Wicher zmian

The wind of change
Blows straight into the face of time

- Scorpions, 'Wind of Change'

Prolog

Zaczęło się całkiem zwyczajnie – to jest od morderstwa.

Greg Lestrade wpada na Baker Street wyjątkowo wcześnie, John nie zdążył jeszcze przejrzeć porannych gazet w poszukiwaniu czegoś interesującego, co rozerwałoby Sherlocka choć na chwilę. Ostatnio Londyn nie ma ochoty być centrum mrocznych planów snutych przez geniuszy zła. Zamiast tego John wyławia skrótowe wzmianki gdzieś pomiędzy skandalem w rodzinie królewskiej a wieściami o nowym serialu kręconym przez BBC. To zwykłe płotki – oryginalne samobójstwo, wojna narkotykowych gangów (po ich rozbiciu John trzykrotnie przeszukał mieszkanie; nic nie znalazł, ale wcale nie jest pewny, czy Sherlock nie zachomikował czegoś więcej niż zwyczajowe wynagrodzenie).

Albo to, albo Cluedo, myśli John i bardzo się stara zapewnić Sherlockowi kolejny etap gry terenowej, hasło: Londyn, zaplanowanej tylko dla nich dwóch.

Greg Lestrade dudni na schodach, John smaruje tost marmoladą z pomarańczową skórką i czeka. Wolałby dżem, zapomniał kupić, nie ma też mleka, w resztkach z ostatniej butelki pływa coś, co wygląda podejrzanie jak gałka oczna i John wcale nie ma ochoty sprawdzać, czy ma rację.

- Będę musiał zrobić zakupy – mówi głośno, Sherlock niechętnie podnosi głowę znad swojego biurka. Wzrok ma całkowicie nieobecny.

- Jak będziesz wracał, odbierz moje koszule z pralni, i zajrzyj do Molly, ma coś dla mnie. To pewnie ta nerka, o której jej mówiłem. Wyślij jej przedtem SMSa. Numer znasz.

John kręci głową i dopija herbatę, Greg Lestrade dociera na górę i od progu eksploduje wieściami.

Chodzi o serię morderstw, Greg ma ze sobą folder pełen zdjęć malowniczo rozdartych na strzępy ludzi. Sherlock odrywa się od preparowania John-nie-chce-wiedzieć-czego i rozjaśnia się w szczerym uśmiechu, jakby w środku zapaliła mu się żarówka.

- Nareszcie! – Sherlock wygląda, jakby miał ochotę z radości wskoczyć na stół i zatańczyć między maselniczką a imbrykiem, angielskie odbicie Kapelusznika, który nie mógłby być bardziej szalony.

John wzdycha i odkłada stos gazet na bok. Będzie podpałka do kominka.

- Pierwsza ofiara, znaleziona dziś o piątej rano na King's Cross. Dwadzieścia dwa lata, studentka akademii sztuk pięknych, jechała do narzeczonego… do Cardiff. – stwierdza Sherlock niedługo później, patrząc na fotografię i z podekscytowania wywracając swoją filiżankę herbaty.

John staje za fotelem Sherlocka i zerka mu przez ramię. Dużo, dużo krwi. Dłoń, oderwana zaraz za nadgarstkiem. I tyle.

- Skąd wiesz?

- Dziecinnie proste, John. Ślady farby pod paznokciami, musiała kończyć do późna jakąś pracę na zaliczenie. Dłoń jest lewa. Ślad po pierścionku na serdecznym palcu, ktoś musiał go ściągnąć po zabójstwie, ale nie sądzę, żeby to był morderca. Gdyby chciał tylko pierścionek, mógłby jej go łatwo ściągnąć z ręki, albo nawet uciąć palec, ale nie zadałby sobie tyle trudu, by zmienić ofiarę w krwawą miazgę. Powód musiał być poważniejszy. Najwcześniejszy pociąg z szóstego peronu odchodzi o piątej dwadzieścia do Cardiff. Z wiekiem strzelałem. – wyrecytował Sherlock z prędkością światła.

