Operacja „GY", albo Gdzie zimują boginy

Autor: Juhn

Tytuł oryginalny: Операция «ГЫ», или Где Зимуют Боггарты

Zgoda: jest

Źródło: .

Tłumaczyła: Toroj

Beta: Nemo

Rozdział 1. Ludzie i czarodzieje

Miałem problemy, zaszedłem zbyt daleko.

Borys Grebiesznikow (zespół Akwarium)**

Lolik załamał się ostatecznie gdzieś koło drugiej w nocy, czy też może już „nad ranem". Siedział, wpatrując się tępo w gruby zeszyt z notatkami z wykładów na temat chemii organicznej, zapisany od deski do deski drobnym, wyraźnym, prawie kaligraficznym pismem profesora, którego aspiranci za plecami nazywali Bossem. W głowie mu huczało, przeładowany mózg odmawiał przyjęcia choćby molekuły wiedzy więcej, więc Lolik oderwał oczy od papierowej skarbnicy wiedzy i z ciężkim westchnieniem popatrzył w otwarte okno. Na zewnątrz panowała ciepła, jesienna syberyjska noc. Niemal idealna cisza, lekki wiaterek i rozgwieżdżone niebo napełniały duszę Lolika smętkiem, podsuwając ponure myśli o tym, jakie życie jest ciężkie.

Generalnie żywot aspiranta jest niczego sobie. Nie grozi „wzięcie w kamasze", a i miło myśleć o tym, że inni koledzy z rocznika ciągną po trzy etaty, podczas gdy tobie, człowieku, wesołe życie studenta bez wstrząsu przeszło w prawie tak samo wesołą aspiranturę.

„ Acha – pomyślał Lolik. – No właśnie, prawie..."

Wszystko układało się cudownie, póki nie rozpoczęła się praktyka pedagogiczna i surowy Boss

nie posłał aspiranta (nie doceniającego swego szczęścia) na wykłady z pierwszym rokiem. Jak posłał, tak posłał... Dzieciaków Lolik nie lubił, a tu jeszcze „dziećmi" byli jeden w drugiego napakowane bysie, za którymi tęskniła kategoria A w najbliższej komisji poborowej.

„Jak oni będą u mnie zdawać zaliczenia?! – pomyślał spanikowany Lolik już na pierwszych zajęciach. – Toż dorwą mnie w jakim ciemnym zaułku i tyle, żegnaj kariero. Dostaniesz miejsce pod ścianą Kremla!"

Jeszcze bardziej od „dzieci" Lolik nie lubił przygotowania do wykładów. Boss był srogi i wymagał od swoich ofiar... to jest aspirantów, poważnego podejścia do nauczania. Dlatego też całego semestru chemii organicznej, który Lolik radośnie zapomniał natychmiast po egzaminie, trzeba było uczyć się na nowo. Co prawda, po dwóch tygodniach życia jako wykładowca Lolik zaczynał powoli się przyzwyczajać, ale do audytorium pełnego studentów zawsze wchodził jak do klatki z głodnymi tygrysami.

Akurat jutro, a ściślej mówiąc, już dzisiaj, miał przeprowadzić kolejny pokaz tresury pierwszorocznych i Lolik bohatersko kiwał się nad materiałem.

„Tylko jeszcze stronę przeczytam i się położę" – zdążył pomyśleć, nieborak, nim zapadł w sen.

Kiedy Lolik podniósł głowę ze stołu, w okno już pełną parą świeciło słońce.

„O, kurczę! Zaspałem!" – Aspirant zerwał się jak szaleniec i zaraz klapnął z powrotem. Nie chodziło bynajmniej o słońce – z nim było wszystko w porządku. Rzecz w tym, że świeciło w okno dziwnego kształtu, wykończone gotyckim łukiem, i z kolorowymi szybami. Przez następny kwadrans Lolik z opadłą szczęką dziko rozglądał się na wszystkie strony.

