Beta całości: Serathe

3.

Kiedy otworzył oczy, dokoła nadal panowała ciemność. Nieprzenikniona, gęsta, jakby utkana z nieważkiego czarnego puchu. John wiedział, że kiedy traci się wzrok, wrażenia są inne – i tylko dlatego się nie wystraszył.

Leżał na plecach, na czymś bardzo zimnym i twardym. Nie mógł się zorientować, co go właściwie boli, ale nawet się nie starał – doskonale wiedział, jak to jest, kiedy boli całe ciało. A kiedy próbował się podnieść, poczuł mdlący zawrót głowy.
- Ocknąłeś się – ozwał się w ciemności głos Sherlocka. – Twój oddech zwiększył częstotliwość.

John przemógł słabość i usiadł. Dzwoniło mu w uszach.
- Złapaliśmy pierwszego, kiedy zszedł na dół z pieniędzmi – niewzruszenie zapoznał go ze stanem rzeczy Sherlock. Sądząc z tego, jak blisko rozbrzmiewał jego głos, Holmes siedział na ziemi, w odległości na wyciągnięcie ręki. – Drugi otworzył ogień ze schodów i postrzelił pierwszego, kiedy ja próbowałem wykorzystać go jako tarczę. Osłaniałeś nas, z dużym powodzeniem. Kiedy tylko stało się jasne, że zdołam zejść z linii strzału razem z trupem, drugi rzucił w dół granat. A dziura w podłodze była tylko jedna.
- I my w niej jesteśmy – odgadł John bez trudu.
- Tak. Dobra wiadomość jest taka, że to nie dziura, a podziemne pomieszczenie o dużej kubaturze. Zła – że pod wpływem wybuchu zawaliła się wewnętrzna ściana i nieumocniona część stropu między kondygnacjami. Wyjścia nie ma. Pozostaje nadzieja, że Lestrade tu jednak dotrze i sprowadzi pomoc.
- I że ten strzelec nie miał drugiego granatu. Szlag, udało mu się uciec?

- Jesteś krwiożerczy, John. Nawet jeśli uciekł, to niedaleko. Wiadomo o nim tak dużo, że nie znalezienie go byłoby po prostu nieprzyzwoite.
John próbował się zaśmiać i znów zakręciło mu się w głowie.

- Lepiej mi to przeliteruj, jeśli mam cokolwiek zrozumieć – stęknął, opadając ponownie na plecy. Myśli rozpełzały się, słowa plątały...
- Ellis Turner przy tobie powiedziała, że zespół ochrony informacji, w którym pracował jej mąż, w poniedziałek miał objąć nowy kierownik. O tym było wiadomo już od trzech tygodni. I od tamtej pory Michael Turner nieustannie zostawał po godzinach w pracy, coś poprawiał i przerabiał, mocno się denerwował i wszędzie prowokował awantury. Wyraźnie z czymś musiał zdążyć, dlatego, że potem miałby związane ręce. Dalej: pewnej nocy jacyś nieznajomi porywają go spod drzwi jego własnego domu i zabijają – ale dopiero po dowiezieniu w pewne ustronne miejsce. Ewentualnie to on ich dowiózł, gdyż Turnerowi, jako mieszkańcowi Ross, to miejsce było lepiej znane. A miejsce odznacza się tym, że zachowanie go w tajemnicy było dla zabójców ważniejsze niż ukrycie trupa. Podrzucili zwłoki pod dom w celu zmylenia policji. I w ogóle, gdybyś wiedział, że w dzisiejszych czasach ograbienie banku na wysokim poziomie bez współpracy jego własnych służb informacyjnych jest niemożliwe, łatwiej byś się wszystkiego domyślił.
John uśmiechnął się: Sherlock wyjaśniał okoliczności przestępstwa ściśle identycznym tonem, jakim opowiadał o charakterze i przyzwyczajeniach McCarthy'ego, patrosząc jego portfel w pokoju gościnnym na Baker Street. Fakt, że teraz siedzi nie w fotelu, a na lodowatej podłodze w zasypywanej piwnicy na pół walącej się fabryki papieru, nic a nic nie zmieniał.

