Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a – albo Could you be loved?

Autor: Noodles
Tłumaczyła z rosyjskiego: Toroj

Beta: Lomiel

Od tłumaczki:
Opowiadanie to powstało przed wydaniem tomu V. Siłą rzeczy sytuacje w nim przedstawione należy traktować jako historię całkowicie alternatywną. Tytuły rozdziałów są jednocześnie tytułami piosenek Boba Marleya.

Rozdział pierwszy: Iron, Lion, Zion (I'm on the run)

Historia ta zaczęła się w owym roku, kiedy to Mrok został osierocony przez swojego Pana. Voldemort ostatecznie poszedł tam, gdzie go długo i wytrwale posyłało magiczne społeczeństwo. Fakt ten wywołał tak wielkie poruszenie, że w świecie mugolskim zaczęły się żywiołowe demonstracje z żądaniami, by przywołać do porządku panoszących się kosmitów.
Szczególnie wspaniała uroczystość z okazji wybawienia świata spod Voldemortowej okupacji odbyła się, rzecz jasna, w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Uczestniczył w niej także Chłopiec-Który-Dostał-Merlina-Pierwszej-Klasy za Sami-Wiecie-Co (nieco roztargniony, bo ordery orderami, a owutemy zdawać trzeba). Tego wieczora padali sobie w objęcia i całowali się z radości wszyscy – chyba nawet zalane formaliną uchogryzy w składziku Severusa Snape'a. Sam Mistrz Eliksirów natomiast był smętny i zły.
Nie bez przyczyny. Kiedy Voldemort udławił się swoją ostatnią Avadą i zszedł był ze świata, Mroczny Znak, przez wiele lat wiodący własne tajemnicze życie na lewym przedramieniu Mistrza Eliksirów, znikł. Jednak na pożegnanie czarne piętno, symbol Severusowej hańby, zrobiło nerwom paskudny dowcip. Ręka zdradziła swojego gospodarza – straciła zwinność, stała się chłodna i jakby cudza. W okaleczonych palcach zostało tylko tyle siły, by Snape mógł zadbać o podstawową toaletę i posługiwać się sztućcami. Wcielanie w życie delikatnej sztuki „warzenia chwały" lub robienia nalewki ze sławy itede, itepe (zob. tradycyjne przemówienie Severusa do pierwszaków) jedną ręką okazało się niemożliwe.
To jakby odciąć Pegazowi skrzydła! A nawet gorzej… Znacznie gorzej! Czym był Mistrz bez swoich Eliksirów? Mistrzem czego…?
Ma się rozumieć, Albus Dumbledore zrobił wszystko, co w jego mocy, aby pomóc bohaterowi, który przez długie, wojenne lata sprawnie pełnił obowiązki prawej (pardon) ręki dyrektora Hogwartu. W stan pogotowia postawiono magomedyków nie tylko Anglii, ale całej Europy, Ameryki Północnej i Południowej… Wszystko na próżno. Tysiącletnie doświadczenie magicznej medycyny okazało się niewystarczające, by pomóc Severusowi Snapeowi, ani też innym pozostałym przy życiu Śmierciożercom, którzy mieli dokładnie te same problemy zdrowotne. Nawiasem mówiąc, niewielu z nich słabość ręki jakoś szczególnie niepokoiła – ludzie w Azkabanie mają co innego na głowie.
Tak więc Severus Snape został sam ze swoim nieszczęściem. I z każdą godziną, jaką musiał je znosić, jeszcze bardziej psuł się już i tak cierpki charakter profesora.
Jeszcze nigdy tak zwyczajna, można by pomyśleć, sprawa, jak egzaminy końcowe, nie obrodziła taką ilością studenckich dramatów. Niektórych szczególnie nerwowych uczniów trzeba było przed sprawdzianem z eliksirów umieścić w szpitalu, żeby zapobiec próbom samobójczym. Obyło się jednak bez ofiar w ludziach (jak mówiono po kątach, dzięki interwencji Dumbledore'a), po czym Snape napisał podanie o zwolnienie z powodu niemożności pełnienia obowiązków służbowych i poszedł z nim do dyrektora.
Myśli, niczym nietoperze krążące w głowie Severusa, kiedy wspinał się ze swoich lochów do gabinetu Dumbledore'a, były tak mroczne, że pewna wyjątkowo wyłupiastooka siódmoklasistka klęła się potem przed swoimi koleżankami, iż ujrzała nad zaniedbaną fryzurą profesora coś jakby „śmiertelną aurę". Te same osóbki szeptały między sobą, że Snape „zrobi coś strasznego", jeśli dyrektor nie przyjmie jego rezygnacji.
Wizyta jednakże znów przeszła bez ofiar śmiertelnych i tylko paru lokatorów portretów w gabinecie doznało niejakiego wstrząsu. Dyrektor z podejrzaną (według Snape'a) łatwością zgodził się złożyć podpis na dokumencie. Przy tym w wyblakłych ze starości oczach czarodzieja mignęło specyficzne spojrzenie - z serii „wiem-co-będziesz-robić-tego-lata". Nie padło jednak ani jedno słowo, poza zwykłymi w takich sytuacjach ubolewaniami. Ni życzeń, ni obietnic, Severus Snape pożegnał się więc sztywno ze swoim patronem i poszedł do siebie, by się spakować.
Czekała go jeszcze wieczorna uczta pożegnalna… i wreszcie eks-profesor mógł wyjechać. Snape aportował się tuż za bramą Hogwartu, odwrócony plecami do starego zamku. Nikt zresztą nie spodziewał się po nim sentymentów.

