Rozdział 15. Opowieść Flor

Ku zdziwieniu i zaniepokojeniu Juana, Mendoza nie rozpoznał w żadnym z jeńców ludzi, którzy przyjechali do Los Angeles z wieściami o śmierci Jose Pereiry. Sierżant uwierzył jednak w relację młodego vaquero o napadzie i polecił zamknąć więźniów w areszcie. Zgodził się także, że należy zaczekać dwa dni na Matteo Ramireza, by alcalde Santa Barbara zjawił się w pueblo Los Angeles i miał szansę spotkania tych, którzy twierdzili, że aresztowana przez niego Flor Pereira zbiegła z aresztu. Sam Juan pośpiesznie pożegnał się z sierżantem. Chciał też odmówić Marco Rojasowi wspólnego napicia się wina, by jak najszybciej ruszyć do hacjendy de la Vegów, ale dawny towarzysz zatrzymał go za ramię.

– Nie śpiesz się tak – mruknął cicho.

– Czemu?

– Ktokolwiek szuka twojej señority, ma na ciebie oko, Juan. Lepiej, by nie widział, dokąd się spieszysz.

Checa zaklął pod nosem. O tym nie pomyślał. Chciał jak najszybciej być już w domu de la Vegów, dowiedzieć się, czy Flor się lepiej czuje, a nie przyszło mu na myśl, że ktoś może uznać, że on wie, gdzie ukrywa się señorita Pereira. Przez swoją niecierpliwość ściągnąłby niebezpieczeństwo na przyjaciół.

– Dzięki, Marco – odparł równie cichym tonem. – To co? Napijemy się nieco? – dorzucił znacznie głośniej.

– Z przyjemnością – odpowiedział Rojas i poprowadził przyjaciela do gospody. Jeżeli ktokolwiek obserwował Juana Checę, musiał zaraz stwierdzić, że młody vaquero ma zamiar zostać dłużej w Los Angeles, bo jedna z pracujących u doñi de la Vega dziewcząt zaprowadziła jego gniadosza do stajni. Tego dnia gości było wielu, stajnia pełna, więc by umieścić konia w którymś z boksów, Marisa musiała zabrać na zewnątrz kasztanową klacz. Nikogo to nie zdziwiło, tak samo jak to, że o zmierzchu jeden z wychodzących gości zabrał klacz i odjechał. Było już zbyt ciemno, by jakikolwiek obserwator mógł stwierdzić, w którą stronę jeździec ruszył zaraz za granicami pueblo…

X X X

Było już po zachodzie słońca, gdy Flor otworzyła oczy, po raz pierwszy bez gorączki. Poderwała się przestraszona na łóżku i zaraz opadła na nie z powrotem, z jękiem bólu. Tak, jak podejrzewała Victoria, dziewczyna nie była w stanie się poruszyć.

– Wszystko w porządku, señorita?

– Kto…?

– Jestem Maria. Jesteście w hacjendzie de la Vegów. – Starsza kobieta nachyliła się nad dziewczyną.

Flor poruszyła się ostrożnie.

– Moje nogi…

– Poraniłyście się w czasie jazdy, señorita. Proszę, jeśli czegoś potrzebujecie, powiedzcie mi. Don Alejandro chciał z wami porozmawiać, jak tylko będziecie się lepiej czuć.

– Ja…

– Spokojnie, señorita, nic wam tu nie grozi.

– Jestem taka słaba…

– Mieliście gorączkę. Przyniosę zaraz wam coś do picia…

– Nie tylko do picia – odezwał się nowy głos.

Doña Victoria… – spłoszyła się Flor.

– Leż spokojnie, Flor… Mario, proszę, przynieście wody.

– Co…?

– Musisz się odświeżyć, Flor. Juan tu zaraz będzie. – Victoria zdecydowanym ruchem poprawiła poduszkę. – Chyba nie chcesz, by cię widział taką nieuczesaną?

Flor zaczerwieniła się lekko i odruchowo dotknęła włosów.