- A co wiesz o mordercach - oczywiście nie licząc tego, że trup jednego z nich leży na górze pod gruzem?
- Że oni obaj są pracownikami tego właśnie banku. Turner by niczego nie zdziałał bez tych, którzy mają bezpośredni kontakt z rachunkami. To po pierwsze. Po drugie, Turner związał się z nimi nie ot tak, a dopiero po tym, jak natknął się na ślady podejrzanych manipulacji. Całkiem możliwe, że jego koledzy z pracy przypomną sobie jego udział w wewnętrznym śledztwie z powodu jakichś nieprawidłowości, które potem okazały się zwykłym nieporozumieniem. Nie bez jego pomocy. A jeśli tak, to przypomną sobie również innych uczestników tego nieporozumienia. Ukradzioną sumę zmieniono na gotówkę, bo ci dwaj już byli podejrzani. Dlatego też ukryć pieniądze polecono Turnerowi, i z tego też powodu mordercy nie mogli zabrać ich wczoraj w nocy – nie mogli ryzykować przechowywania ich u siebie, a nowej kryjówki jeszcze nie znaleźli. A po trzecie... Dlaczego uważasz, że trup leży na górze pod zawałem, a nie tutaj, w piwnicy?

- Co?! – Watson zakrztusił się. – Zabrałeś go ze sobą?!
- Oj, John... – Sherlock westchnął w ciemności. – Nie powinieneś brać na poważnie wszystkiego, co mówię.
xxx

- Nawet jeśli nas tutaj nie znajdą – John oparł się plecami o ścianę, tuż obok Sherlocka – cieszę się, że McCarthy'ego uniewinnią. Diabli wiedzą, może po tym wszystkim tych dwoje znów zacznie ze sobą rozmawiać...?
- A jaki w tym sens? – odparł Sherlock obojętnie. – Będą rozmawiać. Będą zostawać u siebie na noc. Potem się zejdą. Zaczną się kłócić, zostawać w pracy po godzinach, chodzić do psychoanalityka. Jak zawsze u wszystkich. Długo to nie potrwa.
- Nie. – John chciał potrząsnąć głową, ale przypomniał sobie, że Sherlock i tak tego nie zobaczy. – U nich nie będzie jak u wszystkich. Akurat u nich ma to szansę potrwać całkiem długo.

xxx

- Co znaczy „nie jak u wszystkich"?
- „Nie jak u wszystkich" znaczy „inaczej".

- Ma się rozumieć. A dokładniej?

- Sherlock! Mam ci objaśniać emocjonalne subtelności, siedząc po uszy w kurzu i kompletnej ciemności?

- Kiedy to interesujące.
- A według mnie nie za bardzo!

- Jak chcesz. Możemy siedzieć w kompletnej ciemności milcząc, jak dwaj idioci.

xxx

- Sherlock?

- Tak?

- A ty nie chcesz sam o czymś opowiedzieć? Na przykład o swojej pierwszej sprawie. O wycinkach prasowych, które zbierałeś w dzieciństwie. Może wiesz, czy na pokładzie „Sheffielda" była broń jądrowa podczas konfliktu falklandzkiego? Albo o tym, kiedy się ożeniłeś ze swoją pracą i czy wcześniej byłeś żonaty z kim innym?
- Nie chcę. Nieważne. Nie wiem. Nie byłem.

- Jasne.

- Co znaczy „inaczej"?

- Już powiedziałem, ze nie będę o tym mówić.
- Jak chcesz.

xxx

- John?

- Tak?

- Co ci przeszkadza odpowiedzieć na tak elementarne pytanie?

- To, że ono nie jest elementarne. To trudno wyjaśnić.

- Ale przecież jesteś pisarzem.

- Kh... kto?! Ja?
- Och, John. No przecież nie ja! Ty piszesz, ludzie to czytają – to sugeruje, że posiadasz umiejętność mówienia o tym, co myślisz, tak, żeby inni cię zrozumieli.
- Głupstwa. Ja w ogóle...

- Co masz na myśli, mówiąc „inaczej"?

- Sherlock!
- Dobrze, dobrze. Jak sobie chcesz.

xxx
- „Inaczej" to znaczy „nie tak samo".
- No proszę. Kto by pomyślał. Jak widzę, masz duży zasób synonimów.

- Jak chcesz słuchać, to mi nie przerywaj. To znaczy: inaczej budować to, co nazywamy relacjami. Na innych podstawach i w innym celu. Kiedy ludzie są razem, zwykle to oznacza fascynację. Poryw. To takie uczucie jak głód, mdłości albo fizyczny ból, albo pragnienie rozrywek i przyjemności. Ludzie dzień za dniem gaszą wzajemne pragnienie, póki ono nie minie. A ono mija zawsze. Prędzej czy później poryw się kończy, głód ustępuje, mdłości znikają, ból cichnie, a rozrywki się znudzą. I przez to są poranne kłótnie i psychoanaliza – to co u wszystkich. To, co nie bywa ani długie, ani szczęśliwe.

