Rozdział 1

Mama, just killed a man

Put a gun against his head

Pulled my trigger now he's dead

Mama, life had just begun

But now I've gone and thrown it all away

Na końcu zawsze jest ciemność; wbrew temu co mówią inni. Gdyby było inaczej, gdyby koniec zwiastowało światło, któż bałby się śmierci? Nawet odważni unikają ciemności. Kto nocą spaceruje przez las, niech pierwszy rzuci kamień! Kto w ciągu dnia zapuszcza się w osnute cieniem zaułki, niech podniesie rękę! Czy przyjemność sprawia im chodzenie ulicą Śmiertelnego Nokturnu? Ciemność to dom przerażających istot, bo tylko one mogą się nią karmić. Czyhają w mrocznych kątach, w blasku słońca zbyt słabe, by uderzyć. Wybierają więc noc, kiedy światło pogrążone jest we śnie.
Jest noc. Bezchmurna, przejrzysta, piękna. Każda konstelacja gwiezdna jest na wyciągnięcie dłoni. Centaury zapewne wychodzą na polany leśne gdzieś w oddali, aby w ciszy rozpoznawać przyszłość. To idealna noc dla romantyków, dla pisarzy, dla zakochanych nastolatków i samotników. Ale zło nie śpi. Wciąż jest, choć może bardziej skryte między krzewami, aby blask księżyca nie mógł go oślepić.
Jest noc. Grube zasłony doskonale chronią średniej wielkości pokój przed światłem. Poza nimi, nic nie zostało naruszone. Ani przeciętne, staromodne meble, ani ściany, ani nawet komoda pełna biżuterii. Tylko krzesła przesunięto nieco, aby ustawione w jednym rzędzie przypominały widownię. Na nich zasiedli mężczyźni w czarnych szatach; niektórzy z papierosami typu exclusive. Trudno było ich dostrzec, jeszcze trudniej usłyszeć. Nie dlatego, że pragnęli zachować swą obecność w tajemnicy. Po prostu lubili, gdy wszystko odbywało się wolno, potęgując ich przyjemność. Te spotkania były dla nich nie lada gratką, mimo iż nieufnie patrzyli na Intruzów. A jeden z nich właśnie stał pod drzwiami, otrzymując pierwszą i zarazem ostatnią szansę, aby ulec przeistoczeniu.
- Popatrz - usłyszał w swej głowie ohydny głos, który brzmiał niczym syk. - Przyjrzyj się.
Intruz podniósł głowę, wytężając wzrok i mocno zaciskając zęby, aby żaden widok nie wymusił na nim jęku. Gdy tak patrzył przed siebie, lekkie światło zamajaczyło po drugiej stronie pokoju. Zamrugał i głośno przełknął ślinę. Nie mógł pozwolić sobie na najmniejsze drgnienie mięśni, które zdradziłoby jego strach. Wszyscy dookoła niego żywili się strachem. Jeśli chciał zostać jednym z nich, musiał robić to samo. Nie zareagował więc na trójkę bezwładnych ludzi znajdujących się po drugiej stronie pokoju. Byli żywi i prawie nadzy; powieszeni za kostki głową w dół. Na ich głowach znajdowały się czarne worki. Jeden z nich (mężczyzna) miotał się najmocniej. Kobiety obok drżały. Białe światło uwydatniało wszystkie znamiona na ciałach. Drgające mięśnie, siniaki, gęsią skórkę. Były momenty, w których wili się z bólu; liny wtedy podrygiwały wesoło najwyraźniej nie próbując ich puścić. Wszystkie postacie milczały, zapewne ucieszone zaklęciem, aby nie przerywać mężczyznom w czarnych szatach delektowanie się ich utrapieniem. Każde kolejne Crucio wymuszało na nich gwałtowniejsze ruchy, ale ani jednego dźwięku. Aż nagle znieruchomieli.
- Czyż nie obrzydliwa jest ich bezsilność? Są żałośnie bezużyteczni. Wiją się niczym larwy. Patrz, jak łatwo je zdeptać... - Głos znów przeniknął głowę Intruza, który z trudem opanował złowrogie dreszcze. Wiedział, że słyszy go jako jedyny. Wykonał dwa kroki do przodu, ale zaraz się zatrzymał.
- Czyżbym wyczuwał strach? Czego się boisz, mój drogi? Bezbronnych robaków? Tchórz! Pragniesz być tchórzem, jak twój ojciec. A ja... ja nie ochronię tchórza przed plagą robactwa.
Gdy Intruz sięgał myślami wstecz zastanawiał się jak mógł tego pragnąć. Jeszcze kilka lat temu był gotów przejść transformację o każdej porze dnia i nocy. Uwiedziony postawą swego ojca, którego podziwiał i kochał, pragnął być taki jak on. Jeszcze nie znał jego obaw ani udręki. Chciał wtedy czegoś, co przyszło teraz; tylko, że niechciane, wymuszone. Nikt nawet nie zapytał go o zdanie, ale on był pewien, że gdyby to zrobiono - nie wahałby się. A teraz nie było odwrotu. Nie mógł po prostu odwrócić się i wyjść. Najpewniej możliwość ucieczki stracił już dawno, jeszcze zanim tu przyszedł. Pchnięty tą myślą ruszył naprzód, tym razem bez wahania. Stanął naprzeciw półnagich ciał, nie spuszczając zeń wzroku. Wykrzywione bólem przyjmowały nienaturalne pozy, a każdy ich mięsień był napięty niczym struna. W jednym momencie spadły na ziemię, niczym worki pełne ziemniaków. Dwa pozostały nieruchome, jeden zaczął się czołgać po ziemi szukając pomocy.
- Jak zwierzę wyswobodzone z pułapki... Krwawi, dogorywa, ale nadal szuka ratunku. - Intruz nie dał się zwieść sztucznemu współczującemu tonowi. Zwłaszcza, gdy w ostatnim jego słowie zabrzmiała słabo ukrywana kpina. Rozejrzał się dookoła widząc zadowolone półuśmiechy na twarzach mężczyzn. Byli zainteresowani, niemal podnieceni. On nie był. Jednak daleko mu było do współczucia. Przez ostatnie miesiące zdołał ujrzeć więcej, niż pragnął, a sam pozostawał nieczuły na krzywdę innych od dziecka. To, czego go nauczono, zapuściło silne korzenie w jego charakterze i nie zamierzało zostać wyplenione.
