Autor: The Fictionist

Tytuł oryginału: Fate's Favourite

Link do oryginału: s/5725656/1/Fates_Favourite

Tłumacz: Panna Mi

Tytuł tłumaczenia: Ulubieniec Losu

Zgoda: jest

Beta: 100-ki. Yakou. no. Ou (rozdziały 3-31, 40-41), Jayseen (rozdział 46), cheroine (rozdziały 46, 48-88), Himitsu (rozdziały 89-90, 93-149)

Długość: 149 rozdziałów

Rating: T

Opis: Opowiadania w których Harry podróżuje do czasów Toma Riddle'a zawsze kończą się tym, że Potter albo w nich pozostaje, albo zostaje odesłany z powrotem. Na tym koniec, chociaż czasami stara się jeszcze uczynić Voldemorta dobrym. Ale co jeśli sprawy potoczyłyby się inaczej? Co jeśli chociaż raz ktoś podążyłby za podróżnikiem w czasie?


Teraz dodam coś od siebie - autorka często powtarzała, że Fate's Favourite nie jest i nigdy nie będzie slashem, dlatego też czuję się zobowiązana, aby również to zaznaczyć. Mimo tego gorąco zachęcam do przeczytania tego tekstu również miłośników slashu. Czytelnicy oryginału często sugerowali autorce slash, ta często się go wypierała, ale w końcu stworzyła one-shot, alternatywne zakończenie, które w końcu opublikowała w zbiorze miniaturek dotyczących tego opowiadania. Jeżeli znajdą się chętni, po zakończeniu tego tłumaczenia załączę również i tą miniaturkę.

Nie wiem, czy można nazwać Fate's Favourite swego rodzaju klasykiem relacji Harry/Tom, ale z całą pewnością wiele osób zna go w języku angielskim i sama w taki sposób go odbieram. Dlatego też obawiam się publikacji tego tłumaczenia - zwłaszcza, że jest ono moim pierwszym - i dlatego też bardzo liczę na znalezienie bety. Z tego też powodu ponownie proszę o kontakt, jeżeli ktokolwiek byłby zainteresowany pomocą mi.

Wyjaśniając - zamiennie stosuję nazwę Mroczny Lord oraz Czarny Pan. Tak samo jak Czarna Magia i Mroczne Sztuki.

Już nie zanudzam, tylko zapraszam do czytania. :)


Ulubieniec Losu

Prolog

W czasie uczty rozpoczynającej rok szkolny Harry wpatrywał się w stół Gryfonów, ignorując spojrzenia posyłane mu przez nauczycieli i uczniów. Doskonale świadomy był tego, że jego wygląd uległ zmianie. Och tak, zmienił się jego wygląd, tak samo jak zmieniło się i jego zachowanie. Jak mogłoby być inaczej?

To lato było dziwaczne – nawet jak na niego. Podróż w czasie. Najzwyczajniej w świecie spędził rok w 1943 – piątym roku nauki Toma Riddle'a w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Ostatnim spokojnym roku, po którym otworzono Komnatę Tajemnic i siła Mrocznego Lorda wzrosła… nie żeby Tom nie był jeszcze Czarnym Panem. Z całą pewnością był, czasami.

Nie był jednak Voldemortem. Teraz Harry był już tego świadomy.

Delikatnie się do siebie uśmiechnął. Z tęsknotą. Niemożliwym było, by po spędzeniu roku jako Harrison Evans, druga połowa Ślizgońskiego Duetu, nie nastąpiły w nim zmiany. I nie były to zmiany, które byłby w stanie w jakiś sposób wyjaśnić. Ron i Hermiona z pewnością wyczują różnicę, ale nie miał nawet pojęcia, od czego mógłby zacząć wyjaśnienia. Z pewnością będą wychodzić z siebie.

Jedyną sensowną wymówką, jaką udało mu się wymyślić, była trauma, w jakiej znalazł się po szoku spowodowanym śmiercią Cedrika. Po jego kręgosłupie przebiegł dreszcz. Musiał przyznać, że nie była ona szczególnie łatwa, ale nie doznał po niej uszczerbku.

