To miało być krótkie i dołączyć do drugiej części drobiazgów, które się właśnie piszą i edytują. Ale dopuszczenie mnie do pisania blond książątka zawsze źle się kończy. Tytuł chwycony z piosenki Turnaua, jednak w kompletnie, kompletnie innym kontekście.


Proporzec pamięci


Rufus, wszedłszy zamaszystym krokiem (tak łatwiej ukrywać utykanie) do swego gabinetu, oniemiał. Na ścianie wisiał wielki portret jego ojca. Po samym pokoju krzątało się zaś kilkunastu mężczyzn. Dziwacznie ubranych – długie, rozkloszowane poły, pasy bogato zdobione, skrzydlate zbroje... Widział skrzydlate zbroje? Pomyślał, że zdecydowanie musi pojechać na przekładany od lat urlop. Albo to kolejne wersje Pozostawionych, a wtedy urlop znów się obsunie.

— O, wrócił pan, panie prezydencie. Jak się panu podoba nowy wystrój?

Głos był niski, spokojny i kpiący. Co gorsza, biznesmen ten głos rozpoznawał.

— Sephiroth? — spytał, próbując za wszelką cenę nie pozwolić, by wewnętrzne „niech to szlag" dotarło do tonu.

— Jam ci to, Jaśnie Panie — odpowiedział tamten, leniwie prostując się, stając na baczność. — To jest, pardon, tak, Rufus. Nie zapomniałeś mojego imienia przez te wszystkie lata – cóż za zaszczyt.

— Geostigma — oznajmił zjadliwie blondyn, nieco oprzytomniawszy — zostawiła blizny. Nie odzyskałem do końca wzroku, czucie w koniuszkach palców mam upośledzone, za to bóle nerwów budzą mnie raz na parę nocy. Jakże mógłbym zapomnieć?

— Nie wiem, to ty lubisz puszczać w niepamięć — zripostował SOLDIER.

Pozostali mężczyźni przyglądali się im z uwagą oraz nieskrywaną ciekawością. Niektórzy, usłyszawszy formę „Jaśnie Panie", pozdejmowali czapki, patrzyli jednak buńczucznie, wyzywająco niemal. Rufusa pocieszała trochę myśl, że Reno prawdopodobnie równie bezceremonialnie gapi się na gości.

— To jest — Srebrny Demon machnął ręką w kierunku Shinry — prezydent największej na świecie korporacji i premier, władca jakby, tego miasta z okolicami. To są — wskazał z kolei na przybyłych — Polacy. Duchy Polaków. Spotkałem ich w trakcie wędrówek po wszechświatach. Bardzo uprzejmi, kochani ludzie. Polubisz ich.

Ostatnie zdanie brzmiałoby bardziej przekonująco, gdyby nie zostało wypowiedziane z, blondyn gotów był przysiąc, najbardziej złośliwym uśmiechem, jaki kiedykolwiek gościł na twarzy Rzeźnika Wutai. A to już wiele mówi.

Polacy zaczęli teraz mówić, jeden przez drugiego.

— No więc, sprawdziliśmy historię pańskiego państwa...

— ...postanowiliśmy się zająć odpowiednim upamiętnieniem ostatnich wydarzeń, tych wszystkich ofiar...

— ...prezydent korporacji? To wspaniale, myśmy też walczyli o kapitalizm i wolność!

Ostatnie słowa padły z ust stosunkowo normalnie wyglądającego człowieka (koszula, spodnie, buty, stateczna broda – no ale te wąsy). Zestawienie „kapitalizmu", „korporacji" i „wolności" jako niesprzecznych wywołało w Rufusie ciężki wstrząs. Gdyby nie ćwiczona latami umiejętność spychania spraw trudnych poza obręb umysłu, przeżyłby może nawet załamanie egzystencjalne – nie byłby pierwszą ofiarą polskiego idealizmu. Na szczęście jednak się pozbierał, postanowił, że koncepcję kapitalizmu jako systemu nietotalitarnego rozważy na spokojnie w nocy, sam pomysł zapamięta, bo może mu pomóc w manipulowaniu opinią publiczną oraz wesołą gromadką Strife'a, a teraz wróci do opanowywania bieżącego chaosu.

Na przykład: kalendarza, w którym jeden z przybyszów zakreślał właśnie co drugi dzień na czerwono.

