To i owo o ptakach

Tytuł oryginalny: Кое-что о птицах

Autor: Eia

Tłumaczenie: Toroj

Zgoda na przekład: jest

Fandom: Sherlock BBC

Kategoria: case-fic, romans, slash niegraficzny

1.

To był zdecydowanie osobliwy dzień. Podejrzane komplementy, niepokojące wyznania i niepożądane domysły sypały się ze wszystkich stron.
- Doskonale wyglądasz! – sapnął Mike Stamford ze zmieszaniem, kiedy John mało nie wpadł na niego w korytarzu. – Jakoś jakby młodziej!

John tylko kiwnął głową w biegu, obracając się w stronę Mike'a. Sterta podręczników z zakresu ekspertyz toksykologicznych, które niósł w rękach, groziła rozsypaniem od takich piruetów, zresztą nie miał czasu na pogaduszki – ani nawet na wymianę uśmiechów...

xxx

- Świetnie się trzymasz! – oznajmiła sierżant Donovan. – Trzy miesiące pod jednym dachem ze świrem i do tej pory jesteś żywy, cały i chyba nawet wciąż normalny.

John tylko wzruszył ramionami, przechodząc obok. Sally pewnie liczyła na coś więcej, ale on uznał, że tyle wystarczy. Za jego plecami rozległy się gniewne okrzyki, żeby staranniej mył filiżanki, inaczej zatruje się trupim jadem we własnej kuchni i żeby na noc podpierał drzwi krzesłem.

John nawet się nie odwrócił.
xxx

- Wspaniale piszesz – odezwał się Lestrade zniżonym głosem i uśmiechnął się nieoczekiwanie. – Cytujemy cię, zwłaszcza wydział narkotykowy. Ale odnośnie tych rzeźb... Wybacz, nie uwierzę, że naprawdę do samego końca nie podejrzewałeś, że coś jest w środku...
- Chyba nie tak wspaniale, skoro nie wierzysz – odpowiedział John tak samo cicho. I również się uśmiechnął. – Oczywiście, że się nie domyśliłem, nie jestem Sherlockiem. Potrzebny był geniusz, żeby dopatrzeć się jakiejś logiki w tym nonsensie...

- A z braku geniusza musiał wystarczyć nasz psychopata – wtrącił się zaraz Anderson. – Czy za kogo on się tam uważa. Słuchaj, człowieku, nie gniewaj się, ale nasz wydział ma do ciebie prośbę: kup sobie bieżnię i trenuj, żeby się nie spóźniać na ciekawe sprawy. Diabli wiedzą, weźmy choćby to twoje „Studium w różu". Gdybyś szybciej biegał, to byście złapali tego nocnego strzelca! A przez ciebie zabójca zwiał i historia kończy się nie wiadomo jak. I tak z wami zawsze. W ogóle, na drugi raz, bądź uprzejmy...

- Tak, tak... – John kiwnął głową na odchodnym. – Spóźnić boję się najbardziej ze wszystkiego.

xxx
- Świetnie sobie radzisz! – Pani Hudson mrugnęła do niego porozumiewawczo, kiedy zdyszany wbiegł po schodach i cudował przy drzwiach lodówki, usiłując otworzyć je na tyle, by przez szczelinę włożyć do środka zakupione produkty, a jednocześnie by nie-gospodyni nie zdążyła zobaczyć niczego w środku.

John nie zastanawiał się, z czym mianowicie według pani Hudson świetnie sobie radzi. W jego kieszeni spoczywała zagadka znacznie trudniejsza – zwięzła wiadomość na ekranie komórki: „Doskonale sobie radzisz. MH". Co przez to rozumiał Mycroft Holmes - John nie wiedział, nie miał pojęcia, jak się dowiedzieć i nie był nawet pewien, czy chce.

xxx

Jednak wszystkich przebiła Harriet.

- Świetnie udajesz, że wszystko w porządku – oświadczyła, z uśmiechem klepiąc Johna po ramieniu. – Chociaż zadurzyłeś się tak, że ledwo dyszysz...
John oniemiał. A potem wybuchnął śmiechem. Ta rozmowa nie miała zresztą żadnych dalszych skutków. Z okazji wizyty rodziców zawarli z Harry wymuszony rozejm, a to dawało siostrze możliwość bezkarnego wystawiania na próbę cierpliwości brata.

- Nie próbuj zaprzeczać, ja wszystko widzę. Lepiej mi o niej opowiedz. Albo i przedstaw przy okazji...

- Nie zaprzeczam, to i tak nie ma sensu – odrzekł John, z niebezpiecznie miękkim uśmiechem patrząc w ciemne okno. - Ona jest nadzwyczajna, Harriet, po prostu cudowna: kobieca, czuła, delikatna. I nawet o niej nie marz.

- Delikatna? – mruknęła Harry, sondując głębiej. – Niemożliwe! Przecież ty lubisz despotyczne. Narwane. Niepewne. Lubisz się poddawać i jeszcze tym zachwycać. Weźmiesz sobie taką na kark i jeszcze będziesz donosić przysmaczki. Bo skleiliście się już pierwszego dnia, prawda? A teraz twój pokój jest zawalony jej rzeczami tak, że można przejść tylko po parapecie...?

- Nie, siostrzyczko – odparł John wesoło. – Nie. My z Sarą nawet razem nie mieszkamy i spotykamy się od miesiąca, może półtora...

Harry patrzyła na niego z głębokim namysłem.

John też na nią patrzył, a jego twarz – wychudła i jaśniejąca – odbijała się w szybie.

xxx

Ten dzień był niczym innym powszechną demonstracją idiotyzmu.

- Co się dzieje, Sherlock? – zapytała Molly niepewnie i z lekką skruchą. – Tak rzadko teraz przychodzisz... Pewnie znalazłeś sobie innego patologa?

Gdyby Molly potrafiła używać oczu, wystarczyłoby jej jedno spojrzenie na nogi Sherlocka: co najmniej tydzień czyścił buty przy świetle lampy, późno w nocy albo wczesnym rankiem i ani razu – aż do tej pory – nie miał możliwości obejrzeć rezultatów przy dobrym oświetleniu. I gdyby tego nie starczyło do wysnucia wniosku o katastrofalnym braku czasu, to wystrzępione i brudne sznurowadło w prawym bucie powinno ostatecznie rozwiać wątpliwości.

Jednak Molly nie pamiętała, jak wyglądało jego obuwie wcześniej. I nie widziała, jak wygląda teraz, a wyciągać wniosków nie potrafiła z zasady.