- A co jest inaczej?
- „Inaczej" to przypadek niemal niewiarygodny. To tak, jakby w twoim wnętrzu był ptak i on nagle znalazł dla siebie niebo. Albo jakby wewnątrz ciebie był smok – stworzenie mityczne, nie nadwyrężaj się – i znalazł sobie stosy złota. Albo miałbyś w środku drzewo i w nie uderzył piorun.

- Nie rozumiem.

- I nie zrozumiesz. Mówiłem, że to trudne. Posłuchaj, ptaki powinny latać. Po niebie. Nie wszystkie naturalnie, ale ja w tej chwili mówię o tych, które powinny. One są do tego stworzone, choć żyją na ziemi, chociaż w ich życiu, poza niebem, jest mnóstwo innych rzeczy, choć w ostatecznym przypadku są w stanie obejść się bez latania. Ptak i niebo w żadnym sensie nie stanowią całości. Lecz niebo to jedyne miejsce, gdzie ptak staje się ptakiem. Dlatego nielatające ptaki, to coś innego, nie to, czym powinny być. I myślę, że są nieszczęśliwe. Jak i smoki bez skarbców, bo one są od tego, żeby te skarby wielbić i strzec.

- A drzewa, znaczy, są nieszczęśliwe bez piorunów?
- Tak. Widziałeś kiedykolwiek, jak piorun bije w koronę drzewa, a ono natychmiast zajmuje się ogniem, od korzeni aż po szczyt, wszystkie gałęzie i liście, i nawet trawa pod spodem płonie? Tak, jestem przekonany, że drzewom jest smutno, kiedy żyją całe stulecia i nigdy tego nie doświadczą. Znów mi przerwałeś. Jeśli komuś się poszczęści natrafić na trzy takie przypadki od razu, to dalej może być już tylko długo i szczęśliwie.
- Stop. Na razie starczy. Muszę pomyśleć.

xxx
- Śpisz?

- Nie.

- Dziwne, nie słyszałem oddechu.

- Przecież tupiesz.

- Twój model jest logiczny, ale zupełnie nieżyciowy, John. I sens nie tyle w tym, że związek jest rzeczywiście złożony i mało prawdopodobny, lecz w tym, że jest bardzo... nierównoważny. Twoje ptaki, smoki i drzewa to istoty żywe i dla nich obecność drugiego elementu składowego nawet jeśli nie jest życiowo ważna, to bardzo pożądana, gdyż bez niego, jak sam mówisz, są one nieszczęśliwe. A te drugie komponenty – nawet nie mogę określić, czym są. Jednak wszystkie egzystują całkiem nieźle same w sobie, związkami nie są zainteresowane i w razie wypadku cała robota spada na te pierwsze: latać, wielbić, płonąć. Tak?
- O, Boże... I to wszystko, co wymyśliłeś przez cały ten czas?

- Chcesz powiedzieć, że brak wzajemności w twoim modelu jest z góry założony?

- Oczywiście.
- Niech to diabli, głowa mi zaraz pęknie. I jak masz zamiar to powiązać z „długo i szczęśliwie"?

- Bardzo prosto. Niebu jest obojętne, że czyni ptaki szczęśliwymi, ale ptaków też nie obchodzi, jak ono się do nich odnosi. To samo dotyczy...

- John, skasuję twój blog w cholerę, kiedy tylko się stąd wydostanę. Powiedz mi tylko jedno: czy kiedykolwiek widziałeś, żeby ten system zadziałał realnie od początku do końca? W sensie, długo i szczęśliwie?
- Nie.
- Wiedziałem! Brak wzajemności to jego defekt! Przez to dla żywych ludzi jest on nie do przyjęcia i z przyjemnością wyjaśnię ci, dlaczego. Ludzie nie potrafią żywić ciepłych uczuć jednostronnie, John. Brak miłości ich uraża, gniewa, doprowadza do wściekłości. Z zazdrości połączonej z miłością są zdolni doprowadzić obiekt uczuć do neurozy, pozbawić wszystkiego, okaleczyć, a nawet zabić! A ty mówisz: niebo! Żeby twój model zadziałał, nie jest potrzebny jedynie mało wiarygodny przypadek – potrzebny jest człowiek, jaki w ogóle nie istnieje w przyrodzie!

- O nie. Sherlock, wpadłeś na ścianę?

