Sen trwał zbyt krótko, by zmęczone ciało mogło odpocząć. Czujne, wyćwiczone przez lata walk zmysły Kurogane zareagowały, nim on sam zdołał się do końca przebudzić. Najpierw usłyszał skrzypienie desek i podniesione głosy, a dopiero potem zorientował się, że Fay leży w jego objęciach, nadal pogrążony we śnie. Czując, że coś jest nie tak, podniósł się na posłaniu, co spowodowało pomruk niezadowolenia ze strony blondyna.

Głosy stały się jeszcze głośniejsze, ktoś o ostrym, stanowczym głosie wydawał rozkazy na parterze gospody.

- Obudź się – szepnął wojownik, lekko szturchając maga i siadając na łóżku. Miał złe przeczucia. Fay otworzył oczy i spojrzał na niego pytająco. – Straż albo żołnierze – na schodach rozległy się rytmiczne kroki kilku osób.

Flourite nie czekał na dalsze wyjaśnienia, jednym ruchem zerwał się z łóżka i sięgnął po porzucony przy posłaniu płaszcz, wyjmując ukradkiem z kieszeni mały, ale ostry nóż. Kurogane potrząsnął śpiącymi nastolatkami i warknięciem uciszył Mokonę, która próbowała wyrazić własną opinię o wyrwaniu jej ze snu.

- W kąt – syknął wojownik do Sakury, która posłusznie wcisnęła się w róg pokoju, tuląc do siebie istotkę. Księżniczka, podobnie jak Syaoran, była zdezorientowana, ale nie straciła zimnej krwi. Kurogane uśmiechnął się pod nosem, widząc jak szczupła dłoń dziewczyny szuka po kieszeniach kozika, który kiedyś jej dał, by miała czym się bronić.

- Co się dzieje? – zapytał Syaoran, kładąc dłoń na rękojeści miecza. Orzechowe oczy, mimo że nieco zaspane, wyrażały gotowość do walki.

Kurogane nie zdążył odpowiedzieć, bo kroki zadudniły na korytarzu i zaraz potem silna męska pięść uderzyła w spróchniałe drzwi.

- Otwierać, w imię Królestwa Valerii!

Wojownik szarpnięciem głowy dał do zrozumienia towarzyszom, by się cofnęli. Izba była zbyt mała, by można było się w niej swobodnie poruszać podczas walki, więc miał nadzieję, że uda się im załatwić sprawę pokojowo. Wyciągnął dłoń do zasuwki i otworzył drzwi.

Blask latarni niemal go oślepił. Mrugając, dostrzegł kilkunastu ciemnowłosych mężczyzn w jednakowych mundurach, każdy z metalowym godłem na ramieniu. Nie był w stanie rozpoznać symbolu. Każdy był uzbrojony w ciężkie, krótkie miecze.

- Dlaczego jesteśmy niepokojeni? – Kurogane szybkimi spojrzeniami ocenił postury żołnierzy i stwierdził, że nie jest dobrze. – Jesteśmy podróżnymi, przybyliśmy do tej wioski przed paroma godzinami.

- Doniesiono nam, że w tej izbie ukrywa się człowiek poszukiwany przed władze Valerii – odpowiedział spakowany mężczyzna w hełmie ozdobionym symbolem – wyrytymi w metalu na wpół złożonymi skrzydłami i mieczem skierowanym ostrzem ku dołu.

- Bzdura… - mruknął Kurogane, a żołnierz postąpił krok naprzód, unosząc wysoko dłoń z latarnią. Żółty krąg światła padł na milczącego Faya, a oczy żołdaka, ciemne i głęboko osadzone, zabłysły.

- Brać ich!

Na rozkaz stłoczeni w korytarzu żołnierze wpadli do izdebki, a Kurogane wyszarpnął miecz z pochwy i zablokował cios jednego z nich, zauważając, że atakują, by zranić, a nie zabić. Nie był w stanie jednak zamachnąć się mieczem z powodu tłoku. Popchnięty na ścianę, próbował kontrować, ale potknął się o zsunięte z łóżka na ziemię koce. Nim odzyskał równowagę, zauważył, że dotąd napierający żołnierze nagle się wycofują, a księżniczka osuwa się na ziemię.

