.

- Assanti, Angelo!

Mały, ciemnowłosy chłopiec wystąpił i usiadł na stołku. Wicedyrektorka nałożyła mu tiarę na głowę i czekała. Tiara nie poruszyła się ani nie przemówiła. Wyglądała jak nieożywiony obiekt. McGonagall spojrzała błagalnie na Dumbledore'a. Dumbledore wskazał leżącą przed nią listę, na której znajdował się podział uczniów opracowany przez nauczycieli na taką właśnie okazję.

Pokonana McGonagall opuściła ramiona. Wzięła listę i zaczęła odczytywać nazwiska.

Harry przyglądał się dziwnej ceremonii przydziału z rozbawieniem. Miał dziwne uczucie, które mówiło mu, że przydział jest niepotrzebny. Był jednak zadowolony, gdy Eryk i Erika Stonesmith zostali przydzieleni do Gryffindoru. Harry i Ginny pokazali bliźniętom, by zajęli miejsca przy ich stole. Hermiona wciąż znajdowała się przy wejściu do Wielkiej Sali, czekając na raport od prefektów.

Erika usiadła przy boku Harry'ego i spojrzała na niego z podziwem.

- Harry, to było przesuperowe! Zrobiłeś, że całe to miejsce się trzęsło!

Ginny zachichotała z entuzjazmu dziewczynki. Erika przez moment mierzyła ją wzrokiem.

- Jesteś dziewczyną Harry'ego? – spytała.

Ginny lubiła tę dziewczynę. Była wygadana, ciekawska i nie bała się pytać.

- Tak, jestem jego narzeczoną.

Erika zastanawiała się przez moment.

- To dobrze. Jest dla mnie za stary, a nie chciałabym, żeby musiał czekać aż dorosnę. Ale jest uroczy.

Ginny wybuchnęła śmiechem, ściągając na siebie pełne potępienia spojrzenie profesor McGonagall, która nie skończyła jeszcze odczytywać listy. Harry ukrył twarz w dłoniach.

Prefekci zgłosili się z powrotem do Hermiony akurat gdy skończyła się ceremonia przydziału. Oszołomiona prefekt naczelna udała się do dyrektora. Skinął jej głową i polecił zajęcie miejsca. Następnie wstał, a wszystkie oczy zwróciły się na niego.

- Na razie cieszmy się tą wspaniałą ucztą! Wsuwać!

Na te słowa na stołach pojawiło się jedzenie.

- SUPER! – zawołała Erika. Eryk był pod wrażeniem, gdy tuż przed nim pojawił się talerz z jego ulubionym jedzeniem.

W czasie posiłku Hermiona rzucała Harry'emu podejrzliwe spojrzenia. W końcu miał tego dość. Westchnął, odłożył sztućce i spojrzał na nią.

- Co chcesz, Hermiono? Gapisz się na mnie.

- Naprawdę nie masz pojęcia co zrobiłeś? – spytała.

- Co zrobiłem? Mionko, nie mogłem się powstrzymać. Więc nie, nie mam pojęcia co zrobiłem, poza tym, że jestem od tego zmęczony i nawala mnie głowa – warknął na nią zdenerwowany.

Hermiona wyglądała na urażoną. Ginny położyła mu dłoń na karku. Nachylił się lekko ku jej kojącemu dotykowi.

- Hermiono, słuchaj, nie mam pojęcia co zrobiłem. Nie wiem czemu to zrobiłem. To się działo, niezależnie jak bardzo przeciwko temu walczyłem. Przepraszam, że na ciebie warknąłem. Ale naprawdę, głowa mnie boli, jakby olbrzymi używali jej jako piłki. Choć raz chciałbym, żeby zdarzyło się to komuś innemu. Ronowi, Dumbledore'owi, komukolwiek! Przysięgam, gdy będzie po wszystkim, przeniosę się w jakieś miejsce, gdzie nikt nie słyszał o Harrym Potterze, ani Chłopcu, Który Przeżył – powiedział przepraszająco.

Hermiona złapała go za rękę. W jej oczach widział, że go zrozumiała. Uśmiechnął się do niej słabo. Wówczas Dumbledore wstał i zabrał głos:

- Proszę wszystkich o uwagę.

W Sali zapadła cisza i wszystkie oczy zwróciły się na niego.