- Zatrzymaj ją - dodał głos po kilkunastu sekundach, gdy czołgająca się dziewczyna - jak sądził Intruz - zaczęła się zbliżać do drzwi. On, jedynym słusznym odruchem przygniótł ofiarę butem do podłogi. Nie był to nacisk mocny, jednak ta wycieńczona od razu upadła. Jej wola walki nie gasła. Spróbowała się podnieść na dłoniach, jednak Intruz natychmiast zdeptał jej palce, co zaowocowało nieprzyjemnym chrupnięciem pękającej kości. Dla zebranych mężczyzn podobne dźwięki były niczym symfonia. Dla Intruza pozostawały obojętne.
- Jak piękne jest upodlenie ludzkie... - szepnął głos. - Jestem pewien, że zechcieliby to zobaczyć rodzice tej zdziry. W końcu sami wyhodowali szlamę we własnym gnieździe.
W tym momencie niczym za dotknięciem różdżki, czarne worki zniknęły z głów pozostałych więźniów. W ich oczach Intruz zauważył łzy. Nie mogli się odezwać, ale ich twarze mówiły wszystko. Mężczyzna rzucił się z zamiarem ratowania córki, jednak magiczne pęta owinęły się wokół jego szyi i przytrzymały. Intruz mocnym kopnięciem odwrócił ciało dziewczyny, co wzbudziło pogardliwe zainteresowanie ze strony otaczających ich mężczyzn. Ktoś machnął różdżką i ofiara odzyskała głos. Jej krzyk wypełnił pomieszczenie, gdy jej poruszone zaklęciem ciało runęło na podłużne lustro w kącie, które rozbiło się z hukiem.
- Siedem lat nieszczęścia - syknął głos, lecz tym razem nie tylko w głowie Intruza. Pokój zatrząsł się od śmiechu. Dziewczyna nie mogła się poruszyć. Jej rodzice płakali, trzymani przez niewidzialne pęta. Intruz wciąż pozostawał obojętny. Wiedziony nagłym odruchem złapał ciało swojej ofiary i przywlókł ją na środek pokoju. Ona wciąż miała worek na głowie. Nie dlatego, że tak życzyli sobie zebrani. To Intruz był tu tchórzem i nie chciał spoglądać w jej oczy.
- Jesteś niczym dziecko... - usłyszał w swej głowie. - A dzieci nie muszą bać się okrucieństwa, bo i tak pozostaną niewinne. Wiesz co lubią dzieci? Zabawę. Chcę widzieć, jak się bawisz.
Trudno było zachować zimną krew. Mężczyzna... A raczej chłopak właśnie zdał sobie sprawę, że nigdy nie będzie tak naprawdę gotowy, mimo że całe dotychczasowe życie czekał na odpowiedni moment. Ten, który miał nigdy nie nadejść. Jego serce zabiło mocniej, gdy uświadomił sobie w stu procentach, że jest już w pułapce bez wyjścia. Gdzie podziała się hodowana przed laty ekscytacja?
Te zaklęcia ćwiczył tylko na małych owadach i pająkach. Nie używał ich na człowieku wiedząc jak wiele pochłaniają siły. Pamiętał, jak pragnął rzucać nimi na prawo i lewo. A teraz żadne z nich nie mogło mu przejść przez gardło. Zrobił krok do przodu i zacisnął wargi, patrząc na kulącą się pod nim dziewczynę. Nie wzbudzała w nim żadnych emocji. Bał się o siebie, nie o nią.
- Crucio. - Było to pierwsze słowo, jakie powiedział tego wieczoru. Przemawiała przez niego sztucznie wzbudzona chęć zadania bólu. Myślał o ojcu zamkniętym w Azkabanie i drżącej ze strachu matce. Myślał o tych, którzy wyrządzili krzywdę jego rodzinie. A ta mała dziewczyna stała się uosobieniem jego żalu. Dlatego udało mu się rzucić to zaklęcie, które wygięło ciało kobiety w nienaturalnej pozycji, zadając jej niemożliwy do opisania ból. Krzyczała, choć Intruz czuł, że pragnęła zachować zimną krwią. Ale była tylko człowiekiem. W dodatku szlamą. Gdy spróbowała zaczerpnąć oddech, przydusił jej szyję butem. Był to moment, w którym obiecał sobie, że nigdy więcej ich nie założy. Lecz teraz dociskał podeszwę na tyle mocno, że wkrótce szlama zaczęła tracić przytomność. Serce biło mu coraz mocniej sprzeczając się z umysłem. W głowie była mu nadal obojętna, w sercu czuł, że nie ma potrzeby, aby dziewczyna umierała. Nie z jego rąk. Paradoksalnie, właśnie w tym momencie usłyszał ostatnie słowo: Zabij. Zawładnęła nim ciemność, w której zaczął powoli tonąć. Wiedział już, że właśnie stał się jedną z tych przerażających istot, o których myślał, idąc tutaj. Nie powinien już wychodzić za dnia, bo w jasności nie było dla niego miejsca. Właśnie otworzył drzwi, przez które można przejść tylko raz i tylko w jedną stronę. Ale mimo to bardzo trudno było pomyśleć: wszystko mi jedno. Przyjrzał się dogorywającemu ciału i dał mu chwilę odpocząć. Ale było to złudne, ta kropla nadziei, którą obdarował swoją ofiarę. Nie chciał na nią patrzeć, lecz ciekawość wzięła górę. Nim wypowiedział złowrogie zaklęcie złapał czarny worek i zdjął go z jej głowy. Zielone oczy uderzyły go z niespodziewaną siłą. Duże, nazbyt wyraźne, patrzące błagalnym wzrokiem i umierające. Wkrótce zmieszały się ze strumieniem zielonego światła. A potem znów nastała ciemność.