Sekundę później, chwytając powietrze w płuca, poczuł zawroty głowy i zrozumiał. Mrugając, by pozbyć się mroczków przed oczami, próbował ocenić sytuację. Syaoran klęczał obok księżniczki, próbując ją ocucić, chociaż sam krztusił się gazem, a żołnierze stali w progu, kryjąc usta i nosy rękawami. Kilkoro z nich miało w rękach małe urządzenia, podobne do buteleczek perfum.

Spojrzał na Faya. Mag nadal stał, ale kurczowo trzymał się desek ściany. Oddychał równie ciężko co Kurogane i na chwilę ich spojrzenia się spotkały. Niebieskie oczy były zamglone, ale strach przedzierał się przez oszołomienie niczym blask słońca przez podarte zasłony.

Tego się bałeś? , pomyślał wojownik, a w chwilę później wszystko uciekło mu sprzed oczu, zamazało się i pociemniało.


- Przepraszam, ale bierzecie mnie za kogoś innego – powtórzył spokojnie Fay, czując, że sytuacja wymyka się mu spod kontroli. Siedząc pod drewnianą ścianą obserwował czarne, skórzane buty strażników, którzy patrzyli na niego z mieszaniną niepewności, zakłopotania i zaczątkami gniewu.

- Nie ma takiej możliwości – burknął jeden z nich, dowódca, zatrzymując się przed nim. Ciemnymi oczami zerknął na nadgarstki blondyna, oplecione sznurem i zmarszczył brwi. – Był rozkaz: szukać potomka Złotej Dynastii. Masz jasne włosy, czyli nim jesteś.

Blondyn zdusił westchnienie, czując, że wykład o równoległych wymiarach i światach na niewiele się zda w przypadku żołdaków. Gdyby natrafił na jakiegoś uczonego, maga, chociażby nawet studenta, może udałoby mu się wmówić, że nie jest stąd. Teraz miał jednak przed sobą prostych, trzeźwo myślących ludzi, którzy z pewnością nie mieli żadnego pojęcia o magii i w ich oczach wyszedłby na szaleńca, czego chciał uniknąć.

Zbyt dobrze pamiętał, co w tym kraju robi się z tymi, którzy stanowią zagrożenie.

- Pytam jeszcze raz – dowódca odwrócił się i przemaszerował kilka metrów, po czym zamaszyście obrócił się na pięcie. – Ty jesteś Yuui lub Fay von Valeria?

- Nie – odparł krótko Fay. Dowódca zmieszał się pod wpływem zimnego, nieruchomego spojrzenia niebieskich oczu, ale nie spuścił z tonu.

- Kłamstwo ma krótkie nogi – powiedział. – Dopóki jednak się nie przyznasz, że możemy cię wydać jarlowi Nikolasowi. Skoro jesteś taki uparty, zobaczymy – uśmiechnął się chłodno i złośliwie. – Chłopcy, podwieście go tu na chwilę. Poczekamy, aż mróz i wiatr zmuszą go do mówienia.

Skinął na strażników. Dwóch żołnierzy podeszło do niego i bezceremonialnie chwyciło za ramiona, zmuszając do powstania. Fay przeklął w myślach więzy i cieniutką metalową obręcz o perłowym połysku, otaczającą luźno jego szyję. Zdawał sobie sprawę, co mu nałożono, gdy był oszołomiony narkotycznym gazem – blokadę antymagiczną, przedmiot tak rzadki, że aż dziwne, skąd oddział żołnierzy miał coś takiego. Obręcz blokowała jego magię, nie pozwalając mu jej ukształtować w zaklęcie.

Jeden z żołdaków zerwał z jego ramion płaszcz, powodując, że jego ciałem wstrząsnęły dreszcze, drugi związał mu mocniej nadgarstki. Flourite miał podejrzenia, czemu to robią, mimo to i tak żołądek podjechał mu do gardła, by zobaczył pośrodku byle jak skleconej szopy wbity w zamarzniętą i pokrytą śniegiem ziemię pal. Zmuszony, padł na kolana, a ręce jego oprawcy przywiązali mu do poprzecznej belki tak, że musiał je ciągle trzymać wyprostowane.

Jeden z żołnierzy, o dzikich oczach i zarośniętej twarzy, pochylił się i grudką lodu uderzył w jedyne okno szopy, powodując, że drewniane okiennice rozwarły się szeroko, wpuszczając do środka podmuch lodowatego powietrza.

- Za pół godziny go odczepicie – mruknął dowódca. – Będzie śpiewał jak z nut.


Zimno.