- Po prostu pomyślałem, że... John? Ty też słyszysz kroki na górze?
xxx
Wyciągnięto ich niedługo po północy – nawet nie trzeba było do końca likwidować zawału. Do tego czasu spod gruzu odkopano też zwłoki z dwiema ranami postrzałowymi klatki piersiowej i sześć toreb sportowych, wypchanych pieniędzmi. Miejsce śmierci Michaela Turnera było nieopodal strefy zawału. Zaschniętą krew na betonie odkrył Lestrade. Pobladły, słuchał Sherlocka, nieustannie kiwając głową. Drugiemu uczestnikowi nocnych zajść udało się zniknąć, a teraz dokładano wielkich starań, by ustalić jego tożsamość. Zespół ochrony informacyjnej banku był już zajęty sprawdzaniem wszystkich incydentów, z którymi miał styczność Turner w ostatnich miesiącach. Kilku pracowników oczekiwano w prosektorium, by zidentyfikować zastrzelonego zbrodniarza.
John wydostał się z rąk ratowników bez poważnych strat i nawet zdołał ukryć przed nimi wstrząśnienie mózgu. Powszechnej nabożnej trwogi wobec tej diagnozy nie podzielał z innymi medykami jeszcze przed Afganistanem i teraz też nie zamierzał się zbytnio przejmować. Tyle, że podyktował sierżant Donovan zeznania możliwie jak najkrócej.
Całą drogę do domu milczał, patrząc w okno i ciesząc się w duchu, że Sherlock w skupieniu zajmuje się tym samym. Znalazłszy się nareszcie w swoim pokoju, natychmiast zaciągnął zasłony i nakazał sobie się wyłączyć. Nie od razu mu to wyszło i John długo, starannie unikał wspomnień o piwnicy, rozmyślając na usypiające tematy. O konstrukcji swojego utraconego pistoletu. O celowniku, bezużytecznym w ciemności. O nieprzewidywalnych kątach rykoszetów od betonowych schodów. O locie kuli, przebijającej pierś na wylot i wygasaniu fali udarowej w żywych tkankach...
Obudziła go obecność tego, o kim nie myślał. Nie dlatego, że spał lekko – Sherlock chciał, by John go usłyszał. Wkroczył do pokoju z ciemnego korytarza i bez wahania zamknął za sobą drzwi.

- Dopuszczam, że moglibyśmy pozostawić wszystko tak, jak jest – oznajmił, jakby obaj z Johnem prowadzili rozmowę, a to była kolejna wypowiedź. Tak, John nie mógł nie zrozumieć w czym rzecz. – Jednak nie widzę gorszego rozwoju wydarzeń. Jeżeli możesz to jakoś przerwać, proszę, zrób to!

Od drzwi do łóżka było dokładnie dwa kroki. John przesunął się, nie zdążywszy nawet zastanowić, co robi. Sherlock wlazł na skraj posłania, usiadł po turecku i mówił gwałtownie, szybko i z rozdrażnieniem:

- Wcześniej wydawało mi się, że złym – choć nie najgorszym - wariantem będzie, jeśli się któregoś razu przedymamy: ja z nudów, ty z litości. – John nie widział jego twarzy, ale był pewny, że Sherlock zwęził oczy i wbija w niego wzrok. – Gorszym, jeśli damy się wciągnąć w to, co określiłeś jako zafascynowanie i obrazowo porównałeś z mdłościami. To oczywiście prawie wykluczone, ale zawsze istnieje pewne ryzyko. Lecz ty odkryłeś przede mną po prostu nowy poziom zła! A przy tym chociaż wiedza zawsze jest lepsza od niewiedzy, całą noc się zastanawiam nad jednym: po kiego diabła zmusiłeś mnie to tego, żebym dokopał się do prawdy?!

- Przepraszam, ja ciebie zmusiłem?!

- Naturalnie, że ty. Wpierw skłoniłeś do pytań, a potem jeszcze na nie odpowiedziałeś. I nie zrzucaj winy na to, że masz wstrząśnienie mózgu – to cię nie usprawiedliwia.
- O.

Sherlock obrócił głowę. Na tle okna odznaczał się jego ciemny profil.

- Kiedy mówię, że jestem poślubiony swojej pracy – dodał już spokojniej – to nie jest żart. Jestem z nią rzeczywiście ożeniony. Żyjemy w jednym domu, śpi w moim łóżku, chodzi w moim szlafroku, doprowadza do szału moją matkę, nigdzie nie puszcza mnie samego i odstrasza całą konkurencję. I nigdy nie będzie inaczej.
- Podoba mi się ta twoja praca – odpowiedział John ostrożnie. – Szalenie mi się podoba. I ona chyba nie miała do tej pory nic przeciwko mnie. Myślałem, że się nieźle zgadzamy... we troje.