Miał wrażenie, że minęło wiele godzin, nim otworzył oczy. Coś zawirowało w jego głowie, lecz nie miało to najmniejszego znaczenia. Gdy przetarł zmęczone powieki, nie znajdował się już w niewielkim szeregowym domu należącym do pary mugoli i ich córki. Był w salonie posiadłości Malfoy Manor. Nie pamiętał, żeby się teleportował. Na środku pokoju stał stół, przy nim siedziało kilkanaście osób. Wszystkie wpatrzone w niego.
- Gratuluję, Draconie. Dowiodłeś, iż nieobca ci odwaga i wola walki z gorszymi od ciebie. Masz prawo zostać mym wiernym sługą - rzekł Lord Voldemort, obserwując go uważnie. - Ze swym talentem masz szansę odkupić winy Lucjusza oraz... zająć jego miejsce w naszych szeregach. Usiądź.
Draco nie był pewien, czy docierają do niego poszczególne słowa. Każde odbijało się echem w jego głowie, wzrok również szwankował. W pewnym stopniu ciężko było mu odróżnić jawę od snu, a ciało odmawiało posłuszeństwa. Nie zapomniał jednak rozumu. Skłonił się lekko swojemu panu i usiadł między matką, a nie do końca normalną ciotką Bellatrix.
- Hokus pokus, czary mary, razem wytępimy szlamyyyy - zaskrzeczała mu do ucha, śmiejąc się okropnie. Zaraz jednak zamilkła.
- Wszyscy zgodzimy się, że ktoś taki jak Draco jest nam potrzebny - powiedział Amycus Carrow, opierając się łokciami o stół. - Ma nieograniczony dostęp do słodkiej idylii Dumbledore'a.
- I co niby może zrobić? - prychnął Dołohow. - Kim jest smarkacz w obliczu czarodziejów, którzy pilnują tam porządku...? W dodatku mając obstawę złożoną z większości aurorów, którymi dysponuje Ministerstwo.
- Sugerujesz, że mianowanie Dracona było bezużyteczne? - Bellatrix uniosła brew.
- Sugeruję, że zabił jedną szlamę, a wygląda jakby miał zemdleć. Dzieciak nie nadaje się do żadnych ważniejszych misji.
- Na twoim miejscu opanowałbym emocje, Dołohow. Chyba, że próbujesz nam powiedzieć, iż zgłaszasz się na ochotnika, który prześledzi Hogwart. Nie mogę się doczekać twojego raportu - odezwał się obojętny głos z końca stołu.
- Dziękuję, Severusie - powiedział Czarny Pan. - Antoninie, zamilcz.
- Tak jest, panie - odparł, niechętnie patrząc na Severusa Snape'a. Właściwie na nauczyciela eliksirów wszyscy patrzyli niechętnie z wyjątkiem samego Voldemorta, Dracona i Narcyzy. Mało kto mu ufał. A nienawidzili go tym bardziej, że zasiadł po prawicy Czarnego Pana, mimo błędów, które popełnił w przeszłości.
- Gdyby młody Draco Malfoy nie był nam potrzebny, nie dostałby szansy odkupienia win swojego ojca. Teraz ma szansę spłacić jego dług i przywrócić mu dobre imię. Może dać mi więcej, niż wy wszyscy razem wzięci - przemówił Voldemort, głaszcząc Nagini po grzbiecie. - Hogwart to twierdza, której Albus Dumbledore nie przestanie chronić, aż do śmierci. Kiedy jego zabraknie, żadne zaklęcie ochronne nie obroni murów przed obcymi siłami. Jego moc zaczyna kuleć, czuję to. Lecz wciąż jest wystarczająco silny, aby nie pozwolić na podporządkowanie sobie szkoły. Jest tylko jedno rozwiązanie.
Draco nie słuchał dyskusji na jego temat. Patrzył nieobecnym wzrokiem przed siebie, a gdziekolwiek nie skierował wzroku miał wrażenie, że widzi zielony blask; a to z lampy, a to z szyby. Mrugał mocno, by pozbyć się tego wrażenia, lecz ono za każdym razem wracało. Teraz poczuł na sobie spojrzenia wszystkich zebranych w sali. Jego serce ponownie zabiło mocniej mówiąc mu, że każdy na tym miejscu czegoś od niego oczekuje.
- Dumbledore musi zginąć.
Zdanie Czarnego Pana zawisło w powietrzu. Nikt nie odważył się odpowiedzieć.