Dlatego Sherlock tylko się uśmiechnął.

xxx
- Co się dzieje, świrze? – zaciekawiła się Donovan. W jej głosie było podejrzanie wiele życzliwych nut, a wyraźnie brakowało pytającej intonacji. – Latasz jak szalony, czekasz i milczysz. Nie zachwycasz się trupami... w każdym razie nie głośno. I ani jednej skargi od gospodyni czy sąsiada. W końcu zabrał się za ciebie jakiś specjalista?
- Na razie obchodzę się bez tego – rzucił Sherlock przez ramię. Po czym uśmiechnął się i dodał: - Jednak pochlebia mi, Sally, że odwiedzając matkę w miejscu tak smutnym jak klinika psychiatryczna, pomyślałaś akurat o mnie.

xxx

- Co się dzieje, Sherlock? – zapytał Lestrade, patrząc mu uważnie w oczy. – Tak jakoś spokojnie znosisz moich ludzi. Jesteś wyrozumiały i cierpliwy jak nigdy. Ani jednego słowa o małych, śmiesznych rozumkach, ani o tym, ze wszyscy dokoła to idioci...

- Muszę cię rozczarować. Wszyscy dokoła są idiotami i nie przestaną nimi być, niezależnie od tego, czy to skonstatuję, czy nie.

- No, tak... Ale coś cię z tym pogodziło, zgadza się?

Sherlock parsknął wzgardliwie. Absurd. Jednak na wyjaśnienia nie było czasu.
xxx

- Co się dzieje, Sherlock? – Pani Hudson aż klasnęła w ręce. – Mój drogi, ty jesz?! Naleśniki z serem?! Z talerza?!

- To naleśniki Johna – odparł Sherlock, nie przestając żuć. – I talerz również.

Absorpcja jedzenia wyraźnie hamowała i rozpraszała procesy myślowe niezwiązane z nią bezpośrednio, więc paradoksalną reakcję gospodyni, która z jakiegoś powodu bardzo się ucieszyła, Sherlock owszem, odnotował, ale nie analizował. Nie miało to zresztą większego znaczenia niż wiadomość na ekranie komórki: „Co się dzieje, przystojniaczku? Kto sprawił, że tak zgłodniałeś?".
Sherlock skupił się na zawartości talerza. Jeśli John przyjmie zaproszenie od siostry, ich rozmowa telefoniczna zakończy się przed upływem minuty. Należało się pospieszyć.
xxx

A jednak to Mycroft pobił wszelkie rekordy.

- Co się dzieje, Sherlock? – zagaił łagodnie, bez nacisku, ledwo za Johnem zamknęły się drzwi. I nagle spojrzał bratu prosto w twarz, z ukosa i z ledwo zauważalnym uśmieszkiem. – Ustalacie jakiś poziom relacji, niepojęty dla zwykłych śmiertelników?

Sherlock zmarszczył brwi, demonstrując niezrozumienie. Mógłby jeszcze spytać: z kim? – ale to by z jego bratem nie przeszło, nawet w mniej oczywistej sytuacji.

- Między wami nic nie ma – ciągnął Mycroft, odchylając się na oparcie fotela. – Co jest dziwne, jeśli brać pod uwagę... wszystko.

- I w jaki sposób to miałoby dotyczyć ciebie?

- W żaden. Chcę jedynie zrozumieć, co się dzieje – w twoim mieszkaniu, w twojej głowie, w alternatywnej rzeczywistości, którą ty nazywasz swoim życiem. Możesz powiedzieć, że to nie moja sprawa, a ja się nie będę o to kłócił. Jednak wróćmy do punktu wyjścia: między wami niczego nie ma. Dlaczego? Przy czym wy obaj, z obu stron, nie macie niczego... i nikogo.

- Ja mam pracę – rzucił Sherlock obojętnie, bawiąc się smyczkiem, - A on ma kobiety.

- I oba te uwarunkowania pozostawiają gigantyczne pole dla manewru. Praca nigdy nie zagarnie twojego ciała...

- Tak jak i on. Nie ma takich potrzeb.

- ...a kobiety nigdy nie zdobędą jego serca.

- Podobnie jak ja. Co niby miałbym z nim robić?
Mycroft westchnął.

- W takim razie jaki to wszystko ma sens, Sherlock? – Zrobił nieokreślony gest dłonią. Jeśli chciał nim wskazać wspólny salon Sherlocka i Johna, niezbyt mu to wyszło: jedynym dobytkiem Watsona w zasięgu wzroku były laptop i kubek. – Wyjaśnij, po co dopuszczać się nawzajem tak blisko?

Sherlock wzruszył ramionami.

- Czynsze w Westminsterze są bardzo wysokie.

- I to wszystko?

- Oczywiście. O, i jeszcze jedno: adrenalina – jest mu potrzebna, a ja ją dostarczam. I ściśle dozowana uwaga: jego to nie fatyguje, a dla mnie jest korzystne.
Mycroft milczał, dziurawiąc dywan czubkiem parasola.

- I to znaczy, że kiedy tylko John znajdzie źródło dochodu, inne mieszkanie i alternatywny sposób zdobywania adrenaliny, natychmiast się stąd wyprowadzi?

- Nawet wcześniej. Na adrenalinę już teraz może sobie wypisać receptę.
- I kiedy on to zrobi, ty, jakby nigdy nic, zostaniesz...

- ...w towarzystwie czaszki.
Mycroft przymknął oczy w głębokiej zadumie. W powietrzu wisiały niewypowiedziane słowa, ale nietrudno było się ich domyślić: „Nie masz racji".

Sherlock beznamiętnie przeciągnął smyczkiem po strunach. Sam też to wiedział.

2.

John wyszedł od Harriet, kiedy tylko mógł i na Baker Street wrócił około jedenastej rano – wcześniej niż przewidywał, lecz później niż tego chciał. Sam nie bardzo rozumiał, czemu się tak spieszy. Sprawę zaginionej żony toksykologa Sherlock ostatecznie załatwił już wczoraj, a teraz właśnie następowała faza męczącej bezczynności, kiedy przebywanie z detektywem pod jednym dachem było dość trudne. A jednak zwlekanie wydawało się Johnowi złym pomysłem.

Dynamikę przejścia w stadium bezmiernej nudy znał na wylot. Z rana Sherlock będzie snuł się bez celu po mieszkaniu, jeszcze odziany w koszulę i spodnie, ale już z porozpinanymi guzikami; koło południa odszuka bokserskie rękawice i rewolwer, ale na razie jedno i drugie ułoży na półce nad kominkiem; następnie runie na kanapę, wezwie Johna – nieważne czy z drugiego pokoju, czy z drugiego końca miasta – i zacznie smędzić. Nie wiadomo czemu czepia się zawsze za pomocą fragmentów bloga. Cytuje teatralnie, to dosłownie, to znów parafrazuje, ale nieodmiennie ironicznie i zjadliwie, a kiedy John usiłuje to cierpliwie znieść, Sherlock robi się jeszcze gorszy.