„To nie akademik!" – tłukła mu się po głowie jedna jedyna myśl. No pewnie, TAKI akademik nie istniał z pewnością nie tylko na rodzimym uniwersytecie w Krasnojarsku, ale i nawet w Oksfordzie! Zabytkowe szafy, wyładowane zakurzonymi księgami, rzeźbione mahoniowe meble, kandelabry, wypchane nieznane gatunki zwierząt, ogromny kominek i dużo różnych różności, które Lolikowi zwyczajnie nie mieściły się w głowie. On sam siedział na miękkim i piekielnie wygodnym fotelu za wielkim stołem, na którym w malowniczym nieładzie walały się jakieś zwoje papieru, pióra i diabli wiedzą co jeszcze. Były tu na przykład liczydła z koralikami w kształcie czaszeczek, filiżanka z niedopitą herbatą, jakieś cudaczne naczynia, które wydzielały blade fosforyczne światło i niedbale otwarta książka ze złowrogim tytułem „Młot na czarownice". Najdziwaczniejszym przedmiotem w tym mętliku był stary spiczasty kapelusz z wielkim rondem – bardzo stary, znoszony i cały połatany. Zszokowanemu Lolikowi wydawało się, że kapelusz uśmiecha się półgębkiem, ale szybko odsunął od siebie tę myśl.

– Gdzie ja jestem? Co to za głupie żarty? – spytał Lolik nie wiadomo kogo, i odpowiedzi rzecz jasna nie otrzymał.

Tak więc aspirant postanowił zbadać teren, oderwał się w końcu od fotela i na palcach podszedł do okna. Widok nie dodał mu otuchy. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to mnóstwo wież i wieżyczek. W dziedzinie architektury Lolik był ignorantem, ale za to obejrzał mnóstwo filmów przygodowych i budynek, w którym się tak niespodzianie znalazł, podejrzanie kojarzył mu się ze średniowiecznym zamkiem. Popatrzył w dół i ujrzał rozległy dziedziniec, wyglądający na bardzo uczęszczany. Na ścieżkach walały się opakowania po czekoladkach, pudełka po papierosach i puszki (po czym – tego Lolik nie mógł dojrzeć); gazon z rzadkimi, ale malowniczymi krzewami wyglądał na przycinany (chyba niezbyt często, ale jednak). Nagle z jakiegoś kąta wyłoniła się mroczna, imponujących rozmiarów figura, na oko bardzo dzika i tonąca w brodzie. Postać zamaszystym krokiem kierowała się w stronę wrót, niosąc w objęciach solidną wiązkę mioteł.

– Jasny gwint, to nie akademik! – Lolik wreszcie wyartykułował swoją myśl. – I to na pewno nie wujek Stiopa!*

– Nie, to Hagrid – rozległ się za nim czyjś głos. Lolik podskoczył i odwrócił się szybko. Obok stołu stał bardzo dziwny i podejrzany obywatel w wieku post–emerytalnym

* Wujek Stiopa – olbrzymi milicjant, postać z książeczki Siergieja Michałkowa.

Dziadek emanował bezsprzeczną charyzmą. Lolik nawet zapomniał się przywitać, z taką ciekawością wpatrywał się w staruszka. Z początku wydawał się on podobny do członka zespołu ZZ Top, ale Lolik szybko doszedł do wniosku, że z ZZ Top dziadek ma wspólną tylko brodę, poza tym wyglądał przyzwoicie, choć dość niecodziennie. Miał na sobie dziwny chałat z miękkiej (i chyba bardzo kosztownej) tkaniny liliowego koloru, na ramiona opadały mu długie siwe włosy. Za przyciemnianymi okularami błyskały wesołymi iskierkami niebieskie oczy i patrząc w nie, trudno było rozeznać, czy dziadek popadł w skrajne zdziecinnienie, czy też wprost przeciwnie, zdobył niezgłębioną mądrość. Generalnie ów starszy dżentelmen (coraz trudniej było go klasyfikować jako „dziadka") wydawał się młody duchem. Co ciekawe, bez względu na dziwaczną powierzchowność, starszy pan wyglądał naturalnie i bardzo stosownie. Całkiem na miejscu był nawet siedzący na jego ramieniu ptak – podobny do pawia, tylko w tonacji czerwono–pomarańczowej.

Pozwoliwszy Lolikowi do woli nacieszyć się swoim widokiem, staruszek uśmiechnął się i powiedział:

– Dzień dobry, Leontiju Aristarchowiczu! Proszę się czuć jak u siebie w domu!