- Potrzebny. Słyszałeś to, Severusie? - zapytała nieco roztrzęsiona Narcyza, chodząc nerwowo wokół przytulnego salonu. - Czarny Pan nazwał Draco potrzebnym.
- Słyszałem, Narcyzo. Lecz chyba powinno cię to cieszyć? To nielada przywilej być potrzebnym - odparł Mistrz Eliksirów z wysokiego fotela. Siedział prosto jak struna, jego ciemne oczy wodziły za rozmówczynią, twarz pozostała nieprzenikniona. Kobieta wzdrygnęła się.
- Cieszyć? Patrzę na mojego męża i wiem, że nie ma powodu, aby się cieszyć. On też kiedyś był potrzebny, Severusie. Teraz stanowi przedmiot kpin i szyderstwa... A żyje tylko dlatego, że Czarny Pan widzi szansę w Draconie. Jeśli zawiedzie...
- ... Czarny Pan dał mu zadanie, które pragnęłoby wykonać większość jego sług. Musisz zdawać sobie sprawę z tego, jak ogromny to przywilej.
- I klątwa.
- Dlaczego tak mówisz, Narcyzo? - wzrok Severusa zatrzymał się na niej na dłużej.
- Severusie... Nie graj przede mną. Dobrze wiesz ku czemu to prowadzi. Gdy Draco zawiedzie również przestanie być potrzebny. Czarny Pan ma wokół siebie osoby przydatne. Dołączenie do grona jego sług to bilet w jedną stronę, a gdy staniesz się dla niego zbędnym... Severusie, Czarny Pan nie odsyła z kwitkiem.
Snape zacisnął wargi i zmarszczył brwi.
- Sugerujesz...
- Sugeruję, że niepowodzenie będzie oznaczało dla całej naszej rodziny śmierć.
Ostatnie słowo zawisło w powietrzu, rozbrzmiewając w ciszy niczym długo wyczekiwany wyrok. Mistrz Eliksirów nie powiedział ani słowa więcej, Narcyza Malfoy spojrzała na szalejący w kominku ogień, a Draco odsunął się cicho od drzwi, za którymi stał, nie chcąc, aby jego obecność została odkryta. Powoli wycofał się i zniknął w korytarzu. Na jego twarzy malowało się przerażenie.