- Tak – uśmiechnął się Sherlock. – Tak nieźle, że nawet pomyślałem, że chcesz właśnie jej. Tak nieźle, że właśnie tego mi najbardziej żal!
- Dlaczego żal? – spytał John jak mógł najspokojniej. – Czy cokolwiek się zmieniło?

Sherlock wysyczał coś niezrozumiałego i rozczochrał jeszcze bardziej swoje już i tak nastroszone kędziory.

- Tobie się wydaje, ze to wszystko jest proste.
- Bo jest.

- Nie jest. Choć muszę przyznać, że w twoją nieżyciową koncepcję moglibyśmy się wpisać. Gdyby tylko nie... Gdyby nie wszystko! Ze mnie jest nieszczególne niebo, John. A już na pewno nie żaden skarb. Jedyne, do czego jestem zdolny to uderzenie dwustu tysięcy wolt, ale raczej nie życzę tobie takiego losu. Ty po prostu nie rozumiesz. Spłoniesz na popiół, a ja nawet niczego nie poczuję. Będę znikać, zostawiać cię na miejscu zbrodni, gdzie diabeł mówi dobranoc. Zapomnę otworzyć ci drzwi, kiedy wejdę do mieszkania podejrzanego przez okno na dachu... A pewnego pięknego dnia wyciągnie mnie z domu jakaś wyjątkowo nierozsądna idea i nigdy się nie dowiesz, w jakiej bramie ktoś skręcił mi kark. Szukałeś kiedykolwiek wśród anonimowych zwłok w miejskich kostnicach człowieka, który jest ci drogi? Wiesz, co się czuje, kiedy z chłodni wysuwa się kolejna szuflada? Mycroft mówi, że tego się z niczym nie da porównać; a mnie przecież nawet nie przyjdzie do głowy, że ty mnie szukasz! Przerazisz się, widząc, co paliłem – kiedy naturalnie znów zacznę to palić. A jeśli wrócę do narkotyków, ty będziesz tym, kto mnie znajdzie martwego z igłą w żyle. I dobrze jeszcze, jeśli od razu martwego... I w końcu rozsypiesz się w popiół, John. Albo odejdziesz wcześniej, jeśli będziesz miał dość. Ale mnie i jedno, i drugie... jednakowo nie ucieszy. Dlatego proszę, jeśli potrafisz, przerwij to teraz. Uwolnij się. I mnie też.

John usiadł na posłaniu. Odetchnął powoli i przetarł twarz dłonią. Profil Sherlocka nadal rysował się na tle okna, gdzieś w domu kapała woda.

- Dobrze – powiedział w końcu. – Zbiorę swoje rzeczy.

- Dziękuję.

- Nie ma za co! – wybuchnął. – To ja dziękuję. Za taką... troskliwość!

Zabrzmiało to ostrzej, niż chciał, ale John uznał, że ma do tego prawo. Tak naprawdę w odpowiedzi na to ciche „dziękuję" miał ochotę uderzyć – bez zamachu, krótko, ale boleśnie. To „dziękuję" było szczere. Sherlock Holmes, nie zniżający się do podziękowań za kubek herbaty, ani za ocalenie życia, podziękował mu za rezygnację z bycia razem z nim. Ta myśl zabolała Johna tak mocno, że przeoczył moment, kiedy Sherlock zeskoczył z łóżka. Nie dostrzegł, jak ten dwoma krokami dotarł do drzwi, a potem nie wiadomo czemu zawrócił. I jedynie szybki, nagły ruch naprzeciw spowodował, że John się ocknął, wyrzucił ręce przed siebie i zatrzymał Sherlocka, kiedy między ich wargami pozostał najwyżej cal wolnej przestrzeni. Sherlock zamarł. John także.

- Dlaczego...? – wyszeptał Sherlock tak cicho, że nawet jego oddech był prawie niewyczuwalny. Nie było to „dlaczego" z gatunku tych, które zwykle oznaczały: „pojmij to wreszcie!" ani „zaraz udowodnię, jakim jesteś bałwanem". I John zmieszał się, choć odpowiedzi na to osobliwe „dlaczego?" miałby całkiem sporo. Dlatego, że nie chcę być zmuszony zapominać również i to. Dlatego, że niepotrzebna mi twoja nagła hojność. Dlatego, że przywykłem żegnać się szybko. Dlatego, że wierzę ci na słowo – ty nic nie poczujesz. Dlatego, że to dla ciebie – na pamiątkę...