Lolik chciał odpowiedzieć coś stosownego w takiej sytuacji, ale wszelkie słowa uwięzły mu w krtani, gdyż gospodarz wykonał numer lepszy niż Dawid Copperfield.* Mianowicie wyciągnął z kieszeni cienką, niezbyt długą pałeczkę, machnął nią w kierunku stołu, a wówczas cały bałagan zniknął, za to pojawiły się dwie filiżanki kawy i miseczka z ciastkami. Oniemiały Lolik gapił się na magika, a ten znów uśmiechnął się serdecznie i zrobił zapraszający gest.

– Proszę się nie krępować, Leontiju Aristarchowiczu. Niech pan siada.

Lolik więc usiadł. W głowie wirowało mu tyle pytań, że chwilowo postanowił skupić się tylko na jednej myśli: że nie jadł jeszcze śniadania, zabrał się więc za ciasteczka. Tymczasem gospodarz spokojnie odegnał pawia z ramienia, usiadł na drugim fotelu i rzekł:

– Na pewno jest pan bardzo zdziwiony. Pozwoli pan, że wyjaśnię sytuację.

„Najwyższy czas" – pomyślał Lolik, nastawiając uszu.

– Jestem Albus Dumbledore, dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, gdzie się pan aktualnie znajduje.

Łagodnym gestem dyrektor natychmiast przerwał protesty Lolika, odnośnie „magii i czarodziejstwa".

– Porzućmy na chwilę stereotypy i spróbujmy przyjąć istnienie magii za fakt.

Lolik uczciwie spróbował, ale nie bardzo mu to szło.

– Tak więc, jest to szkoła, gdzie... ehm... naucza się dzieci, jak prawidłowo... hm... posługiwać się ową... hm... magią, a ja jestem jej dyrektorem. I obecnie, Leontiju Aristarchowiczu, szkoła przeżywa kryzys.

– A co ja mam z tym wspólnego? – zdumiał się Lolik, niemający oczywiście wcześniej żadnych kontaktów z czarami.

– Proszę pana o odrobinę cierpliwości i wysłuchanie mnie do końca...

* Nie chodzi oczywiście o Copperfielda z książki Dickensa, lecz Copperfielda iluzjonistę i showmana.

Szkoła istotnie przeżywała kryzys. Czarodziejski świat już od roku znajdował się w stanie wojny z powodu starć między zwolennikami białej magii, z Dumbledore'em na czele (jak zrozumiał Lolik), a przedstawicielami magii wszystkich innych kolorów, w skrócie nazywanej „czarną magią". Przywódcą tych ostatnich był niejaki obywatel Voldemort – typ na tyle negatywny, że wypowiedzenie jego imienia w towarzystwie uważano za sporą gafę. O tym podłym łajdaku dyrektor opowiadał sporo różnych okropności, lecz Lolik słuchał jednym uchem. Nic nowego, jeszcze jeden terrorysta z manią wielkości.

Z tego powodu szkoła, zamiast zajmować się wychowaniem młodzieży, brała w tej wojnie czynny udział. Każdy – czy to uczeń, czy nauczyciel – wnosił zgodny ze swymi możliwościami wkład we wspólną sprawę walki światła z ciemnością. Zaś jeden z wykładowców był osobistym dyrektorskim szpiegiem w obozie wroga. Dumbledore opowiedział o nim rozdzierającą serce historię, z której Lolik zrozumiał tylko tyle, że ów „James Bond" był podwójnym, czy nawet potrójnym szpiegiem; rozdawał wszystkim tajne informacje niczym Święty Mikołaj prezenty; w młodości miał zatargi z prawem, ale został uniewinniony, tym niemniej cieszył się zaufaniem obu rywalizujących stron. Wszelkimi siłami podkreślał swoją lojalność wobec jasnej strony, ale na znak solidarności z ciemną nosił na lewej ręce jakiś organizacyjny tatuaż. W sumie był draniem nie gorszym od Voldemorta.