— To są — wytłumaczyli skwapliwie — daty nowych świąt państwowych, dni pamięci itd. Nie wszystkie wolne od pracy, oczywiście. Każdy upamiętnia jakąś grupę ofiar albo jakiś szlachetny ruch czy akcję z ostatnich paru wieków waszej historii.

— Nie za dużo ich trochę? — wyjąkał Shinra.

— Nieee, skądże, zmniejszyliśmy do absolutnego minimum. Najwięksi bohaterowie, najbardziej heroiczne poświęcenie, najboleśniejsze straty – nie krzyw się tak, Sephieńku.

Blondyn zaczął się zastanawiać, do kogo skierowano ostatnią uwagę; zirytowana odpowiedź Sephirotha rozwiązała przynajmniej ten problem.

— Nadal nie sądzę, żeby ta dziewczyna potrzebowała aż pięciu dni uroczystości. Ja mam tylko trzy.

— Trzy? — powtórzył biznesmen.

— Dwa pojedyncze: jako bohater wojny Wutai, jako bohater walki o niepodległość – sam założyłem tę konfederację i właściwie sam rozłożyłem system, nie należą mi się za to najmniej dwa dni? Panowie szlachta? — spytał z nadzieją przybyszów, po czym wrócił do Rufusa. — I jeszcze jeden, zbiorowo, jako jedna z ofiar zbrodniczych eksperymentów.

— Możemy cię podciągnąć — mruczał tymczasem jeden z kalendarzowych planistów — pod ofiary AVALANCHE'u, tak będzie w porządku? Mają dzień w październiku.

— Nie — oznajmił Srebrny Demon tonem pełnym zimnej furii, lecz bez Masamune w dłoni, co Shinra zanotował w duszy jako postęp towarzyski. — Nie ma mowy, żebym przechodził do historii jako pokonany przez własną marionetkę i bandę obszarpańców. Nie macie na podorędziu jakiejś innej daty?

Prezydent, teraz już poważnie zaniepokojony, nie mniej też skołowany, pochylił się nad kalendarzem, by osobiście zobaczyć co ten... ciąg zjaw knuje.

— Święto ofiar AVALANCHE'u jest w grudniu — zauważył pełnym satysfakcji tonem; wytknięcie komuś błędu to podwójny punkt dla ciebie w rozmowie.

Z tym, że Polacy w najmniejszym stopniu nie wydawali się speszeni.

— Nieee — zaczęli wyjaśniać. — W grudniu jest święto ofiar zamachów na reaktory. W maju upamiętnienie ofiar pierwszego AVALANCHE'u. W listopadzie uroczystość za tych, co zginęli w trakcie katastrofy Siódmego Sektora. W marcu wspomnienie tych, którzy na skutek różnych klęsk i wojen, nawiedzających tę nieszczęsną ziemię, dorastali jako sieroty lub półsieroty – dzień później wszystkich pozostałych, wszystkich, którzy utracili dowolnych bliskich. Wspomnienie ich cierpienia.

Biznesmen, którego oficjalna polityka historyczna nie drgnęła ani na milimetr od czasu postawienia Postumentu Edge'u (wygodnego upamiętnienia, owszem, ale tak naprawdę nie ludzi, a absolutnej dominacji kompanii) oraz rozmowy z Kadajem („ależ ja celowo zapominam" – i niemal dodane „napuszony durniu"), z trudem powstrzymał szczękę przed wypadnięciem.

— Po co... po co to wszystko? — bąknął w końcu. — To niepragmatyczne, ludziom się ciężej żyje, jak są obciążeni przeszłością, lepiej, żeby szli do przodu, bez ciężaru dawnych grzechów, błędów, win...

Spojrzenia gości wyrażały coś pomiędzy szokiem a niesmakiem.

— Jakie to ma znaczenie? Przecież zapominanie jest niemoralne! Pamięć jest świętym obowiązkiem tych, co przetrwali. „Jeśli zapomnimy o nich" – o kimkolwiek, choćby byli naszymi wrogami za życia, tak w końcu to rozszerzyliśmy i tak to wyznajemy – „to Ty, Boże na niebie, zapomnij o nas". Jak tak można... zostawić? To się nie godzi. To wobec zmarłych dyshonor jest i w ogóle , i w ogóle, i w ogóle — najwyraźniej sama koncepcja nie mieściła się im w głowie — straszna granda! Pragmatyczne, phi, zachodnia moda – normalny człowiek by dłużej po psie płakał, niż oni po dzieciach czy bohaterach... Zgnilizna moralna. Nie dopuścimy, by coś takiego się w świecie Sephirotka, orlątka naszego, działo.

