Rozdział 2. Węże, lwy i inne zwierzątka

A w słonecznej Brazylii, w Brazylii mojej

Takie niezwykłych zwierząt mrowie!

Rudyard Kipling **

Pod wieczór pogoda się zepsuła. Niebo zasnuły jesienne chmury, a wiatr strącał z drzew różnokolorowe liście. Czasem wiatrowi nudziła się zabawa liśćmi i robił brzydkie żarty sowom pocztowym, odpychając je od zamku i nie pozwalając tym samym dotrzeć do adresatów. Pogoda zdecydowanie nie nadawała się do latania. Sowy czyniły wysiłki, by dolecieć do jakiegokolwiek zbawczego okna, ale za każdym razem niemiłosierne podmuchy ciskały je na ziemię. Tak więc, ostatnie metry pierzaści posłańcy przemierzali na piechotę, na podobieństwo pingwinów. Na to wszystko patrzył zakutany w szatę opiekun Slytherinu, profesor Sniegow.

Lolik mieszkał w owym domu wariatów (szerzej znanym jako szkoła czarodziejstwa Hogwart) już cały tydzień. Ku swemu niemałemu zdumieniu nadal był żywy i jakoś sobie radził w ekstremalnych magicznych warunkach. Co prawda, czasami miał wrażenie, że obluzowują mu się klepki, ale to było tutaj normą.

Ta placówka oświatowa mogła doprowadzić do obłędu każdego cokolwiek cywilizowanego człowieka. Weźmy chociażby schody. Windy w szkole nie było, za to po całym zamku jeździły schody. Lolik może by to uznał nawet za zabawne, gdyby schody nie jeździły jak i gdzie chciały. Nigdy nie zapomni, jak pierwszego dnia usiłował dotrzeć do gabinetu profesor McGonagall. Stara czarownica w okularach zajmowała stanowisko opiekuna konkurencyjnego wydziału i miała dać świeżo upieczonemu wykładowcy niezbędne instrukcje. Lolik wyszedł z lochów, gdzie znajdowały się tymczasowo mu przydzielone apartamenty Snape'a, i zaczął wchodzić po schodach. Nagle rozległ się huk, jakby wyrywano z korzeniami stuletni dąb, potem, podnosząc tumany kurzu, schodowe przęsło osiadło, znów rozległ się dźwięk właściwy karczowanym drzewom, i schody pojechały w nieznanym kierunku. Pasażer, ochłonąwszy, doszedł do wniosku, że jest to rodzaj miejscowej taksówki i rzekł uprzejmie:

– Trzecie piętro, lewe skrzydło, bardzo proszę.

– Na Merlina! – odpowiedział skądś skrzypiący głos i schody wkrótce wysadziły Lolika na strychu, w sowiarni, ignorując wszelkie polecenia. Proces schodzenia Lolika na ziemski padół przeistoczył się w show dla całej szkoły. Biegał po korytarzach, wsiadał na wszystkie schody, z trzaskiem i skrzypieniem objechał ze dwadzieścia razy całą szkołę wzdłuż i wszerz, od podziemi po strychy. Przeklęte „taxi" jeździło we wszystkich kierunkach, ale cały czas uparcie omijało potrzebny Lolikowi przystanek, gdzie znajdował się gabinet profesor McGonagall. Te jego rejsy przyciągnęły uwagę gromadki pałętających się bez celu uczniów z czerwono–złotymi emblematami na szatach. Dzieciaki szybko zorientowały się w czym rzecz i zaczęły obserwować go z zachwytem, robiąc zakłady, gdzie następne schody dowiozą nowego profesora. Podczas kolejnego kursu „sowiarnia – lochy" Lolik napotkał chudą, nieco wyleniałą kotkę. Wygląd i zachowanie nowego nauczyciela zapewne wydały jej się podejrzane, więc zaczęła eskortować Lolika, jeżdżąc razem z nim. Oczywiście taki „ogon" niepomiernie go irytował.

– Psik, zarazo! – ryczał nowy Mistrz Eliksirów.

Kocica patrzyła na niego z miną angielskiej królowej, którą spostponował doker, tym niemniej ze stoickim spokojem nadal pętała się za Lolikiem. Dzieciaki zaczęły robić zakłady, kto prędzej pęknie – nauczyciel czy Pani Norris (gdyż tak nazywało się uparte stworzenie); i kto szybciej zakończy ten cyrk – cieć czy dyrektor. Jednakże zakłady pozostały nierozstrzygnięte, gdyż pojawiła się zła jak diabli McGonagall, która straciła cierpliwość, na próżno czekając na nowego opiekuna Slytherinu, i jednym machnięciem różdżki przycumowała schody z wyczerpanym Lolikiem oraz na pół zdechłą kotką do odpowiedniej „przystani". Kiedy tylko zwierzę zeszło na twardy grunt, przewróciło ślepiami i malowniczo omdlało. Później dotarło do Lolika pocztą pantoflową, że tak nie znęcano się nad Panią Norris od czasów legendarnego Syriusza Blacka, który w ciągu siedmiu lat nauki w Hogwarcie upijał młodziutką jeszcze wówczas kocicę walerianą.

Lolik jeszcze długo potem usiłował zorientować się w rozkładzie jazdy schodów, ale zdołał jedynie ustalić, że do gabinetu dyrektora zawsze jedzie się z trzema przesiadkami, a do pokoju nauczycielskiego najlepiej jechać z sowiarni, skąd co pół godziny odbijały stareńkie schody. Widocznie coś się w nich rozregulowało z upływem czasu, gdyż chodziły tylko do pokoju nauczycielskiego i z powrotem.

