Disclaimer: I do not own characters and I don't make any profits on writing.

Od autora: Tak, cykl miał się zakończyć z poprzednią historią. Ale wena ma swoje kaprysy i podsuwa nowe opowieści. Tym razem trafiła na Dead Men Do Tell Tales Icyfire i sama zaczęła snuć opowieść. Podziękowania dla Arianki. Za cierpliwość i rozmowy. I pozdrowienia dla Amigi, Lady Arvena i ABlape. Mam nadzieję, że się Wam spodoba.

Uzurpator

.

Rozdział 1. Odkrycie

.

Lato w Kalifornii było porą upalną i suchą, podczas której słoneczny skwar sprawiał, że liście drzew szarzały, a kwietne łąki na wzgórzach zmieniały się w pyliste klepiska. Jednak, co jakiś czas, zwłaszcza gdy miało się ku końcowi, wiatry znad oceanu przynosiły deszcz. Nie taki jak zimową porą, kiedy to z zachodu sunęły ciężkie i brzuchate od wilgoci chmury zalewające przez dzień i noc wszystko i wszystkich równymi strugami wody, ale względnie krótkie nawałnice, nadrabiające gwałtownością swą przelotność.

Taka właśnie ulewa nawiedziła Los Angeles. Barwne markizy smętnie obwisły od wilgoci, zabudowania znikły za szklistą ścianą, a pył i piach na placu zmieniły się wpierw w błoto, a zaraz potem znikły pod warstwą wody. Nikt, kto nie musiał, nie opuszczał domów, gdzie pod przeciekającymi stropami ustawiano cebrzyki, miski i garnki, a niejedna domowa gospodyni beształa swego męża za zaniedbane łatanie dachu. Jednak każda nawałnica przemija. Ta także, nim wzeszło słońce, oddaliła się na wschód i Los Angeles przywitało poranek mokre niczym świeżo ukończone pranie.

Sierżant Mendoza ruszył na obchód placu. Ziewał rozdzierająco co chwila. Noc w garnizonie była względnie spokojna, bo szczelny dach koszar nie przepuścił ulewy, ale sierżant od zawsze wolał spać dłużej niż do świtu. Niestety, nie było mu to dane i pocieszał się tylko tym, że odbije to sobie podczas sjesty. Teraz musiał rozejrzeć się, jakie szkody ulewa wyrządziła w pueblo.

Kilka markiz na domach otaczających plac oberwało się z zaczepów. Dwa czy trzy pospiesznie sklecone z gałęzi daszki nie wytrzymały naporu strug deszczu i spadły, blokując wejścia na werandy czy do komórki. W bocznej uliczce dwie kobiety zgarniały błoto ze stopni. Zza drzwi kolejnego domu dobiegała głośna kłótnia, żona wypominała mężowi zamoczone łóżko. Dym unosił się już z kominów, także z tego nad gospodą, a jej otwarte drzwi zapraszały, by wstąpić na wczesne śniadanie. Sierżant chętnie by tam skręcił, ale jego uwagę w tej chwili przyciągnął widok w zaułku. Zza stojącego tam wózka wystawały buty. Może nie byłoby to aż takie dziwne, ale te buty wciąż tkwiły na czyichś nogach.

– Więc co zamierzacie zrobić z tym morderstwem?

– Morderstwem? – spłoszył się sierżant Mendoza. – Nie mamy pewności, czy to jest morderstwo, señor Delgado...

– Jak to nie macie? – zirytował się Delgado. – Każdy chyba może zobaczyć, że ten człowiek został zamordowany! Czy też w tym pueblo trupy są tak pospolite, że nie zaprzątają waszej uwagi? Ładnie pełnicie swoje obowiązki!

Sierżant skrzywił się boleśnie, słysząc ten zarzut. Jego obowiązki, a właściwie ich wypełnianie, było drażliwą kwestią od czasu przybycia z Monterey señora Cristobala Delgado, specjalnego wysłannika gubernatora.

– Co się stało, sierżancie? – Czyjś spokojny głos wtrącił się w rozmowę. Sierżant obejrzał się przez ramię.

Don Alejandro! – ucieszył się głośno. – I don Diego!

Señores de la Vega… – Delgado skłonił głowę na powitanie. Dwóch mężczyzn, starszy i młodszy, odkłoniło mu się w odpowiedzi. Grzecznie, ale bez nadmiernej uniżoności.

– Zauważyliśmy zamieszanie, więc… – zaczął mówić młodszy.

– Mamy trupa, don Diego. – Mendoza powiedział to w tej samej chwili, co odezwał się Delgado.

– Popełniono tu morderstwo, jeśli chcecie wiedzieć, señores. Ale to jest sprawa przedstawicieli prawa, a nie…

– Jestem także wydawcą tutejszej gazety – zauważył Diego. Don Alejandro cofnął się o krok, pozostawiając synowi prowadzenie rozmowy. – Ludzie mają prawo wiedzieć, co się wydarzyło…

Delgado sapnął, ale łagodny ton głosu don Diego nie pozostawiał mu zbytnio możliwości ataku. Prócz tego sierżant przepchnął się do przodu, gdzie dwaj żołnierze pilnowali wejścia do zaułka.

