CHCESZ BYĆ MOIM NIEPRZYJACIELEM?

(Opowieść gwiazdkowa)

Powinienem był odmówić. Powinienem się jakoś wykręcić... zachorować na grypę, czy coś? A tak, gówno właśnie zmierzało w stronę wentylatora - bo że to się źle skończy, czułem normalnie w kościach. Szlag by trafił... Wszystko przez moje miękkie serce.

Wiadomo, w afgańskich koszarach bywało rozmaicie. Jak człowiek nie ma kobity przez pół roku to mu potrafi czasem odwalać i robi rzeczy, jakich by normalnie w życiu nie zrobił. Raz czy drugi przyłapałem miętoszących się chłopaków w jakimś kącie, opierdoliłem z góry na dół, że niby służba, regulamin-sramin itede, ale do raportu żaden nie stawał, bo jakoś głupio. I tak wiadomo, że jak wróci jeden z drugim do domu, do dziewczyny, narzeczonej albo i żonki, to mu się z powrotem we łbie uporządkuje i zacznie normalną męską robotę, po bożemu. W ogóle jakoś nie dopuszczałem myśli, że niektórzy mogliby właśnie wrócić do – tfu - swojego chłopaka. A już na pewno nie John Watson, nasz doktorek, Johnny Boy, jak go nazywaliśmy. Ten to chyba nawet nigdy nie spojrzał na niczyją dupę. Poza moją, kiedy wydłubywał z niej kulkę, ale to insza inszość. Medyczna. I raptem wali mi taką bombę... Normalnie, kurwa, zdębiałem. Żyje z jakimś szemranym kolesiem, mieszkają razem i się, no ten... tentegują, jak amen w pacierzu. Ja tam w związki platoniczne nie wierzę, zresztą sam Johnny nie próbował ściemniać, że sobie tylko w oczka paczom i za rączki czymajom.

Żeby to był kto inny, nie John, to bym go chyba spuścił z biegiem Ouche, ale to był Johnny Watson. John, z którym spędziłem kupę czasu, obaliliśmy pokątnie niejedną butelczynę, w zimne noce sypialiśmy przykryci jednym śpiworem i zgrywaliśmy się w karty... A potem nadszedł ten parszywy dzień, kiedy trzymałem go za grabę, takiego bladego i wymizerowanego na szpitalnej kojce w Ghazni, i ryczeliśmy obaj jak bobry po Chrisie Murrayu, który wrócił do domu w pudełku.

Nie mogłem się wypiąć na Johnny'ego. Po prostu nie mogłem i cześć pieśni. Siedział w moim salonie, na mojej własnej kanapie, patrzył tymi swoimi szczerymi ślepiami, naiwny jak dziecko, w ogóle nie biorąc pod uwagę, że ja mógłbym mu podłożyć jakąś świnię. To było w ogóle poza zasięgiem jego pojmowania. A ja się czułem jak ostatnia szuja, bo cały czas mi się tłukło pod czaszką to słówko na „p". Johnny Boy woli facetów. Znaczy jednego faceta, choć nie wiem, jak Bóg na niebie, na czym miałaby polegać różnica.

Przełknąłem swoją heterycką dumę, mało się nie zadławiłem społeczną poprawnością, a Watson nawet tego, cholera, nie zauważył. I w sumie dobrze.