- Harry? – zagadnęła nieśmiało Hermiona.

- Hmm? – podniósł wzrok, zmuszając się do skierowania na nią uwagi i wydobycia z zamyślenia.

- Wszystko w porządku?

- Najlepszym – uśmiechnął się. Nieznacznie. – Nic mi nie jest. – Wepchnął do swoich ust kolejną porcję spaghetti.

- Ty… zmieniłeś się – zauważyła.

- Zmieniłem? – odparł uprzejmie. – Na lepsze czy gorsze? – mrugnął do niej. Dziewczyna przez chwilę wyglądała na zaskoczoną. Zaufanie, to kolejna zmiana. Wiedział o tym. Po prostu Tom zawsze domagał się zaufania – albo przynajmniej tego, aby je udawać. Była to ważna część bycia Ślizgonem – trzeba było zachowywać pozory zaufania, bo inaczej sępy rzuciłyby się na ciebie i rozerwały na strzępy.

Dlaczego w ogóle myślał o Tomie? To był koniec. Teraz był w swoim czasie i musiał być szalony, skoro wciąż rozpamiętywał tamten. Voldemort wciąż tu był.

- Po prostu zmieniłeś – podkreśliła. Wzruszył współczująco ramionami.

- Ludzie się zmieniają – powiedział cicho. Chciał mieć nadzieję, że Tom się do takich nie zaliczał. Tak bardzo chciał ją mieć… ale Voldemort wciąż tu był i, Salazarze, dlaczego czuł się, jakby ktoś z całej siły kopnął go w brzuch? Chyba, że wszechświat Toma zamienił się w inny, alternatywny, o ile coś takiego w ogóle było możliwe.

Istniałby wtedy inny on, być może mieszkający z rodzicami. Tom prawdopodobnie już jako trzydziestolatek stałby się Ministrem Magii. Usta Harry'ego nieznacznie się wygięły. Zevi Prince byłby, oczywiście, Mistrzem Eliksirów. Podróżowałby po świecie, popisując się swoimi niesamowitymi zdolnościami. Pozwolił sobie na to, aby pogrążyć się w myślach. Nic nie mógł na to poradzić. Po prostu nie mógł. W tym momencie pragnął tylko tego, aby jego serce posłuchało logicznych części jego umysłu.

- Chyba tak… - zgodziła się Hermiona, przypatrując mu.

Rok temu, przed tym, jak to wszystko się wydarzyło, zapewne poddałby się i o wszystkim jej opowiedział, ale kiedy tak długi czas jest się pod wpływem osobowości tak silnej jak Tom, wszystkie inne w porównaniu z nią wypadają dość miernie. I znów się na tym złapał. Na myśleniu o przeszłości. Po prostu ciężko było mu się przestawić. Kiedy weszli do Wielkiej Sali, prawie podszedł do stołu Ślizgonów i małe, dowcipne uwagi Malfoya (Draco) jedynie go śmieszyły. Prawie nawet nazwał go Abraxasem, ponieważ, do diabła, wyglądali podobnie.

Przełknął kolejny kęs makaronu. Zakończył się przydział i kilka nowych twarzy pojawiło się w każdym z domów. Jego dłonie wykręcały się na kolanach, gdyż nie miały niczego innego, czym mogłyby się zająć. Siedzenie tutaj było dziwne, surrealistyczne. Tak naprawdę nie powinno być, a było. Niemalże chciał wrócić do 1943, co było śmieszne, biorąc pod uwagę, że znaczną część czasu, jaki tam spędził, poświęcił na znajdywanie drogi powrotnej. Kto by pomyślał, że jedynym, czego do tego potrzebował, było uderzającą w niego Avadą Kedavrą? Właśnie wtedy, kiedy W KOŃCU zaakceptował to, że tam jest, musiał zostać wepchnięty z powrotem do swoich czasów.

Los go nienawidził.