Don Diego, jeśli możecie podejść i popatrzeć na tego nieszczęśnika… – powiedział. – Posłałem już po doktora Hernandeza, ale jest u pacjenta, a trzeba by zabrać stąd ciało. Ktokolwiek to jest, nie powinien leżeć tak w błocie…

– Podejść i zatrzeć ślady? – wtrącił zjadliwie Delgado.

– Ależ skąd! Don Diego z całą pewnością tego nie zrobi… – zaprotestował sierżant.

– Poza tym – stwierdził Diego – tutaj nie ma śladów.

– Jak to nie ma?

– Może nie jestem indiańskim tropicielem, ale… – Młody de la Vega zatrzymał się w pewnej odległości od zwłok. – Ale potrafię dostrzec, że dookoła niczego nie widać.

Delgado nie odpowiedział na to. Don Diego przez chwilę jeszcze przyglądał się ciału, wreszcie się wyprostował.

– Jeżeli pozwolicie, sierżancie – powiedział – to chciałbym posłać kogoś do gospody. W torbie przy siodle mam notatnik. Sporządzenie rysunku nie zajmie mi wiele czasu, a będzie on potem dowodem w śledztwie, jak leżał zmarły.

Sierżant tylko skinął głową. Machnął na jednego z żołnierzy i ten oddalił się pospiesznie, a Mendoza zwrócił się do Diego.

– Ale on może…

– Niestety nie, sierżancie. Został zamordowany, zapewne wieczorem.

– Skąd to przypuszczenie? – zapytał Delgado.

– Nie ma śladów dookoła. To oznacza, że przez noc zniknęły, zmyte deszczem.

– Skąd caballero może się znać na takich szczegółach?!

– Nie jestem tylko caballero. – Diego uśmiechnął się łagodnie do rozmówcy. – Moją pasją są nauki naturalne i ścisłe, a tam wymagany jest zmysł dobrej obserwacji i umiejętność wysnuwania wniosków…

Delgado wzruszył ramionami.

– I co jeszcze podpowiada wam wasz zmysł obserwacji?

– Cóż… – Diego znów przykucnął i zaczął się przyglądać. – Chwilowo nic.

Wysłannik gubernatora znów wzruszył ramionami i zwrócił się do don Alejandro, pozornie tracąc zainteresowanie dla poczynań młodego mężczyzny.

Diego też zdawał się go ignorować, skupiając całą swoją uwagę na leżącym w zaułku ciele. Żołnierz właśnie przyniósł mu notatnik, więc zaczął pośpiesznie szkicować. Wyciągnięte nogi, ręce rozrzucone na boki, przy lewej, wpółotwartej dłoni pistolet, oczy szeroko otwarte, szklane i puste, włosy przylepione do czoła, zarost na policzkach, półotwarte usta… Skórzana kurta była rozpięta i, tak samo jak koszula pod nią i spodnie, nasiąkła wodą, która przyciemniła ją, maskując wszelkie odbarwienia i plamy. Jakieś drobne przedmioty za szarfą, pusta pochwa na nóż przy bucie, zmatowiałe, poobcierane sprzączki i guziki…

Skończył wreszcie i wyprostował się z wysiłkiem. Delgado rozmawiał z don Alejandro o ostatnich osiągnięciach hodowlanych, ale bez przerwy zerkał w stronę zaułka.

– Sierżancie, możecie już zabrać ciało – odezwał się Diego.

– Szeregowy Gomez – zakomenderował Mendoza. – Gdzie są nosze?

Zaułek wypełnił się żołnierzami. Zwłoki były już zesztywniałe, więc sporo kłopotu sprawiło im przeniesienie ich na nosze. Wreszcie jednak zdołali to zrobić i ruszyli w stronę garnizonu, uginając się pod swoim brzemieniem.

– Sierżancie! – Diego zawołał za odchodzącym wraz z nimi Mendozą.

– Tak?

– Zajrzę za chwilę do garnizonu. Chcę dopracować parę detali rysunku, co do ubrania i twarzy. To może jest mniej ważne, niż to, gdzie leżał, ale może być przydatne, gdyby ktoś go poszukiwał…

– Oczywiście, don Diego, oczywiście. – Mendoza uśmiechnął się szeroko, nim odszedł.

Delgado ruszył także za żołnierzami. Diego i Alejandro zostali na chwilę sami.

– Diego… – odezwał się starszy caballero.

– Tak, ojcze?

– Co się dzieje? Czemu wracasz do starych nawyków? Nie słyszałem u ciebie tego tonu „ja jestem tylko badaczem" od miesięcy. Masz jakieś podejrzenia?

– Podejrzenia? Nie… – Diego westchnął ciężko. – Może to tylko stare nawyki, a może mi się tylko to wydaje, ale… Chciałbym się mylić.

Don Alejandro popatrzył na syna uważnie.

– Ja też tego bym chciał… – powiedział wreszcie. – Też bym tego chciał.

CDN.