- Udało ci się – przyznał niechętnie Lestrade, podrzucając mu folder ze zdjęciami. Rozpromieniona brunetka śmiała się do obiektywu. – Nancy Cartwright, dwadzieścia dwa lata. Wybierała się na weekend do swojego chłopaka, Arthura Smitha. Zaręczyli się pół roku temu.

Dalej jest mężczyzna, francuski biznesmen, lat trzydzieści sześć. Mimo raportu Lestrade'a, że znaleźli neseser, Sherlock odkrywa jego życie na podstawie skarpetki i półbuta przesiąkniętego krwią. Nałogowy palacz, poza interesami do Londynu przyciągnęła go jego kochanka. John skrzętnie notuje nazwisko w notesie, trzeba będzie ją sprawdzić.

- Gdzie go znaleźliście?

- W centrum, niedaleko banku narodowego.

Herbata stygnie, jest jeszcze starsza kobieta, mieszkająca tuż obok Trafalgar Square, po której została tylko parasolka, torebka z dokumentami i siatka na zakupy. Tym razem ani śladu krwi.

- Rodzina zauważyła i zgłosiła jej zniknięcie jakieś trzy dni temu. Mieszkała samotnie. Sprawdziliśmy wszystko, jakby zapadła się pod ziemię.

Sherlock prycha jak kot i wywraca oczami.

- Lestrade, jeżeli tak mówisz, to znaczy, że znajdę ją prędzej, niżbym sobie życzył. – Greg zaciska zęby i John widzi, że ma ogromną ochotę przyłożyć Sherlockowi i jego ego, które właśnie przebiło sufit i nie ma zamiaru się zatrzymać, więc pyta:

- Ktoś jeszcze?

- Angie Wilson, lat siedem.

John przełknął ślinę. Dziecko. Jasna cholera. Od czasu Moriarty'ego noc nie kończyła się na Afganistanie, są jeszcze głosy, głosy bez twarzy, głosy wołające o pomoc. John pamiętał tę gonitwę, walkę z upływającym czasem i prośby o to, żeby Sherlock Holmes raz jeszcze udowodnił swój geniusz. John pamiętał zimną strużkę potu spływającą mu po plecach za każdym razem, kiedy słyszał dzwonek telefonu. W snach Johna głosy rozwiane po afgańskiej pustyni zmieniają się w krzyki.

Krzyki tamtych dzieci.

- John? Wszystko w porządku? – słyszy John i widzi zielone oczy Sherlocka, a w nich cień troski, jakiś grymas czający się w kąciku ust. Chrząka niezrozumiale i bierze od Grega teczkę z aktami. Zdjęcie jest jaskrawe, roześmiana dziewczynka, włosy związane w kucyki, yorkshire terier skaczący koło jej nóg, za nią około trzydziestoletnia kobieta, w ciemnych okularach i z książką pod pachą. Przekazuje je Sherlockowi, który stuka w nie palcem.

- Matka. Sprawdziliście ją?

- Anderson był w mieszkaniu – Lestrade upija łyk kawy – niczego szczególnego się nie dowiedział.

Sherlock milknie i patrzy na niego bez słowa. John wie, co zaraz będzie.

- Intelekt Andersona ustępuje podstawowej wiedzy o świecie pantofelka. Nie sądzę, by był w stanie parzyć herbatę w biurze Scotland Yardu, nie mówiąc o przeprowadzaniu przyzwoitego śledztwa. Zajrzę tam zaraz – mówi Sherlock, narzucając na siebie płaszcz. Lestrade podnosi się z fotela, wyproszony z mieszkania w połowie kubka kawy. John uśmiecha się pod nosem.

- Idziesz? – woła Sherlock już z przedpokoju, więc John łapie w biegu kurtkę, ledwo ma czas krzyknąć coś do pani Hudson o obiedzie na mieście. Sherlock biegnie przed siebie, a John próbuje nadążyć.

Obaj tak bardzo za tym tęsknili.