Wrócił do tego swojego Londynu, do swojego loczkowatego kryminalisty i pisywał średnio co tydzień, a w jego mailach zawsze było dużo morderstw i Holmesa, choć na szczęście o swoim życiu tak zwanym intymnym milczał jak grób. Nie powiem, nawet na te listy czekałem. Ten cały detektyw konsultant był owszem świrem, bez dwóch zdań, ale świrem interesującym, a w tej mojej głuszy pod Dijon można się wściec z nudów. Zachciało mi się spokojnej emerytury, idiocie nieszczęsnemu... Tak sobie kwitliśmy, ja w słodkiej Francji, Johnny w mglistej Anglii, aż nadszedł grudzień i pierwsze śniegi, gorączka przedświąteczna powoli rosła, jak co roku szarpiąc mi nerwy i wątrobę. I wtedy Johnny do mnie zadzwonił z zaproszeniem. Czy bym nie przyjechał na jakiś tydzień i nie spędził Bożego Narodzenia u nich na Baker Street, jeśli nie mam nic innego na widoku. Z pewnością chciał się zrewanżować za to, że go przygarnąłem na jesieni, kiedy się pożarł ze swoim kryminalnym słoneczkiem. Ja z kolei jako alternatywę miałem ciocię Edith, co było samo w sobie tak potworne, że z dwojga złego od jednej starej wiedźmy wolałem dwóch młodych pedałów.

No i jeszcze dołożyło się to, że Johnny zadzwonił. Gdyby napisał, spokojnie bym coś zełgał i został w domu, zapewnie w towarzystwie butelki koniaku. Albo dwóch. A tak to prawie widziałem tę jego poczciwą gębę i słyszałem w głosie absolutną szczerość – on naprawdę chciał się ze mną zobaczyć, z góry się na to cieszył. Odmowa mi stanęła gdzieś między gardłem a żołądkiem i nie mogłem jej nijak wypluć. No kurna, zupełnie jakbym się przymierzał do kopnięcia szczeniaczka!

Prawdę powiadają, że jak chcesz mieć miękkie serce to musisz mieć twardą dupę.

Właśnie pakuję walizkę.

W Dijon o tej porze roku leży już uczciwy śnieg, a Anglia przywitała mnie słynnym „londyńskim specjałem" ale widocznie to, co mnie się wydawało mgłą gęstą jak grochówka, dla pilota-angola było niewarte splunięcia, bo wylądowaliśmy gładko i o czasie. Błogosławię moje podwójne obywatelstwo, które pozwoliło mi bez problemu rzucić ten niezdecydowany gówniany klimat, co to wygląda jednocześnie jak jesień, wczesna wiosna i wybitnie obrzydliwe lato – gdyby nie świąteczne dekoracje, w ogóle by nie było wiadomo, że jest grudzień.

Johnny promienny za to jak samo słońce, cały szczęśliwy, kiedy odbierał mnie z Heathrow. Wesolutki, dziarski i nawet jakby młodszy, niż wtedy, kiedy go ostatnio widziałem. Ale w sumie wtedy przygarnąłem go do chalet z rozwalonym kulasem i na antybiotykach, to nie dziwota. A teraz wyglądał jak świeżutki szczypiorek, i nawet się chyba trochę opalił. Ciekawe, psiakostka, John łazi na solarkę czy co?

W taksówce gadaliśmy jeden przez drugiego, same głupoty, rechotaliśmy, zadowoleni ze spotkania. „Czołg, bokobrody zapuściłeś? Wyglądasz jak Wolverine." Normalka, jak zawsze dwóch kumpli po dłuższym niewidzeniu, a tu raptem Johnny spoważniał, odchrząknął i powiedział:

- Słuchaj, Czołg, przepraszam, ale wiesz... Na Baker Street panują... hm... pewne układy, yyyy... zasady i one ci się mogą wydawać dziwne. Jednak muszę ci je wyłożyć, inaczej zamiast Gwiazdki możemy mieć kocioł.

- Holmes...? – powiedziałem domyślnie.

- Tak, Sherlock – westchnął John. - Zasada numer jeden: Czołg, nie podajesz mu ręki, jeśli on jej nie wyciągnie pierwszy. W ogóle go nie dotykasz, nie poklepujesz po ramieniu, nie szturchasz... Staraj się nawet o niego nie ocierać przypadkowo.

Słuchałem tego z rosnącym zdumieniem.

- A on co? Ma jakąś zarazę?

John przewrócił oczami.

- On cały jest jak zaraza i ma fobię na macanie. Ostatnio jak jeden facet go klepnął, to Sherlock złamał mu nos. Sprawa miała finał w sądzie.