Wkrótce tylko ta myśl tłukła mu się po głowie. Szczękając zębami, próbował zmienić pozycję, ale wyciągnięte w górę ręce zaatakowały bólem. Jedyne, co mógł zrobić, to przysiąść na nogach, których już niemal nie czuł. Dłonie, skostniałe i nieruchome, miały siną barwę. Zwiesił głowę na piersi, nie mając sił, by ją unieść. Nocny mróz, największe przekleństwo tego kraju, zbierało swoje żniwo. Płuca kłuły drobinkami lodu przy każdym oddechu.

Przez otwarte okno wpadł tuman śniegu, lepiąc się do przesiąkniętych wilgocią ubrań.

Wiedział, że umrze. Nikt po niego nie przyszedł, by go uwolnić, chociaż minęło już znacznie więcej niż pół godziny. Nie miał szans, zdawał sobie z tego sprawę, znał mordercze właściwości północnych nocy. Najpierw przemokły mu spodnie i mróz zaczął przenikać do nóg, potem zaczął padać śnieg i zrobiło się jeszcze zimniej, więc zsiniały mu ręce. Po dreszczach przyszły skurcze, po skurczach organizm się poddał – i powoli, nieubłaganie, śmierć się zbliżała. Chwilami miał halucynacje, uwięziona magia w jego żyłach wariowała. Widział ciemne cienie, ramiona kościotrupa, które wyciągała do niego sama kostucha, potem wszystko zmieniało się w mgłę i lód.

Z trudem uniósł głowę, łapiąc łapczywie powietrze. Ból eksplodował w płucach i z tyłu głowy, magia zawyła bezgłośnie, a przed oczami zobaczył snop iskier. Głowa opadła mu na pierś, bo ten jeden prosty ruch wyrwał z niego ostatki energii.

Chciał coś powiedzieć, poruszył pozbawionymi koloru wargami, ale nim w jego umyśle przez chaotyczne myśli przebiło się cokolwiek sensownego, powieki opadły.

Zimno, chłód i mróz. Pochylił się do przodu, napinając więzy, które nagle pękły, ale on nie był już w stanie tego zarejestrować, padając twarzą w śnieżną zaspę.


Płonął.

Każdą żyłą i tętnicą płynął zamiast krwi płynny ogień, każda komórka była epicentrum pożaru, a w głowie szalało piekło. Nie miał pojęcia, jak długo leżał, zaciskając zęby, by nie wrzeszczeć. Powoli z czerwonej, gorącej ciemności zaczęły wyjawiać się zmysły – leżał na czymś miękkim, oddychał cieplejszym powietrzem, tak miłym dla jego spalonego gardła, zaciskał powieki, widząc przez nie jasne światło.

Czyjaś ręka spoczęła na jego karku i uniosła lekko głowę. Poczuł na popękanych wargach rozkoszny chłód szkła i coś gęstego i słodkiego zaczęło spływać mu po języku i gardle. Przełknął bez zastanowienia, a płyn łagodnie przesunął się w dół, łagodząc i niosąc przyjemny chłód.

- Śpij – usłyszał nad sobą, gdy jego głowa znów znalazła się na posłaniu. Nawet nie myślał zaprzeczyć, znów popadł w mrok.


Za drugim razem przebudził się o wiele przytomniejszy, jednak nie otwierał oczu. Gardło nadal bolało, ale zniknęło to straszliwe gorąco. Leżał, ubrany w obce, miękkie i wygodne rzeczy, pod jakimś lekkim, ale ciepłym przykryciem. Przez dłuższą chwilę zastanawiał się, gdzie jest. Zdecydował się w końcu otworzyć oczy, ale porzucił swój zamiar, gdy gdzieś z boku usłyszał dwa obce głosy.

- Wynocha – mówił kobiecy głos tonem cichym, ale pełnym złości. – Wypieprzaj stąd, powiedziałam.

- Chcę wiedzieć, co z nim – odparł męski głos o irytującym brzmieniu.

- Dobre sobie – burknęła kobieta. – Jak myślisz, co może z nim być? Zostawiliście go na pewną śmierć, dupku. Twoi żołnierze najpierw go związali w tej szopie, a potem poszli na piwo i się urżnęli.

- Ma chorobę płuc?

- A co to ja, lekarz?! Wcześniej kaszlał tak, że o mało sobie tych płuc nie wypluł, potem ucichł. Mnie bardziej niż jego płuca interesują jego kończyny – w wzburzonym głosie kobiety zabrzmiała kpina. – Chciałeś kalekę posadzić na tronie, sukinsynie? Przecież jeszcze parę minut, a jego nóg i dłoni nie dałoby się odratować. Wątpliwe, by przeżył amputację. Miałbyś trupa z koroną. Wybornie to sobie obmyśliłeś, jarlu.