Przesłuchanie w domu Roberta i Alice Wilsonów należy do tych przyjemniejszych, obywa się bez powodzi łez, dziwnych spojrzeń rzucanych raz po raz na Sherlocka czy przeraźliwych krzyków. Pani domu bardzo drżą ręce, kiedy podaje im kawę, filiżanki chrobotają o spodki, łyżeczka zbyt głośno dzwoni o porcelanę. Pan domu jest małomówny, nerwowymi ruchami głaszcze psa, rozpłaszczonego na jego kolanach.

- Czy może pani opisać tamten dzień? – pyta John, wyjmując z kieszeni oprawiony w czarną skórę notatnik i długopis. Sherlock marszczy brwi; John wie, że dostanie po uszach za przejęcie inicjatywy.

Alice Wilson obraca na palcu obrączkę, odzywa się dopiero po chwili.

- Tamtego dnia pozwoliłam Angie pójść do koleżanki, później dowiedziałam się, że obie poszły do parku. Wie pan, Ogrody Kensingtońskie, rodzina Maggie mieszkała dosłownie przy nich, a Angie tak bardzo lubiła się z nią bawić, że są dwiema zagubionymi dziewczynkami… - na twarzy Alice pojawia się wymęczony uśmiech. Watson odpowiada uśmiechem, Sherlock prycha i macha ręką lekceważąco.

- Nudy. Interesuje mnie kwintesencja morderstwa, fakty, moment kluczowy, potrafi to pani pojąć? – pyta natarczywie. Uśmiech Alice znika jak starty gumką. John rzuca Sherlockowi ostrzegawcze spojrzenie, wiedząc, że to na nic.

- Policja uznała to za zaginięcie – odzywa się po raz pierwszy pan Wilson, obejmując rozdygotaną żonę – nie znaleźli jeszcze żadnego znaku, nic, co by mówiło, że Angie…

Nie kończy, zresztą Sherlock i tak wpada mu w słowo.

- Policja nie wie nic, przyjmują tam kaleki intelektualne, takie jak Anderson. A teraz proszę się skupić i opowiedzieć mi o całej sytuacji.

Alice odgarnia włosy z twarzy i zaczyna jeszcze raz.

- Dziewczynki bawiły się tam razem, Angie znikła za rogiem, a kiedy Maggie zaczęła ją wołać, nie odpowiedziała. Ogrody Kensington są duże, myślała, że nasza córka schowała się gdzieś, ale kiedy zobaczyła Puszka…

- Puszka? – reaguje natychmiast Sherlock, marszcząc brwi. Ta rozmowa przyjmuje bardzo dziwny kierunek.

- Naszego yorka. Jest na tej fotografii, którą dostarczyliśmy policji. – Robert Wilson podaje psa Sherlockowi, który zastyga na moment, po czym próbuje ograniczyć obszar okłaczonego garnituru do minimum. John przygląda się zwierzakowi uważnie. Coś jest nie tak.

- Ale to nie jest ten sam pies, prawda? Tamten na zdjęciu…

- Był dużo młodszy – kończy Sherlock tonem, który wyraża, że zauważył to już wieki temu.

Robert Wilson patrzy na nich niepewnie.

- Puszek ma siedem miesięcy. Tak jakby.

Sherlock podnosi wzrok znad teriera, każąc Johnowi przyjrzeć się dokładnie.

- To niemożliwe, ten pies jest stary. Nawet posiwiał! – upiera się John, widząc srebrzystą sierść dookoła pyska. Robert Wilson kiwa głową.

- Weterynarz daje mu szesnaście lat. Jest taki, od kiedy Maggie znalazła go w parku. Pies został, postarzony o piętnaście lat, a nasza córka znikła bez śladu.

- Coś jeszcze? – pyta Sherlock starając się nadać głosowi odcień znudzenia. John nie daje się nabrać. Już kiedyś było podobnie, wtedy chodziło o innego, większego psa…

- Tak. – Alice patrzy na nich, jakby nie wierzyła, że to co powie, może mieć jakiś głębszy sens. – Pewnie uznają mnie panowie za wariatkę…

Po minie Sherlocka John rozpoznał, że ten fakt mają już za sobą.

- …ale poszłam tam potem, kiedy Angie zaginęła. Byłam tam tyle razy, więcej niżby udało się policzyć… - Sherlock wywraca oczami, zirytowany, John szturcha go dyskretnie.