Niczego takiego John nie powiedział. Ostrożnie odsunął Sherlocka na bezpieczną odległość i bez głębszego namysłu odparł:

- Tak po prostu.
xxx
Plan był śmiesznie prymitywny: pozbawić się wolnego czasu. Najlepsza do tego celu byłaby oczywiście, praca – ale nie w przychodni, tylko taka, która odpowiadałaby w pełni kwalifikacjom i doświadczeniu doktora Watsona i tym samym mogła pożerać jego czas całymi dobami. Zajął się więc poszukiwaniami i od razu w poniedziałek mu się poszczęściło. Specjalista od chirurgii ratowniczej okazał się potrzebny akurat w szpitalu Świętej Marii i prawie cały ten dzień John spędził w towarzystwie zespołu endochirurgów. Jak i prawie cały kolejny. I następny. I tak dalej.

Poczuł rzeczywistą ulgę.
Jednak przed poniedziałkiem była niedziela. Pani Hudson na wszelkie sposoby wypytywała Johna, o co chodzi, i z porażającym uporem odmawiała przyjęcia do wiadomości, że Watson wyprowadza się na zawsze. Nalegała, by klucze od mieszkania zatrzymał do końca miesiąca, i dopięła swego. Lestrade wpadł na Baker Street z zeznaniami do podpisu i – nie zastawszy Johna – aż do wieczora bombardował go niespokojnymi esemesami na temat stanu zdrowia. Donovan zainteresowała się, czy John w ogóle żyje. Mike Stamford proponował, żeby kolega tymczasowo zamieszkał u niego. A w nocy doktor Watson skasował swojego bloga i Harriet zaczęła do niego wydzwaniać tak zaciekle, że ostatecznie John po prostu wyrzucił komórkę za okno.

Blog naturalnie nie był winien bardziej niż Sherlock, ale John nie mógł go pozostawić w spokoju. Rano otworzył dziennik, siedząc na parapecie hotelowego pokoju, żeby opisać wczorajsze wydarzenia na peryferiach Ross. I nawet wpisał tytuł historii: „Tajemnica doliny Boscombe", a potem zaczął czytać. Czytał cały dzień i pod wieczór czuł się jak pijany. W swoich tekstach ujrzał niewiele rozrywki, za to bardzo dużo posiadania. To raczej nie było dostrzegalne dla innych osób, jednak John widział to całkiem jasno: póki pisał o jedynym na świecie detektywie-konsultancie, Sherlock należał do niego. Tylko w pewnym sensie, ale cały – ze swoimi nieposłusznymi lokami, nerwowymi palcami, nałogami i dedukcyjnym geniuszem. Ciekawe, co on sam o tym sądził? I nic innego nie można było zrobić, jak zlikwidować bloga w całości.

I tylko jeden problem nie był aż tak łatwy do rozwiązania. Szpital uniwersytecki znajdował się w Westminsterze i od niego na Baker Street John bez szczególnego trudu dokulałby nawet w znacznie gorszych czasach. W pierwszym tygodniu, wracając z pracy, przeszedł obok domu 221b dwukrotnie, w drugim – trzy razy. Zasłony w nieoświetlonych oknach nieodmiennie były zaciągnięte. O tym, co zrobiłby, widząc w jasnym oknie znajomą sylwetkę, John starał się nie myśleć.

Doskonale wiedział, że potrafi żyć bez Sherlocka. Ale nie pamiętać o nim było niemożliwe.

xxx
- Pani Hudson! Pani Hudson, to ja! – Nie doczekawszy się odpowiedzi, John postanowił otworzyć drzwi. Stanie pod mżącym deszczem było dość nieprzyjemne. Oczywiście lepiej byłoby, gdyby to gospodyni wyszła do niego, a nie na odwrót, ale widocznie znajdowała się poza zasięgiem głosu.
Doktor Watson rozejrzał się wewnątrz i stwierdził, że drzwi do mieszkania 221a na parterze były zamknięte.

- Pani Hudson! – zastukał, ale nie doczekał się odpowiedzi.
Wówczas wszedł po schodach na piętro i zajrzał do kuchni na Baker Street 221b, jak zawsze bardziej przypominającej laboratorium lub muzeum medycyny sądowej. Pani Hudson nie było również tutaj. Zachodząc w głowę, co to wszystko ma znaczyć, John już zamierzał zawołać jeszcze raz, kiedy w salonie skrzypnęła cicho kanapa i rozległ się jadowicie złośliwy głos Sherlocka:

- Czyżby naprawdę nic a nic ci nie sugerowało, że jej tutaj nie ma?