Jak Snape spędził wakacje, nie wiedział dokładnie nawet Dumbledore, choć dokładał sporych starań, by mieć przed oczami w miarę jasny obraz jego podróży. Byłego Mistrza Eliksirów widziano w Aberdeen, to znów w Avignon i w Acapulco… W miejscach o nazwach zaczynających się na inne litery alfabetu był zresztą również. Nikt z korespondentów Dumbledore'a nie odważył się jednak podejść do Snape'a i wdać się w pogawędkę. Bezrobotny, niewątpliwie odpoczywający profesor mógł pozować do obrazu „Śmierciożerca przygotowujący się do rzucenia Zaklęcia Niewybaczalnego".
Czas mijał, a im bardziej zbliżał się początek nowego semestru, tym bardziej chaotyczna stawała się trasa turystyczna Snape'a. Antwerpia, Alhambra, Atlanta… Z początkiem sierpnia eks-profesor wrócił w końcu do domu. Dumbledore uznał to za sygnał, że czas działać.
Stary czarodziej rozumiał lepiej niż ktokolwiek, jak bardzo Severusowi jest ciężko, boleśnie, posępnie i w ogóle… Oczywiście nie zamierzał demonstracyjnie pomstować na niesprawiedliwy los byłego kolegi, do którego żywił uczucia w sumie ojcowskie. Pozorną bezczynność dyrektora można wyjaśnić całkiem prosto: zamierzał dać Snape'owi czas, by ten, kolokwialnie mówiąc, „spuścił parę z kotła". I by zrozumiał, że nigdzie na całym świecie Mistrz Eliksirów nie znajdzie miejsca, gdzie zdołałby się ukryć przed swoim „mistrzostwem". A jego korzenie są w Hogwarcie.
Nie można było jednak oczekiwać, że „Snape marnotrawny" sam przyjdzie i poprosi o pracę – marzenie ściętej głowy. Dumbledore takiej możliwości. Należało uszanowaćT obolałą profesorską dumę, toteż dyrektor wysłał sowy do Minerwy McGonagall, Filiusa Flitwicka, Rolandy Hooch i Pomony Sprout.
Delegacja hogwarckiego ciała pedagogicznego wtargnęła do posiadłości Snape'a bez zaproszenia, niemniej była oczekiwana: przybycia czarodziejów niecierpliwie wyglądały zestresowane domowe skrzaty, z którymi dyrektor utrzymywał regularny kontakt za pośrednictwem Zgredka.
- Widywałam już zdechłe ryby, wyglądające lepiej niż ty, Severusie – oznajmiła McGonagall sucho. – Musimy porozmawiać. Wpuścisz nas?
Snape w milczeniu usunął się z drogi, pozwalając gościom wejść. Był ogolony i miał na sobie świeżą koszulę, ale bladość twarzy i pięknie harmonizujące z nią sińce pod oczami świadczyły, że ostatnie tygodnie bezrobotnemu nauczycielowi upływały raczej marnie.
