od autora: wracam z nowym opowiadaniem. wakacje dają czas, a przez rok uzbierałam wystarczająco dużo pomysłów, żeby mieć wena do końca tej historii. przynajmniej mam taką nadzieję.


I

Na niebie od dawna świeciły gwiazdy, gdy Harry zdecydował się wyjść na spacer. Zaczynało się już ochładzać, chociaż do końca wakacji nadal pozostały jeszcze dwa tygodnie.

Odkąd wrócił do domu na Privet Drive, Harry nie przespał ani jednej nocy. Czasem udawało mu się przysnąć, ale szybko budził się z krzykiem na ustach. Lekarstwem na ciszę w pokoju i stale towarzyszący jej niepokój okazały się długie spacery w świetle księżyca. Nikt mu wtedy nie przeszkadzał. Nie musiał znosić narzekania Dursleyów ani martwić się o koszmary.

Szedł swoją dawno wytyczoną trasą. Głowę miał zwieszoną, oczy prawie zamknięte i kolejny raz rozmyślał o tym, jak inaczej mógł przeżyć tamten dzień, którego wybrał się do Ministerstwa Magii. Co mógł zmienić i kogo uratować.

Nawet nie zauważył, kiedy zboczył z chodnika. Zresztą drogi i tak zwykle były opuszczone, nikt o tej porze nie wyjeżdżał z domu.

Usłyszał tylko dźwięk klaksonu.


Obudził się z nieprzyjemnym bólem głowy. Całe ciało go rwało, jakby został pocięty na kawałki i nieudolnie sklejony. Podniósł na próbę powieki, ale szybko zamknął ponownie oczy. W pokoju było obrzydliwie jasno.

– Przep... przepraszam – wychrypiał.

Gardło miał zaschnięte i drapiące.

Ktoś złapał go za rękę, delikatnie ją ściskając.

– Poczułeś to? – spytał damski głos.

– Tak. Gdzie jestem? Co... co się stało?

– Nie powinieneś jeszcze mówić, tylko narobisz więcej szkód. Twoi rodzice są bardzo zmartwieni. Pójdę po lekarza. Jestem pielęgniarką.

Niepewnie kiwnął głową, choć prawdopodobnie kobieta zdążyła już wyjść z pokoju.

Był w szpitalu. Miał wypadek? Nie pamiętał tego. Wszystko wydawało się zamazane, a jego ostatnie wspomnienie... Chyba dotyczyło czegoś strasznego. A może to był jego wypadek? Nie mógł być pewien, a od myślenia nabawił się jeszcze większej migreny.

– Witaj, nazywam się Henry i jestem lekarzem. Czy wiesz gdzie jesteś?

– Wywnioskowałem, że...

Zaczął kaszleć. Ktoś wcisnął mu do dłoni kubek z wodą. Wypił wszystko za jednym zamachem. Odetchnął głęboko i zaczął jeszcze raz.

– W szpitalu.

– Dobrze. Pamiętasz, jak masz na imię?

– Eee... – nawet jeśli jakieś słowo majaczyło mu w umyśle, było zbyt niewyraźne, żeby mógł je rozpoznać. – Nie.

– Rozumiem. A możesz powiedzieć coś o sobie? Cokolwiek? Albo jaki mamy dzień lub miesiąc? Rok?

– Miałem wypadek – zauważył idiotycznie.

Poczuł się głupio, szczególnie, że nadal miał zamknięte oczy. Ponownie uchylił powieki. Za oknem świeciły się lampy, a do pokoju wpadało światło księżyca, ale oprócz tego panowała ciemność. Nad jego łóżkiem stał przysadzisty mężczyzna o dobrodusznym wyrazie twarzy.

– Tak, miałeś wypadek. Wpadłeś pod samochód.

– Ał – mruknął.

Lekarz zachichotał.

– Na szczęście szybko się obudziłeś i nie wpadłeś w śpiączkę.

– Ale nie pamiętam jak się nazywam.

– Utrata pamięci długotrwałej. Jednak mamy nadzieję, że jest to tylko przejściowe.

– Jeśli nie?

– No cóż... O tym pomyślimy później. Jakie jest twoje ostatnie wspomnienie?

– Ja... Dużo zielonego.

– Może trawa?

– Nie... To było jak... błyskawica. Jasna, zielona błyskawica na czarnym niebie. I krzyki. Kobiecy głos. Ale nie pamiętam nic więcej.

Wzruszył bezradnie ramionami.

– Taak. Proponuję, żebyś podzielił się tym ze swoimi rodzicami. Możliwe, że to jakieś wspomnienie z dzieciństwa. Oznaczałoby to, że twoja pamięć nie zniknęła na zawsze.

– A gdzie oni są? Znaczy, moi rodzice?

Dziwnie się czuł, zadając to pytanie. Jakby nie powinien albo nie miał do tego prawa.

– Twoja mama zasnęła, podejrzewam, że była bardzo zmęczona. Nie dziwię się. Nieźle napędziłeś jej strachu. Wyglądała na zdenerwowaną. Twój tata siedzi na korytarzu. Chcesz, żebym go zawołał?

– Chyba tak.

Lekarz uśmiechnął się do niego i wyszedł.

Chwilę później do pokoju wszedł postawny mężczyzna. Przypatrywał się chłopakowi przez dłuższy czas zanim usiadł na krześle obok łóżka.

– Tato? – spytał na próbę.