„Chcesz herbaty?" – „Bez cukru. Jesteś pewien, że sobie z tym poradzisz? Przecież to jedna z tych nieskomplikowanych czynności, które są skrajnie trudne!" – „Cholera, gdzie jest czajnik?" – „Przypuszczam, że gdzieś. Poszukaj, znasz moje metody: postawić się na miejscu zaginionej osoby i, dostosowując się do jej poziomu inteligencji, wyobrazić sobie, jak by się postąpiło w analogicznej sytuacji. W przypadku czajnika nie sprawi ci to trudności: różnice umysłowe między wami są doprawdy niewielkie..." – „Stop! Skąd wiesz, że cukier się skończył? Znów zmarnowałeś całe pudełko?" – „Nie, John. Ale czyż moja przenikliwość nie jest porażająca?".

Jeśli doktor Watson to wszystko przetrzyma i nie wyjdzie trzaskając drzwiami, wkrótce zapanuje milczenie. Sherlock po prostu będzie siedział na kanapie i patrzył. I wtedy już należy wyjść niezwłocznie, bo jego spojrzenie będzie nie do wytrzymania: drwiące, złe i jak gdyby obrażone - jakby John mógł w czymś pomóc, ale umyślnie nie pomaga - i nieznośnie ciężkie, jakby John powinien w nim coś odczytać, a w żaden sposób nie potrafi. Watson uciekał za każdym razem. Nie mógł przecież pomóc. Nie trzymał pod łóżkiem w zapasie seryjnych morderców, ani zwłok, ani żadnych nowych trucizn. A w myślach czytał tak marnie, że w oczach Sherlocka tylko majaczyło mu coś niemożliwego i nie do pomyślenia.

Jednak dziś miało być inaczej – było to jasne już od progu. W korytarzu wisiał płaszcz Lestrade'a. Okres męczącej bezczynności dobiegł końca.

John wbiegł po schodach, nawet nie zdejmując kurtki.

- Witam, doktorze – uśmiechnął się inspektor, wstając z fotela, by podać Johnowi rękę.
Sherlock w milczeniu skinął głową, nie ruszając się z miejsca. Koszulę miał rozpiętą. W rękach trzymał wachlarz fotografii i kiedy John wszedł do salonu, nawet nie oderwał od nich wzroku. Pewnie jest na nich jakiś nieboszczyk, cóż by innego.

- Morderstwo – powiedział John niepewnie, próbując z miny Sherlocka wyczytać, czy sprawa jest interesująca, czy niezbyt.
- Dokładnie – potwierdził Lestrade zmęczonym tonem. – Dzisiejszej nocy w Ross dwóch byłych kolegów ze studiów po długiej przerwie niefortunnie wznowiło znajomość. Właśnie przekazuję szczegóły. Jeden z nich, Michael Turner, wracał do domu z Londynu, zostawił auto w centrum serwisowym i łapał taksówkę. Drugi, James McCarthy, jechał do Ross w odwiedziny do krewnych, zgarnął tamtego i podwiózł do domu. Po drodze wywiązała się między nimi kłótnia, która już na miejscu przeistoczyła się w bójkę. W trakcie McCarthy uderzył Turnera łyżką do opon, roztrzaskał mu głowę, porzucił ciało na trawniku w ulewnym deszczu i uciekł. Zabity miał żonę i syna. Rano wdowa znalazła zwłoki męża na podwórku przed własnym domem.
John spochmurniał. Przypadek należał do gatunku tych, które wywołują wstręt nawet u Holmesa, jednak Sherlock kontynuował dokładne przeglądanie zdjęć z miejsca zbrodni i nie wyglądało na to, by perspektywa badania „domowego" zabójstwa go odstręczała.
- Od razu wpadliśmy na ślad – ciągnął tymczasem Lestrade. – Za ogrodzeniem, na poboczu leżał portfel – musiał wypaść McCarthy'emu z kieszeni podczas bójki. W środku była karta do bankomatu. Pracownicy stacji benzynowej potwierdzili, że Turner i McCarthy jechali razem samochodem. Potem się okazało, że pół godziny po zabójstwie ten typ spokojnie wymył auto w myjni na podziemnym parkingu, pojechał do rodziny i poszedł spać. Kiedy po niego przyszliśmy, pił kawę i próbował sprawiać wrażenie, że o niczym nie ma pojęcia. Ale jak go zawieźliśmy na miejsce, przyznał się – właściwie przebieg wydarzeń ustalono według jego zeznania. Twierdzi, że zabił kolegę w stanie afektu. Teraz McCarthy siedzi w areszcie – i to by było na tyle.

John uważnie popatrzył na Shelocka. Ten, poczuwszy jego spojrzenie, nareszcie podniósł oczy.

- Niezupełnie - odpowiedział na niezadane pytanie. - Wdowa, Ellis Turner, skontaktowała się ze mną dzisiaj rano. Prosiła o pomoc w uniewinnieniu McCarthy'ego.

- Przepraszam, co?

- Wyraziłem się chyba dostatecznie jasno. Uniewinnienie McCarthy'ego. Ellis Turner zna go od dziecka, razem dorastali i chociaż przez ostatnie dziewięć lat nie mieli kontaktu, ona uważa, że zna go wystarczająco dobrze, by uznać, że McCarthy skłamał. Jest przekonana, że walenie kogoś po głowie tępym narzędziem nie leży w jego charakterze. I jest jeszcze jedna, nieco mniej zabawna okoliczność. Oczywiście pani Turner powiedziała o swoich wątpliwościach pracownikom Scotland Yardu, ale ci swoim zwyczajem zaproponowali jej tylko usługi psychologa i kocyk. Wówczas, nie tracąc czasu, zadzwoniła do mnie, gdyż jak jej wiadomo, tylko ja jestem w stanie bez uprzedzeń rozpatrywać najbardziej beznadziejne sprawy.
- Dziwne, że w Scotland Yardzie wydają o tobie tak... nieoczekiwane opinie.

- A co ma z tym wspólnego Scotland Yard? To opinia wzięta z pewnego bloga.

- A, jasne... – John zamilkł na chwilę. – Weźmiesz tę sprawę?
- Chyba tak.

- Chociaż jest naprawdę paskudna?
- Przestępstwa w moim guście zdarzają się niezbyt często.
- I chociaż właściwie nie ma tam czego badać?
- Ja tak nie uważam. Aczkolwiek miło, że ty tak myślisz. Chcesz spojrzeć na fotografie?

- Oczywiście.
John podszedł bliżej i zatrzymawszy się za oparciem fotela, popatrzył ponad głową Sherlocka. Ten zaś szybko przetasował zdjęcia, wybrał jedno i podał je przyjacielowi. Typowy kadr utrwalający pozę trupa i jego położenie względem najbliższych obiektów – na drugim planie widoczne było wejście do domu. Zabity leżał twarzą w dół na przesiąkniętej deszczem trawie. Widać było jego rozbitą głowę i ubranie, całe w zaciekach od brudnej wody i rozmytej krwi. Inne zdjęcia zapewne przedstawiały mniej więcej to samo. John starał się zapamiętać szczegóły i pojąć, co przyciągnęło uwagę Sherlocka właśnie do tej fotografii. On sam nie widział na niej nic osobliwego.
- Muszę porozmawiać z McCarthym – zwrócił się Holmes do Lestrade'a. – Możesz mi to załatwić?