- To bardzo dziwne – odparł John lodowato. – Bo właśnie poprosiła mnie, żebym jej przyniósł klucze.
- Istotnie, dziwne – zgodził się Sherlock. – Zwłaszcza jeśli brać pod uwagę, że nie ma jej w Londynie od dwóch dni i wróci dopiero pojutrze.

John zastygł.
Kanapa skrzypnęła jeszcze raz. Sherlock, klepiąc bosymi stopami po dywanie, przeszedł przez pokój i padł na fotel stojący bliżej drzwi.

- Gdybyś nie pracował przez dwie doby bez przerwy, zdałbyś sobie sprawę, że nie mogła znać twojego nowego numeru - powiedział.
John westchnął. Racja. Dostał wiadomość, kiedy się przebierał, tuż przed opuszczeniem szpitala, i był tak zmęczony, że nic podobnego nawet nie przeszło mu przez głowę.

- Wyglądasz na skonanego – wyjaśnił Sherlock, nie doczekawszy się pytania ze strony Johna. – Ale nie tak zwyczajnie: masz przekrwione oczy, zesztywniałą szyję, dokoła paznokci ślady po talku z rękawiczek chirurgicznych, chociaż brałeś prysznic. I nawet tutaj czuję zapach kawy. Co jeszcze? Przyszedłeś tu pieszo, sądząc ze stanu obuwia, ale z niezbyt daleka, bo twoja kurtka nie całkiem przemokła. Myślę, że ze Świętej Marii, akurat twój poziom... Za to do domu pojedziesz metrem i to zapewne przez całe miasto. Pokój wynajmujesz u kobiety; ma sporego, beżowego psa, który bezczelnie sypia na twoim swetrze kiedy tego nie widzisz. Niech sypia, póki może, dlatego że Sara niebawem zaproponuje ci, żebyś wprowadził się do niej...

- Jak uważasz – przerwał mu John, uśmiechając się słabo. – Ale w tym naprawdę jest coś nieludzkiego.
Sherlock niedbale potrząsnął głową, chociaż oko mu błysnęło. Wyglądał okropnie, lecz John nie potrafił określić od jak dawna nie miał sprawy. Specyficzny obraz kliniczny miały tylko początkowe trzy-cztery dni apatii – jasne było, że dzisiejszy nie jest jednym z nich, ale to by było na tyle.
- Jak się czujesz? – John zajrzał do lodówki. Tylko po to, by nie stać jak słup na środku zabałaganionej kuchni. Lodówka okazała się zupełnie pusta – ani jedzenia, ani części zapasowych do nieboszczyków.

- Jak nikomu niepotrzebny kawałek złota – odrzekł Sherlock.

- Przepraszam... co? – John zamknął drzwiczki.

- Jak zawsze.
- Słyszałem w radio, że tego trzeciego faceta z banku złapali w Wenezueli. Pod cudzym nazwiskiem i z podrobionymi dokumentami. Mówili, że Interpol wykonał świetną robotę.
- Aha, Interpol, a jakże.

John zamilkł.
Sherlock patrzył na niego, złożywszy koniuszki palców w ulubionym geście. Znajome spojrzenie, od którego John już wcześniej czuł się zawsze nieswojo.

- No, dobrze. – Watson sięgnął do kieszeni kurtki, wymacał i rzucił na stół pęk kluczy. – Lepiej już pójdę. Przekaż pani Hudson, że byłem i oddaj jej to.
- Nie – powiedział Sherlock, nie odrywając od niego oczu. – Lepiej, żebyś został.

Johnowi zaparło dech z zaskoczenia. Wzdrygnął się, zmarszczył brwi i zacisnął powieki. Otworzył oczy: Sherlock nadal patrzył na niego, jakby wiedział, że tym samym pozbawia go możliwości poruszania. Wargi momentalnie mu wyschły.

John z trudem nakazał sobie zrobić wdech i wziąć się w garść.

- Myślałem, że wszystko już ustaliliśmy – przypomniał, jak mógł najbardziej powściągliwie. – Odszedłem, bo to ty mnie o to prosiłeś.
- Odszedłeś, bo sam tak zdecydowałeś. Ja prosiłem tylko, żebyś przestał.
- Co?! – John mało się nie roześmiał. – Jak ty to sobie wyobrażałeś? Czy ja wyglądam na człowieka, który gdzieś ma jakąś wajchę albo pulpit zdalnego sterowania z przełącznikiem? Czy może miałeś nadzieję, że...

