Rozdział dwunasty: No woman, no cry (Everything is gonna be allright)

Severus obudził się z uczuciem, że ktoś siedzi obok niego. Uchylił powieki... Vitacha. W tym momencie otworzył oczy na całą szerokość. Vitacha...! Jej dredy znikły, a zamiast nich kędzierzawiły się popielate kosmyki, jeszcze wilgotne po myciu – opadały lekko na czoło i uszy, sterczały na czubku, otaczając głowę dziewczyny miękkim nimbem i upodabniając do nieumiejętnie ostrzyżonej Madonny.

– Nie mogłam ich rozplątać – wyjaśniła z wymuszonym uśmiechem, nerwowym ruchem poprawiając loczek za uchem. Severus nadal patrzył na nią z wyrazem twarzy, jaki widuje się u ludzi, oczekujących bardzo złych wieści.

– I tak zamierzałam się ostrzyc.

– Pani oszalała – oznajmił w końcu profesor.

– Kocham pana.

Oczy czarodzieja błysnęły dziko i zaraz skryły się pod powiekami.

- Pani... oszalała – powtórzył.

W pokoju zapanowała głęboka cisza, a potem Severus usłyszał stłumione łkanie.

– Przestań ryczeć.

– Przepraszam... – Vitacha siedziała na skraju łóżka, kryjąc twarz w dłoniach. Kiedy Severus się poruszył, wstała natychmiast, kuląc się i obejmując ramiona, jakby jej było zimno.

– Już sobie idę – wymamrotała, kierując się ku drzwiom.

– Nie, do diabła, pani nigdzie nie idzie! – ryknął Severus, unosząc się na łokciu, drżący z gniewu. – Proszę tutaj!

Vitacha zatrzymała się, odwrócona plecami.

– Chodź tu.

Bardzo powoli, nie podnosząc głowy, zawróciła i stanęła krok od niego.

– Tutaj. – Snape wskazał jej swoje ramię. Dziewczyna bez słowa, jak mechaniczna lalka, nie opuszczając rąk, usiadła na łożu, a potem położyła się tak, jak kazał – na jego ramieniu, nosem dotykając rozpiętego kołnierzyka koszuli. Severus przekręcił głowę, zbliżając wargi do ucha Vitachy i wyszeptał:

– Panno Melout... ty nieczuły, mały... papierosie z marihuaną. Pani nie wie, co mówi! Pani NIE ROZUMIE! Kompletnie! Czy tak trudno pani zrozumieć, że są ludzie, do których nie wolno podchodzić i proponować... A pani podchodzi i proponuje – że co? Co pani chce uzyskać? Czy zadała pani sobie trud, by zastanowić się nad tym, co teraz będzie z pani... UKOCHANĄ pracą w Hogwarcie? Co się stanie z pani malutkim, rastafariańskim... życiem? Co będę musiał zrobić, żeby...

– Starczy. – Vitacha, dla której każde słowo profesora, umyślnie powtarzającego jej własną wypowiedź, było jak policzek, znalazła mimo wszystko siły, by mu przerwać. – Niech pan przestanie. Pan wie, że to wszystko... nie tak, jak pan mówi. Bo pan... mnie nie zna. I pan... mówi coś całkiem innego. Pan w ogóle nie musi mówić mi tego wszystkiego. Pan musi tylko powiedzieć, żebym... odeszła. Nic więcej...

Po tej bezładnej tyradzie podniosła głowę – Snape na nią nie patrzył. Odwróciwszy twarz, czarodziej utkwił wzrok w rogu pokoju, ale chyba nic nie widział. Jego oczy nie przypominały już nawet ciemnych zaułków, a parę zatrzaśniętych szczelnie włazów. Vitacha ponownie dotknęła profesorskiego ramienia policzkiem, po którym łzy zdążyły wytyczyć nowe ścieżki. Bark Severusa był ciepły, ale nie pozwoliła sobie na rozpamiętywanie tego faktu – oczekiwanie na słowo „odejdź" było zbyt bolesne. Vitacha nie wątpiła, że właśnie tak, tu i teraz, to się zakończy.

Myliła się.