Prócz swoich niewątpliwych zalet szpiegowskich, ten typ był znany jako wykwalifikowany, wręcz wirtuozerski warzyciel eliksirów. Chodziły słuchy, że jako jedyny w całej Europie potrafi wykombinować z wody i zaklęć księżycówkę, nie ustępującą siłą rażenia deficytowemu ruskiemu samogonowi. (Lolik poczuł szacunek dla nieznanego „kolegi".) W ramach lojalności wobec Dumbledore'a piastował w szkole stanowisko wykładowcy naturalnie eliksirów, a poza tym był dziekanem jednego z wydziałów. Wydziałów było wszystkiego cztery, ale gryzły się między sobą nieustannie o miano Najlepszego.

Wszystko było dobrze, aż do chwili, kiedy mniej więcej miesiąc temu Mistrz Eliksirów poszedł na kolejną szpiegowską wyprawę i przepadł. Gdzie jest i co się z nim dzieje, do tej pory nie było wiadomo. „Niepocieszeni" dziekani sąsiednich wydziałów już się zrzucili na stypę, lecz dyrektor twardo wierzył w szczęśliwą gwiazdę swego szpiega i ceremonię odwołał z powodu nieobecności nieboszczyka. Na poszukiwania zostały wysłane oddziały z MISA (Ministerialnych Służb Aurorskich, a ichni rangersi nazywani byli aurorami), lecz na razie rezultaty były zerowe. W szkole bez wykładowcy wszystko szło jak po grudzie. Po pierwsze, istniał zatwierdzony przez ministerstwo program nauczania i ciało pedagogiczne, oraz Dumbledore w szczególności, miało obowiązek rozliczać się z niego (tu błyszczące oczy dyrektora przygasły). Po drugie, nieobecność dziekana wywołała kompletną dezorganizację jego wydziału. Po trzecie, uczniowie, wcześniej zajęci odrabianiem zadań domowych z eliksirów, teraz mieli za dużo wolnego czasu i literalnie roznosili szkołę na czynniki pierwsze.

Wszystko to Dumbledore'owi było bardzo nie na rękę. Oczywiście starał się znaleźć środki zaradcze. Próbował namówić do pracy w Hogwarcie wszystkich czarodziejów, którzy umieli choćby odróżnić kociołek do eliksirów od nocnika, lecz nieodmiennie spotykał się z odmową, czasem w niezbyt miłej formie. Czarodzieje bardzo dobrze pamiętali dzień ukończenia szkoły jako najszczęśliwszy dzień w życiu i nie kwapili się wracać na stare śmieci. A już o stanowisku dziekana Slytherinu (gdyż taką nazwę nosił wydział, którym zawiadywał zaginiony agent) nie było co wspominać. Sęk w tym, że tradycyjnie dostawała się tam tak zwana trudna młodzież, z rodzin, gdzie rodzice byli na bakier z prawem, wielu siedziało do tej pory w ciupie albo mieli związki z bandą Voldemorta, tym samym stawiając się na równi z kryminalistami. Jasna rzecz, że nikt o zdrowych zmysłach dobrowolnie nie chciał obejmować tego stanowiska. I wtedy, gdy wszystko zawiodło, dyrektor, słynący na całym czarodziejskim świecie z niekonwencjonalnych pomysłów, znalazł wyjście.

– Powiem krótko, Leontiju Aristarchowiczu, bardzo krótko... Nie chciałby pan zastąpić naszego drogiego Severusa Snape'a, który, ma się rozumieć, w niedługim czasie do nas wróci?

– JA?!

W ciągu następnej godziny Lolik usilnie, choć bezskutecznie bronił swojej wolności. Na wszelkie zapewnienia, że on, Lolik, nie jest czarodziejem i z czarami jako żywo nigdy nie miał do czynienia, wredny dziadek odpowiedział, że to nie szkodzi, bo szybciutko nauczy się niezbędnych podstaw i wyjął z powietrza książkę „Magia dla opornych. Kurs dla średnio zaawansowanych". Prócz tego dyrektor, chytrze mrużąc oko, przypomniał Lolikowi, jak ten umiejętnie potrafił ściągać na egzaminach tuż pod nosem niczego nie podejrzewających profesorów.

– Dla stypendium nie takie sztuki się robiło – posępnie odparł aspirant.