- Choćby teraz.

- Teraz nie. – Sherlock potrząsnął rozwichrzonymi lokami. – Teraz: jego portfel. Masz go przy sobie?
Inspektor westchnął ciężko i z rezygnacją położył na stole starannie zamkniętą torebkę. W tej samej chwili Sherlock wyrwał ją spod palców Lestrade'a i ze zwykłą bezceremonialnością wytrząsnął z niej portfel – najzwyklejszy, skórzany, koloru ciemnobrązowego. Holmes obejrzał go ze wszystkich stron i zważył na dłoni.

- Ostrożniej – upomniał go inspektor ponuro. – To dowód rzeczowy.
Sherlock otworzył portfel, obrócił w rękach, zajrzał do środka – i wysypał na stół wszystko, co w nim było. Drobne monety rozprysły się na wszystkie strony. Lestrade zaklął pod nosem, John ukrył uśmiech i obaj jednocześnie zaczęli zbierać bilon z podłogi.

Co będzie dalej, John doskonale wiedział – i nadal jeszcze do tego nie przywykł. Pewnego wieczora (podczas kolejnego okresu uciążliwego nicnierobienia na kanapie) zapytał, czy są rzeczy, które nie mogą zupełnie nic powiedzieć o swoich właścicielach? I nieoczekiwanie zmusił w ten sposób Sherlocka do rozmyślań przez całe pół godziny. „Nie – odrzekł Holmes, kiedy John, dawno zapomniawszy o swoim pytaniu, wyłączył notebooka i zamierzał iść do siebie. – Nawet trumna coś powie."

- Portfel jest zdecydowanie nienowy – oznajmił Holmes z góry – sądząc z tego, jak rozluźnione są zapięcia. Jednak zupełnie czysty i bez jednego zadrapania: właściciel nosił go w osobnej kieszeni i nigdy nie rzucał gdzie popadnie. Jednak karty kredytowe trzymał razem z gotówką, czyli nie jest szczególnie przezorny. Banknoty wkładał starannie, ale nie według systemu – wszystkie w jednej przegródce. Tak więc jest przyzwyczajony do porządku ale nie ma mowy o pedanterii. Trzymał tu także rachunki i paragony, lecz wyrzucał je dość często i regularnie. Najstarszy kwit ma tylko dwa tygodnie. A teraz patrzcie.

Lestrade i John wyprostowali się.

- Ten człowiek płaci prawie wyłącznie za pizzę, papierosy i paliwo. Albo bardzo lubi pizzę, albo mieszka sam – druga wersja jest prawdopodobniejsza, jeśli wziąć pod uwagę rachunki z pralni. Jednak w jego otoczeniu jest dziecko, któremu z zeszłą niedzielę kupił zestaw konstrukcyjny. Nie po dziecięcemu kosztowny, nawiasem mówiąc. Aha! I tego dnia... – Sherlock rozłożył jeden z rachunków i obejrzał go pod światło. – Jak sądzę, to bratanek. – Tu spojrzał z ukosa na Johna i dodał: - O ile to nie siostra jeździ na sportowym motocyklu.

John uśmiechnął się.
- Wszystko wygląda całkiem prosto: od zeszłej niedzieli poza paragonem na zestaw konstrukcyjny mamy jeszcze rachunek za łożyska do przedniego amortyzatora motocykla Suzuki. Motor nie należy do McCarthy'ego – on wszędzie jeździ samochodem, co dwa dni tankuje bak do pełna. Motocykl należy do tej samej osoby, co dziecko – i nie jest to przyjaciel, bo przyjaciele dobierają się wedle zbieżności interesów, a rodziny się niestety nie wybiera. To brat lub siostra. Siostra mniej prawdopodobna statystycznie i dlatego, że idąc z prezentem dla dziecka, jej McCarthy kupiłby przynajmniej czekoladki. Chociaż – Sherlock znów zerknął na Johna – siostry bywają różne. I tu jest coś ciekawego. Rachunek zaplamiony olejem. McCarthy sam oglądał motocykl i sam kupował części. Myślę, że również sam je wymieniał... Łożyska to nic takiego, lecz właściciel motoru poprosił o pomoc. O czym to świadczy?
- No... Jeśli siostrę wykluczasz...

- Wykluczam.

- W takim razie stosunki między McCarthym i jego bratem mogłyby służyć za przykład tobie i Mycroftowi.
Sherlock wykrzywił kącik ust, a w jego głosie zabrzmiało zniecierpliwienie.

- Popatrz, John. Jego brat jest motocyklistą, przy tym niemłodym, ma już całkiem dużego syna! On sam doskonale umie zrobić przy motocyklu wszystko co niezbędne! McCarthy przyjeżdża w gości w niedzielę. I w wolnej chwili wymienia w motorze brata łożyska! Dlaczego? Czy to nie jest zbyt męczące zajęcie, żeby zlecać je gościowi, nawet jeśli brat byłby chory? A gdyby brat był ciężko chory, obyłby się w ogóle bez motocykla. Nie! Myślę – poza stopniem zażyłości, naturalnie – że McCarthy, nie będący motocyklistą, uporałby się z tym zajęciem na tyle szybciej i lepiej od brata, że nawet nie powstaje wątpliwość, kto ma się tym zająć!

- Czyli pytasz, gdzie on pracuje? – powiedział John. – Nie wiem. Chociaż na pewno nie w warsztacie. Portfel czysty, brak plam po smarze i tak dalej.
Zapadła chwila ciszy.

- Ja wiem – wtrącił się w końcu Lestrade. – James McCarthy jest absolwentem Imperial College. Inżynier-projektant. Wynalazca. Pracownik biura konstrukcyjnego o profilu wojskowym, specjalizuje się w środkach łączności. I od razu odpowiem na resztę pytań: nieżonaty, bezdzietny, nie miał problemów z prawem. Jeśli chcecie zdążyć pogadać z nim przed zmrokiem, najlepiej pojechać już teraz.

- Tylko nie radiowozem – rzucił Sherlock, niedbale wtykając do portfela banknoty i rachunki.

Lestrade z westchnieniem włożył portfel do koperty na dowody, kiwnął Watsonowi głową na pożegnanie i wyszedł.
- Mógłbym od razu pojechać do prosektorium – zaproponował John.

- Zapomniałeś powiedzieć, że to było zdumiewające – napomniał go surowo Sherlock, zapinając koszulę.