Poza schodami, w szkole było pełno innych atrakcji: tajnych przejść i ukrytych dziur, w które Lolik ciągle wpadał. Mieszkańcy szkoły szybko przywykli, że obecny opiekun Slytherinu znika i pojawia się w nieoczekiwanych miejscach. Pewnego dnia, na przykład, na zebraniu zjawił się co prawda punktualnie (specjalnie wyszedł dwie godziny wcześniej), ale nie wszedł przez drzwi, a wyłonił się z supersekretnego podziemnego przejścia, zaczynającego się w gabinecie dyrektora. Kończyło się natomiast, jak chodziły słuchy, kto wie czy nie w astralu, choć nikt tego nie wiedział na pewno. Po zebraniu kadra obstąpiła Lolika, lecz nie mógł zaspokoić ich ciekawości, gdyż wleciał do tego wielce tajnego przełazu na piątym piętrze całkowicie przypadkowo.

Najbardziej Lolika denerwowały portrety. Zabiłby tego drania, który wymyślił, żeby wszystkie drzwi w Hogwarcie powymieniać na portrety. No dobrze, niech będzie... Portrety były ożywione, mogły przechodzić między ramami i praktycznie nigdy ich nie było na miejscu. To też dawało się znieść. Ale! Żeby przejść koło takiego portretu, należało obowiązkowo powiedzieć hasło. I tu był pies pogrzebany. Hasła były idiotyczne, nie trzymały się pamięci, a do tego ciągle były zmieniane i to w środku tygodnia. Całą środową noc Lolik wkuwał hasła i nawet zapamiętał kilka, a w czwartek już je diabli wzięli.

Ale największą bolączką Lolika był portret pilnujący wejścia do Snape'owej sypialni. Przedstawiał dość młodo wyglądającego facecika ze szpakowatymi, wijącymi się włosami za ramiona, starannie przyciętą bródką i wyjątkowo paskudnym uśmieszkiem. Ubrany był według staroświeckiej mody w kabat i beret, zawadiacko włożony na bakier. Fizjonomia namalowanego faceta wydawała się Lolikowi dziwnie znajoma, jakby tego typa już gdzieś kiedyś widział, ale w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć gdzie. Z tym tak zwanym dziełem sztuki p.o. Mistrza Eliksirów prowadził prawdziwą wojnę. Hasło do pokojów Snape'a było tak zawiłe, że Lolik nawet nie próbował go zapamiętać. Każdego wieczora awanturował się z portretem, próbując zdobyć prawo do spania w ludzkich warunkach. Zwykle zaczynał od kulturalnej prośby, potem szły prośby niekulturalne, przekleństwa, omawianie całego drzewa genealogicznego upartego obrazu, a w końcu błagania i odwoływanie się do olejnego sumienia. Na wszystko to drański typ odmawiał równie kulturalnie, cytował szkolne przepisy, radził leczyć sklerozę, opowiadał dowcipy o Eskimosach, rozważał genealogię Lolika, i twierdził, że portrety nie mają sumienia i mieć go nie mogą, bo sumienia nie da się namalować.

Póki co, Lolika ratowało to, że koło północy bezczelnego typa zwykła odwiedzać pewna dama w wieku balzakowskim, o kształtach cokolwiek rubensowskich, w jaskrawo różowej sukni. Lolik witał damę z galanterią, prawił z uśmiechem komplementy, a ta rumieniła się, wzdychała i mówiła, że nowy warzyciel jest nieporównywalnie grzeczniejszy od starego. Kiedy Lolik konwersował z jadowicie różową paniusią, łajdacki typek posępniał, krzywił się, zaczynał denerwować i wszelkimi siłami dawał do zrozumienia, że jest tu o jedną osobę za dużo. W końcu otwartym tekstem wysyłał Lolika gdzieś w inne rejony, na co ten twardo odpowiadał, że owszem, oddali się, ale do swojej sypialni.

– Nie otworzę! – nie poddawał się malowany uparciuch, podczas gdy zwinne damskie paluszki zdejmowały mu beret i wyłuskiwały z kaftana.

– Będę więc tu stał i patrzał. Zresztą, po co stać, usiądę sobie... – Lolik rozsiadał się wygodnie pod ścianą naprzeciwko.

– Dla twojej wiadomości, jestem dziełem sztuki, a nie rozkładówką z Playboya, na którą można się tak gapić! – Typa na obrazie prawie szlag trafiał, ale Lolik był nieugięty.

– No to otwórz, albo sam sobie jesteś winny!

– No, popatrz! Wojerysta zakichany! – Typas rwał na sobie batystową koszulę, ale wtedy dama pukała go w nos wachlarzem i oburzała się:

– Fe! Jak ci nie wstyd, mon cherie! Przepuść tego chłopca natychmiast, inaczej sobie pójdę i między nami koniec!

Zagnany w kozi róg strażnik nie miał innego wyjścia i, klnąc na czym świat stoi, otwierał drzwi. Zmordowany jak wół roboczy, ale dumny z siebie, Lolik szedł spać.

Snape'owe apartamenty były, jak na lochy, zaskakująco przytulne. Najbardziej profesorowi Sniegowowi podobał się barek i ogromny, wygodny fotel przed kominkiem. Lolik uwielbiał odpoczywać późnym wieczorem w tym fotelu, ze szklaneczką whisky w ręku, podczas gdy zmęczenie stresem powszedniego dnia pracy pedagogicznej z wolna topniało, napięte nerwy się rozluźniały, myśli płynęły coraz wolniej... Nowy warzyciel rozglądał się leniwie po pokoju, rozmyślając o charakterze i przyzwyczajeniach swego poprzednika. Severusowi Snape'owi najwyraźniej obce było upodobanie do luksusu, ale był obdarzony dobrym gustem. Wnętrze utrzymano w przytłumionych odcieniach barw zwykle ciemnych, co nadawało pomieszczeniu wygląd tajemniczy ale nie ponury. Lolik przekonał się z ulgą, że sypialnia niemal całkowicie wolna była od różnych magicznych tentegesów. Ogólnie, gdyby postawić tam komputer, telewizor i telefon, pokój wyglądałby jak mieszkanie całkiem normalnego człowieka. Tego nie można było jednak powiedzieć o pracowni Snape'a, która z powodzeniem mogłaby służyć za scenografię do kręcenia horrorów o alchemikach i nekromantach.