Posiadłość Malfoy Manor była na tyle duża, że każdy jej mieszkaniec mógł upajać się samotnością. Choć... W świetle ostatnich wydarzeń nie brzmi to szczególnie pozytywnie. Samotność była wszędzie. Od kilku miesięcy Draco mieszkał tu tylko z matką, a jedynymi ich gośćmi byli mniej lub jeszcze mniej sympatyczni Śmierciożercy. Czasem przybywał tu również Czarny Pan lecz niezbyt często; nic dziwnego. Przebywanie w tym domu mogło być ryzykowne, odkąd Lucjusza oskarżono o bycie sługą Voldemorta. Nie zmieniło to jednak faktu, że posiadłość była wielka i nikt nie znał jej tak dobrze, jak Draco. Więcej; był przekonany, że wie o tajemnych przejściach, których nie odkrył nawet jego ojciec. Mógłby schować się tu przed każdą niechcianą istotą, każdym aurorem, zjawą, a nawet pieprzonym Albusem Dumbledorem.
Albus Dumbledore. Jedyny czarodziej wzbudzający strach w lordzie Voldemorcie. I on, Draco Malfoy, miał tego człowieka zgładzić. Otrzymał to zadanie ledwie chwilę po tym jak zamordował bezbronną szlamę. Teraz usłyszał, że niepowodzenie będzie karane śmiercią. Jak mógł być takim idiotą? Czy naprawdę myślał, że gdy zawali sprawę, Czarny Pan klepnie go po ramieniu i powie: Spoko, Draco, nic się nie stało? Blondyn odetchnął głęboko, zakrywając twarz w dłoniach. W jednym z tych smutnych, ponurych pomieszczeń nie musiał udawać. Mógł być otwartą księgą, bo wiedział, że tu nikt jej nie przeczyta.
Minęło czternaście nocy odkąd został Śmierciożercą. A raczej czymś na kształt Śmierciożercy, gdyż nie obdarzono go znakiem; było to zbyt niebezpieczne. Czternaście nocy odkąd zamordował dziewczynę, której imienia nawet nie znał. Której ciało znaleziono następnego dnia, ale Prorok Codzienny nie odważył się o tym napisać, aby nie siać paniki. Co poczułby Malfoy widząc przedśmiertny portret swojej ofiary na przodzie gazety? Czy taki sam ucisk, jak każdej nocy, gdy zielonooka brunetka wracała do niego w snach mówiąc: Zabiłeś mnie? Powtarzała to zdanie milion razy. Zupełnie tak, jakby o tym nie wiedział, jakby nie miał świadomości swojego czynu. A ta świadomość rosła z każdym dniem. Wszystko, co było mu obojętne, budziło w nim przerażenie. Taki paskudny lęk, z którym nie mógł się uporać. Przez który nie spał i nie jadł. A nader wszystko przerażały go powracające zielone oczy. Były wszędzie. Czaiły się w każdym lustrze i w każdej tafli wody. Atakowały go na zakrętach, przy świetle i w ciemności. Gdy siedział, leżał, stał, spał, pił, czytał, pisał. Każdy kolejny dzień utwierdzał go w przekonaniu, że już się od nich nie uwolni. Wyrzucenie butów nie pomogło. Scena, w której przyciskał dziewczynę do podłogi odżywała w nim ciągle na nowo. Za każdym razem przypominał sobie coraz więcej szczegółów, które usilnie pragnął wyrzucić z głowy. Wystarczyło czternaście dni, by uznał się za potwora. Nawet jeśli tajemniczy głos w jego głowie (może zwiastujący początki schizofrenii) szeptał czasem: Nie jesteś mordercą, Draco.