- Co takiego, Alice? – pyta, tym razem Sherlock nie protestuje.

- Za którymś razem wydawało mi się, że widziałam… anioła. Jednego z tych, które są w Cambridge, z dłońmi zasłaniającymi twarz. Kamiennego płaczącego anioła.

- Płaczące anioły to nie jest typowa ozdoba dla Londynu – zauważa Sherlock, odkładając psa na kanapę. Alice kiwa głową.

- Tak, zazwyczaj widuje się je w Cambridge, jako element kościołów, a nie tu, w centrum miasta. Wiem o tym, studiowałam architekturę. Nie mogłabym się pomylić. Tylko że – kobieta waha się przez moment, po czym kontynuuje – kiedy się odwróciłam, anioł zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Jak nasza Angie.

- Zjedz coś, bo głupio się czuję.

- Nie jestem głodny – mruczy Sherlock, złączając czubki palców i gapiąc się w okno, na przeludnioną ulicę. John zastyga z widelcem wzniesionym w pół drogi do ust.

- Myślisz o tym, co powiedziała Alice?

- Szczerze mówiąc, tak – odpowiada Sherlock, a John robi zdumioną minę.

- Czyli jej wierzysz? Daj spokój, na coś takiego mógł nabrać się Anderson, a nie ty!

- Dziękuję bardzo, w życiu nikt mnie tak nie obraził.

- Ja dalej sądzę, że to był szok. Kamienne anioły… po stracie bliskiej osoby widzimy różne rzeczy, śnimy o różnych rzeczach… - ciągnie John i nagle nie ma już apetytu na spaghetti.

Osiemnaście miesięcy wisi między nimi jak wyrzut sumienia.

- O czym śniłeś, kiedy mnie nie było, John? – pyta Sherlock z tą dobrze znaną miną naukowca, który trafił na wyjątkowo wdzięczny obiekt badań. John odkłada sztućce i sięga po serwetkę.

- Wiesz, o czym – mówi, rzucając na stół banknot i zapinając kurtkę. – Skończyłem. Możemy iść.

Baker Street wypełnia się skrzypcową sonatą, Sherlock stoi w oknie, a John przetrząsa Internet w poszukiwaniu informacji. W końcu przeciera zaczerwienione oczy i odwraca się do swojego współlokatora.

- Nic. Na żadnej stronie, żadnym forum nie piszą nic o tym, w jaki sposób szczeniak może w jednej chwili przeobrazić się w steranego życiem psa.

- To właśnie ta interesująca część, John – Sherlock kończy gniewnym szarpnięciem, zły, że mu przerwano. – Kamiennego anioła możemy tłumaczyć przywidzeniami, szokiem, ale ja miałem tego cholernego psa na kolanach! I był stary! Jak Matuzalem!

- To nie musiał być ten sam pies.

- Aha, odstawiamy głos rozsądku, tak? Widziałem go, John. Na własne oczy. Czemu mogę wierzyć, jeśli nie własnym zmysłom, na czym w takim razie mogę polegać?

- Słyszałem to już kiedyś. Skończyło się na halucynogennym gazie i projekcie H. O. U. N. D.

Sherlock jęczy z frustracją i opada na fotel.

- I jeszcze ta policja! – Sherlock wyrzuca ręce w powietrze - Lestrade i te jego sukinsynki, z Andersonem i Donovan na czele. Nigdy nic nie potrafią zrobić porządnie, nigdy nie są na czas, nigdy…

Ale nagle Sherlock milknie i spogląda na Johna, zdumionego równie mocno jak detektyw.

- Słyszałeś to? To gdzieś na dole…

Szum, coraz intensywniejszy, rosnący z każdą minutą, coś pomiędzy hamującym pociągiem a początkiem tornada. Niebieskie błyski, odbijające się w szybie. John wyjrzał przez okno.

- Co to?

- Myślę, że policja. Zawołałeś i masz, dokładnie na czas.

- Co?

- Przed naszym domem stoi policyjna budka. Niebieska. Drewniana. Taka, na oko, z lat sześćdziesiątych.