– Muszę okropnie wyglądać… – powiedziała.

– Nie jest tak źle – pocieszyła ją Victoria, z przyjemnością spostrzegając, że wzmianka o wyglądzie spełniła swoje zadanie i Flor ożywiła się nieco.

Po krótkim odświeżeniu się z pomocą niezastąpionej Marii przyszła pora na zmianę odzieży i lekki posiłek. Wydawało się, że Flor, umyta i uczesana, przez chwilę przestała myśleć o tym, co się wydarzyło. W każdym razie odzyskała trochę apetytu i choć zjadła niewiele, Victoria była z tego zadowolona. Señorita Pereira zaczęła kaprysić dopiero przy napoju, jaki Maria podała jej do posiłku. Ziołowa herbata miała silny, gorzkawy smak, którego nie dało się zamaskować ani sokiem, ani miodem.

– Musisz to wypić, Flor.

– Ale…

– Dostałaś gorączki od ran i z wyczerpania. Ta herbata to lekarstwo na nią – oznajmiła kategorycznie Victoria. Przemilczała, że prócz leku przeciwgorączkowego dodała tam zioła uspokajające. Musieli się dowiedzieć, co się wydarzyło, a opowiedzenie o śmierci ojca i ucieczce nie będzie dla Flor łatwe. Odrobina lekarstwa mogła jej tylko pomóc.

Wreszcie Flor była gotowa, by spotkać się z kimś innym niż Maria czy doña de la Vega. Juan wręcz wpadł do pokoju i przykląkł przy łóżku.

– Flor, och, Flor – powtarzał. Señorita Pereira na jego widok zaczęła śmiać się i płakać jednocześnie i trwało dłuższą chwilę, nim się nieco uspokoiła. Juan obejrzał się przez ramię.

– Wybaczcie… – powiedział, widząc, że w progu pokoju stoją Diego i Victoria.

– Nie ma czego wybaczać – uśmiechnęła się doña de la Vega.

– Flor… – odezwał się Diego. – Wiem, że przeżyłaś ciężkie chwile i nadal nie czujesz się najlepiej, ale musimy się dowiedzieć, co się wydarzyło.

Dziewczyna wyraźnie się przestraszyła.

– Mój ojciec…

– Może będzie lepiej, Flor, jeśli Juan pomoże ci przejść do salonu – zasugerował Diego.

– Dobrze…

Okazało się jednak, że przejście do salonu nie było tak prostą sprawą. Opatrunki usztywniły kolana Flor, ale dziewczyna nie była w stanie chodzić bez bólu. Wreszcie Juan znalazł rozwiązanie i po prostu przeniósł ją na szezlong w salonie. Diego podsunął jeszcze niewielki stoliczek z dzbankiem ziołowej herbaty, Victoria okryła ramiona señority Pereira ciepłym szalem i wreszcie de la Vegowie mogli dowiedzieć się, co wydarzyło się w Santa Barbara.

– To… – zaczęła Flor. – To się zaczęło chyba kilka tygodni temu.

Juan zdumiony obejrzał się na siedzącą obok niego dziewczynę.

– Nie mogłeś tego wiedzieć, byłeś wtedy na pastwiskach – wyjaśniła widząc jego pytające spojrzenie. – Do ojca przyjeżdżał człowiek z Monterey. Za każdym razem chciał kupić kilka zwierząt, nie więcej, i zawsze miał ze sobą własnych vaqueros, by mu je przepędzili. Pedro może ci o tym opowiedzieć, bo to on za każdym razem przyprowadzał wybrane sztuki. Wiem też, że ojciec… i ten człowiek… planowali jakąś większą dostawę, chyba dla wojska… Ojciec miał pośredniczyć, skupywać bydło… Ale… – Flor zawahała się przez moment. – Chciał najpierw sprawdzić, jak solidny jest ten kupiec…

Don Alejandro pokiwał głową. To był cały Jose Pereira. Bystry i przemyślny, gotowy na śmiałe posunięcia, które mogły przynieść obfite zyski, ale też sprawdzający, czy może zaufać temu, z kim prowadzi interesy. Ceniący własne słowo, ale też domagający się tego od innych.