Skończyli jeść i Harry ze wszystkich sił próbował brać udział w toczących się wokół niego rozmowach. Dumbledore podniósł się, aby wygłosić mowę.

I biały blask pojawił się w centrum pomieszczenia.

Wszyscy wpatrywali się w niego w mieszaninie strachu i ciekawości. Harry poczuł ucisk w żołądku. Nie, niemożliwe. To światło… było tak znajome. Pochodzące z niego głosy stawały się coraz głośniejsze, jak jadący w tunelu pociąg.

- Jesteś pewien, że to będzie działać? – To był Alphard.

- Sugerujesz, że Tom mógłby się pomylić? – A to był Lestrange – lizusowaty jak zawsze. Potter miał niesamowitą chęć wybuchnięcia histerycznym śmiechem, kiedy pięć postaci pojawiło się w centrum Wielkiej Sali. Alphard Black. Cygnus Lestrange. Abraxas Malfoy. Zevi Prince. Tom Riddle. Wszyscy się gapili.

- Co to ma znaczyć? – wybuchł Dumbledore.

Widział, jak Tom spogląda na dyrektora i jego wargi wykrzywiają się nieznacznie z powodu wielobarwnych szat z motywem trzmiela, które Dumbledore miał na sobie, a następnie bada oczami pokój, po czym ponownie koncentruje swój wzrok na starcu.

- Szukam kogoś – oznajmił Tom. – Harrisona Evansa. – Szepty wypełniły pomieszczenie. Harry zagryzł wargę, dziedzic Slytherina zawsze miał talent do dramatyzowania. – Chociaż możecie znać go jako Harry'ego Pottera?

Wszystkie szepty natychmiast ucichły, a ich spojrzenia wskazywały postać chłopaka jak neon. Doszedł do wniosku, że równie dobrze może wstać i zrobić to oficjalnie. Tom uśmiechnął się.

- Więc wciąż jeszcze żyjesz? Cholera. A miałem taką nadzieję.


Rozdział pierwszy

Harry poczuł, że szeroki uśmieszek pojawia się na jego twarzy.

- Nieee – odpowiedział z zamyśleniem. – Wciąż nie jesteś śmieszny. Nigdy nie staniesz się komikiem, mówię ci, na twoim miejscu dawno straciłbym już na to nadzieję… Co tu robicie, chłopaki?

- Szukamy cię – odpowiedział Abraxas. – Tomowi brakowało patrzenia bez przerwy na twoją śliczną twarzyczkę i zdecydował, że musi cię odszukać. Bezwstydne faworyzowanie, mówię ci…

Harry, słysząc te wyjaśnienia, podniósł nieznacznie brwi. Tom przewrócił oczami, na co Potter uśmiechnął się szerzej.

- Och, zawsze wiedziałem, że będziesz za mną tęsknił! – zażartował.

- Zrobiło się nudno – stwierdził Tom. – Nie było nikogo, kogo można by umieścić w Skrzydle Szpitalnym. – Harry otworzył usta, zamknął je, a następnie znów otworzył.

- Tak było tylko raz – nachmurzył się.

Tom uśmiechnął się.

- Co się tutaj dzieje? – zagrzmiał Dumbledore, jakimś cudem brzmiąc zarówno słabo, jak i stanowczo. Harry nagle uświadomił sobie, że nadal stoi na środku Wielkiej Sali.

- Harrison Evans jest Harrym Potterem – stwierdził Abraxas. – A my zdecydowaliśmy się wziąć przykład z cudownego chłopca i udać się na futurystyczne*, a w jego wypadku…

- Nie mów przeszłościowe! – mamrotał Zevi. – To nie jest słowo!

- …przeszłościowe – kontynuował zadowolony z siebie Abraxas – wakacje. Czy to Tiara Przydziału? Doskonale! Myślę, że nie będzie problemu, byśmy otrzymali jakiś pokój w dormitoriach Ślizgonów?

Dumbledore nieznacznie zmarszczył brwi. Radosne błyski zniknęły z jego oczu. Harry skorzystał z chwili czasu i obejrzał się na stół Gryfonów.

