Crack. Albo humorystyczne podejście do polskości, kwestii światopoglądu twórców FFVII i prezentowanego w grze konfliktu wartości. Głównie jednak crack nad crackami i crackiem pogania. Ale z jakiegoś powodu budzi w czytelnikach doświadczalnych dużo entuzjazmu, a że idzie jesień i początek roku akademickiego...

Z uwag formalnych: mam świadomość, że Kamieniec Podolski wysadził pierwowzór Ketlinga, ale trzymajmy się wersji literackiej.

Jeśli chodzi o mój stan posiadania akcji SE, nic nie uległo zmianie. Czyli nadal: zero akcji, zero praw. Nie wyszłam też za mąż za Nomurę, nie zostałam władcą wszechświata ani zaszły żadne inne cudowne wydarzenia. Jeżeli kiedyś zajdą, anulowanie Kompilacji będzie moim pierwszym edyktem.


Skojarzenie czyli cytat uchaotyczniony:

Jednakże niepokój Niemców wobec amerykańskiego gwałcenia porządku nie da się w niczym porównać z niepokojem, jaki wzniecają w nich Polacy, którzy nie widzą nic złego w lekkim bałaganie. Kolejki i szeregi są dla nich synonimem dyscypliny i ślepego posłuszeństwa. Sam kiedyś widziałem, jak pewien Polak rozbił kolejkę w kafeterii po to tylko, by "rozruszać trochę to stado owiec". , w przekładzie T. Hołówki. Hall był genialnym antropologiem, twórca pojęcia proksemiki. Niestety, nie dane mu było badać narodu polskiego, musiał się zadowolić tym jednym błyskiem - ale bije z tej anegdoty ciekawość naukowca.

W połączeniu z prawdą psychologii, lapidarnie ujętą przez Kępińskiego "za każdą agresją czai się lęk", ta krótka uwaga Halla wiele tłumaczy z naszej najnowszej historii. ; - ))

Hajda na Lifestream!


To było dziwne miejsce, Sephiroth przyznawał. Trafił tutaj między jedną a drugą walką z Cloudem – tym razem w świecie rządzonym przez Chaos i Kosmos, dwoje zwaśnionych bóstw. Ale to nie był przecież jedyny świat.

Ten wyglądał... szalenie realnie. Szermierz widział już setki rzeczywistości, wszystkie będące tylko projekcjami woli jakiegoś bytu wyższego niższej rangi, jak paradoksalnie by to określenie nie brzmiało. Rozpoznawał na pierwszy rzut oka plastik, paper-mache albo drewno scenografii. Tutaj było zupełnie inaczej. Trafił do krainy jakieś metafizycznej szychy – lub nawet...

„Tu jest Obecność" podpowiedział mu głos w głowie i po raz pierwszy w życiu byłby gotów uwierzyć. Zamrugał. Strażnicy wpuścili go bez pytania i skierowali w tę stronę, jakby był im znajomy, chociaż nie widział ich – przynajmniej nie w tych życiach, które obecnie pamiętał, ale miał pewność, nieznaną od wieków, że wreszcie pamięta wszystkie. Suma. Pełnia. Obecność.

Wyjaśnienie zbyt piękne, żeby było prawdziwe – nie osiągnął żadnego z poziomów oświecenia, zrozumienia, pal sześć nazwy; jego imię drwiło z niego za każdym razem, gdy budził się z mieczem w dłoni – ale z drugiej strony, czy sam fakt, że pozwolił sobie na nadzieję, nie był już przesłanką, nieomal dowodem?

Wyszedł zza zakrętu i zobaczył zgromadzenie ludzi. W strojach, których różnorodność wskazywała na olbrzymi rozrzut epok. „Dusze" pomyślał czy poczuł „wiele dusz z wielu wieków – więc może jednak?".

Tamci najwyraźniej na niego czekali. Zgotowali mu gorące powitanie, tłumacząc, jeden przez drugiego, że „gość w dom, Bóg w dom", „gościnność polską dumą narodową", „plotki się tu rozchodzą z prędkością splątanych kwantów", „Seph – wybacz, ale zdrabnianie to taka cecha dystynktywna naszego języka, nawyk". Było jedzenie. Był alkohol. Była atmosfera zaufania, jakiej zwykle nie spotyka się w obozach sił zniszczenia – więc prawdopodobnie był to obóz czegoś, co większość ludzi nazwałaby „dobrem". Nie było, co go zdumiało, jako że najwyraźniej znali jego imię i, przynajmniej częściowo, czyny, śladu potępienia.

Opowiedział swoją historię – nazwali to „gawędą" – później, po naleganiach, ze szczegółami. Teraz oczekiwał co najmniej kazania: ci dobrzy zwykle alergicznie reagowali na próby wytłumaczenia, czemu uważał, że w trakcie drobnego załamania nerwowego, uzasadnionego zresztą, należy puścić z dymem wioskę. Czy tam miasteczko. Nie był pewien.