xxx

Odkąd Harry Potter miał kolejny złowieszczy sen minęły dwa tygodnie, a Zakon Feniksa zdążył się nieco uspokoić, mimo iż sprawy nie wyglądały dobrze. Z całego kraju przychodziły dziwne doniesienia, ludzie szeptali do siebie na ulicach i choć każdy chciał wiedzieć wszystko, nikt nie wiedział nic. Harry'ego dręczył fakt tożsamości nowego Śmierciożercy, choć miał swoje podejrzenia, o których nie powiedział Zakonowi. W swoim śnie widział wyraźnie, jak ktoś nowy morduje czarodziejkę z rodziny mugoli. I wiedział, że to jeden z TYCH snów, które są niczym innym, jak projekcją rzeczywistości. Poza tym następnego dnia Zakon znalazł ciało dziewczyny, a cała sprawa rozeszła się bez echa. Pamiętał, że wtedy długo rozmawiali.
- Nie widziałem twarzy. Stali w niewielkim, staromodnym salonie. Były trzy ofiary, wokół siedzieli Śmierciożercy, ale mieli na sobie maski - relacjonował wtedy Harry.
- I naprawdę nie zdołałeś zobaczyć, kto jest oprawcą? - zapytał Ron. Brunet zaczerwienił się i spuścił głowę. Trudno mu było powiedzieć prawdę, mimo że wszyscy się jej domyślali.
- To... Znowu byłem ja, Ron. To ja nim byłem. Ja byłem w jego ciele i umyśle. Słyszałem wszystko, co Voldemort szeptał tylko jemu. Stąd wiem.
Nikt z siedzących przy stole (a było ich sporo) nie skomentował tego wyznania, nie chcąc bardziej zawstydzać Harry'ego, co w gruncie rzeczy było słusznym zagraniem.
- Wszystko się zgadza - powiedział Lupin. Kilkanaście par oczu zwróciło się ku niemu. - Tak wygląda coś w rodzaju... chrztu. Każdy, kto chce służyć Voldemortowi zostaje główną atrakcją tajnego spotkania. Obserwowany przez najbliższych Voldemortowi Śmierciożerców ma wykonać jakieś konkretne zadanie, często okrutne i nie mające nic wspólnego z człowieczeństwem. Zbadaliśmy to dawno temu. Gdy ich dzieło zadowoli pana, otrzymują Mroczny Znak, co swoją drogą jest bardzo bolesne.
- Ustalmy fakty. Voldemort ma nowego poplecznika - wtrącił Artur Weasley. - I robi wokół niego cały ten rytuał, a wydawać by się mogło, że teraz powinien przyjmować każdego, kto zechce mu służyć. Nie ma czasu na takie zabawy. Jeśli więc przyjął nowego sługę z takimi... honorami to znaczy, że tamten jest mu potrzebny. Zamierza wykorzystać go w konkretnym celu.
- Coś mi się wydaje, że nowemu Śmierciożercy przyjdzie zmierzyć się z czymś znacznie trudniejszym, niż zwykłe morderstwo... - westchnęła Tonks, opierając łokcie na mahoniowym stole.
- A to oznacza, że Voldemort albo żywi do niego zaufanie, albo każe mu za coś pokutować. Pytanie tylko; za co? - Kingsley ściągnął brwi w głębokiej zadumie.
- Myślę, że nie warto doszukiwać się przyczyn tu i teraz. Nie mamy na to czasu. Ważniejszym jest dowiedzieć się kto wstąpił w szeregi Voldemorta. Być może zwodzi nas i chce, abyśmy wierzyli, że przygarnął kogoś znaczącego. W rzeczywistości natomiast posługuje się osobą, której nigdy byśmy nie podejrzewali i na pewno pominęli w śledztwie... Ona będzie wykonywać zadanie, my poruszać się błędnym tropem - zauważył Lupin sprawiając, że wszyscy zebrani jeszcze bardziej pogrążyli się w myślach.
- Szczególną uwagę trzeba zachować w Hogwarcie. Zwracam się do Was; Ron, Harry, Hermiona. Pośród uczniów mogą być osoby, które zbierają informacje dla swoich rodziców. W Hogsmeade też zaczęły się kręcić nieciekawe osoby. - Pan Weasley wzdrygnął się na samą myśl i odwrócił wzrok od trójki hogwartczyków, którzy słuchali w skupieniu. Dyskusja trwała około dwóch godzin, a udział w niej brali wszyscy. Fred i George mieli bardzo wiele do powiedzenia na temat szczurzoryjowatych Ślizgonów, którzy na pewno przemycają informacje dla swoich starych-Śmierciożerców. Harry musiał przyznać, że zgadza się z nimi, choć ironiczna reakcja pozostałych utwierdziła go w przekonaniu, że nie może im powiedzieć o swych podejrzeniach. Sam nie wiedział, czemu relacjonując sen pominął kilka dosyć znaczących informacji, jak to, że Voldemort zwracał się do swojego nowego poplecznika, mówiąc o jego ojcu. Może uznał, że przyjaciele i tak go wyśmieją? Remus Lupin spokojnie wyjaśniał schematy działania popleczników Voldemorta, a Artur Weasley wtrącał nowiny, które zasłyszał w Departamencie Tajemnic. Sam Harry chwytał każdy fragment rozmowy nie pozwalając, aby cokolwiek mu umknęło. Nie zamierzał siedzieć w Hogwarcie bezczynnie. Chciał szukać informacji, obserwować uczniów i przede wszystkim; być w stałym kontakcie z Zakonem Feniksa. W miarę trwania dyskusji planował już, które miejsca musi odwiedzić i z kim porozmwiać. Choć nie wiedział jak, wiedział, że pomści śmierć swoich bliskich, przyjaciół, Syriusza, a także każdą stratę, jaką wyrządził Voldemort. I nie zamierzał przebierać w środkach.
- Czy zamierzacie prowadzić tę dyskusję cały dzień? - Z kuchni wyleciała pani Weasley jawiąc się towarzystwu w nakrapianym fartuchu i z różdżką w ręce. - Jest połowa wakacji, a pogoda idealna na quidditcha. Nie można ciągle się martwić, bo wszyscy zwariujemy. A wtedy to nawet święty Merlin nie pomoże!
Harry pamiętał, że chętnie skończyli rozmawiać, wzięli miotły i wyszli. Wtedy świeciło słońce, wiatr sprzyjał lataniu, a z komina unosił się dym zwiastujący nadchodzący obiad. Wszystko było beztroskie. Zupełnie tak, jakby żadnego zła nie było na świecie i jakby żadne zło miało nie nadejść. Wszyscy byli spokojni.