- Owszem. Ale jeśli chciałeś na podstawie portfela rozeznać, czy człowiek jest zdolny do zabójstwa, to musze cię rozczarować. Do zabójstwa zdolny jest każdy – i w teorii, i w praktyce. Ważne są tylko warunki.

- Wiem, John. Nie gorzej od ciebie.

- Sherlock?

- Tak?

- Czemu rozsypałeś monety? Czego nie zauważyłem?

Holmes popatrzył na Johna, marszcząc czoło, i nagle uśmiechnął się psotnie jak dzieciak.

- Oto jeszcze jeden rys do profilu McCarthy'ego – powiedział, podrzucając na dłoni maleńki papierek. John podszedł bliżej. – To nosił tam, gdzie ludzie wkładają zdjęcia żon, przyjaciółek, dzieci i tym podobne. Ukradłem to z jego portfela. Myślę, że nie będzie miał nic przeciwko, jeśli to pozostanie u niego, a nie zniknie w czeluściach archiwów Scotland Yardu razem z aktami tej sprawy.
John ostrożnie wziął papierek z ręki Sherlocka i rozwinął. Była to notatka, a właściwie wydruk e-maila na oddartym kawałku kartki. Daty nie było, a zmięty strzępek papieru był tak wytarty, że nie było wątpliwości, iż przeleżał w portfelu McCarthy'ego wiele miesięcy.

- Powiedziałbym, że lat – poprawił Sherlock, bezbłędnie odgadując bieg myśli Johna. – Popatrz, jeszcze z drukarki igłowej.

„Wiem, że czasami naprawdę chcesz do mnie napisać – przeczytał John. – Niech na twoich niewysłanych listach będzie mój prawdziwy adres. Wciąż jeszcze na nie czekam."
- Co o tym myślisz...? – spytał po chwili milczenia.

Sherlock tylko pokiwał głową w zadumie.
xxx

Nie miało sensu liczyć na to, że Anderson, jak to się wyraził Holmes, nie zdążył jeszcze sponiewierać ciała zabitego. John więc wcale się nie zdziwił, zastawszy patologa podczas przerwy na papierosa. Sala sekcyjna była już pusta. W powietrzu unosił się silny zapach środka dezynfekcyjnego.

- Witam – odezwał się Anderson na widok Johna. Dość kwaśno. – A gdzie ten drugi? Pod twoim wpływem stracił zainteresowanie trupami? To postęp.

John pomyślał, że nastawienie Andersona do Sherlocka przypomina zawiść i nagle zaczął go podejrzewać o nieodwzajemnioną miłość do pracy.

- Jest zajęty. Chciałbym zerknąć na zwłoki Turnera.

- Możesz ograniczyć się do mojego sprawozdania – zaproponował Anderson łaskawie. – Co prawda jeszcze nie skończyłem...

- Trup – przerwał mu Watson łagodnym tonem. – Lestrade. Czas.

- Jasne. Proszę bardzo. – Anderson obraził się. Zdusił papierosa i otworzył chłodnię, wysuwając odpowiednią półkę. – Oto on.
- Dzięki. Ja tu go obejrzę, a ty możesz tymczasem wydrukować to, co jest gotowe z protokołu. Choćby trepanację czaszki. I badanie na obecność alkoholu.
Anderson demonstracyjnie zasznurował usta i zniknął za drzwiami.
Michael Turner wyglądał tak, jak każdy, kto rozstał się z życiem – był blady i niepodobny do samego siebie. Miał koło trzydziestki, a jego kondycja fizyczna pozostawiała nieco co życzenia. John próbował patrzeć na niego tak, jak patrzyłby Sherlock, ale nie dał rady – coś mu się buntowało w środku. Coś, co godziło się na to, by detektywi cieszyli się z trupów, ale zabraniało tego samego chirurgom. Czaszka była wgnieciona. John wyczuwał krawędź złamania, była tam wręcz jama. Anderson usunął wszystkie odłamki i trudno było osądzić... Na twarzy pozostały siniaki i zadrapania: u nasady nosa, na podbródku i kości policzkowej. Kostki palców obite, krwiaki na przedramionach.
John zamknął już chłodnię i zdjął rękawiczki, kiedy Anderson pojawił się z plikiem papierów.

- Protokół sekcji nie jest zakończony – uprzedził ponuro. – Ale opisałem obrażenia głowy i wnioski o przyczynie śmierci. Czas zgonu w przedziale od dwunastej do drugiej w nocy, z powodu deszczu nie da się określić dokładniej.
John w milczeniu zabrał papiery i niezwłocznie skierował się ku wyjściu. Poza nieboszczykiem, pozostawały jeszcze „zadeptane przez stado bawołów" miejsce przestępstwa i pani Turner z jej „dziwnymi, nieśmiesznymi okolicznościami".

xxx

John prawie się spóźnił. Sherlock złapał go za rękaw i wciągnął do wagonu kolejki podmiejskiej, kiedy drzwi już zaczynały się zamykać.

- I co? – spytał niecierpliwie. – Było tam coś zajmującego?

- Uszkodzenie kości czaszki – odrzekł Watson, dysząc. – W przybliżeniu o takie... Połamane żebra, tępy uraz wątroby i śledziony. Całą reszta jak na fotografiach. Niczego nie straciłeś.
Sherlock z roztargnieniem skinął głową, zabrał z rąk Johna brudnopis protokołu i zaczął go przeglądać.

- O, to powinieneś przeczytać – powiedział nagle, podając doktorowi dwie kartki, na których zatrzymał się dłużej. – Powiesz mi potem, co o tym myślisz.
John posłusznie wziął zapiski.
W sumie zdążył już się zapoznać z brudnopisem. Anderson wyraźnie wnosił poprawki do gotowego już pliku i był daleki od ukończenia, gdyż w spisie znaków szczególnych Michaela Turnera figurowały następstwa implantacyjnej plastyki obu piersi i blizna po cesarskim cięciu. Jednak wybrane przez Sherlocka fragmenty były już w pełni opracowane. John skupił się na tekście.

I natychmiast pogubił.

Anderson opisywał rozbitą czaszkę: linie pęknięć przebiegały u niego to w kierunku tych, to znów innych szwów kostnych, co rusz ostro zakręcały pod rozmaitymi kątami, rozchodziły się, spotykały, znów rozchodziły; odłamki czerepu położone były to tak, to znów owak; dokoła rozciągały się pogruchotane strefy – w jedną stronę na tyle cali, w drugą na ileś tam; i wszystko to urozmaicały potłuczone tkanki miękkie, przypominające Andersonowi to i tamto...