— Straszna dziura w każdym razie — stwierdził prowokacyjnie, wracając na sam koniec opowieści raz jeszcze do jej początku.

Słuchacze nie wydawali się zszokowani. Nie prawili morałów. Pokiwali po prostu głowami, któryś zapytał cicho sąsiada „co oznacza «straszna dziura»?", tamten odpowiedział, jeszcze ciszej: „zaścianek". Jeden z ludzi, młody, przystojny, z wąsami, wstał po chwili i rzucił:

— Ta dzisiejsza młodzież, panowie! Wydelikacone jak panienka albo te magnaty, tfu, czort by ich, co to francuską, zachodnią modę przyjmowały... Jedną wioskę z dymem puścić, jeden rokosz przeciwko dyktaturze zawiązać i już wołają „malum". W takich czasach, to ja bym ani chybi za te Wołmontowicze i inne drobiazgi pod sąd trafił. Jędrzej, tak w ogóle, sum.

Sephiroth odruchowo uścisnął rękę i wykonał głęboki ukłon, na modłę której hołdowała większość zgromadzonych.

— Żeby żołnierz i bohater nie mógł zrobić zajazdu — powiedział inny, niski, ale traktowany przez resztę z szacunkiem — to już przesadum maximum. Ja sam nie pochwalam twoich wczesnych wybuchów, Jędruś, ani puszczania kura z powodu przezwania kogoś „kpem" — głośne protesty wskazywały, że spora część słuchaczy jednak pochwala. — Dobra, dobra, mało to krwi Rzeczplitej napsowało? Ad rem wszakże: jeden zajazd po takim odkryciu, jakie waćpan opisał, to jest nic. Patiencją i miłosierdziem się waćpan wykazałeś nawet. Sam wysadziłem w powietrze siebie, twierdzę oraz garnizon ludzi, bo mi traktat pokojowy nie odpowiadał. I nic to.

— Wyjątkowo się z tobą zgadzam, Michale — tym razem SOLDIER rozpoznał mówiącego, przedstawił mu się wcześniej jako Bohdan Chmielnicki. — Ja tam, kiedy mi ukatrupili bliskich, zrobiłem powstanie, całą Ukrainę we krwi utopiłem i dalibóg – stolicę bym utopił, gdyby się udało – i choć ci tutaj się na mnie boczą, to przed Bogiem miałem rację. A i sami mi dzisiaj przyznają, jeno po cichu.

— Powstać przeciwko dyktaturze to szlachetna rzecz — zauważył ktoś jeszcze. Chmurny, dumny. — Za wolność waszą i naszą. Nie tylko ShinRa, ale i ten Lifestream wyglądają mi, bracia, na system. Carat w przebraniu. Myślę — zwrócił się teraz bezpośrednio do Sephirotha — żeś pan cierpiał z powodu nadmiaru wrażliwości, potęgi, wyczucia niesprawiedliwości – nie światu sądzić takich jak nas, poetów, bogów, geniuszy! Nie światu, a już z pewnością nie carom wszystkich światów!

— Jak Adam coś powie, to pięknie. Wielki jest w improwizacjach — bąknął złośliwie inny młodzian, podobnie ubrany, ale o delikatniejszych rysach. — Ale jak przychodzi do czynów, to tylko by naród wizjami zbawcy usypiał. Sephiroth – piękne imię, dobre do poezji, wielki duch musi się w tobie objawiać, zresztą, z samej opowieści wynika – świat się tylko ogniem odnawia, tylko przez cierpienie. Iść do przodu, wstępować na kolejne szczeble istnienia, to znaczy zabijać poprzednie formy, jak napisałem w Królu du..

— Dobra, Julek, powiedzieli ci tutaj, żeś nie do końca miał rację, tak?

— Ale i panu Towiańskiemu jej nie przyznano — syknął Julek, najwyraźniej urażony. — A poza tym, kto z wszystkich romantyków coś trafnie wyprorokował, ha?

Kłótnia, która potem wybuchła, zdumiała Sephirotha. Ci sami ludzie, którzy przed chwilą wydawali się być w najlepszej komitywie chwycili teraz za szable – interesująca broń, jedne z najlepszych ostrzy, jakie widział, uznał – i tłukli się, ile wlezie. Od jednego z nielicznych spokojnych obserwatorów dowiedział się, że to „kolejny wielki spór o polski romantyzm – przyzwyczaisz się".

— To, żebyś przeczytał te ichnie bajanie to niezły pomysł, zrozumiesz coś może z całego tego polskiego bajzlu w ten sposób — mruknął mu na ucho wysoki mężczyzna. Surowa twarz, krótkie wąsy nad szerokimi wargami. Najpewniej ważny, bo powszechnie niemal bito przed nim czołem. — Ale ten Lifestream, ten Chaos i ta Kosmos, i ci wszyscy Heartless – to jest granda, żeby tak wykorzystywać ludzi. W tym ciebie. Poezją tu się nic nie zdziała. Pogadałem z kolegami, politykami, i myślę, że moglibyśmy zawiązać konfederację, żeby pomóc ci w obaleniu dyktatury. Wszystko dla wolności. Precz z władzą – no, do pewnych granic, w końcu historia się upiera, żeby nazywać mnie, Marszałka, autokratą...