- Nie wiem co i gdzie masz, John. Nie jesteś podobny do nikogo. Kogoś takiego widzę po raz pierwszy i najwyraźniej ostatni w życiu. I miałem nadzieję – a dokładniej, bardzo liczyłem na to, że znajdziesz jakiś sposób, żeby ze mną zostać.

Brak słów. Watson z niedowierzaniem pokręcił głową.
- I jeszcze jedno... – Sherlock w końcu odwrócił wzrok. – Co prawda to też nie jest to, co chciałbyś usłyszeć. Odnośnie „uwolnij mnie", co, jak sądzę, najbardziej cię dotknęło. Jednak coś poczułem. To mi się nie spodobało.
John przełknął.
- I nawet nie wiem, dlaczego. Możesz to włączyć do swojego modelu jako element nie podlegający objaśnieniom. Chcę być twoim niebem. I całą resztą. Chociaż nadal uważam, że mógłbyś znaleźć sobie jakiś bardziej przyjemny sposób na samobójstwo.

- To wszystko? – John ostrożnie potarł skronie, próbując sobie to wszystko poukładać w głowie. Nadal nie wiedział, czy jest bardziej zły, czy rozbawiony.
- Śnisz mi się – dodał Sherlock, rzucając mu spojrzenie z ukosa. – I w ogóle to jeszcze lęgnie się pewna sprawa. Wczoraj w Woking prosto z hangaru McLaren zniknął wyścigowy bolid, przygotowany do etapu Formuły 1 w Silverstone. Mycroft prosił, żebym ją wziął. A załoga twierdzi, że niemożliwe było wywieźć ten samochód z miasta.
- No to zwyczajnie nie ma go tam jak schować.

- Tak. Cały dzień czekałem, że może zadzwonią i powiedzą, że sami już znaleźli. Ale najwyraźniej trzeba będzie się tam wybrać.

John chwile się ociągał, a potem włożył ręce do tylnych kieszeni dżinsów i wszedł do salonu.

- No dobrze – powiedział. – Ja coś... wymyślę.
Sherlock uśmiechnął się: samym kącikiem ust, jak zawsze, kiedy działo się właśnie to, czego oczekiwał - lecz zarazem był dziwnie zamyślony. Widocznie, jednak nie wszystko spełniało się według jego przewidywań i to go zbiło z tropu.

- Chcesz usłyszeć, jaką mam ideę? – zapytał. – Choćby na początek?

- Nie.

- Nie?

- Na pewno jest paskudna. I przyszła ci do głowy już dawno temu.

- Dlaczego tak myślisz?

- Przecież to jasne. Usiłujesz dopełnić absolutne zło komplikacjami w rodzaju mniej złych wariantów.

- Uważam, że je rozcieńczą.

- Twoje pomysły – John przymknął oczy, napinając się od powstrzymywanego niepokoju, jak sprężyna – są z dnia na dzień coraz bardziej absurdalne.

- To znaczy, że nie ma szans? – zapytał Sherlock, patrząc na niego badawczo.

- Żadnych – zdecydował John.

I pocałował go.
Wszystko udało mu się złowić i dostrzec: trzepocące w zdumieniu rzęsy, zaskoczone westchnienie, zachwyt w lśniących źrenicach. Naturalnie usta Sherlocka wpiły się w niego niecierpliwie i zaborczo, i oczywiście całowali się zupełnie nieporadnie – jedno wielkie nieszczęście, a nie pocałunek. John natychmiast zapłonął jak zapałka, od jednego tylko dotknięcia. Nie wątpił, że Sherlock potrafi inaczej, ale zapamiętać chciał właśnie ten pierwszy pocałunek – ten pospieszny i żarłoczny kataklizm.

I coś jeszcze.

Wczepił palce w ciemne kosmyki, zmuszając Sherlocka do przechylenia głowy, zagarniając jego usta całkowicie i władając nimi niepodzielnie. I odpowiedział tak, jak chciał. I uwolnił dopiero wtedy, gdy żądza podeszła mu do gardła i już nie miał czym oddychać. Cofnął się, czując zawroty głowy, i czekał, aż jego niebo otworzy oczy.

- Miałem rację – powiedziało niebo, ledwo dysząc. – Jak zawsze.

A John w końcu zaczął się śmiać.

Koniec epizodu pierwszego, kontynuacja w epizodzie „Prawo własności".