- Zamierzałem wygłosić dziś tylko kilka ogłoszeń organizacyjnych, ale warunki uległy pewnej zmianie. Dlatego mam do powiedzenia więcej niż zazwyczaj i bardzo was proszę o cierpliwość. Jutrzejsze lekcje zostały odwołane. Zamek przeszedł poważne zmiany. Wraz z pozostałymi nauczycielami muszę go zbadać, by upewnić się, że wszędzie jest bezpiecznie dla uczniów. W związku z tym uczniowie mogą na razie przebywać jedynie w Pokoju Wspólnym, Wielkiej Sali lub na błoniach. Zauważcie, że powiedziałem „Pokój Wspólny". Wygląda na to, że Hogwart postanowił zlikwidować domy. Prefekci powiedzieli mi, że niezależnie jakiego wejścia używali, kończyli zawsze w jednym wielkim Pokoju Wspólnym. Domy stały się jednym.

Dyrektor odczekał chwilę, aż umilkły krzyki, jęki i wściekłe pytania.

- Na razie traktujcie opiekunów waszych domów jak doradców. Nauczyciele, chciałbym wam przypomnieć, że w tej sytuacji przyznawanie i odbieranie punktów jest cokolwiek bezsensowne. Sztandar, który widzicie teraz w Wielkiej Sali to symbol Hogwartu. Nie widziano go od założenia szkoły. Przez lata mówiono o nim Bojowy Sztandar Hogwartu. Ostatnim razem czwórka założycieli zebrała pod nim czarodziejski świat przeciwko innemu Czarnemu Panu. Na koniec jeszcze kilka drobnych ogłoszeń. Zakazany Las pozostaje zakazany dla wszystkich, którzy nie chcą zostać pożarci – tu Dumbledore zrobił pauzę i spojrzał znacząco na stół Gryfonów. – W tym roku uruchamiamy nowy przedmiot, Zaawansowaną Obronę. Dostaniecie za niego punkty owutemowe. Uczyć będzie go trójka nauczycieli. Profesor Snape, profesor Parsons, który, jak muszę z żalem poinformować, przebywa aktualnie w Skrzydle Szpitalnym i profesor Harry Potter. Przedmiot będzie kontynuacją zeszłorocznej grupy Harry'ego Pottera. Muszę was jednak ostrzec, że będzie on niebezpieczny i trudny. Jeśli jesteście nim zainteresowani proszę skontaktować się z jednym z wymienionych profesorów. Nasz woźny, pan Filch, poinformował mnie, że lista przedmiotów zakazanych została poszerzona, by obejmować wszystkie produkty Czarodziejskich Dowcipów Weasleyów. Każdy, kto chce zapoznać się z listą ponad 2200 przedmiotów może to zrobić w biurze pana Filcha. Dodatkowo właściciele Czarodziejskich Dowcipów Weasleyów uruchomili placówkę doświadczalną w naszym kampusie. Poinformowali mnie, że każdy uczeń, który chciałby zarobić w weekend kilka galeonów, może to zrobić zgłaszając się do nich do pracy.

Kiedy Dumbledore usiadł, większość uczniów popatrzyła z niedowierzaniem na Harry'ego. Zawstydzony Chłopiec, Który Przeżył oparł się czołem o stół i zakrył ramionami twarz, marząc z całej siły, by stać się Chłopcem, Który Zniknął.


Słowniczek:

Mina typu 72 to mina przeciwpiechotna produkowana w Chinach. Wybucha z siłą 51 kg trotylu, a do jej aktywacji wystarcza nacisk rzędu 5-30 kg, co sprawia że na terenach objętych konfliktami częstymi ofiarami stają się dzieci. Najczęściej siła wybuchu nie wystarcza by zabić, ale w zupełności wystarcza, by urwać nogę lub rękę…


Od autorów:Do wszystkich, którzy dostrzegają podobieństwa między tą historią i innymi. Ciężko pracujemy, by tego uniknąć, ale jest ograniczona liczba rzeczy, które można zrobić z tymi postaciami bez popadania w zupełne skrajności. Chcieliśmy, żeby Harry przeszedł trening Jedi, komandosów i zrobić z niego cyborga. Niestety Yoda był już zajęty, Demi Moore nam odmówiła, a odkąd Arnold został gubernatorem Kaliforni zapomniał o swych cyborgowych korzeniach. tak więc ci, którzy widzą tu „To oznacza wojnę" kompletnie przegapiają inne części. „To oznacza wojnę" to świetna historia, ale niemal w 100% komedia, podczas gdy nasza ma te inne elementy.


Od tłumacza: Tradycyjnie dziękuję wszystkim, którzy dodają historię do ulubionych i piszą recenzje. Tempo w jakim przybywa czytelników tej historii przebija nawet tempo w jakim rozwijała się baza czytelnicza „To oznacza wojnę" :)

Zapraszam na mój blog literacki „Z pierwszej półki" zpierwszejpolki[kropka]blox[kropka]pl.