Usta Rona otwierały się jak u ryby, a jego twarz przybrała dziwny odcień ciemnego fioletu. Hermiona wyglądała na oszołomioną. Jego oczy powędrowały do Ginny, która nieruchomo wpatrywała się w Toma z absolutną grozą wypisaną na twarzy. Zbladła. Harry poczuł cień współczucia. Kurwa. Nie pomyślał o tym.

- Nie jestem pewien, czy to możliwe – powiedział szorstko dyrektor. Tom uśmiechnął się; czarująco, przerażająco.

- Mamy sobie w takim razie pójść i poszukać zakwaterowania gdzieś indziej? – zapytał grzecznie. – Być może u mojego przyszłego ja? – Dumbledore zbladł, kiedy doszło do niego, jak katastrofalne mogłoby mieć to skutki. Harry lekko się skrzywił.

- Jak długo tu będziecie, Tom? – zapytał. Riddle tylko rzucił mu niewinne spojrzenie, po czym wyraz jego twarzy zmienił się i chłopiec ruszył do przodu. Harry szarpnął się, kiedy Riddle gwałtownie pociągnął go za krawat Gryffindoru i pchnął w stronę Tiary Przydziału.

- Przenieś go! – rozkazał. Tiara spojrzała na nich ze zdziwieniem, o ile tiara w ogóle może spoglądać. Harry przypuszczał jednak, że zwyczajne tiary nie miały zwyczaju wybuchać, śpiewając piosenkę, i nie czytały w myślach… - Gryffindor – splunął Tom. – Jaja sobie robisz? Cholera, naprawdę jesteś małym barankiem Jasnej Strony?

- Już dwa razy musiałam go przydzielać – jęknęła Tiara. – Nie zrobię tego jeszcze raz. Przyprawia mnie o ból głowy.

Harry spojrzał na pozostałą część swoich Ślizgonów i od razu wymazał z ich twarzy wyraz współczucia oraz zrozumienia.

- W takim razie po prostu powiedz Slytherin – powiedział stanowczo Tom. – Wtedy nie będziesz musiała znaleźć się w bliskim kontakcie z jego pokręconym umysłem.

- Pokręconym umysłem? – powtórzył finezyjnie Harry. – Mówisz o sobie?

- Gryffindor – odpowiedział Tom, jakby to mówiło samo za siebie. – Przypuszczam, że to ten kompleks bohatera…

- Nie mam kompleksu bohatera! – oburzył się Potter.

- No jasne – powiedział drwiąco Lestrange. – Naprawdę go masz. To żałosne.

- Co? – Harry przechylił głowę, a uśmieszek pojawił się na jego twarzy. – Tak jak ty?

- Nie jestem żałosny! – syknął Cygnus. Harry jedynie uśmiechnął się, obserwując, jak z powodu jego uporczywości twarz chłopaka staje się coraz bardziej wzburzona.

W ten sposób przydzielone zostały pokoje.

W końcu, jakieś pół godziny i kilka nieudanych prób wypędzenia całej populacji uczniów do dormitoriów później, wszystko zostało załatwione.

Ekipa z 1943 roku dostała miejsca w dormitorium Slytherinu i harmonogramy zajęć. Tom stwierdził, że potrzebują sześciu łóżek, a Harry kategorycznie odmówił przesortowania, powodując, że Abraxas, Zevi i Alphard zaczęli wymieniać się zakładami i galeonami.

Jednak w końcu udało się to wszystko ogarnąć. Uczniowie, dotychczas wstrzymywani przez personel i ciekawość jak to wszystko się skończy, wybuchli pytaniami i paplaniną. Hermiona zapewnia go, że w Pokoju Wspólnym czeka go rozmowa – ale w tym momencie miała na głowie pierwszorocznych, którym, jako perfekt, musiała pomóc. Tak jak Ron. Natomiast reszta Weasleyów miała do pocieszenia strapioną siostrzyczkę. Harry poczuł małe ukłucie winy za to, że go z nimi nie będzie.