Czego tu nie było! Na ścianach wisiały wiązki traw o korzennym zapachu, na stelażach stały kolby z różnobarwnymi płynami, pudełka z rozmaitymi podejrzanymi proszkami, słoje z zakonserwowanymi w spirytusie zwierzakami i woreczki, z których od czasu do czasu dobiegały szelesty i chrumkanie – ostrożny Lolik wolał tam na razie nie zaglądać. Każda z tych rzeczy była opatrzona tabliczką z zapisaną w kilku językach nazwą i spisem eliksirów, do których ją wykorzystywano. Na większości tabliczek widniały też ostrzegawcze, migające na czerwono napisy typu: „Uwaga, niebezpieczeństwo!", „Nie dotykać!" (Kiedy Lolik mimo wszystko ciekawie wyciągnął rękę ku niewinnej z pozoru trawce, napis zmienił się na: „Mówiłem, żeby nie dotykać!"), „Nie pić!", „Nie palić!", „Termin ważności upłynął!", „Nie wąchać!", „Sevikowi od Tommy'ego z okazji imienin", „Przechowywać w miejscu niedostępnym dla dzieci!". Z tym ostatnim Lolik zgadzał się w stu procentach, gdyż ostrzeżenie odnosiło się do słoika z C2H5OH.

W pracowni znajdowały się, naturalnie, także kotły do warzenia eliksirów, stoły i mnóstwo półek z książkami. W pomieszczeniu stale unosiła się bladozielona mgiełka, która, choć nie przeszkadzała w pracy, działała na nerwy, a na dodatek miała taki zapach, że nawet wytrenowanemu chemikowi z początku żołądek podchodził do gardła.

Tutaj właśnie Lolik przygotowywał się do zajęć, przy pomocy notatek zaginionego szpiega. Tak jak mówił Dumbledore, warzycielstwo eliksirów niezwykle przypominało starą dobrą chemię, a w wersji Snape'a przedmiot okazał się niestraszny. Doświadczony w formułowaniu tajnych doniesień, Mistrz Eliksirów prowadził notatki metodycznie i przystępnym językiem. Lolik spędzał całe godziny nad grubym notesem, od deski do deski zapisanym drobnym, wyraźnym, niemalże kaligraficznym pismem profesora i melancholijnie wzdychał, wspominając Krasnojarsk i swego Bossa.

Chociaż eliksiry teoretycznie nie wydały się nowemu profesorowi niczym niemożliwym do opanowania, część praktyczna nie była taka prosta. Do przygotowania swego pierwszego eliksiru Lolik podszedł bardzo optymistycznie. Był to prościutki eliksir na poprawę pamięci, do którego potrzeba było trzech komponentów na krzyż i pięciu minut. Przepis był prosty jak drut: wziąć to i to, pokroić na drobno, wrzucić do kociołka, nalać pół litra wody i, pomieszawszy, doprowadzić do wrzenia. Po czym zdjąć, odcedzić, ostudzić i pić po jednej łyżce stołowej trzy razy dziennie. Co prawda, Lolik, nie narzekający na swoją pamięć, pić tego nie zamierzał. Z krojeniem składników i wrzucaniem do kotła problemów nie było, wody nasz warzyciel nalał z kranu i zabrał się do gotowania. I tu dopiero powstało pytanie, jak niby doprowadzić eliksir do wrzenia, skoro w laboratorium nie było kuchni? Kominka także nie. Rozpalanie ogniska na stole wydało się Lolikowi metodą zbyt prymitywną nawet jak na standardy tej szkoły. Już miał biec do dyrektora z prośbą o jakiś magiczny odpowiednik elektrycznej maszynki do gotowania, kiedy zauważył, że płyn w kociołku bulgocze i zaczyna wydzielać parę, liliową jak szata Dumbledore'a. Lolik dotknął kociołka i z sykiem cofnął rękę. Kocioł był gorący.

„No proszę, burżujska technika!" – zdumiał się alchemik–samouk i natychmiast zorientował się, że coś jest nie w porządku. No tak, para! Lolik pamiętał, że według opisu para powinna być pomarańczowa. Warzyciel zaczął gorączkowo sobie przypominać, co przegapił, w końcu klepnął się w czoło. Tę breję trzeba zamieszać! No dobra, jeszcze nie jest za późno. Chociaż na stole obok kotła leżała łyżka na długiej rączce, Lolik uznał, że prawdziwy czarodziej powinien mieszać eliksir czarodziejską różdżką. Wyciągnął magiczny instrument z kieszeni i bez wahania wetknął go do kotła. I to zaprzepaściło cały eksperyment, oraz, mały włos, a zaprzepaściłoby także pracownię Snape'a. Wybuch rzucił Lolika pod ścianę. Kiedy nieostrożny warzyciel przyszedł do siebie, jego oczom ukazała się malownicza scena: na podłodze walały się szczątki rozerwanego kociołka, kilka stołów zostało wywróconych razem z całą zawartością, w powietrzu poza zwykłym zielonkawym oparem błąkały się fioletowe chmurki, a po całej pracowni rozbryzgane były resztki tego, co miało być eliksirem przeciw sklerozie. Pośrodku tego chaosu, w zadumie przeczesując różdżką srebrną skroń, stał dyrektor. Widząc, że profesor eliksirów już się ocknął, stary czarodziej wygłosił uspokajającą mowę, kończącą się słowami: „Jak to u was mówią, pierwszy blin nigdy się nie udaje! Próbuj dalej, mój chłopcze, a wszystko będzie dobrze". Co było robić, Lolik ćwiczył, i stopniowo rzeczywiście coś zaczęło mu wychodzić.

Poza notatkami Snape'a, Lolik intensywnie studiował „Magię dla opornych" i już opanował najbardziej podstawowe zaklęcie – Lumos, służące w szkole jako latarka. Wyuczywszy się tego ważnego zaklęcia, profesor eliksirów spokojnie schodził wieczorami do swoich lochów, nie wpadając już na ściany, kolumny i całujące się parki.