Chwilę później – a dziewczynie, która nie mogła oddychać z powodu wstydu i obolałej duszy, ta chwila zdawała się wiecznością – zdarzyło się coś nieoczekiwanego.

Nagle, zapewne zupełnie wbrew woli ej gospodarza, lewa ręka profesora Snape'a wśliznęła się Vitachy pod bluzkę i niepewnie przesunęła się wzdłuż kręgosłupa, aż zatrzymała się między łopatkami, jakby właśnie tam chłodne palce znalazły dla siebie naturalne miejsce. Nim Vitachę zdążył przeszyć dreszcz, zaczęły... krążyć, ledwo dotykając skóry. Potrzeba było jeszcze paru chwil (czy też wieczności), by dziewczyna zrozumiała, co właściwie robi ta okaleczona dłoń, która nagle zyskała zdolność działania po swojemu. Nieposłuszne palce rysowały... albo pisały coś. Był to chyba jednak rysunek. Póki nie był skończony, Vitacha nie odważyła się poruszyć, nie mogła więc widzieć twarzy Snape'a, wciąż odwróconej w bok – bladej i spokojnej, jeśli nie liczyć drgających rzęs, za zasłoną których pobłyskiwało coś jakby... uśmiech, rozpaczliwy i jednocześnie zwycięski, obmyty łzą, zbyt małą, by znalazła drogę na policzek.

Kiedy samowolne palce lewej ręki Snape'a w końcu uspokoiły się i rozgrzały na wąskich plecach Vitachy Melout, MistrzEliksirów zamrugał mocno, wypędzając niechciane emocje z oczu, aż w ich przejrzystej czerni nie zostało nic poza czernią i przejrzystością. Prawa ręka profesora, z której posłuszeństwem nie miał żadnych problemów, uniosła się z pomiętych prześcieradeł i zagłębiła palcami we włosy dziewczyny, przyciskając jej głowę do piersi okrytej zieloną koszulą nawet mocniej niż należało. I tak, nie patrząc na siebie, tych dwoje leżało następną wieczność – czyli około kwadransa. Vitacha jak pijana własnymi łzami i ciepłem Severusa, próbująca ignorować gorący kamień w piersi; on – ledwo mogąc oddychać, przywykał do dotyku tego szczupłego, gibkiego ciała w swoich objęciach.

A potem Severus znów zbliżył wargi do ucha dziewczyny i wyszeptał jedno słowo:

– Idź.

Ów palący ciężar jaki czuła Vitacha, szarpnął się nagle. Próbowała zwinąć się w kłębek, wyswobodzić, ale... nie mogła. Ponownie usłyszała głos Severusa:

– Prelekcja za dwie i pół godziny.

Profesor przytulił dziewczynę jeszcze raz, lekko skubiąc wargami jej szyję. Podniósł ją i posadził obok siebie – zamknął oczy, gdyż wzięła jego rękę, lewą, i podniosła do ust. To była jeszcze jedna wieczność – i nieważne ile trwała...

Potem Snape popatrzył na Vitachę – to było krótkie spojrzenie, niepodobne do żadnego z wcześniejszych, przejrzyste i ciężkie, mówiące „teraz jesteś moja" – i powiedział z chrypką:

– Co ty... o tym sądzisz?

Vitacha puściła chłodne palce i chwilę zwlekała, nim zdradziła to, o czym już dawno myślała, ale nie odważyła się powiedzieć.

– Swego pewnego rodzaju... miejscowy kompleks Imperio w tkance nerwowej. Uważam, że można to zwalczyć.

Snape znów przymknął oczy i uśmiechnął się, krzywo, szaleńczo i tryumfalnie, po czym rzekł swoim zwykłym tonem:

– Godna pochwały domyślność.

Wstał, podniósł Vitachę i znów przycisnął do siebie, wzdychając krótko, kiedy objęła go w pasie ramionami i musnęła wargami jego odkrytą pierś.

– Przyjdę po ciebie kiedy tylko... Ty... poczekasz?

Odpowiedź była krótka, ledwo słyszalna, stłumiona przez łzy.

– Zaczekam.

koniec bajki