- Naprawdę jesteś TYM Harrisonem Evansem? – zapytał ze zgrozą Ślizgon, który, o ile dobrze kojarzył, miał na imię Teodor Nott.

- Cześć – odrzekł niezręcznie Harry. Większość teraźniejszych Ślizgonów jedynie gapiła się na nich, tworząc opinie i plany, starając się zdobyć nowe informacje, które mogłyby okazać się przydatne w ich przyszłych działaniach.

- Ale to oznacza, że ty jesteś Tomem Riddle'em – mruknął Nott, a jego lśniące oczy zdradziły jego ostrożność.

- Jesteś może związany z Polluxem Nottem? – wypytywał Tom z ukrywanym zainteresowaniem.

- Jest moim dziadkiem – powiedział Nott. Riddle skinął głową.

- Mmm… Wyglądasz tak jak on. – To wszystko, co powiedział.

- Potter nie może być tą samą osobą co Harrison Evans! – wykrzyknęła Pansy Parkinson, dość bezmyślnie, jeśli ktoś by się pytał o zdanie Harry'ego. – Evans jest jak… - przerwała i jej policzki poróżowiały.

- Zapewniam cię, że jest – powiedział chłodno Tom. – Parkinson, zgadza się? – Pansy spojrzała w dół, uciszając się. Harry westchnął. Dziedzic Slytherina nigdy za bardzo nie przepadał za Cassiusem, jej dziadkiem.

- Czy choć przez jedną noc możesz przestać budować swoje małe imperium? Rany. Naprawdę masz poważny kompleks wyższości – powiedział Harry.

- To nie jest kompleks wyższości, skoro naprawdę jest lepszy – warknął obronnie Cygnus. – A przynajmniej od ciebie. Tom, błagam cię, pozwól mi nauczyć Evansa co to znaczy szacunek!

Tom wyglądał na lekko rozbawionego. Harry wybuchł śmiechem, zabarwionym lekką nutką okrucieństwa, którą z całą pewnością przejął od młodego Czarnego Pana.

- Ha! Mam lepsze! – Złoty Chłopiec zaświergotał szyderczo. – Błagam cię, byś pozwolił mi nauczyć Lestrange'a kilku sztuczek. Mógłbym nawet zdobyć kilka ciasteczek dla psów i obrożę – to by było cudowne! – Zatrzepotał rzęsami. Cygnus wyglądał na wściekłego, a Zevi, Abraxas i Alphard, w przeciwieństwie do niego, na wyraźnie rozbawionych.

- Cholera, dobrze cię znów widzieć, Harry – powiedział Alphard.

Harry pokręcił głową.

Przesłuchanie kontynuowane.

Znacznie później, po stanowczych naleganiach nauczycieli, Ślizgoni (przeszli i teraźniejsi) skierowali się do lochów, podczas gdy Harry udał się do wieży. Teraz, kiedy minęło pierwsze zaskoczenie, jego żołądek zaczął kurczyć się na myśl o tym, co pomyślą sobie jego przyjaciele.

Musiał jeszcze skonfrontować z sobą swoje dwie grupy - z przeszłości i teraźniejszości - i, szczerze mówiąc, nie widział w tym niczego złego. Mogły zatrzymać swoją opinię dla siebie i nigdy ze sobą nie rozmawiać. Oczywiście byłoby wspaniale, gdyby mogli się dogadać… ale szczerze wątpił, aby tak się stało.

Kiedy wszedł przez wejście w dziurze za portretem, przywitała go cisza. Napotkał ponure, oceniające spojrzenia większości Gryfonów. Ginny siedziała na kanapie, opleciona ramionami Freda i George'a. Poczuł kolejną falę wstydu.

- Hej, ludzie – zebrał w sobie odwagę.

- Czy jest coś, o czym zapomniałeś nam powiedzieć, Harry?


* futurystyczne – od słowa future, czyli przyszłość. Zdecydowałam się użyć właśnie takie jego tłumaczenie, gdyż występuje w języku polskim, a przyszłościowe straciłoby w kontekście swoje znaczenie.