Rufus chętnie wszedłby w spór, chętnie przywołałby relatywizm z jednej, kwestię zaś koniecznej amoralności polityki z drugiej strony – gdyby nie to, że tamci znowu zwrócili się do Sephirotha (a przynajmniej ten zareagował) w jakiś dziwny sposób. Inny niż poprzednio. Blondyn przeniósł zdezorientowane spojrzenie na starego znajomego.

— A, też na początku nie łapałem. Zasada brzmi: wszystko, co się zaczyna na „Seph", to będę ja, niezależnie od końcówki. Taki język. Mogą, teoretycznie, zdrabniać w nieskończoność. Kilkunastoma różnymi drogami. Nawet to robią, jeśli kogoś lubią. Mnie lubią, bardzo — dodał Srebrny Demon z odcieniem dumy, jakby podkreślając fakt, iż nawet stworzenie, któremu psychologowie w rokrocznych raportach przypisywali skrajne postacie psychopatii, może znaleźć przyjaciół.

Ba, cały rój przyjaciół, pomyślał Shinra, tocząc wzrokiem po pełnym pomieszczeniu.

— W porządku, panowie — postanowił przejść do kontrataku. — Portret mojego ojca też ma mi, jak rozumiem, uświadamiać konieczność pamiętania? Mogę się zgodzić, aczkolwiek ta czerwono-złota kolorystyka zupełnie nie pasuje mi do wystroju...

— My tu o śmierci, a pan o kolorystyce — odburknął któryś z Polaków.

Prezydent nawet się nie zająknął:

— ...ale czy macie panowie świadomość, że nie kto inny jak wasze Sephirociom... ciont...jak Sephiroth przyszpilił go do stołu? — zakończył dramatycznie.

Liczył, że albo przestaną dbać o dobre imię zmarłego, albo odwrócą się przeciwko Srebrnemu Demonowi; tak czy siak, blondyn zyska. Rzeczywiście, goście jak na komendę odwrócili głowy w kierunku SOLDIERa, temu jednak nawet nie drgnęła powieka.

— Walczyłem o wolność. To był dyktator.

Słowo „wolność" miało na zgromadzonych wpływ większy i szybszy niż narkotyki. Ogarnęło ich podniosłe rozrzewnienie, pomruczeli chwilę, wyrazili pełną aprobatę. Potem wszakże wrócili spojrzeniami do biznesmena. Natychmiast posmutnieli:

— Ale dziecka zawszeć szkoda — zauważyli z żalem, który wyglądał na prawdziwy.

— Nie jestem dzieckiem — odruchowo wtrącił Rufus.

Ich współczucie, sądząc z ukradkowych westchnień, tylko się zwiększyło. „Biedny chłopczyk, pewnie go wychowywali w duchu angielskim, te internaty i kolonie, i to bicie...". Ktoś zaoferował, że może mu ułożyć cały cykl trenów, by pomóc w znoszeniu żałoby. Inny proponował wspólne wywołanie buntu. „Rozpacz trzeba wyrazić, wiersz napisać, wioskę spalić, pomniczek postawić, Boga wyzwać na pojedynek – wszystko, tylko nie dławić w sobie. A u pana nic, nawet urneczki, nawet nagrobeczka, nawet portreciku. To szkodzi" doradzali jowialnie.

— Ależ ja przeciwko mojemu ojcu organizację terrorystyczną ufundowałem! — krzyknął zirytowany Shinra.

Może wreszcie się oburzą i sobie pójdą.

— Bo to był car, a pan walczył o wolność, a tylko zdrajca nie porywa za szablę, gdy naród na pole występuje z orężem — oznajmił spokojnie jakiś mężczyzna z wąsem i bokobrodami. — To musiało być straszne, to rozdarcie, ta nienawiść do własnej krwi... Rozumiem, doskonale rozumiem. A propos, Gustaw mi na chrzcie dano. A do chrztu trzymał mnie piekarz warszawski, piekarz, nie żaden..! — wrzasnął z nagłą rozpaczą.

Pozostali jęli go uspokajać, poić jakimś własnym alkoholem, zapewniać, że czyny, nie pochodzenie, tworzą człowieka. Prezydent zerknął na Sephirotha – drań świetnie się bawił. Oczywiście. Skoro biznesmen wolał zapominanie, to mu łotr sprowadził fetyszystów pamięci. To pewnie miała być zemsta za Jenovę. Kto mieczem wszakże wojuje, od miecza ginie.