xxx

Tydzień. Dokładnie za tyle miał ponownie opuścić dom, aby udać się do Hogwartu. Tylko, że tym razem wszystko wyglądało inaczej. Nie jechał tam jako doskonały uczeń, bardzo dobry szukający i lśniąca gwiazda Slytherinu. Jechał jako morderca, którego domem miała być ciemność. Nagle poczuł, że króluje wysoko nad swoimi rówieśnikami. Uznano go za zdolnego do dokonania czynu, o którym każde z nich bałoby się pomyśleć. Dziwnym trafem nie napawało go to dumą. Oczywiście, że chciał okazać się godny. Zamierzał spełnić swoje zadanie nie popełniając po drodze żadnych błędów. Ale nie odczuwał ekscytacji, która wypełniała go jeszcze kilka miesięcy temu. Teraz była tylko pustka.
- Musisz się opanować, Draco - powiedziała któregoś dnia matka, choć sama w samotności nie mogła się pogodzić z losem swojego syna.
- Nie wiem, o czym mówisz - odparł sucho, nie mając ochoty na dyskusję. Nie był dzieckiem. Potrafił o siebie zadbać i doskonale wiedział, co ma robić.
- Nie śpisz, nie jesz, a w twoich oczach widać wszystko, czego nie chciałbyś pokazać - zawyrokowała, wstając z wygodnego szezlongu i podchodząc do niego.
- Czyli co takiego? - spojrzał na nią wyzywająco. Przez ostatnie tygodnie stał się bardzo zgorzkniały i wyczulony. Ostatnie czego potrzebował to pouczające wykłady o ostrożności. Kto miał prawo mu mówić, co ma robić? Nikt. Bo nikt nie był w sytuacji choćby trochę podobnej do niego.
- Strach - odparła krótko, lecz owa odpowiedź wydawała jej się zupełnie wystarczająca. I rzeczywiście; choć młody Malfoy nie odezwał się ani słowem i przestał zwracać na Narcyzę jakąkolwiek uwagę wiedział, że widać po nim zbyt wiele. Że gdy tylko w takim stanie przekroczy bramy Hogwartu, zaraz zaczną go podejrzewać. Wszyscy. Nauczyciele, przyjaciele i przede wszystkim wścibski, nieokiełznany Harry Potter; zbawca świata z przypadku, który nos wtykał wszędzie tam, gdzie nie powinien. Draco najeżył się. Nałożenie zwyczajowej maski przychodziło mu z trudem; może dlatego, że choć jego osobowość zawsze posiadała drugie dno, nigdy nie udawał kogoś, kim nie był. Przez ostatnie lata żadne jego zachowanie nie było wymuszone. I jak widać; wystarczyło kilka miesięcy, aby to, co dotychczas było jego prawdziwym charakterem, stało się maską. To za nią musiał ukrywać się przez najbliższy rok. Tylko po to, by nie wzbudzać podejrzeń. Lecz prawda byla taka, że Draco Malfoy nie był już tą samą osobą, co kiedyś. Wciąż był Ślizgonem z krwi i kości, dziedzicem potężnego, choć upadającego rodu. Wciąż cechowała go arogancja, drastyczne poglądy i duma, z którą przez lata okazywał swoją wyższość. Miał być najlepszy we wszystkim. I nie było znaczenia, czy chodzi o Quidditcha, czy zamordowanie najpotężniejszego czarodzieja na świecie. Jeśli ma go zabić, musi to zrobić najlepiej jak potrafi. Sęk w tym, że nie do końca był co do tego przekonany. Na przestrzeni ostatnich miesięcy stracił nieco pewności siebie, jego talent do gwiazdorzenia skrył się za potrzebą samotności, a nieustająca w ostatnich latach chęć pokonania Gryfonów lub - sprecyzujmy - Harry'ego Pottera przestała mieć znaczenie. Teraz był on, Voldemort i zadanie, którego wykonanie graniczyło z cudem. Ślizgon miał tydzień, by przywrócić się do porządku. Inaczej śmiało mógł popełniać samobójstwo.