Słowo „konfederacja" miało, jak się okazało, czarodziejski wpływ na zgromadzonych. Bijatyka ustała, za to wszyscy zaczęli krzyczeć jedni przez drugich. Znowu. Najemnik uznał, że zaczyna łapać schemat – którym było najwyraźniej dążenie do anarchii. Część jego duszy wojskowego zaczęła się buntować, ale potem uświadomił sobie, że z wcześniejszych gawęd wynikało, iż cały ten naród, jeśli było trzeba, umiał stworzyć formację zdolną do regularnego pokonywania kilkukrotnie liczniejszych oddziałów – z przebitką co najmniej tak dobrą, jak SOLDIER, ba, nawet też ze skrzydłami, za to bez pomocy inżynierii genetycznej. Ich bitwy oraz zdolność do tworzenia struktur półoficjalnych, tajnych, spiskujących przeciwko władzy – a potem nawet wydawania znaczków czy organizowania ćwiczeń poborowych przez owe struktury – dowodziły, że w tym szaleństwie pewnie nie ma metody, jest jednak duch tudzież talent, zasługujący na najwyższy szacunek. Może nawet podziw.

Poza tym, przygarnęli go. Wykazali zrozumienie dla palenia wiosek, tłumaczeń ideologicznych, cyklów cierpienia i frustracji, goryczy, bólu, a także poszarpanych relacji z Cloudem. Co prawda, w tym ostatnim przypadku stanęli murem za jego marionetką, stwierdzając, iż zabicie ukochanej jest czynem, za który kilkanaście śmierci może stanowić dopiero początek odpłaty – ale przynajmniej nie wykluczyli, że ta w ogóle jest możliwa, podrzucili mu nawet niezliczone przykładów wrogów, którzy zostawali przyjaciółmi. Tyle wystarczyło, aby Sephiroth polubił ich bardziej niż wszystkich swoich poprzednich wymuszonych sojuszników. Razem wziętych.

Tamci krzyczeli tymczasem. Słowa krzyżowały się w powietrzu. „Konfederacja", „rokosz", „powstanie", „insurekcja", „rabacja", „bunt", „zajazd", „rewolucja", „rewolta", „partyzantka", „defenestracja", „rebelia" –SOLDIER nie przypuszczał, że istnieją języki z takim bogactwem synonimów dotyczących zbrojnego sprzeciwu wobec władzy – „hajda na – jak to się nazywa? – Serduszkowe Królestwo", „zrobim Chaosowi kęsim", „hej, kto szlachta, za Kmicem, puścić kura po Gai". To było nieomal wzruszające. Najemnik nie czuł tak silnej więzi od czasu wojen w Wutai, a tym razem nie stała za nią żadna korporacyjna machina. Chyba, podpowiedziała mu paranoja.

— Dlaczego właściwie chcecie mi pomóc? — spytał Romualda Traugutta – ten przedstawił mu się jako jeden z pierwszych.

— Ha, to jest – tu jest Obecność, jak ktoś, noszący imię Sfiry, księgi, cyfry i blasku, pewnie wie. A przynajmniej przeczuwa. Nie mamy wiele do roboty, za to cechy narodowe się wyostrzają. Nasz naród zaś, cóż – jednym z naszych licznych haseł jest „za wolność waszą i naszą". Nie walczymy tylko o wolność Polaków, przynajmniej nie w zaświatach, walczymy o wolność w ogóle. Cierpisz niewolę. Zrobimy powstanie. Proste jak hasło reklamowe.

— Chcecie mi pomóc, tylko dlatego, że cierpię? Ja jeden? Czy to nie trochę rozrzutnie? — spróbował nadać głosowi ironiczne brzmienie.

— Cierpienie pojedynczego człowieka to nigdy nie jest „tylko". To jest... hańba dla wszechświatów. I jesteśmy gotowi przelać krew, hektolitry krwi, byleby tylko ją zmazać — wtrącił jeden z licznie rozsianych w towarzystwie księży.

Sephiroth zamrugał powoli. Kilka razy. W poprzednim zdaniu dostrzegał pewien brak logiki, postanowił go jednak nie wypominać, zwłaszcza, że był to błąd bardzo w... "jego stylu".

— Jesteście dziwacznymi bytami — stwierdził w końcu — ale chyba was lubię.

— Nie jesteś pierwszym, który nam to mówi — odpowiedział Traugutt. — Cóż, sam byłem oficerem armii, która okupowała mój kraj, a potem rzuciłem wszystko, wróciłem zza granicy, aby poprowadzić powstanie, które było już skazane na klęskę – i ja to wiedziałem, a mimo to wróciłem. Jesteś pewnie trudnym bytem, ale chyba cię lubię.