— Tak, może... Macie państwo rację, właściwie. Zbuntowałem się przeciwko mojemu ojcu, kiedy podbił i zniewolił bardzo dzielny kraj na zachodzie — sądząc z min Polaków oraz pomruków „zupełnie jak nas", to ich zrozumienie sięgnęło szczytu. — Nie wiem jednak, czy zdajecie sobie sprawę z tego, kto tak naprawdę, militarnie, rzucił tamtą nację na kolana, kto im rzeź zgotowa... — nie dane mu było dokończyć.

— Musiałem gdzieś nauczyć się wojennego rzemiosła. Jak Romuald albo szwoleżerowie Napoleona — wtrącił Srebrny Demon. — Reno, może zajęlibyście się z prezydentem hurysami Bema? Im się szalenie nudzi, biedactwom, a zawsze muszą być gotowe, by mu służyć, więc wszędzie za nim ciągną. Hurysy to takie piękne dziewoje, Reno.

Rudzielec potaknął entuzjastycznie i zaczął przekonywać Rufusa, że to świetny pomysł, gabinetowi przyda się remont, ta ascetyczna biel taka nudna, nic się nie stanie, jak w kalendarzu trochę świąt przybędzie, na placach pomników, wśród ruin cmentarzy, a na domach upamiętniających tabliczek, no i w ogóle – piękne dziewoje!

— Nie ma mowy — warknął Shinra. — Nie ma mowy. Mam dość wybryków architektonicznych Reeve'a. Odbudowa miasta, tak, te okropne wieżowce, bez ładu i składu, a obok slumsy, wszystko widać, ruiny na widoku, a on wieżowce... Nie pozwolę, żeby jeszcze bardziej mi szpecono Midgar. Dość, ze legł w gruzach tak doszczętnie, że trzeba mu było nazwę zmieniać, nie ma mowy, żeby jacyś szalenie architekci...

— To pańska stolica legła w gruzach? Tak... tak zupełnie? Że ni ślad poza ruinami nie pozostał? — szepnęli nagle goście, ewidentnie poruszeni.

Blondyn nieuważnie potaknął.

— Tak, był bunt i wojna, i Meteor, i Planeta – no i Planeta poradziła sobie z Meteorem, ale Lifestream przy okazji Midgar zburzył. Meteor, zresztą, przywołał Sephiroth — wskazał oskarżycielsko palcem.

— Walczyłem o wolność. Meteor był środkiem, Midgar dopuszczalną stratą. Planeta, walcząc z moim powstaniem, rozbiła go, niszcząc miasto — przedstawił odpowiednią interpretację Srebrny Demon; bez zająknięcia.

Polacy spojrzeli po sobie, wstrząśnięci. Potem zdecydowanym ruchem podali biznesmenowi kieliszek pełen przezroczystego płynu, który dotąd pili po kątach samemu.

— To jak z naszą Warszawą. Ci reżimowi architekci, szlag by ich, postawili jakieś domy jak klocki, wieżowce, jakieś osiedla bloków. Obrzydlistwo. Teraz jest tylko gorzej, mają jakieś swoje artystyczne idee, jakieś fiu-bździu, ludzie na to patrzeć nie mogą, ale drani to nie obchodzi. Niech pan wypije, to żmudzińska nalewka, osiemdziesiąt procent najmniej – ulży panu. To dla przyjaciół tylko, ale jak panu wróg stolicę zburzył, a potem architekci nową popsuli, to pan nie tyle przyjaciel, ile nasz brat w cierpieniu.

Prezydent automatycznie przyjął. Wypił. Paliło jak materia, co dawało nadzieję, że faktycznie poczuje się lepiej. Poza tym, nagle znalazł ludzi, którym może mógł się wyżalić i liczyć na zrozumienie. Na Gai nikogo takiego nie było. Nikogo w jego klasie społecznej przynajmniej. Zaczął więc:

— Popsuli to mało powiedziane. Mieliśmy takie piękne tarasy, wiszące w powietrzu, i taką kolej, która je opasała była, i wszystko na planie koła. Piękne. Wszędzie neony, zawsze jasno, mako zielenią zalewało wszystko... Spójność najwyższego rzędu. I wille, rzędy willi w odpowiednich sektorach. Kochałem to miasto — wzruszył się; skutek alkoholu pewnie. — A teraz? Widzą państwo ten błękitny drapacz chmur? Toż on jak od sztancy. Banał. Pracować się tam bez klimatyzacji nie da, bo działa jak szklarnia; tacy niby ekologiczni, a tyle prądu zużywają... Ale nie o to chodzi – chodzi o to, że nic w nim ciekawego nie ma! To jest blok, jak każdy inny! Nudny! Brzydki! A ten obok – też, jak z dziecinnego schematu. I obok następny. A między nimi jakieś ruinki, jakieś dzikie targi albo parkingi, bo akurat nie teren WRO, to oni się tym nie zajmują. Za to jak coś wykupią, to zaraz stawiają wieżowiec albo parking, żeby było „miejsko". Co gorsza, wszystko tanio, z kiepskich materiałów, te ściany tak cienkie, że słychać, co sąsiad żonie opowiada... W Midgarze były place, i małe zaułki, i wszystko było wielopoziomowe, i były cienie pod schodami, sukiennice... Teraz tylko płaskie i szerokie, i gruzy. Ja na to patrzeć nie mogę. To się nijak nie łączy. Chaos wizualny. I to za moje pieniądze.

Przybysze pokiwali głowami, po czym sami zaczęli litanię narzekania na planistów, architektów oraz resztę. Że ustawiają konkursy. Że dbają tylko o to, by się podobało kolegom na uczelni i żeby było gdzie następny hipermarket wtrynić, że nikt ludzi o zdanie nie pyta. Że użytkowo to budownictwo jest kompletnie beznadziejne. Że zieleń betonują. Klęska, jednym słowem.

— Po architektach wszystkiego najgorszego spodziewać się można. Zwłaszcza, jak się jest inwestorem — zakończyli.

Rufus, który pił już trzeci kieliszek (drugi związany był z przejściem na „ty") pomyślał o... „nielojalności" Reeve'a i problemach, jakie sprawia mu WRO, a potem entuzjastycznie przytaknął.

— Na pohybel zdradzieckim architektom! — wzniósł toast (emocje aż wylewały się z niego – nalewka była faktycznie mocna).

Obecni podchwycili.

— Za Warszawę i Midgar, i wszystkie zburzone miasta — odpowiedzieli kolejnym.

— Za rekonstrukcję zgodną ze stanem historycznym!

— Za inwestorów!

— Za...

— Myślę, że Rufus ma już dosyć. Jeszcze trochę, a umrze z przepicia, to jest wysokoprocentowa wódka — wtrącił Sephiroth, nakrywając kieliszek Shinry dłonią. — On nie ma takiej odporności jak ja. Kwestia genów.

Fakt faktem, blondyn sądził, że nie padł dotąd tylko dlatego, iż tempo picia było szybkie, więc alkohol jeszcze nie dostał się do krwi.

Polacy rzucili Srebrnemu Demonowi zaskoczone spojrzenia.

— Nie masz przy sobie tej swojej zielonej piłeczki, która tak świetnie kaca leczy?

— Esuna — podpowiedział SOLDIER. — Mam, ale nie wiem, czy...

— No, to nie ma problemu — uznali goście. — Chyba, że pasujesz, Rufus?

Błękitne spojrzenie, przed sekundą pijacko zamroczone, natychmiast stwardniało, naraz ostre jak nóż.

— Poddać się? Nigdy. Za mojego starego!

— Ooo? Libacja na grobie, w tradycyjnym stylu? Wiedzieliśmy, żeś swój chłop! Dajcie tam kieliszek pod obraz, a potem wylejcie do urny czy fikusa, żeby duch się też napił! Za starego Shinrę!

Reno, który na służbie nie pił, przeniósł zaniepokojony wzrok na Sephirotha.

— Jak ty stoisz z esuną? Bo chcę wiedzieć, czy mam wysyłać CV do WRO. Padając równocześnie na klęczki i błagając o uzdrowicielski deszcz, oczywiście.

Tamten pokręcił głową.

— Najlepsza możliwa materia opanowano mistrzowsko... Ale nie wiem, czy bez zmuszenia Lifestreamu do pomocy dam radę. To jest żmudzińska nalewka.

Minął ich Tseng, powiadomiony przez podwładnego o sytuacji. Minął szerokim łukiem, by nie wejść w zasięg Masamune.

— Pilne sprawy państwowe — stwierdził, dając blondynowi plik dokumentów, które ten podpisał – nawet teraz czytelną, wyćwiczoną sygnaturą.

Turk zawrócił, jak zawsze oficjalny. Przechodząc obok rudego rzucił jednak półgłosem.