– Ten człowiek okazał się niesolidny? – spytał miękko Diego, który widocznie pomyślał o tym samym.

– Tak. Niesolidny – przytaknęła señorita. – Pojechałeś już do Los Angeles, Juan – zwróciła się do Cheki – kiedy przyszedł list od Enrique. Wiesz kogo?

– Wiem – odparł Juan. Enrique Vasca był pośrednikiem handlowym, który pracował dla Pereiry i nie tylko dla niego. Także caballeros, zwłaszcza ci, którzy mieli spore stada bydła, jak de la Vegowie, korzystali z jego pomocy. Dzięki niemu mieli korzystne kontrakty na sprzedaż bydła, zarówno żywego, jak i skór i solonego mięsa.

– Enrique nie owijał w bawełnę – ciągnęła dalej Flor ponurym tonem. – Nikt nigdy nie słyszał w Monterey o tym człowieku, który chciał robić z ojcem interesy. Więcej, nikt nie słyszał, żeby wojsko miało zamawiać mięso czy skóry. Jeśli ktoś chciał coś kupować z tego towaru, to byli tylko drobni handlarze. Gdyby nie ten list, ojciec pozamawiałby w wielu hacjendach bydło, a potem…

– Potem byłyby kłopoty z płatnościami czy odbiorem stad… – podsumował równie ponuro don Alejandro. – Słowo Jose Pereiry byłoby mocno nadszarpnięte.

– Tak. Nie słyszałam ostatniej rozmowy ojca z tym człowiekiem. Kazał mi wcześniej wyjść. Myślę, że… Nie, nie wiem! – Flor wstrząsnęła się, z trudem powstrzymując płacz. Victoria znacząco pokazała Juanowi dzbanek na stoliku. Checa nalał naparu do filiżanki i podsunął dziewczynie. Wypiła posłusznie, nie zwracając uwagi na gorzkawy smak. Doña de la Vega uśmiechnęła się zadowolona. Zioła miały działanie uspokajające.

– Więc señor Pereira z nim rozmawiał, tak? – odezwał się po chwili don Alejandro.

– Tak. I wyrzucił go za drzwi.

– Odszedł spokojnie?

– Nie bardzo… – uśmiechnęła się smutno Flor. – Słyszałam krzyki będąc z drugiej strony domu… Ale ojciec nie powiedział mi o niczym… że nic…

Don Alejandro tylko pokręcił głową. On sam, gdyby to jemu grożono, przemilczałby to przed Diego, przynajmniej w tym czasie, gdy zdawało mu się, że jego syna nie interesuje nic poza muzyką, poezją, malarstwem i naukowymi eksperymentami. Nic dziwnego, że Jose Pereira, choć pozwalał córce prowadzić księgi rachunkowe i uczył ją prowadzenia hacjendy, ukrył przed Flor pogróżki.

– Ten człowiek wrócił? – zapytał Diego.

– Nie… Następnego dnia… – Flor wstrząsnęła się. Juan już bez ponaglenia podsunął jej filiżankę. Znów się napiła, ale tym razem zapatrzyła się w ciemny płyn w naczyniu. – Następnego dnia byłam w ogrodzie – zaczęła mówić cichym, monotonnym głosem. – Chciałam napisać list. Było gorąco, więc poszłam do altany… To była sjesta, było cicho, tak cicho… I wtedy… wtedy padł strzał. W pierwszej chwili myślałam, że ktoś zapolował w okolicy i zdziwiłam się, do czego strzelał, ale zaraz… zaraz zrozumiałam, że strzelano w domu… Pobiegłam, wołałam… Ojciec nie odpowiedział. Pobiegłam do gabinetu… Był tam… – urwała gwałtownie. Juan objął ją ramieniem. Diego wstał i przykląkł przy szezlongu. – Był… Przy biurku…

– Siedział? – zapytał cicho Diego.