Doktor Watson usiłował to sobie wyobrazić. Nie miał zwykle problemów z wyobraźnią, ale w tym momencie odmówiła współpracy.
Każde zdanie zajmowało co najmniej sześć wersów. A zdań podrzędnych było w nich tyle, że John co rusz tracił w tej obfitości to podmiot, to orzeczenie, a w każdą kropkę wbijał się jak w ścianę. Jeśli spojrzenie ześlizgiwało się z wiersza, nie potrafił już do niego powrócić. Miał ochotę wodzić palcem od słowa do słowa, jak w przedszkolu. John może by nawet tak zrobił, gdyby Sherlock nie siedział naprzeciwko, co chwila zerkając na niego znad teczki od Andersona.
Coś go najwyraźniej bardzo interesowało.
- Starczy! – oświadczył w końcu John, składając arkusze na pół. – Poddaję się! Nic o tym nie myślę. Nawet odczytać tego nie mogę.
Sherlock uśmiechnął się, jakby z zastanowieniem.

- Dlaczego zawsze przyznajesz się do tego tak prosto i zwyczajnie?

- Może dlatego, że tak cierpliwie znosisz moją głupotę?
- Czy mówiłem ci już, że świat przestępczy Londynu wiele zawdzięcza Andersonowi w kwestii ukrywania poszlak? Jeśli nie, to proszę: oto dowód.

- I to powinno mnie trochę ulepszyć we własnych oczach?
- Odrobinę. Chcesz posłuchać, co on próbował tu opisać?

John skinął głową. Sherlock odłożył wydruki, zdjął rękawiczki i palcem jednej ręki zaczął rysować we wnętrzu drugiej wyimaginowany schemat.
- Główna linia złamania przebiegała po okręgu. Niemałej średnicy, sądząc z twoich słów. Z centrum rozchodziły się pęknięcia rozmaitej głębokości, rozbijając ten fragment kości na z grubsza trójkątne odłamki, a te z kolei pękały w poprzek i zachodziły nieco jeden na drugi oraz nieznacznie w głąb czaszki, i kruszyły się po brzegach. Z góry powinno to wyglądać jak rysunek pajęczyny – do momentu, kiedy Anderson wdarł się tam ze swoją piłą, naturalnie. Poprzesuwał odłamki i wszystko zepsuł, a zarazem sam siebie wprowadził w błąd. Zresztą pożytku z niego by nie było i tak – robił sekcję bardzo niedbale, skoro i tak już było przyznanie do winy. Ale nawet on nie mógł tego spaprać aż tak, by nie można było zauważyć, że czaszka została roztrzaskana daleko poza strefą potencjalnego ciosu. A prawie wszystkie fragmenty kości pozostały na powierzchni. Jesteś specjalistą od ran, John. Nawet jeśli przyjąć, że dziura jest okrągła dlatego, że morderca raz za razem trafiał w jedno i to samo miejsce – a mnie na przykład nigdy w życiu to się nie udało – czy jest to wszystko podobne do obrażeń zadanych łyżką do opon?
- Nie – odparł John, w głębi duszy ciesząc się, że pytanie Sherlocka nareszcie nie zagania go w ślepy zaułek. – Odłamki zostałyby wbite w tkankę mózgową. Zwłaszcza, jeśli zabójcy – zaciął się na moment – się poszczęściło.
- Dokładnie. A wówczas co to przypomina?
John w zadumie potarł nasadę nosa. To pytanie było dużo trudniejsze.

- No, tak jakby Turnera uderzono w głowę czymś wielkim i ciężkim. I płaskim. I z wielką siłą... Ale nie wyobrażam sobie...

Sherlock zacisnął powieki i jęknął, sfrustrowany.

- Czytanie wypocin Andersona wyraźnie ci zaszkodziło! – Pogardliwie trącił leżący obok wydruk. – Zawsze mówiłem, że on zaraża głupotą wszystko, co żywe! Zabity spadł głową w dół z dużej wysokości. Sam widziałeś: połamane żebra, tępe obrażenia brzucha...
- Czyli McCarthy łże?
- Oczywiście. Ale tylko w tym, co dotyczy zabójstwa. Wszystko, co zaszło do tego momentu, przekazał w pełni skrupulatnie. Przemilczał tylko powód kłótni, choć nie ukrywał, że jego stosunki z Turnerem już dużo wcześniej były napięte. Mówił, że nie zabrałby go do samochodu, gdyby tak strasznie nie lało. O bójkę nawet nie pytałem – sygnet Turnera odbił mu się na twarzy w trzech miejscach. A dalej zaczynają się bajki. Dostał ataku furii, złapał za łyżkę, z wściekłości nawet nie wiedział, gdzie bije, a teraz nawet nie potrafi sobie przypomnieć czy z prawej strony czy z lewej, z przodu czy z tyłu. Nie umie powiedzieć, z której strony siedzenia to narzędzie leżało w jego aucie; nie pamięta czy je wycierał z krwi; nie wie czy furtka była otwarta, kiedy dźwigał ciało w stronę domu. Opamiętał się dopiero na moście, kiedy wrzucał żelastwo do wody. Nawiasem, w rzece go nie znaleziono.
- Rozumiem, o czym mówisz. Ale jednak są to oznaki działania w afekcie, tak czy nie?

- Zgadza się. Bardzo wygodne oznaki. Zapomniał tylko o tym, że nie wyłączał silnika.

xxx

Ellis Turner czekała na nich na ulicy, skulona od chłodu i zawinięta w dużą ciemnoszarą wełnianą chustę, która sprawiała, że kobieta robiła wrażenie kruchej, choć nie była chuda. Jej zapadnięte oczy błyszczały chorobliwie. Jednak, ku zdziwieniu Johna, odezwała się całkiem spokojnie.

O tej porze roku wcześnie robiło się ciemno, więc musiała włączyć zewnętrzne lampy, by pokazać miejsce, gdzie rano znalazła zwłoki męża. Wydawało się, że nie ma tam czego szukać – jakiekolwiek ślady jeszcze przed przyjazdem policji zmył deszcz. Jednak Holmes, obejrzawszy jezdnię, pobocze i dom z zewnątrz, zainteresował się również trawnikiem. Johnowi pozostawało tylko słuchać.
- Znów się pokłóciliśmy. – Pani Turner mówiła powoli i bezbarwnie, patrząc w oczy Johna, jakby coś w nich pomagało jej przypominać sobie słowa. – Od tego czasu, kiedy Michael zaczął mieć problemy w pracy, kłóciliśmy się ciągle. Wcześniej także, ale te ostatnie trzy tygodnie... – Przymknęła powieki. – Chcę powiedzieć, że nie wiem, gdzie on był przez cały dzień. Nie pytałam.
- Zawsze się spóźniał? – uściślił Sherlock.

- Bardzo często. Pracował w zespole ochrony informacji. W banku handlowym – jeśli zdarzały się tam jakieś alarmowe sytuacje, nie przychodził do domu całymi dniami. A w ostatnim czasie bez przerwy musiał coś tam przerabiać...

- Pani wczoraj też wróciła późno.