Pod koniec pierwszego tygodnia pracy Lolik zaczął się trochę orientować, w jakim miejscu się znalazł i co tu się dzieje. Profesor McGonagall zamiast rozwlekłych instrukcji dała po prostu nowemu nauczycielowi harmonogram zajęć, szkolny regulamin i książeczkę „Historia Hogwartu. Wydanie kieszonkowe", która miała pomóc p.o. Mistrza Eliksirów adaptować się w magicznym środowisku. Historię Lolik uważał za przedmiot nudny i do „Historii Hogwartu" odniósł się ze sporą rezerwą, myśląc, że najbardziej interesujący w książce będzie spis dyrektorów z datami ich „panowania". Książeczka jednak okazała się bardzo zajmującym melanżem thrillera, powieści detektywistycznej i komiksu. Szczególnie Lolika bawiło to, że ilustracje były żywe, poruszały się i czasem nawet rozmawiały. Zacząwszy lekturę, nowy profesor nie mógł się od niej oderwać i zarwał noc, pogrążony w historii tej dziwnej i unikalnej placówki oświatowej.

Wszystko zaczęło się prawdopodobnie wiele, wiele lat temu od hucznej imprezy z okazji międzynarodowego święta sił nieczystych – Nocy Walpurgii. To prastare święto, najuroczyściej obchodzone jest przez rozmaitych czarowników, szamanów, ekstrasensów, superwajzerów oraz tego rodzaju osobników, których działalność zawodowa tak czy inaczej związana jest z magią (i zauważana głównie w piątek trzynastego). W Noc Walpurgii wszystkie czarownice i czarownicy (nawet z przyzwoitych rodzin) idą na całość jeśli chodzi o magiczne zdolności – piją na umór, robią co chcą, a potem wszystkie ich wybryki idą na konto Bogu ducha winnych terrorystów, tolkienistów i kosmitów. Dlatego też w Ministerstwie Magii istnieje specjalny wydział do spraw Likwidacji Efektów Konwentów (w skrócie LEK). I tak, dawno temu, właśnie na takim „konwencie", dwaj już niemłodzi i szacowni czarodzieje skoczyli sobie do gardeł. Żywa ilustracja bardzo się Lolikowi podobała. Oto napakowany facet w czerwonej szacie, podobny do Kevina Sorbo*, pięknym hakiem z prawej walił w szczękę wysokiego, chudego obywatela w zielonym, z haczykowatym nosem i świdrującymi oczami. „Zielony" pluł zębami, dobywał różdżki i, sepleniąc wyrazy niecenzuralne, machał nią w stronę przeciwnika, w rezultacie czego tamtemu na głowie wyrastały wielkie, rozłożyste rogi. Zielonemu facetowi Lolik z jakichś powodów współczuł, za to widok rogów, sterczących z bujnej czupryny czerwonego, niewypowiedzianie go śmieszył. Owymi antagonistycznymi czarodziejami byli: pan Godryk Gryffindor i pan Salazar Slytherin.

Tych dwóch było odwiecznymi rywalami. Obaj ambitni i pełni energii, obaj cieszyli się autorytetem w magicznym świecie, jeden i drugi uważali siebie za najmądrzejszych, a przeciwnika – za ślepy zaułek czarodziejskiej ewolucji. Żarli się przy każdej okazji. Starczyło, żeby Slytherin na jakimś zebraniu towarzyskim powiedział: „Golono", zaraz Gryffindor wyskakiwał: „Strzyżono! Strzyżono!" i na odwrót. Gryffindor bardzo lubił ubierać się w odcieniach zielonych i srebrnych, lecz wystarczyło, by Slytherin raz pojawił się w zielonej szacie, aby przeciwnik wyszydził jego fatalny gust odzieżowy i na przekór zaczął chodzić na złoto–czerwono, choć nie mógł patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Slytherin lubił obracać się w towarzystwie osób niemagicznego pochodzenia (nazywanych mugolami), gdyż go bawiły. Ale kiedy Gryffindor sprowadził sobie kochankę mugolkę, jego ideowy wróg zaczął aktywnie udowadniać teorię, że wszyscy mugole stanowią element niebezpieczny i powinni być izolowani, gdyż mogą doprowadzić do degradacji społeczeństwa magicznego. Jako przykład takiej degradacji podawał Gryffindora z jego niezdrowymi zainteresowaniami. Lolika, choć sam był mugolem, zainteresowały idee Slytherina o übermagach i postanowił w wolnej chwili przeczytać jego książkę pod tytułem „Tako rzecze Gandalf". Jak potem wyjaśnił Lolikowi dyrektor, nienazywany po imieniu Voldemort na podstawie tego dzieła opracował teorię o konieczności unicestwienia mugoli, mocno przekręcając idee Slytherina dla swoich sadystycznych celów.

Właśnie wtedy, podczas Nocy Walpurgii, owi ideowi przeciwnicy, ubzdryngoleni w drobną kaszkę, postanowili nieść między ciemny lud wieczysty kaganiec oświaty. Każdy zdecydował, że założy magiczną szkołę, by rozsławić swe imię po wiek wieków, a wrogowi utrzeć nosa. Jednakże każdy chciał kontrolować poczynania konkurenta, więc po ustaleniu stanowisk (na żywej ilustracji obaj czarodzieje, zapomniawszy o różdżkach, tarzali się po ziemi, bezskutecznie próbując zadusić się nawzajem) i kolejnych trzech butelkach whisky, szkołę postanowili założyć jedną, ale z dwoma dyrektorami i dwoma wydziałami, które nazwali, naturalnie, na własną cześć: Gryffindor i Slytherin. Nazajutrz, po sabacie, obydwaj przerazili się konsekwencji podjętego w pijanym widzie zobowiązania, ale nie honor było się wycofywać. LEK jeszcze wtedy nie istniał, więc nie było nikogo do usuwania skutków sabatu. Magiczny świat, dowiedziawszy się, że dwaj odwieczni wrogowie nie dość, że będą żyć pod jednym dachem, ale jeszcze zaczną uczyć dzieci, zaczął spekulacje na ten temat i z niecierpliwością oczekiwał rozwoju wydarzeń. Stąd wzięła początek Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Co oznacza dane słowo, nawet w czasach założycieli nikt nie wiedział, mówiono tylko, że pochodzi z prastarego super–magicznego języka. A było to pierwsze słowo, które wypowiedział Slytherin tego niefortunnego ranka po Nocy Walpurgii, kiedy to jemu i Godrykowi Gryffindorowi oznajmiono, że oto są dyrektorami generalnymi nowej czarodziejskiej szkoły.