Generalnie na wszystkie jego obiekcje Dumbledore miał gotową odpowiedź. Jak miałby wykładać nieznany sobie przedmiot? Dlaczego zaraz nieznany, starczy zacząć i zaraz się przekona, jak wiele wspólnego mają eliksiry z jego ulubioną chemią. Na razie może rozpocząć od podstaw organiki, dla dzieci to i tak bardziej pożyteczne, niż włóczyć się po Zakazanym Lesie. Oczywiście do dyspozycji Lolik będzie miał wszystkie notatki i konspekty profesora Snape'a. Poza tym „odziedziczy" po zaginionym profesorze gabinet z unikalną kolekcją eliksirów i ingrediencji magicznych, bibliotekę, sypialnię i nawet miotłę, jeśli wyrazi takie życzenie. Do czego miałaby mu być potrzebna miotła, Lolik już zdążył się zorientować: w czasie tej rozmowy obok okna parokrotnie przelatywali nastolatkowie, trzymający się jakimś niewiarygodnym cudem na miotłach i nie spadający z nich nawet przy dużej szybkości. Patrząc na ten koszmar, Lolik szczerze wątpił, by kiedykolwiek przyszła mu ochota wykorzystać profesorską miotłę. Ochotę miał tylko na to, by wrócić do domu.

Postanowił ruszyć temat z drugiego końca i spytał, czy jego nominacja jest zgodna z przepisami i co na to ministerstwo edukacji? Dumbledore odparł, że wszystko w porządku, w ministerstwie ma znajomości, a we wszystkich papierach, żeby nie komplikować sprawy, nowego wykładowcę wpisze się jako charłaka. Lolik już się zastanawiał, czy nie obrazić się za to określenie, ale dyrektor zamachał rękami, że niby to nic takiego, zwykła formalność.

Pytanie Lolika, jak uczniowie będą go rozumieć, skoro jest Rosjaninem, Dumbledore'a wpierw zdziwiło, a potem rozbawiło. Odpowiedział, że szkoła, jest, jakby nie było, czarodziejska i nie będzie żadnych problemów językowych. Jeśli jednak Leontij Aristarchowicz ma życzenie szybko opanować język angielski i prowadzić w nim wykłady, to oczywiście... Lolik pospiesznie zapewnił, że niekoniecznie ma życzenie, a w ogóle to jest patriotą. Egzamin wstępny na aspiranturę w języku angielskim kosztował go wiele nerwów. Do tej pory w koszmarnych snach nawiedzał go gerund*. Przy czym z niewiadomych powodów przyjmował formę wysokiego, chudego faceta z płonącymi czerwonymi oczami, nienaturalnie bladą skórą i sadystycznym uśmieszkiem.

Następnie głowa szkoły wygłosiła patetyczną mówkę, że dzieci to kwiaty życia, które nie powinny więdnąć z braku wykształcenia. I jeśli Leontij Aristarchowicz zdejmie z ramion dyrektora ten ciężar, to on, Dumbledore, będzie mógł skupić wszystkie swe magiczne siły na poszukiwaniach Snape'a. Na pytanie Lolika, czy jest jeszcze nadzieja, dyrektor odparł, ze nadzieja jest zawsze. Duchowy przywódca czarnoksiężników, Voldemort, jest osobistością bardzo ekscentryczną i ma skłonności do skrajnych zachowań. Tajny agent widocznie wpadł mu pod rękę w momencie zmiany nastroju. A humor u Tego–Którego–Zwykle–Nie–Nazywano–Po–Imieniu mógł zmieniać się na wszelkie sposoby. Mógł nagle dostać ataku podejrzliwości i urządzić Snape'owi coś w rodzaju okresu próbnego, nie puszczając od siebie ani na krok i czekając, aż szpieg się na czymś potknie. Albo wręcz przeciwnie – mógł doznać szaleńczego przypływu uczuć i zatrzymać go na romantyczny urlop, również nie wypuszczając ani na krok. W miarę jak Lolik pojmował, o co chodzi, jego oczy robiły się coraz większe. („Mamusiu, zabierz mnie stąd! Gdzie ja trafiłem?!").

– A mogło być i tak – ciągnął dyrektor – że Voldemorta pokąsał jakiś wilkołak, i jest mu potrzebny warzyciel... Choć raczej wątpię...

Krótko mówiąc, mogło zdarzyć się wszystko, i im prędzej Leontij Aristarchowicz zajmie się pracą nauczycielską, tym szybciej odnajdą Snape'a i wszystko wróci do normy.