- Zamknij mordę! – krzyknął mężczyzna. – Nie masz prawa mnie obrażać…

- Słuchaj, idioto. Zamkiem i Valerią możesz sobie rządzić, ale tu, w tej komnacie, władzy nie masz. Jeszcze jedno słowo wypowiedziane podniesionym głosem, a zobaczysz, że żaden z twoich ludzi już nigdy nie zobaczy eliksirów leczących i będą zdychać po otrzymaniu jakiejkolwiek rany. A teraz się wynoś, bo nie ręczę za siebie.

- Doprowadzisz go do jutra do stanu używalności?

- Do jutra? Ciebie to końca popieprzyło, Nikolas. Dwanaście godzin próbowałam ocalić jego nogi i dłonie, a ty mi tu dajesz jedną noc? Co najmniej trzy doby, panie Chcę-Tronu. A teraz wynocha i żebym nie widziała ani ciebie, ani żadnego z twoich ludzi na tym korytarzu, bo flaki powypruwam i sala tronowa będzie miała nowe ozdóbki na ścianę.

Trzasnęły drzwi, a potem Fay usłyszał stukot obcasów.

- Kiepsko ci idzie udawanie nieprzytomnego – skomentowała kobieta. – Oddech cię zdradza, blondasku.

Uchylił powieki i z trudem uniósł się na łokciach. Rozglądając się dookoła, zauważył że znajduje się w przestronnej, jasnej komnatce. Przez oszronione szyby do środka wpadało słońce, oświetlając stoły pod ścianami, zawalone fiolkami, retortami i książkami. W powietrzu unosiła się woń alchemicznych odczynników, którą tak dobrze znał z pracowni w Celes. Łóżko na którym leżał, wciśnięte było w kąt między dużą szafą a sporym paleniskiem, teraz wygaszonym. Okrywały go grube koce.

- Gdzie jestem? – zapytał zachrypniętym głosem, szukając właścicielki tego dominium. Wysunęła się zza szafy i stanęła tak, by mógł ją dobrze widzieć.

Miała najwyżej dwadzieścia pięć, sześć lat i sylwetkę szczupłą, ale odpowiednio zaokrągloną. Czarne włosy opadały jej falami na plecy, a spod umalowanych rzęs patrzyły śmiało ciemne, wykrojone w kształt migdałów oczy. Miała na sobie ciemną tunikę, ukrywającą spory biust i męskie bawełniane spodnie, których nogawki dotykały czarnych, skórzanych chodaków.

- Sądząc po tym, w jakim stanie zostałeś tu przyniesiony po odmowie przyznania się kim jesteś, odpowiedź cię zmartwi – kobieta przysiadła na jednym ze stołów, przesunąwszy uprzednio kilka retort. – Jesteś na valeryjskim zamku. I tak, wiemy kim jesteś.

Fay zdusił westchnienie. Powoli przestawało mu się kręcić w głowie i pomiędzy zamroczeniem pojawił się strach. Nie dał poznać po sobie, jak mocno bije mu serce.

- Czego ode mnie chcecie?

- Ja akurat chcę, byś nie próbował wstawać, bo twoja łepetyna ciężko zniesie spotkanie z podłogą – odparła z przekąsem czarnowłosa, gdy spróbował usiąść. – Wlałam w ciebie taką ilość eliksirów, że nieźle ci organizm przewierciło, więc radzę, byś nie próbował. Jako mag musisz co nieco wiedzieć o skutkach ubocznych. No co? – spytała w odpowiedzi na jego zaskoczone spojrzenie. – Nie na darmo tą obróżkę nosisz, głupia nie jestem, wiem, co to.

- Jesteś czarodziejką? – Fay opadł z powrotem na poduszki. Nie wyczuwał co prawda magicznej aury bijącej od kobiety, ale mogło to być stępienie zmysłu magicznego, spowodowane albo eliksirami w nadmiernej ilości, albo blokadą na szyi.