Słowo dobrze ciążyło na języku. Nie pamiętał twarzy taty ani mamy, ale mężczyzna zareagował i dotknął ciepłą ręką jego dłoni.

– Dzięki Merlinowi, że nic ci nie jest – wyszeptał. – Pamiętasz wypadek?

– Nie.

– A mnie?

– Nie. – Na widok miny mężczyzny, szybko dodał: – Przykro mi. Tato.

– To nie twoja wina. Ale kierowca samochodu zapłaci.

– Co się stało?

– To już nie ważne. Wszystko będzie dobrze.

Zapadła cisza. Chłopak chłonął twarz ojca. Miał wrażenie, jakby jego tata miał zaraz zniknąć.

– Jak mam na imię? – spytał, czując się okropnie głupio.

– Och. No tak. Edric.

Edric uśmiechnął się. Pasowało.

– Powinieneś się przespać – zaproponował mężczyzna.

– Jestem trochę śpiący – przyznał.

– Dobranoc.

– Dobranoc. Tato.


Pogrzeb Harry'ego Pottera odbył się późnym popołudniem. Zjawili się wszyscy zaproszeni i jeszcze więcej tych, którzy nie powinni być na uroczystości. Rita Skeeter biegała od gościa do gościa, wypytując o gorące szczegóły.

– Czy wierzy pani w to wygodne wytłumaczenie śmierci Złotego Chłopca? – krzyczała do zapłakanej Molly.

Cudem uniknęła klątwy, ale to ją nie zniechęciło.

– Samochód zabił wybawcę czarodziejskiego świata? Co pan na to?

Artur naciągnął kapelusz na głowę, próbując jak najdyskretniej wyprowadzić przeklinającą żonę z namiotu.

– Ty hieno! Nieczuła wiedźmo!

Rita wykrzywiła usta w grymasie i pobiegła dalej zadawać bezczelne pytania.

– Ron, Hermiona! Kochasie, pamiętacie mnie? Jak wam się zdaje, czy Sam-Wiesz-Kto zabił Harry'ego? Mi możecie powiedzieć!

Dwójka przyjaciół już wyciągała różdżki, ale powstrzymał ich Remus. Twarz miał białą, a oczy zapadnięte, jednak siłą nie ustępował najzdrowszemu mężczyźnie.

– Zamknij się – poradził kobiecie.

Jednak Rita dobrze znała swój zawód. To Dumbledore był jej celem.

– Albusie? Albusie! – uśmiechnęła się promiennie, gdy zdobyła zainteresowanie czarodzieja. – Czy Harry był niewystarczająco broniony? Jasna strona zawiodła?

– Nie podjęliśmy odpowiednich środków bezpieczeństwa – przyznał ponuro starzec.

– Harry został zabity przez mugolski samochód. Mugol dokonał czegoś, czego nie potrafił Sam-Wiesz-Kto. Co ty na to, Albusie?

– Uważam, że to był bardzo smutny, bardzo niefortunny wypadek. Wybacz, ale muszę cię przeprosić...

– Jak zostanie ukarany ten mugol?

– To już zależy od mugolskiego prawa. Do widzenia, Rito.

– Sam-Wiesz-Kto chce oczyścić świat z mugoli. Co, jeśli ma rację? Albusie? Bronisz ludzi, którzy zabili Harry'ego?

Dumbledore zatrzymał się i spojrzał zimno na kobietę.

– Jeden człowiek nie przekreśla całego gatunku. Na tej podstawie moglibyśmy powiedzieć, że czarodzieje powinni zostać zabici, bo istnieje ktoś taki jak Voldemort.

– Cóż, tak, oczywiście... – Rita widocznie straciła zainteresowanie i zniknęła Albusowi z oczu.

Starzec ruszył ku Szalonookiemu.

– Zwołaj zebranie Zakonu Feniksa.

– Nie będą chcieli przyjść – zauważył Moody, postukując laską za czarodziejem.

– To dotyczy Harry'ego.

– Pottera? Martwego Pottera?

– I w tym tkwi zagadka Alastorze. Czy on na pewno jest martwy?

– Co chcesz powiedzieć?

– Nie jestem pewien, czy pochowaliśmy Harry'ego.


Nadal miał problemy z chodzeniem i często się potykał, ale tym razem był tak spięty, że nawet nie pamiętał o bólu. Szedł prosto, naciągnięty jak struna. Przemierzał długie korytarze, mijał bogato zdobione ramy, z których patrzyły się na niego obrazy, deptał po wiekowym, grubo szytym dywanie.

Jego rodzice przywieźli go tu. Powiedzieli, że musi zacząć wszystko od początku.

Wszedł do salonu. Pokój był ogromny. Sufit sięgał prawie pięciu metrów, a zwisał z niego piękny żyrandol. Długi stół był nakryty dla trzech osób.

– Edricu!

Odwrócił się gwałtownie i zmusił do uśmiechu. Stała przed nim piękna kobieta o długich, jasnych włosach i niebieskich oczach. Nie przypominała jego mamy.

– Mam na imię Narcyza – przedstawiła się. – Czuj się jak w domu. Słyszałam o twoim strasznym wypadku. Nie martw się, jestem pewna, że szybko zaprzyjaźnisz się z moim synem, gdy tylko wróci z Francji. Jesteście w tym samym wieku.

Wydawała się miła.

– Jestem Edric Lestrange.