- Tak. Odwiozłam dziecko do siostry. Długo nie mogłam zdecydować, czy warto jechać z powrotem. Skąd pan wie?

- Wróciła pani w deszczu. W brudnych butach.

Ellis Turner westchnęła smutno, patrząc na swoje obuwie.

- Była już prawie dziesiąta – powiedziała. – Byłam zmęczona. Zostawiłam na stole kolację dla Michaela i poszłam na górę. Zasnęłam na sofie w pokoju syna, kiedy myślałam, jak przeprowadzić rozmowę o rozwodzie. A koło północy pod dom podjechał samochód.

- Usłyszała ją pani? – zapytał Sherlock, wiodąc po trawie dłonią w rękawiczce.

- Nie. Okna były pozamykane, a deszcz bębnił po dachu. Obudziłam się, bo reflektory zaświeciły w okno. Zawsze miałam lekki sen, byle głupstwo mnie budzi, a ostatnimi czasy tym bardziej.

- Popatrzyła pani przez okno?
Ellis Turner smętnie pokręciła głową.

- Gdybym wiedziała, czym to się skończy, popatrzyłabym i zeszła na dół... Ale nawet nie byłam pewna, czy to wrócił Michael. Ktoś mógł przyjechać do sąsiadów. Samochód zatrzymał się na ulicy, nie skręcał na podjazd. Stał pięć czy może siedem minut z włączonymi światłami, a potem odjechał. Nic więcej. Rano odkryłam, że drzwi są zamknięte tylko na klamkę. Zamek otwarty. A tu, na trawniku...
Pani Turner poruszyła ramionami i mocniej okręciła się chustą. Sherlock wyprostował się.

- To nie mógł być przypadek – powiedziała z trudem, wodząc wzrokiem między nim a Johnem. – Zamknęłam drzwi, a Michael je otworzył. Ale nie wszedł do domu. Z jakiegoś powodu.

- Co było potem?

- Przyjechała policja. Przesłuchiwano mnie. Pytali, kim jest James. Okazało się, że gdzieś znaleźli jego portfel. Bardzo się zdziwiłam. Podałam adres jego matki. Potem przywieźli jego samego – nie byłam obecna przy wizji lokalnej, ale potem sierżant powiedziała, że James podpisał przyznanie się do winy. Boże, dlaczego...?
- Nie rozmawiała z nim pani? – zapytał Sherlock raptownie.

- Nie. – Ellis Turner uśmiechnęła się blado. – Całe dziewięć lat. Nie sądzę, że rozmawiałby ze mną teraz. – Zamilkła. A potem, ściskając w palcach brzeg chustki, odezwała się szybko i twardo: - Wiem, panie Holmes, że trudno się opierać na moich przekonaniach. I jeśli powiem, że James nie jest zdolny do czegoś takiego, to pan odpowie to samo, co ta dziewczyna ze Scotland Yardu. Ale to prawda. To jest, nie chcę powiedzieć, że nie mógłby wpaść w gniew i wdać się w bijatykę. Mógłby, jeszcze jak! Ale zabić – nie.
John zerknął na Sherlocka. Byle tylko ten nie zaczął oświecać kobiety w kwestii powszechnej zdolności ludzi do morderstw.

- A w każdym razie nie zabić ot tak. – Pani Turner prawie odgadła. – Wiele razy mi mówił... Śmieszyły go te wszystkie łomy, pałki bejsbolowe czy pojemniki z gazem, które ludzie wożą w samochodach. W razie czego nikt nie zdąży za nie nawet chwycić, a fałszywa pewność siebie może popchnąć ku nieprzyjemnościom. Lubił mówić... że nie wymyślono jeszcze lepszej broni od rąk mężczyzny. Między innymi dlatego, że nie można nimi zabić przypadkowo. On by nie mógł... Po prostu by nie mógł, i tyle.
- Byliście razem – rzekł Sherlock.

- Tak. Kiedyś. Bardzo dawno temu.
- A buty do tej pory sznurujecie identycznie. I papierosy też palicie tej samej marki.

Ellis Turner patrzyła na niego z zakłopotaniem.

- Jestem przekonany, że McCarthy jest niewinny. Są ku temu przesłanki. Pani mąż zginął między dwunastą a drugą w nocy, od upadku na głowę z dużej wysokości i odbyło się to poza granicami Ross. Na trawie pozostały ślady białego piasku, spłukane z jego butów. Przyniesiono go tutaj już martwego, piasek pozostał na podeszwach; zresztą przy takich obrażeniach nie mogło być innego scenariusza. A McCarthy o pierwszej w nocy razem ze swoim samochodem był w myjni i do rana pozostawał u krewnych. Kiedy odjeżdżał spod tego domu, Michael Turner był żywy i stosunkowo zdrowy. Proszę wyłączyć światło. Coś wam pokażę.
Ellis Turner na chwilę znikła wewnątrz domu i lampy zgasły. Sherlock odwrócił sie do Johna.

- To było na zdjęciu. Powinieneś pamiętać.
John mógł tylko przecząco pokręcić głową.
- Na drugim planie były zamknięte drzwi – podpowiedział detektyw. John milczał, po prostu patrząc na niego i nawet nie próbując odgadnąć, w jaki sposób te drzwi mogą być związane z żywym Turnerem. – Ganek brudny, a górny stopień – czysty.
Sherlock wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza mały pojemniczek.
- Najwyższy stopień zwykle jest najbrudniejszy, bo na nim ludzie najczęściej drepczą, poszukując kluczy. A na tym w ogóle nie było błota, chociaż przynajmniej jedna osoba wchodziła do domu już w czasie deszczu – pani Turner. Teraz umyła ganek, gdyż w ciągu dnia przewinęło się przez niego kilkudziesięciu ludzi, jednak wczoraj nie była w stanie nawet oczyścić butów. Zdjęcie zrobiono wcześnie rano i w kadrze uwieczniono wszystko, co wydarzyło się w nocy: już po tym, jak pani Turner weszła do domu, inny człowiek wszedł na ganek i zmył coś z najwyższego stopnia razem z błotem.

- Co?

- Och, John. A jak myślisz, co to było? Sok wiśniowy? – W oczach Sherlocka odmalowało się zdumienie i gniew jednocześnie. – W takich wypadkach zmywa się zawsze jedno i to samo.
Podszedł do drzwi, zza których wyglądała wdowa, potrzasnął pojemniczkiem i rozpylił jego zawartość nad ganeczkiem. W gęstniejącym zmierzchu zajaśniał błękitny blask. W centrum najwyższego stopnia wyraźnie świeciły niebieskie kleksy – ślady ciężkich, rozbryźniętych kropli.

- Luminol! – westchnął Watson.