- Gdzie tam – mruknęła pod nosem. – Kiedyś terminowałam u jednego czarownika, ale jedyne co umiał zrobić to podpalić pracownię, więc w końcu przerzucił się na eliksiry. Podłapałam co nieco, ale tylko te umiem, do których nie używa się zaklęć – wskazała ręką na stoły. – Robię za znachora od zranień, oparzeń i odmrożeń – spojrzała na niego znacząco. – Masz cholerne szczęście, że dwa dni temu dorobiłam eliksirów. Jeszcze parę minut na tym mrozie, a zostałbyś kaleką.

- Słyszałem – powiedział cicho, patrząc w sufit. Kobieta nie stanowiła dla niego zagrożenia, więc pozwolił ciału się odprężyć. Rzeczywiście czuł się osłabiony. – Kim był ten facet? Czego ode mnie chce?

- Słyszysz wybiórczo, jak widzę – parsknęła, wywracając oczami. – Dobra, księciuniu. Wyjaśnię ci zwięźle sytuację, żebyś wiedział, w jakie gówno się wpakowałeś… Aha, jeszcze jedno. Łaskawie określ, którym z bliźniąt jesteś.

Czyli już po wszystkim. Ale jakim cudem?

- Fay – odpowiedział krótko blondyn, usilnie zastanawiając się, ile informacji może wydobyć od ciemnowłosej alchemiczki. Najbardziej interesowała go kwestia jego towarzyszy, ale uznał, że najpierw zapozna się z tym, co ma mu do przekazania kobieta.

- Tabitha – przedstawiła się równie zwięźle, przekręciła się na stole, na którym siedziała. – Więc słuchaj. Od kilkudziesięciu lat, od czasów Starego Króla, panuje bezkrólewie…

- Przecież on zabił wszystkich – wtrącił blondyn, próbując poukładać sobie nowe fakty. Gdy Ashura zabrał go z miejsca uwięzienia, Valeria była jednym wielkim pogorzeliskiem i cmentarzem, a tymczasem miasto, które widział z okna komnaty, kwitło życiem.

- Tak, Stary Król przeszedł przez miasto – powiedziała wolno Tabitha, lustrując go ciemnymi, jak u wszystkich Valeryjczyków, oczami. – I zabił każdą żywą istotę, którą napotkał, spopielił każde domostwo. Ale Valeria to nie tylko miasto, to też maleńkie wioski, zadupia zakopane głęboko w śniegu, do których przez większą część roku nie ma jak się dostać. Tam nie dotarł w swoim szaleństwie. Mijały lata, a mieszańcy wiosek zaczęli ciągnąć ku zniszczonej stolicy i wspólnymi siłami podnieśli ją z ruiny. Wybrali spomiędzy siebie przywódcę – jarla, który miał rządzić Valerią w imieniu króla, ponieważ nie ocalał żaden potomek Złotej Dynastii – przeszyła go wzrokiem, aż Fay poczuł się nieswojo. – Mężczyzna, który ze mną rozmawiał, to mój kuzyn i jarl Valerii, Nicolas. Piętnaście lat temu, gdy otrzymał władzę od poprzedniego jarla, odnalazł stare zapiski, z których wynikało, że syn Starego Króla miał dwóch synów, zesłanych jako dzieci do Piekielnej Wieży za samo istnienie.

Słowa kobiety boleśnie zabolały, a w umyśle Faya ponownie pojawił się obraz strzelistej, czarnej wieży, ale przygryzł wargę i zmusił się do przybrania tak obojętnej maski, jaką tylko był w stanie stworzyć.

- To stało się obsesją Nicolasa – kontynuowała Tabitha, a jej wzrok złagodniał i zmiękł. – Zaczął szukać ciebie lub twojego brata, przekonany, że żyjecie. Rok w rok wysyłał oddziały uzbrojone w narkotyk oszałamiający - nawiasem mówiąc, produkcji tego samego czarownika, u którego się uczyłam – i blokady, też przez niego zrobione. Dzieciak z gospody wydał im ciebie i twoich towarzyszy.

- Co z nimi? – blondyn uniósł głowę z niepokojem, Tabitha jednak pojednawczo uniosła ręce.

- Przymknęli ich, ale upewniłam się, że nie dokucza im ani zimno, ani głód. Mam niewiele wpływów, ale to mogłam zrobić.

- Po co jestem potrzebny Nicolasowi, skoro sprawuje władzę nad całym krajem? – mag uniósł się na łokciach i z trudem usiadł, ignorując wywrócenie oczami, które teatralnie wykonała alchemiczka.