– Hogwart! – zajęczał Slytherin, łapiąc się za głowę.

– Absolutnie – ponuro dodał jego świeżo upieczony wspólnik.

W ten sposób szkoła została otwarta. W krótkim czasie obaj dyrektorzy stanęli na skraju obłędu z powodu swego wzajemnego towarzystwa, tępogłowych uczniów, równie tępych nauczycieli i wszechobecnej biurokracji. Aby choć trochę uprzyjemnić swój katorżniczy żywot, koledzy sprowadzili do szkoły swoje kochanki, pod pretekstem, że każdy szanujący się dyrektor powinien mieć sekretarkę.

Jeśli chodzi o Slytherina, była to przeokropnie mądra czarownica z czystokrwistej rodziny i wręcz zwariowana na punkcie magii. Nazywała się Rowena Ravenclaw. Gryffindor za to przywiózł swoją mugolską miłość – Helgę Hufflepuff. Przywiózł ją z czystej złośliwości, żeby mocniej dokuczyć konkurentowi. Ze złośliwości również nauczył Helgę prostych zaklęć i, by mogła pracować w szkole, kupił jej dyplom magistra Białej Magii, czego potem miał gorzko żałować. Obie damy, ku zgrozie obu dyrektorów, na fali żeńskiej solidarności zaprzyjaźniły się ze sobą, i ku jeszcze większej zgrozie obu mężczyzn, wyemancypowały. Wkrótce już posady sekretarek nie zaspokajały ich ambicji. Obie panie zorganizowały mityng pod hasłami „Kobieta też człowiek!", „Uwolnimy oświatę od męskiego szowinizmu!" i przy burzliwym poparciu damskiej części magicznego świata założyły własne wydziały: Rawenclaw i Hufflepuff.

„Wszystkie baby są głupie!" – obrazili się obaj panowie, jeden jedyny raz w życiu zgodnie, jednak walczyć z rewolucyjnymi przemianami w szkole nie czuli się na siłach.

W rezultacie szkoła rozpadła się na cztery konkurencyjne wydziały. Z początku był to jeden wielki chaos, i czwórka założycieli, pod naciskiem wpływowych ludzi z magicznego społeczeństwa, musiała się zgodzić na jednego zwykłego dyrektora, niezbędnego dla zaprowadzenia porządku na uczelni. Na owego dyrektora czwórka sarkających czarodziejów zrzuciła problemy zarówno organizacyjne, jak i finansowe, a sami rozleźli się po zakamarkach Hogwartu, które do tej pory są tradycyjnymi miejscami zamieszkania przedstawicieli czterech wydziałów, zwanych „domami".

* Aktor amerykański, u nas znany głównie z seriali 'Herkules' i 'Xena wojownicza księżniczka'.

Slytherin w poszukiwaniu idealnego miejsca na laboratorium zszedł do podziemi, więc Gryffindor, z przyzwyczajenia robiąc na opak, polazł na wieżę, zabierając ze sobą swoich uczniów. Trzeba wspomnieć, że dzieci szybciutko przejęły obyczaje swoich wychowawców, więc wszystkie cztery domy bardzo się różniły między sobą trybem życia i tradycjami, przy czym te różnice przetrwały do dziś. Gryfonów, tak jak i sławnego Godryka, znamionowała beznadziejna lekkomyślność, lekceważenie wobec reguł i przepisów, skłonności do rękoczynów i szczególne zainteresowanie osobami mugolskiego pochodzenia. Sam Gryffindor pod koniec życia nie znosił już nawet zapachu mugoli, ale nadal propagował pokojowe współistnienie świata magicznego i niemagicznego, by, nie daj Merlinie, ktoś mu nie zarzucił solidarności ze Slytherinem. Herbem owego znamienitego wydziału był lew, symbolizujący już to waleczność ojca–założyciela i jego spadkobierców, już to jego wierność wobec suzerena – Ryszarda Lwie Serce. Każdy dom miał też swojego etatowego ducha (coś w rodzaju maskotki, odstraszającej uczniów z innych wydziałów). W Gryffindorze tę posadę zajmował już od wieków niejaki Prawie Bezgłowy Nick. Owemu Nickowi wyjątkowo się nie wiodło zarówno za życia, jak i po śmierci. Ów człowiek (nawiasem, z szacownej szlacheckiej rodziny) pewnego razu na balu dla żartu chciał zaczarować przyjaciela, takiego samego jak on młodego czarodzieja i franta, lecz nieszczęśliwie trafił zaklęciem w ukochanego pieska bolończyka króla, za co został skazany na śmierć przez ścięcie. Dlaczego egzekucja odbywała się przy pomocy tępego topora, nie wiadomo, ale fakt jest faktem. Biedaka zabijali przez cztery godziny po kawałku, póki katu ostatecznie nie puściły nerwy, ale głowa i tak nie została odcięta do końca. Jako duch, Nick stał się stałym obiektem żartów i przytyków ze strony tych, którzy mieli szczęście umrzeć na szafocie od uderzenia należycie ostrego narzędzia. Prawie Bezgłowy Nick miał dobry charakter i Lolik odnosił się do niego z sympatią.