W prawej ręce, ukrytej w czarnej rękawicy, Snape trzymał ciężką klingę. Wrażliwa profesor Sprout wzdrygnęła się na jej widok, a były warzyciel skrzywił się, odwrócił plecami do przybyłych i zamaszystym krokiem pomaszerował w głąb starego domu.
Pokój, do którego Snape wprowadził gości, okazał się salą do fechtunku, co tłumaczyło obecność miecza. Wygląd rycerskich zbroi, zaczarowanych tak, by walczyły z gospodarzem, potwierdzał domysły Dumbledore'a co do stanu psychicznego Severusa. Nieszczęsne blaszaki były tak porąbane, że przypominały kłęby drutu kolczastego. McGonagall błyskawicznie oceniła szczerby na bojowych golemach i wzniosła oczy ku niebu. Zapowiadała się niełatwa rozmowa…
W trakcie misji nawet Rolanda Hooch, która zwykle uważała, że ma specjalne prawo, by brać Snape'a na cel uszczypliwych żarcików, siedziała cicho i tylko patrzyła na niego błagalnie. Czy pomogło to, czy może ważkie argumenty McGonagall, poparte trochę bezładnymi i czasem pokropionymi łzami wystąpieniami Sprout i Flitwicka, nie wiadomo. W każdym razie Severus obiecał porozmawiać z dyrektorem.
Przybył do Hogwartu następnego dnia. A Hogwart skrzyżował palce. Świeża umowa o przyjaźni i zatrudnieniu została podpisana na warunkach strony przyjmującej. Severus Snape zgodził się wrócić do szkoły oraz kontynuować wykłady oraz badania – czym zajmował się w chwilach wolnych od nauczania i dozorowania szlabanów – pod warunkiem, że dostanie do pomocy asystenta. Płci męskiej i dostatecznie biegłego w eliksirach.
Następnie Snape oddalił się w rodzinne strony, by pojawić się w zamku (ku ogólnemu zdenerwowaniu kolegów i koleżanek) tuż przed rozpoczęciem zwyczajowej uczty, a już po zakończeniu Ceremonii Przydziału.

Drzwi Wielkiej Sali otworzyły się na oścież i na progu stanął profesor eliksirów. Czarna szata artystycznie powiewała wokół jego nóg, poddając się kaprysom przeciągu. Snape powiódł orlim spojrzeniem po sali (gdzieniegdzie dały się słyszeć żałosne okrzyki młodzieży) i zatrzymał wzrok na siedzących za stołem nauczycielskim. Zapadła grobowa cisza. Jasnowłosy młodzieniec, zajmujący miejsce obok krzesła, na którym zwykle siadywał Snape – najwyraźniej jego asystent, Hans Gruber z Durmstrangu – z brzękiem upuścił widelec na kamienną posadzkę. To przełamało czar.
- Severusie, mój chłopcze, wróciłeś! – zawołał radośnie Dumbledore, wstając żywo i rozkładając ręce, jakby chciał nimi objąć Mistrza Eliksirów na odległość. – Tak się bez ciebie nudziliśmy!
- Nie wątpię – mruknął Snape, a jego twarz wykrzywiła się w uśmieszku, znanym do bólu wszystkim mieszkańcom Hogwartu.