- Nie znasz tych praw – stwierdziła cicho, jakby z zamyśleniem. Zamilkła na moment, po czym mówiła dalej. – Tak, jest jarlem, ale chce korony. Monarcha ma absolutną władzę. Valerią rządzą jednak stare, bardzo stare prawa. Jedno z nich głosi, że tylko dziedzic Złotej Dynastii może zasiąść na tronie. I tylko dziedzic może zmienić to prawo, pozwalając komukolwiek innemu przejąć władzę.

Blondyn poczuł, jak oblewa go zimny pot. Zrozumiał, o co chodzi, jako wychowanek królewski miał niejakie pojęcie o zawiłościach królewskiego prawa.

- Chce, bym został królem i zmienił dla niego prawo – powiedział cicho. – A co zrobi potem?

- Znasz odpowiedź – Tabitha uniosła na niego ciemne oczy, spojrzenie miała twarde, ale gdzieś w środku czaił się żal i ból. – Blokada na twojej szyi nie jest jedyna. Cały zamek otaczają podobne zaklęcia. Straże są mu lojalne. Nicolas nieźle się przygotował przez ostatnie lata. Jesteś więźniem na własnym zamku, Fay, a twoi przyjaciele są zakładnikami, gwarantami swojej zgody.

- Czemu mi pomagasz? – zwiesił głowę na piersi, znów czując się jak marionetka. Świadomość zbliżającej się śmierci nie była tak przerażająca, jeśli chodziło o niego samego, ale gdyby po wszystkim Nicolas stwierdził, że Kurogane, Saoran i Sakura z Mokoną na doczepkę są już mu nie przydatni…

- Po pierwsze, nienawidzę gościa od lat – Tabitha zeskoczyła ze stołu, podeszła do okna i położyła dłoń na szybie. Patrzyła na ośnieżone dachy domostw. – Od dziecka przejawiał tendencje do okrucieństwa, a mną zawsze pogardzał, bo mój ojciec był chłopem, więc z racji urodzenia nie mam ani kontaktów, ani wpływów. Dzisiaj zagroziłam mu, że odetnę mu dostawy eliksirów, ale wtedy i tak po prostu usunie mnie z zamku. Po drugie, żaden lekarz czy pseudolekarz taki jak ja, nie chciałby, by zamordowano kogoś, nad nim ślęczało się pół doby, ratując od odmrożeń. Po trzecie, ta dziewczyna o miedzianych włosach… To jeszcze dziecko.

- Czy mam jakieś szanse? – zapytał po dłuższej chwili milczenia.

- Nikłe. Nie uciekniesz. Ja nie jestem w stanie ci pomóc ponad to, co już zrobiłam. Dałam ci trzy dni, zanim będę musiała wpuścić tu Nicolasa. Potem pod groźbą śmierci twoich przyjaciół zmusi się, byś przyjął Lodową Koronę, a gdy podpiszesz akt zmiany praw, zabije cię.

Ciężka, gęsta cisza zawisła w komnatce, a Fay powiódł niebieskimi oczami po stołach zawalonych alchemicznymi przedmiotami, nie widząc ich. W miejscu drzwi ujrzał dwoje szkarłatnych, intensywnych oczu i gorzko pomyślał, jak przewrotny jest jego los.

Jeszcze kilkanaście godzin temu, w objęciach Kurogane, był szczęśliwy. Najwidoczniej przeznaczenie lubiło bawić się jego życiem, wynurzając go z piekieł, na moment stawiając w radosnym słońcu, by znów brutalnie zepchnąć w dół, w ciemności.

Bratobójca nie zasługuje na życie, więc przyjmę tę śmierć. Ale on nie jest niczemu winny. Miał jedynie pecha pokochać mnie, wiecznie przeklętego bliźniaka, kłamcę i nieudacznika. Nie chcę, by to przyniosło na niego nieszczęście…


Eto... Mam nadzieję, że postać kobieca *macha do pewnej osoby* nie wyszła źle... *chowa się pod stół*. Rozdzialik informacyjno-drastyczny (taaak, Fay oberwał, a kto inny), z nikłym udziałem Kuro-chana. Osobiście twierdzę, że wyszedł kiepsko, było dużo objaśnień, a końcówka mdła, ale cóż - wena zając, ucieka... Cóż, dalej może będzie lepiej.

I znów osobnik o imieniu Nicolas jest mnie tym zlym... Alter ego jarla Valerii siedzi w zamkowej wieży w Królestwie i krzywdzi swojego więźnia, to pewnik. Dobra, koniec ględzenia... Enjoy.