W momencie przybycia Lolika do Hogwartu, Gryffindorem zarządzała surowa profesor McGonagall i jej wydział był uznawany za najbardziej prestiżowy, gdyż tam właśnie uczyła się najznamienitsza osobistość czarodziejskiego świata i stały gwóźdź wszystkich programów – Harry Potter. Lolik zdążył odbyć jedną lekcję eliksirów z szóstym rokiem Gryffindor/Slytherin i zdążył zapoznać się z tym chłopcem, ale niczego szczególnego w nim nie zauważył. Zwyczajny wyrostek, tylko trochę nerwowy. W „Historii Hogwartu" o Potterze napisano pięć razy więcej, niż o założycielach szkoły i jej dyrektorach razem wziętych. Czytając szczegółową biografię Złotego Chłopca, Lolik uznał, że ten nieszczęsny dzieciak miał jeszcze większego pecha, niż Prawie Bezgłowy Nick. Jego niefart zaczął się już przy urodzeniu, bo chłopczyk postanowił przyjść na świat akurat w momencie kolejnej huśtawki nastrojów Tego–Którego–Nie–Wypada–Nazywać–Po–Imieniu. (Lolik wpierw nie zrozumiał, ale potem z kontekstu wywnioskował, że chodzi o Voldemorta.) Tego dnia Czarny Lord, nawąchawszy się jakichś prochów (Lolik przeczuwał tu wkład Snape'a), jakoby doznał wizji zesłanej z wymiaru astralnego, że może przeżyć tylko jeden: albo on, albo dziecko, dopiero co urodzone w rodzinie Potterów. Czarnoksiężnik wpadł w paranoję i zaprzysiągł wszystkim Potterom krwawą vendettę. No cóż, jeśli wziąć pod uwagę, że Najstraszliwszy Czarownik pochodził od Slytherina, a przodkiem Pottera był Gryffindor, to powodów do vendetty było więcej niż kilka. Jednak paranoja omalże nie kosztowała Nienazywanego–Po–Imieniu życia. Rodziców Harry'ego ten psychopata owszem zabił, ale najstraszniejsza śmiertelna klątwa jakimś cudem zrykoszetowała od czoła dziecka i ugodziła samego Wielkiego Nekromantę. W rezultacie przez jedenaście lat poniewierał się w stanie śpiączki w jakimś nieokreślonym miejscu. A dzieciak przeżył i od tej pory zaczęto go nazywać Ten–Który–Załatwił–Tego–Którego–Nie–Wolno–Nazywać–Po–Imieniu. Przeżył jednak tylko po to, żeby w ciągu następnych dziesięciu lat wieść nędzny żywot w schowku pod schodami w domu okrutnych krewnych mugoli. (W tym miejscu Lolik prawie zalał się łzami).

A potem Potter poszedł do Hogwartu, Najźlejszy–Bezimienny wrócił z odstawki jeszcze gorszy, niż przedtem, i zaczęły się dla nich obu ciekawe czasy. Każdego roku na wiosnę Czarny Lord z zadziwiającym uporem i, można rzecz, nawet snobizmem, usiłował doprowadzić swoje dzieło do końca, zabijając Złotego Chłopca. Tylko teraz stał się przezorniejszy, działał z ukrycia, poprzez killerów i dla całkowitej pewności planował własną nieśmiertelność. Nie miał zamiaru znów się odcieleśnić. Jedenaście lat absencji fatalnie się odbiło na karierze Nienazywanego. Jego podwładni częściowo zostali wybici przez aurorów, część z nich siedziała w ciupie, niektórzy lizali buty jasnym magom z ministerstwa i udawali milutkie elfy Świętego Mikołaja. Najlepiej pasowało to do Lucjusza Malfoya, niegdyś najwierniejszego z bulterierów Czarnego Lorda, chociaż, biorąc pod uwagę fizjonomię Malfoya, nikt nie nazwałby go elfem. Forsy miał jak lodu i zawsze był gotów szczodrze płacić za zaufanie narodu. Generalnie, zmartwychwstałemu Nikczemnikowi, delikatnie mówiąc, nie podobały się zmiany, jakim ulegli jego pieczeniarze, a plotki o jego byłym ulubieńcu, Snape'ie, powodowały, że Nekromanta zgrzytał zębami z wściekłości.

Co zaś się tyczy Pottera, z identycznym uporem, wręcz pedanterią, każdego roku unikał śmierci. Przy czym działo się to w nadprzyrodzonych okolicznościach. A to pomagały mu feniksy, a to znów miecze Gryffindora, duchy i inne cuda. A że corocznie, po kolejnym napadzie Czarnego Lorda, nieszczęsny dzieciak leżał w szpitalu, takie wstrząsy nie mogły nie odbić się na stanie jego zdrowia. Kiedy Lolik przybył do Hogwartu, Potter był już w szóstej klasie i nosił nieoficjalny tytuł Tego–Co–Sześciokrotnie–Sklepał–Sami–Wiecie–Kogo. Jednak, o mój Merlinie... Jakie to było męczące! Na oko chłopak miał wszystkie objawy awitaminozy, dystonii i płaskostopia. Poza tym nie mógł regularnie uczęszczać na lekcje z powodu okresowych bólów blizny – tego miejsca na czole, gdzie trafiła fatalna dla Czarnego Lorda klątwa. Z powodu niepojętych skutków ubocznych blizna związała chłopca i Nienazywanego, i bolała za każdym razem kiedy do obłąkanej głowy Czarnego Lorda przychodziły czarne, perfidne myśli. Sądząc z objawów, ostatnimi czasy Nekromanta nie zasypiał gruszek w popiele i wręcz kipiał niegodziwymi planami, gdyż Potter praktycznie nie pojawiał się na lekcjach. Magowie jasnej strony żyli w ciągłym pogotowiu, każdego dnia spodziewając się bombardowania, a dyrektor, fatalnie oszczędzając na uczniach, wszystkie zasoby pieniężne ładował w obronę szkoły.