- Ale ty go chyba macasz, skoro żyjecie razem?

- Ja, Czołg, jestem chwalebnym wyjątkowym wyjątkiem. Mogę sobie to wpisać normalnie do CV. „Człowiek, który może dotykać Sherlocka Holmesa i nie dostaje po ryju". Zasada druga: nie używasz słów „świr", „psychol" ani „zbok" – określenia w tym domu wyklęte. Jakbyś się powstrzymał od „pedał", też byłbym wdzięczny.

- Coś jeszcze?

- Sporo różności, ale to już wyjdzie w praniu. Najważniejsze są te dwie rzeczy.

Rozmowę kończyliśmy już na chodniku przed czarnymi, trochę obdrapanymi drzwiami z numerem 221B i mosiężną kołatką. Gej, który ma alergię na macanie... Tego się nie spodziewałem. Zapowiadało się na to, że moje londyńskie święta będą mocno popieprzone (zresztą tego się spodziewałem) ale za to na bank ciekawe – na co po cichu liczyłem.

W korytarzu przywitała nas jakaś sympatyczna staruszka. Natychmiast się domyśliłem, że to pani Hudson, słynna nie-gospodyni, o której John mi wspominał co najmniej trzykrotnie w swoich mailach.

- Och, John, a więc to jest twój przyjaciel z Francji?

- Oui, madame. Nigel Duncan, ogromnie miło mi poznać. – Pochyliłem się i pocałowałem ją w rękę, tak bardzo po francusku charmant, że niemal porosłem croissantami.

- Emma Hudson. Mnie również bardzo miło. Mam nadzieję, że lubi pan sernik? Specjalnie upiekłam na przyjęcie gościa.

- Domowe ciasto! Znalazłem się w niebie, madame!

- Sherlock w domu? – wtrącił John, spoglądając w górę schodów.

- Nie słyszałam, by wychodził, ale jest dziwnie cicho. Żadnych skrzypiec, żadnych wybuchów...

O. Mimowolnie nadstawiłem uszu. Wybuchy?

John skinął głową pani Hudson, wstąpił na pierwsze stopnie i raptem się zatrzymał.

- Jezu, raptem zwątpiłem, czy to był dobry pomysł...

- Zaproszenie mnie?

Odetchnął bardzo głęboko.

- Właściwie po raz pierwszy będziemy mieć gościa z noclegiem i w ogóle. Do licha, sam nie wiem... Czołg, czytałeś „Alicję w Krainie Czarów"? – Zaczął się znów wspinać na piętro, niosąc moją torbę, a ja szedłem za nim, targając walizkę.

- Widziałem film. Orientuję się, o co biega w tej historyjce. – Alicja? O co mu chodzi?

- No to witaj w króliczej norze – powiedział osobliwym tonem, trochę sarkastycznie, a trochę jakby z obawą i otworzył przede mną drzwi.

Au... No, tak. Królicza nora, do której spadła Alicja... Widziałem wersję Disneya jako smarkacz i raz mi się trafiła jakaś produkcja telewizyjna – w obu ta mała leciała w dół czymś w rodzaju bardzo zagraconego korytarza, a tu miałem bardzo podobny widok. Jestem raczej minimalistą, lubię rzeczy proste i funkcjonalne, nie cierpię durnostojek, nie obkładam się szpargałami, a z podróży zamiast pamiątkowych pierdół zawsze przywoziłem tylko zdjęcia i regionalne żarcie (w przeciwieństwie do Marion) – pierwsze zajmują mało miejsca, a drugie się zużytkuje i cześć pieśni. Wojsko i skoszarowanie rozwinęły tę moją cechę jeszcze mocniej. Ten salon wyglądał właśnie jak ta nora z Alicji, albo antykwariat. Stosy pudeł, regały wypchane książkami. Książki leżały zresztą wszędzie – luzem i w chwiejnych piramidach - jakieś teczki, papiery, stojak z nutami, kominek, a na nim figura mongolskiego wojownika i... ja pierdolę! czaszka, jakieś obrazy, lustro, fotele, zarzucony gratami stół, a nad nim na ścianie kolejna wielka, czarna i rogata czacha jakiegoś byka czy bawoła – nie wiadomo dlaczego ubrana w słuchawki ze zwisającym kablem. Zagapiłem się na ten łeb. Aż mi się w oczach zaćmiło od tego dobra i prawie przeoczyłem faceta, który siedział sobie z boku, na niskim stoliku, ze skrzyżowanymi nogami, jak jakiś chudy Budda czy inny jogin.