- Akurat – burknął Sherlock. – Tak długo go ulepszałem, że to już nie jest luminol. – Podrzucił pojemnik w ręku i schował go na powrót do kieszeni. – Dobrze się sprawdza przy szukaniu krwi w ciemności, zwłaszcza w piwnicach. Turnerowi krew ciekła z nosa, ale do samych drzwi nie zostawił śladów. Tutaj jednak opuścił głowę, kiedy wkładał klucz do zamka. Do domu nie wszedł, inaczej błoto i krew zostałyby na podłodze w holu. Myślę, że ci, którzy go potem tutaj odwieźli martwego, zaskoczyli Turnera w momencie, kiedy zamierzał otworzyć drzwi. Prawdopodobnie kazali mu jechać ze sobą, możliwe, że grozili bronią. Musiał iść tak nagle i bezzwłocznie, ze nawet nie zdążył zamknąć drzwi na zamek. Krew zmyli tamci – nie mieli z tym problemu, deszczówki było aż nadto, lała się ze wszystkich rynien – tu i tutaj – starczyło tylko wyciągnąć rękę. Gdyby zrobił to sam Turner, plam byłoby więcej. Niemożliwe jest zmywać krew i jednocześnie trzymać człowieka na muszce, więc porywaczy musiało być minimum dwóch. Na razie to wszystko. Pani Turner, może pani włączyć światło.

Kobieta pstryknęła włącznikiem i przekroczyła pobladłe, ale wciąż jeszcze świecące plamy na schodku.

- Już pani odebrała auto męża z warsztatu?

- Tak, przed południem.

- Przyda nam się. Zadzwonię do inspektora Lestrade'a, ale on tu dotrze nie wcześniej niż za dwie godziny. Tak więc przedtem pewnie jeszcze coś odkryjemy. W okolicy jest niewiele miejsc z piaszczystą glebą, a ja mam ich plan. Tego, co już znalazłem, wystarczy do uniewinnienia McCarthy'ego, nawet jeśli nie odwoła zeznań. Ale sprawę trzeba doprowadzić do końca.

Pani Turner wyjęła klucze z kieszeni dżinsów.

- Panie Holmes, dlaczego on to zrobił? – spytała cicho.

- To oczywiste. – Holmes wzruszył ramionami.

- Czyżby?

- Kiedy zdrowy psychicznie człowiek dobrowolnie składa fałszywe zeznanie i przyznaje się do zabójstwa, zwykle chce ochronić tego, kogo uważa za winnego. Pani całą noc była w domu. To pani znalazła ciało Michaela. Bezpośrednich poszlak przeciwko pani brak, ale okoliczności wskazują właśnie na panią.

- Ale czemu miałabym...

- Zapomina pani, że obaj panowie się pobili. Jeśli przyczyną starcia była pani – a na pewno tak było – McCarthy miał prawo uważać, że mąż obszedł się z panią niezbyt delikatnie. Mogła go pani zabić przypadkowo, w samoobronie.
- James by mi nie pomógł. – Ellis Turner uparcie pokręciła głową. – Przez ostatnie dziewięć lat robił wszystko, żeby się ze mną nie spotkać. Nie odpowiedział na żadną wiadomość, jaka mu wysłałam, pewnie ich nawet nie czytał. Ja dla niego nie istnieję.
- Są fakty. – Sherlock powtórnie wzruszył ramionami. – I jest hipoteza, która je objaśnia w dostatecznym stopniu. Może pani myśleć, co chce. Wolałbym, żeby pani sobie przypomniała, jakie to problemy mąż miał ostatnio w pracy.
xxx

Jasny, gruboziarnisty piasek zaczynał się za resztkami sosnowego zagajnika, przy rozwidleniu dróg, i Holmes momentalnie wyłowił wzrokiem dwupasmowy, zamknięty szlabanem zjazd z magistrali oraz przekreślony drogowskaz.

- Wcześniej była tam fabryka papieru – wyjaśniła Ellis Turner. – Lecz kilka lat temu zlikwidowano ją, wywieziono maszyny, a budynek niedawno przeznaczono do wyburzenia.

Sherlocka tak to podekscytowało, że kiedy na jego polecenie kobieta przyhamowała w sporej odległości od zakrętu, wyskoczył z auta niemal w biegu. W ciągu kilku sekund, kiedy John wydostawał się z samochodu, Holmes zdążył wydać pani Turner instrukcje: wrócić do domu, zaczekać na Lestrade'a, przywieźć go tutaj i zatrzymać się za drugim razem w takiej samej odległości. Watsonowi powiodło się gorzej. Sherlock nic mu nie powiedział, a na próby zadawania pytań tylko z rozdrażnieniem machał ręką. Do zjazdu dotarli w półtorej minuty; w mdłym blasku latarni oświetlających rozstaje Sherlock szybko obejrzał asfalt i z radosnym okrzykiem rzucił się dalej biegiem.

Było zupełnie ciemno. Dojazd do fabryki okazał się nie tylko niczym nie oświetlony, ale jeszcze zasłonięty od strony autostrady szpalerem niewysokich drzew. John biegł więc na oślep, ze złością myśląc o jednym: żeby tylko triumfalny pęd Sherlocka ku rozwiązaniu sprawy nie został przerwany przez jakiś kamień pod nogami. Nic takiego się jednak nie stało, a po przebyciu około pół mili w ciemnościach przed nimi zamajaczył wysoki, metalowy płot. Brama była zamknięta. Odblaskowa tablica krótko oznajmiała, że budowa kompleksu sportowego została wstrzymana do końca roku.

Sherlock uśmiechnął się, gestem nakazał Johnowi milczenie, a potem skierował się wzdłuż ogrodzenia. Dziurę łatwo byłoby przeoczyć w ciemności, gdyby nie stojący przed nią landrover. Samochód był pusty, jednak John wyczuł bijące od maski ciepło. Sherlock nawet nie odwrócił głowy. Pewnie i tak wiedział, że nikogo nie ma w środku, tak samo jak to, że na budowie tymczasowo wstrzymano prace. Czyli nie trzeba mu było też mówić, że landrover zatrzymał się tutaj całkiem niedawno.

Za ogrodzeniem nie było widać żadnych maszyn. Cały teren był już oczyszczony i przekopany, zostały tylko dwa stare magazyny i część hali głównej, wysoka na jakieś trzy piętra. Sherlock bez wahania skierował się właśnie tam. Budynek nie miał już frontowej ściany, widać było elementy konstrukcji nośnej, dźwigary i zwisające na zardzewiałych, metalowych prętach bryły betonu. Gdzieś w głębi pierwszej kondygnacji to gasł, to znów rozbłyskiwał ponownie blask latarki. John krótko popatrzył w ciemność, zapamiętując rozmieszczenie schodów i wkroczył w mrok jako pierwszy.

- Dwóch – szepnął Sherlock ledwo słyszalnie, niespodziewanie przyciągając go do siebie. – Obaj uzbrojeni.

John mimowolnie uśmiechnął się i skinął głową w ciemności.

CDN