W weekendy jednak blizna bohatera narodowego w cudowny sposób przestawała boleć i rozczuleni nauczyciele cieszyli się, że biedne dziecko choć dwa dni w tygodniu czuje się normalnie, jak należy w jego wieku. Co prawda do Lolika na jego eliksiry ta znakomitość jednak przyszła. Widocznie ciekawość przeważyła ból głowy. Krążyły też plotki, że podczas ostatniego meczu Voldemort kontra Potter Nienazywany nieumyślnie jakoś zaczarował chłopaka tak, że ten stał się lunatykiem. Mówiono, że ciemnymi nocami Złoty Chłopiec łazi po zamku we śnie, lecz nikt go nie widzi, tylko ślady pozostają na nie mytych od stu lat podłogach. Ostatnimi czasy większość takich śladów koncentrowała się w lochach, co Lolikowi niezbyt się podobało.

W porównaniu z Gryffindorem, domy Ravenclaw i Hufflepuff w „Historii Hogwartu" opisane zostały pobieżnie. Do Hufflepuffu dostawały się w przeważającej części dzieci opóźnione magicznie (od niedawna nazywane „alternatywnie uzdolnionymi"). Ich rodzice zapłaciliby dowolne pieniądze, byle tylko ich latorośle odebrały jakiekolwiek wykształcenie, tak więc Hufflepuff był oficjalnym płatnym fakultetem szkoły. Nauczyciele praktycznie niczego od Puchonów nie wymagali, na wiedzę (czy też jej brak) patrzyli przez palce, a oceny na egzaminach miłosiernie naciągali. Uczniowie tego wydziału mieszkali w podziemiach, podobnie jak Ślizgoni, a ich przydziałowy duch – Gruby Mnich – był stworzeniem w najwyższym stopniu flegmatycznym i nudnym. Cierpliwość do Grubego Mnicha miał tylko Prawie Bezgłowy Nick, a i to tylko wtedy, gdy nie było nikogo innego do towarzystwa. Opiekunką Hufflepuffu była profesor Sprout – mała, dobroduszna staruszka, niemal cały czas spędzająca w szklarniach, gdzie hodowała mandragory, strzelające jadowitymi kolcami kaktusy, drapieżne zębate tulipany i inne równie milutkie kwiatki, grzybki i jagódki.

Jeśli chodzi o Ravenclaw, ten wydział był bez wątpienia najbardziej tajemniczy. Podobno uczyły się tam mądre dzieci (co w Hogwarcie było dużą rzadkością) i podobno dzieci te były szczególnie uzdolnione w dziedzinie magii teoretycznej. Wszystko „podobno". Lolik w charakterze profesora eliksirów miał do czynienia z magią praktyczną i nie miał szczególnej pociechy z młodych Krukonów, wywracających kociołki i mylących składniki.

Herbem Ravenclawu był orzeł, jako symbol bystrości umysłu i wysokich lotów. Hufflepuff w herbie miał borsuka (ścisły totemizm, nieprawdaż?), ale o tym, co miał on symbolizować, „Historia Hogwartu" milczała. Siedziba, a także domowa zjawa Ravenclawu zdawały się być zagadką dla całej szkoły. Lolik, na przykład, spotykał „orlęta" wszędzie i doszedł do wniosku, że stałego miejsca zamieszkania po prostu nie mają. Lolik pytał Prawie Bezgłowego Nicka o ducha Ravenclawu, a ten po długich rozmyślaniach odrzekł, że owszem, istnieje taki, ale jak wygląda, nie umiał powiedzieć. Nick poradził zwrócić się z tym pytaniem do Krwawego Barona, widma Slytherinu, ale ciekawość Lolika aż tak daleko nie sięgała. Profesor Sniegow, całkiem normalnie traktujący pozostałe szkolne widma, panicznie bał się właśnie ducha swojego fakultetu. Był to lęk całkiem irracjonalny, gdyż Krwawy Baron zawsze odnosił się do niego z szacunkiem i uprzejmie pozdrawiał przy nielicznych spotkaniach. Być może na Lolika źle działał image barona – biały całun z plamami krwi, a może zwyczaj pałętania się nocami po mrocznych korytarzach i wydawania głuchych jęków. Tak czy inaczej, za każdym razem, kiedy zamajaczyła na horyzoncie maskotka Slytherinu, Lolik pospiesznie zmieniał miejsce pobytu. Dlatego więc pytanie o ducha Ravenclawu pozostało bez odpowiedzi. Opiekunem tego domu był wykładowca zaklęć, profesor Flitwick – dziwny, malutki staruszek, którego Lolik podejrzewał, że nie do końca jest człowiekiem.

Fakultet p.o. Mistrza Eliksirów – Slytherin – słusznie cieszył się opinią najtrudniejszego, a lochy uważane były za region o najwyższym wskaźniku przestępczości w Hogwarcie. Kiedy zaś ukończył ten wydział Czarny Lord, nagle zaczęto go uważać za wylęgarnię czarnoksiężników. Lolikowi także nie podobały się ciemne podziemia, ale uważał, że wieszać psy na wszystkich bez różnicy to spora przesada. Te dzieci słodkie nie były, absolutnie – cwane, zręczne, pamiętliwe i mściwe. Nie na darmo herbem Slytherinu był wąż – symbol jaskrawo obrazujący cechy tego wydziału. Na siedem lat nauki w szkole akurat przypadał okres dorastania, w rezultacie dostawało się wszystkim razem i każdemu z osobna. Lolikowi jednak się ta gromadka spodobała. Nie byli to tępawi i flegmatyczni Puchoni, ani Krukoni, wiecznie bujający w intelektualnych obłokach, ani też Gryfoni, głównie skoncentrowani na własnej chwale i honorze swego domu. Nie, Ślizgoni byli dziećmi z pragmatycznym podejściem do życia, trochę cynicznymi, ale żywymi i całkiem inteligentnymi. A kiedy nowy opiekun odkrył, że interesują się chemią (a zarazem eliksirami) pokochał ich, choć sam przed sobą się do tego nie przyznawał. Gotów był patrzeć przez palce na wszystkie ich występki: orgie o północy, palenie nie wiadomo czego w ciemnych zakamarkach, wieczne rozprawy z Gryfonami, w najlepszym wypadku kończące się na dywaniku u dyrektora, w gorszym – w szpitalu (jak na razie). Szczerze mówiąc, Lolikowi nie pozostało nic innego, jak się z tym godzić, bo walczyć jeszcze się nie nauczył. Żeby utrzymać w cuglach te małe diablęta, trzeba było mocnej ręki, stalowych nerwów i władczego charakteru. Profesor Snape najwidoczniej wszystkie te cechy posiadał i Lolik szalenie mu zazdrościł. Nowy opiekun nie miał u swoich podopiecznych poważania, raczej tolerowali go, bo bali się dyrektora. Najbardziej koszmarny był rok szósty. Właśnie tam uczyło się w większości potomstwo zwolenników Czarnego Lorda (tak zwanych Śmierciożerców) i ich życie było, delikatnie mówiąc, do kitu. Z jednej strony naciskała na nich „ciemna strona mocy" w postaci rodziców, a drugiej – jasna, czyli nauczyciele. W rezultacie wszyscy uczniowie równo olali obie strony, popadli w dekadencję i robili, co chcieli.