O ile Budda mógłby nosić czarne portki, białą koszulę i na to szlafrok w szkocką kratę. I mieć przyklejoną do czoła żółtą karteczkę z napisem: Heathrow 13:25.

- Aha... Znaczy jeszcze się defragmentuje – powiedział John. – Napijesz się herbaty, czy wolisz kawę?

Zamknąłem rozdziawioną gębę i postawiłem bagaż na dywanie tam, gdzie było trochę miejsca.

- Kawę. Ty, jak to „defragmentuje"? Medytuje chyba?

- Defragmentuje. Jak komputer. Sherlock porównuje swój mózg do twardego dysku i tak go traktuje, więc naturalnie od czasu do czasu musi posprzątać. Wywalić śmieci, poukładać foldery, skasować rzeczy niepotrzebne i nieaktualne...

Gapiłem się na ten „ludzki komputer", jednocześnie zdejmując kurtkę, którą rzuciłem niedbale na fotel – jedna rzecz więcej w tym pierdolniku na pewno nie zrobi różnicy. Holmes robił wrażenie czegoś okropnie długiego i poskładanego, jak metr ciesielski. Widziałem go już na fotkach, ale z bliska to było coś zupełnie innego. Strzecha ciemnych kręconych włosów, wysokie czoło, kości policzkowe jak wyciachane siekierą, lekko zadarty nos, długa dolna szczęka i usta rozkapryszonej gwiazdy filmowej. Jedna z moich byłych dziewczyn była graficzką, więc przy niej trochę podłapałem jak odpowiednio patrzeć i widzieć twarze. Gęba Holmesa wydawała się poskładana z elementów ni takich, ni śmakich, na oko zupełnie do siebie nie pasujących. Moja eks chyba by zbaraniała i się załamała, gdyby miała go rysować. Albo dostała z miejsca artystycznego orgazmu, sam nie wiem. O oczach pana kryminalisty nie mogłem nic powiedzieć, bo je zasłaniała ta żółta kartka.

- Dlaczego przykleił sobie notkę na łbie?

John brzęczał gdzieś obok kubkami. Zza szklanych, przesuwnych drzwi widać było kawałek kuchni, wysoki stołek barowy i boczny blat, a na nim mikroskop.

- To nie on, to ja. Wychodziłem po ciebie na lotnisko, więc zostawiłem mu notatkę w miejscu, gdzie na pewno by jej nie przeoczył. To logiczne.

Aha... A poza tym w domu wszyscy zdrowi?

Johnny zdążył zaparzyć kawę, a ja obejrzeć kuchnię. Wyglądała jak skrzyżowanie sanktuarium Nigelli Lawson z laboratorium szalonego naukowca. Na srebrnych drzwiach lodówki przyklejona była kartka z sugestywnym czerwonym „wiatraczkiem" ostrzegającym o promieniowaniu i jeszcze bardziej dosłownym napisem: Nie otwierać.

- Dlaczego „nie otwierać"? – zapytałem, jednocześnie ciągnąc za drzwiczki. I osłupiałem. Oraz pewnie zbladłem jak truposz.

- Właśnie dlatego – odpowiedział Johnny absolutnie spokojnie. – Nadal słodzisz trzy kostki?