O, jaki biedaczek..., szepnął głos w jego głowie, który nie współczuł mu ani trochę.

xxx

Lucjuszu,

Trudno przyzwyczaić się do braku Twojej obecności. To pierwsze wakacje od dwudziestu lat, których nie spędzamy wspólnie, lecz nie ma to znaczenia. To się stało. Draco wyjeżdża do Hogwartu za tydzień, a mnie wypełnia strach. Wiem, jak bardzo chciałbyś być z niego dumny, lecz pomyśl... Czy na pewno właśnie tego chcieliśmy? Choć nie ma powodu, by to roztrząsać. Niewiele możemy zmienić. Oboje wiemy, że to droga bez powrotu. Zawsze będę dumna z naszego syna, choć teraz czuję paraliżujący strach, którego nie chcę mu pokazać. Uważa, że ma szansę. Ja myślę, że jest na straconej pozycji i zastanawiam się, czy aby nie taki był plan Czarnego Pana. On musi wiedzieć, że to tylko nastolatek, który nigdy nie miał nic wspólnego z takimi rzeczami. To nie szansa na odkupienie, to okrutna kara, Lucjuszu. Okrutna i dobrze przemyślana.
Nasz syn zmienia się, Lucjuszu. Choć często martwiły mnie jego zachowania, które Ty zachwalałeś, teraz pragnęłabym, aby dawny Draco wrócił. Draco, który potrafi nie przebierać w słowach i darzyć innych szczenięcą nienawiścią, ale nie potrafi zrobić prawdziwej krzywdy.
Wiesz co w tym wszystkim najgorsze? On nadal nie potrafi, a zrobił to. Zrobił to, nie potrafiąc, bo wiedział, że nie ma innego wyboru. I martwi mnie, dokąd go to zaprowadzi.

Kobieta włożyła pergamin do koperty i odłożyła ją na stos dwudziestu ośmiu innych niewysłanych listów, które nigdy nie trafiły do adresata. Pisała je codziennie wyobrażając sobie, że jej mąż czyta każdy z nich. Tak łatwo można było zapomnieć, że w Azkabanie nie przyjmują poczty.

xxx

Na końcu zawsze jest ciemność. I choć Draco Malfoy palił wszystkie świece, by w niej nie przebywać, one gasły. Gdy opuszczał pokój, by nie wrócić do niego przez wiele miesięcy, zostawił je wszystkie; spalone, z rozlanym woskiem i ułamanymi knotami. Przez ostatni miesiąc nie próbował nawet walczyć z ciemnością. Ona była wszędzie, skryta pod różnymi postaciami. Opuścił dom po raz pierwszy od feralnego dnia, gdy udał się do domu dwójki mugoli i ich córki. Na zewnątrz zastał świecące słońce, jasne niebo, od którego piekły oczy. Ale to nic nie zmieniło. Dla niego było już za późno. Szedł z obojętną miną, wlokąc za sobą walizkę. Nie odwrócił się, aby spojrzeć na dom.
Możesz opuścić ciemność, lecz ona zostanie w tobie na zawsze, usłyszał w głowie, nim wraz z matką teleportował się na Peron 9 i 3/4.

Powracam! Tak, jak obiecałam. Przed Wami pierwszy rozdział Green Days 2.0. Od nowa, z tą samą fabułą. Czekam na Wasze opinie! :) Jednocześnie dziękuję za tak piękny, liczny odzew... Nie miałam pojęcia, że tak wielu z Was wspomina to opowiadanie.