— Prezydent podpisał też nowy testament, w którym zapisuje wszystko nam... Jutro rano może będziemy bezrobotni, ale bardzo bogaci. Albo biedni, ale nadal z robotą.

Srebrny Demon westchnął i sam sięgnął po kieliszek, przyłączając się do dyskusji o maksymalnej ilości tabliczek upamiętniających na jeden budynek. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał Rufus, nim pomroczność jasna zalała mu neurony, było, rzucone chóralnie „my nie skoczymy?".

'

Shinra, obudziwszy się, wszystko pamiętał. Nawet nie miał kaca, słońce go nie kłuło, gdy otworzył ślepka. „Esuna" odgadł „jednak ludzki eksperyment z tego Sephirotha". Tseng, siedzący obok w niedbałej pozie niemal-miliardera, zauważywszy, że prezydent się ocknął, od razu stanął na baczność.

— Wezwij notariusza. Chcę zmienić testament. Natychmiast — oznajmił spokojnie biznesmen.

Turkowi nie drgnęła powieka, nie zapomniał też ni jednej ze swoich uprzejmych formułek. Kiedy wyszedł, blondyn podszedł do okna – i oniemiał. Na domach wisiały już tabliczki. Na pobliskim placu dostrzegał nieduży pomnik z brązu (jeśli dobrze kojarzył, pamięci jakiejś małej dziewczynki: Polacy byli gotowi stawiać monumenty każdemu zmarłemu dziecku). Klomb kwiatów oraz drzew, z wielkim napisem „Ku czci ekologów, zabitych, gdy protestowali przeciwko wycince lasu pod rozbudowę miasta" zamykał ślepą uliczkę naprzeciwko.

— Ile spałem? — rzucił w powietrze.

— Tydzień i trzy pacierze — odpowiedział pogodnie głos, w którym Rufus rozpoznał Kmicica, jednego z bliższych przyjaciół Srebrnego Demona. — Sephirosiek mnie tutaj zostawił, żebym na ciebie miał baczenie. Reszta pracuje w Edge'u.

Shinra, na myśl o tym, na co się zgodził w pijackim widzie, zadrżał. Wszędzie, wszędzie teraz będzie miał upamiętnienia – Strife powinien być szczęśliwi, przynajmniej. No i... Coś na kształt nadziei zabłysło mu w duszy. Może jednak ta przebudowa ma też swoje dobre strony.

— Reeve'owi się to pewnie nie podoba? — spytał lekkim tonem, skrywając oczekiwanie.

— Architektowi? Nie. Sklął nas w żywy kamień. Że kiczowate, nie staroświeckie, że niezgodne z nowoczesną ideą miejską... Ale potem, jak jego towarzysze się z nami zgodzili, to zamilkł. Dobrze mu tak, gadzinie jednej.

Duszę prezydenta owionął słodki zefirek dzikiej satysfakcji. Nie wstrzymał uśmiechu, dopytując się:

— Towarzysze?

— Tifa et Cloud, et Vincent. Bardzo im się idea dbania o pamięć spodobała. Cloud nam nawet pożyczył narzędzia i pomaga przy pomnikach. Zawiesiliśmy już dużą tabliczkę na barze, toć tam się konspiracja odbywała! Tifa — dorzucił z zapałem — przyrządza alkohole i bardzo się zainteresowała naszą nalewką. Wymieniliśmy receptury. Och, i urządziliśmy ucztę, żałuj, żeś spał. Nawet Sephiroś dał się sperswadować i przyszedł. Cloud chciał go zabić najsampierw, lecz ich rozdzieliliśmy. Przerywać uczty nikomu się nie chciało, więc odłożyli pojedynek, za to sprawdzić postanowili, kto ma mocniejszą głowę.

— I kto? — spytał Shinra ze szczerym zainteresowaniem – to w końcu był jakiś rodzaj oceny działu badawczego.

— Nie wiemy — przyznał Kmicic — bośmy wszyscy padli wcześniej. Pogodzili się wszakże, po rankiem żeśmy ich znaleźli poobijanych, nawzajem na swe miecze nadzianych, lecz w dobrej komitywie. Ale kto więcej wypił, to oni sami już nie pamiętają. Żmudzińska nalewka, ech, wrogów jedna, kochanków łączy, sojusze pieczętuje – żmudzińska nalewka, Rufusiu, Rokitko ty mój słodki, to jest jednak potęga...