- Jedną. Czas rzucić cukier, zaczynam tyć – mruknąłem, ciągle gapiąc się do środka lodówki jak wrona w gnat. Dokładnie na wysokości moich oczu, na plastikowej tacce leżało rządkiem... sześć języków, w tym cztery zdecydowanie ludzkie, a dwa pozostałe przedtem należały chyba do wieprzków, choć nie dałbym za to głowy. Tacka opakowana była elegancko w folię spożywczą, jakby ją kupiono w markecie. Na dolnej półce zobaczyłem słój, w którym moczyło się w jakiejś podejrzanej marynacie serce (też ludzkie, napatrzyłem się we wojnę na flaki, to wiem), a obok naczynie z palcami – upchniętymi jak parówki w zalewie. Sądząc z lakieru na paznokciach – damskie.

Trafiłem, kurwa, do jaskini kanibali! Zeżrą mnie tutaj, jako świąteczną pieczeń, zamiast tradycyjnego indyka, i nikt w słodkiej Francji za mną nawet nie zapłacze. Mam nadzieję, że sąsiedzi będą dokarmiać tego kota, co się przyplątał do mnie dwa tygodnie temu... Johnny Boy, w coś ty się tu wklepał?!

- Nie przejmuj się, to tylko eksperymenty Sherlocka – odezwał się John niedbale, wręczając mi kubek i zamykając drzwiczki lodówki. – Radzę w tym domu nie pić niczego, co stało w otwartej butelce i nie jeść niczego bez konsultacji ze mną albo z Sherlockiem. No, poza ciastami pani Hudson, które są świętością.

- Jak rozumiem, można się czymś otruć? Strychnina w piwie? Cyjanek w cukrze?

- W cukrze to prędzej psychotropy... Po prostu, Czołg, różnie bywa i czasem cholera wie, czy toto w misce to jeszcze sałata czy już kolejny detektywistyczny eksperyment, mający potencjalnie uratować pół Londynu. Z początku też popełniałem błędy. Nie masz pojęcia, jakie Sherlock zrobił piekło, kiedy pomyliłem się i usmażyłem na kolację jego wątrobę.

- Jego...?

- Tfu! Znaczy ludzką. Znaczy nie jego, cudzą. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak cielęca, a ja wtedy jeszcze nie przywykłem, że zwykła domowa lodówka może być cholerną kostnicą. Trzy dni się do mnie nie odzywał, palił jak smok i z zemsty rzępolił na skrzypcach jakieś okropne smęty. A propos, jesteś głodny? Chcesz kotleta?

- Na razie się wstrzymam.

Zauważyłem, że niektóre szafki mają na drzwiczkach naklejone małe czarne krzyżyki z taśmy izolacyjnej. Na próbę otworzyłem taką bez krzyżyka. Talerzyki, kubki, dzbanek... Otwarłem taką z krzyżykiem – białe pojemniki różnej wielkości i kształtu, wyglądające dość chemicznie i naukowo. Szuflada bez krzyżyka – sztućce. John obserwował mnie w milczeniu. Szuflada z krzyżykiem... Uffff... Chyba. Jednak. Nie. Powinienem. Tam. Zaglądać.

O kurde, naprawdę zapowiadają się ciekawe święta...

Johnny odsunął na bok jakieś probówki, siedliśmy za stołem z tą kawą, zresztą bardzo dobrą. John zawsze robił świetną kawę, nawet tam na pustyni – o ile chłopaki mieli okazję kupić trochę prawdziwych ziaren na targu, bo ten chrzaniony chemiczny proszek w pakietach trudno było nazwać kawą. Tak sobie siedzieliśmy i gawędziliśmy, opracowując logistykę. Johnny powiedział, że będę spał piętro wyżej, w jego pokoju. Jest tam osobny kibelek, tylko prysznic niestety tylko na dole, za to Johnny odsunął szafeczkę i otworzył boczne drzwi, więc nie będę musiał przechodzić przez ICH sypialnię. Chwała Panu na wysokościach!