Odwieczna wojna domowa między Slytherinem a Gryffindorem ostatnio się zaostrzyła. Przy czym stosowano tradycyjne dla obu wydziałów środki. To znaczyło, że jeśli ktoś komuś gdzieś dał po pysku, można było z góry założyć, że autorami mordobicia byli Gryfoni. Jeśli ktoś kogoś transmutował, to obwiniać można było Ślizgonów. Spadkobiercy szlachetnego Godryka uważali Slytherin za najbardziej zacofany dom, a Ślizgonów – za łajdaków i obskurantów. Przedstawiciele Slytherinu darzyli Gryfonów równie „ciepłymi" uczuciami. Szczególnie zajadle walczyli ze sobą liderzy – obaj ze wspomnianego szóstego roku. Ze strony Gryffindoru oczywiście Harry Potter, a ze Slytherinu – Draco Malfoy, synek przybocznego Czarnego Lorda. Dzięki pieniądzom tatusia ten rozpuszczony dzieciak cieszył się w Slytherinie statusem niemalże królewskim, a ostatnimi czasy już całkiem mu odbiło. Wystarczyło tej parce, Potterowi i Malfoyowi, znaleźć się w odległości stu metrów od siebie i już zaczynała się rozróba. Pierwsza lekcja nowego Mistrza Eliksirów zaczęła się od tego, że musiał rozdzielić sczepionych ze sobą przywódców. Lolik porozstawiał chłopaków po kątach, a i tak w trakcie lekcji Potter robił miny do Malfoya i głośnym szeptem nazywał go „Popychadłem Voldemorta". Ślizgon nie pozostawał mu dłużny, przezywając przeciwnika „Sześciokrotnym Hemoroidem Całego Magicznego Świata".

Poza pracą wychowawczą i lekcjami, na profesora Sniegowa niespodziewanie spadły też dozorowanie treningów. Sęk w tym, że w magicznym świecie istniał swoisty (oczywiście magiczny) sport, zwany quidditchem. Po długich objaśnieniach, Lolik uznał na własny użytek, że jest to coś w rodzaju rugby, tylko z głupimi zasadami i na miotłach. Szkoła naturalnie popierała kulturę fizyczną i każdy dom miał swoją drużynę quidditcha. Drużyny konkurowały ze sobą o Puchar Szkoły. Problem polegał na tym, że opiekunowie domów niejako automatycznie zostawali trenerami. Fakt ten przez cały tydzień nieodmiennie rozśmieszał całą szkołę, poza Lolikiem i drużyną Ślizgonów.

I oto dziś, w poniedziałek, nowy Mistrz Eliksirów schodził właśnie z boiska po pierwszym treningu, a wiatr drażnił się z sowami pocztowymi. Szczelnie zawinięty w grubą szatę, zatrzymał się, by przyjrzeć się wysiłkom pierzastych posłańców. Pogoda, jak już wspomniano, była „nielotna", więc trening przybrał formę zebrania organizacyjnego. Kapitan drużyny (Malfoy, któżby inny) jeszcze raz objaśnił opiekunowi prawidła gry, a także uprzejmie dał do zrozumienia, przy milczącej aprobacie innych członków, że funkcja trenera jest czysto symboliczna. Niech Merlin broni, nie oczekują od niego innego wsparcia niż czysto moralnego, a jeszcze lepiej materialnego. Cała drużyna, patrząc doskonale uczciwym i łzawym wzrokiem, błagała o nowe miotły. Czy to nie wstyd, że mija już kolejny rok trzeciego tysiąclecia, a oni latają wciąż na przestarzałych Nimbusach 2001? Na miotłach Lolik się nie znał, ale postanowił błysnąć intelektem i spytał, jakie miotły by chcieli, może Nimbus XP for Professionals?

– Szajs – stwierdził Malfoy autorytatywnie. – Cały czas się zawiesza. Potter lata na Błyskawicy!

Aa, no jeśli Potter, to oczywiście, jołki pałki... Mistrz Eliksirów westchnął i powiedział, że porozmawia z dyrektorem o stronie finansowej tego przedsięwzięcia. Zawodnicy ucieszyli się i wyprawili swojego opiekuna na rozmowę z dyrektorem, życząc powodzenia. Sami zaś postanowili zostać, by „opracować nową taktykę". W tym celu drużyna z jakiegoś powodu skierowała się do lasu, niosąc paczki, w których coś podejrzanie pobrzękiwało.

A Lolik, kiedy tak stał na wietrze, obserwował sowy i planował rozmowę z dyrektorem o miotłach, zorientował się, że chyba zżył się z tym dziwnym miejscem. Ta myśl wprawiła go w szok.

„O nie, pora do domu!" – powiedział sobie.

Do domu jednak na razie było daleko, więc profesor eliksirów poszedł na kolację do zamku.

** watch?v=YCEeRB1PV54