* Rzeczownik odczasownikowy

Lolik właściwie nie wiedział, dlaczego się zgodził. W czasie całej rozmowy był pewien, że stanowczo odmówi i zażąda powrotu do domu, ale jakoś tego nie zrobił. Podejrzewał, że zawiniła hipnoza albo jakiś rodzaj czarów Dumbledore'a. Tak, czy inaczej, w rezultacie Lolik siedział i przeklinał w duchu siebie za brak asertywności, Snape'a za namiętność do szpiegostwa, Voldemorta za ekscentryczność, Dumbledore'a za niekonwencjonalność, a uczniów szkoły za to, że się w ogóle urodzili. Dyrektor tymczasem radośnie pisał jakiś list. Skończywszy, wydostał z zakamarka swego liliowego chałata niewielką, zaspaną sowę, przywiązał jej do łapki list zwinięty w rulonik i wyrzucił ptaka za okno. W pierwszej chwili sowa spadała jak kamień, jednak tuż nad ziemią ocknęła się, rozwinęła skrzydła i niebawem znikła w oddali. Lolikowi zabrakło już siły na zdumienie.

– Dlaczego ja? – spytał zmęczonym głosem.

Dyrektor tylko błysnął tajemniczo oczami i odrzekł, że z upływem czasu Lolik wszystko zrozumie, a na razie jest jeszcze za wcześnie.

Krótko mówiąc, aspirant Lolik wyszedł z gabinetu dyrektora jako profesor Sniegow, pełniący obowiązki (na czas nieokreślony) Mistrza Eliksirów i opiekuna Slytherinu. Przedstawiono go innym członkom kadry, ściskał prawice i wymieniał uśmiechy. Niektórzy, co prawda, krzywo popatrywali na Dumbledore'a i ukradkiem pukali się palcem w skroń, ale generalnie Lolik został przyjęty życzliwie. Jak przekonał się później, dyrektor miał zwyczaj zatrudniać kogo popadło (tak naprawdę nikt normalny tu nie chciał pracować), więc towarzystwo było bardzo urozmaicone i Lolik niezbyt się wyróżniał. Otrzymał służbowy chałat, dumnie nazywany „szatą", w jakich chodzili tu wszyscy. Szata była koloru czarnego, żeby Lolik, jak ktoś zauważył, był choć trochę podobny do Snape'a. Lolik nie wiedział, do czego z kolei podobny był Snape, ale on sam wyglądał w tej szacie imponująco, a nawet mrocznie.

Otrzymał także czarodziejską różdżkę (ostatecznie był dziekanem), ale poradzono mu za bardzo nią nie machać. A w ogóle, nim cokolwiek zacznie z nią robić, powinien:

a/ wykuć na pamięć podarowaną przez dyrektora „Magię dla opornych"

b/ skonsultować się z psychoanalitykiem, w roli którego wystąpi tenże Dumbledore.

Na tych wszystkich ceremoniach upłynął czas aż do obiadu, i Lolika zaprowadzono do Wielkiej Sali, by przedstawić go uczniom. Już w drodze dzieci rzucały mu ukradkowe spojrzenia, a kiedy zajął miejsce Snape'a przy stole nauczycielskim, w sali, zapełnionej głodną młodzieżą, nastała głucha cisza. Dumbledore skorzystał z tego, by uroczyście oznajmić:

– Drodzy przyjaciele! Dziś nastał szczęśliwy dzień! (Lolik nie był tego pewien, dzieciarnia, sądząc po minach, również.) W końcu znaleźliśmy człowieka („Idiotę!" – skomentował Lolik w duchu), który chętnie zgodził się wykładać u nas eliksiry, w zastępstwie profesora Snape'a, który, mamy nadzieję, szybko do nas wróci. (Niektórzy nauczyciele wznieśli oczy ku sufitowi, a dzieci wlepiły oczy w Lolika.) Tak więc pozwólcie sobie przedstawić profesora Leontija Aristarchowicza Sniegowa!

Lolik wstał z trudem. Nogi miał jak z waty, przed oczami latały mu mroczki, w uszach szumiało. „No to koniec, zdechł pies!"

CDN

** watch?v=gWa6qBIw2hI