I wtedy z salonu odezwał się Holmes. Widać już skończył skanować sobie dysk.

- John? Dlaczego mam na twarzy przylepkę? – Niski, głęboki, jakiś taki mechaty głos. Takim rozmaite przystojne bubki na filmach proponują seks napalonym babkom. Hm...

Johnny roześmiał się bezgłośnie.

- A wydedukuj, geniuszu.

- Jaki dziś dzień?

- Szesnasty grudnia, wtorek. Dziś jesz lunch. I obiad. I kolację też.

- Nudziarz. Sądząc z daty, zapachu kawy i okropnej wody kolońskiej, twój zapowiadany przyjaciel z wojska już tu jest.

Holmes stanął w drzwiach kuchennych, trzymając w ręku żółty karteluszek i wtedy nareszcie miałem okazję zobaczyć jego oczy. Na żywca, nie na fotce. Ci co mówią, że oczy są zwierciadłem duszy mają po stokroć rację. Ten gość nie miał duszy. Poza tym, kurwa, kto w ogóle ma takie oczy?! Skąd się wziął ten facet, z gębą poskładaną jak jakieś pierdolone puzzle i skośnymi, lodowoniebieskimi oczami z maleńkimi kropkami źrenic - całkiem jak ślepia psa husky! I Johnny Boy twierdzi, że jest w tym czymś zakochany? Jezus Maria, w jednej sekundzie dostałem gęsiej skóry na całym ciele i automatycznie sięgnąłem do kabury po broń, której oczywiście nie miałem.

Wstałem z krzesła, na pół odruchowo, a na pół dlatego, że wobec wroga lepiej nie siedzieć.

- Nigel, pozwól, to mój... partner, Sherlock Holmes. Sherlock, to jest Ni... – podczas kiedy my się z tym kryminalnym gościem mierzyliśmy spojrzeniami, John próbował dokonać prezentacji, ale Holmes mu wpadł w słowo.

- Nigel Arsène Duncan... – Nienawidzę swojego drugiego imienia i nigdy go nie używam. Przekleństwo na grób babci Anais, która uwielbiała kryminały Leblanca. Facet chce wojny! - Lat czterdzieści jeden, pół Francuz, podwójne obywatelstwo, rozwiedziony, bezdzietny, zamieszkały w okolicach Dijon. W sumie dziesięć lat spędzonych na misjach wojskowych, dwa i pół roku w Afganistanie. Przedwczesna emerytura, nie chciał siedzieć za biurkiem w sztabie. Był ranny. Sądząc z tego jak stoi – w lewe udo. – I w dupę, mądralo. - Majsterkowicz, wędkarz, myśliwy: wszystko to ma na rękach. Lubi się kąpać nago w rzece.

Nie wytrzymałem. Wszystko mógł o mnie usłyszeć od Johna albo wyszperać w necie, ale nie to, że chlapię się goło we własnym kawałku rzeki, koło własnego domu, do jasnej kurwicy!

- A to niby skąd wiesz?!

Wzruszył ramionami i wskazał chudym palcem do góry.

- Satelita.

- Znów włamałeś się do systemu CIA? – Johnny z irytacją przewrócił oczami.

- John, mają tak marne zabezpieczenia, że naprawdę przyda im się jakiś bodziec, żeby choć trochę je ulepszyć. Zrobiłem w ten sposób dobry uczynek.

- Ty i te twoje dobre uczynki. Nie skanuj mi kumpla. Obiecałeś być uprzejmy!

- Jestem uprzejmy. Przecież nie powiedziałem ani słóweczka o zawartości jego komputera i preferencjach seksualnych!

Do Bożego Narodzenia zostało jeszcze ładnych parę dni. Ciekawe kiedy nie wytrzymam i dam mu po mordzie...

CDN

Arsène Lupin, złodziej-dżentelmen, jest bohaterem serii powieści Maurice Leblanca. Biednemu Nigelowi w dzieciństwie prawdopodobnie dokuczano z powodu „głupiego" imienia.