– Nie… Leżał na podłodze… Tyle krwi…

– Fotel był odsunięty? – Diego pamiętał z wizyty w gabinecie Pereiry ślady szorowania i skrobania na biurku, podłodze i stojącym tam fotelu.

– Tak… – Flor zadrżała, wciąż uparcie wpatrując się w zawartość filiżanki. – Ojciec przy nim leżał…

– Zobaczyłaś pistolet?

– Nie… – Dziewczyna trzęsła się coraz gwałtowniej. Victoria wstała i dotknęła ramienia Diego, niemo dając mu znak, że powinien przestać ją wypytywać, ale on tylko pokręcił głową.

– Jeszcze tylko jedno pytanie, Flor – powiedział. – Okna były zamknięte?

– Tak… Ten zapach…

Diego wyjął filiżankę z dłoni dziewczyny i przysunął jej do ust. Wypiła posłusznie i opadła na oparcie, zamykając oczy.

Dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Victoria nie wiedziała, co powiedzieć, by choć trochę zmniejszyć rozpacz Flor. Don Alejandro mógł sobie wyobrazić scenę, jaką zobaczyła dziewczyna. Diego pamiętał, co powiedziała mu Consuela, że gdy wbiegli do gabinetu, Flor klęczała przy ojcu, krzycząc tak, jakby palono ją na wolnym ogniu, ale nawet przez moment nie dotknęła ciała i że jej krzyk usłyszeli chwilę po strzale, kiedy szli, zaniepokojeni, w stronę gabinetu Pereiry. Zamknięte okna stłumiły wystrzał, ale też powietrze w pokoju było przesycone wonią krwi i spalonego prochu. Wiedział też, że z altany w ogrodzie najprostsza droga do domu prowadziła przez taras salonu, ale nie można było zobaczyć z niej okien gabinetu, bo zasłaniał je szpaler krzewów. Gabinet od salonu oddzielała tylko palarnia i ten pokój, jak większość reprezentacyjnych pomieszczeń, miał dwa wejścia. Ktoś mógł wejść, czy to przez okno, czy przez taras, potem zamknąć okna przed strzałem i zabić señora Pereirę. Nim dobiegły tam Flor czy Consuela, zabójca, a raczej zabójcy, bo Diego nie wierzył, żeby jednemu człowiekowi udało się tak podporządkować Jose Pereirę, by móc przy nim zamykać okna, mogli się skryć, choćby za kotarami, i wymknąć z domu. Jednocześnie nie dziwił się, że Matteo Ramirez w pierwszej chwili uznał śmierć Pereiry za samobójstwo. Zamknięte okna, córka i służba, którzy wbiegają w parę chwil po strzale, wystrzelony pistolet leżący przy dłoni zmarłego. To mogło zmylić każdego, zwłaszcza gdy nie wiedział nic o przyczynach tak desperackiego kroku. Diego nie wątpił, że Matteo pojechał jeszcze raz do hacjendy Pereirów, by tym razem poszukać śladów ucieczki zabójcy. I, być może, takie ślady znalazł.

Flor uspokoiła się nieco.

– Wybaczcie – powiedziała. – Nie pamiętam, co było potem…

– Nie musisz sobie przypominać.

– Wiem, że ktoś mnie trzymał, że był alcalde i lekarz… Potem poczułam się lepiej, więc musiałam pojechać do puebla.

– Sama?

– Nie, alcalde zostawił dwu żołnierzy, by mnie eskortowali. Pojechałam z nimi i poszłam do misji. Chciałam… zanim pójdę do alcalde… – zaczerwieniła się lekko – chciałam porozmawiać…

– Nie musisz mówić, o czym – uspokoił ją Diego. – Jak wywabiono cię z misji?

Flor przez chwilę starała się przypomnieć sobie wydarzenia.

– Ktoś do mnie podszedł, gdy byłam już pod kościołem – powiedziała w końcu. – Mówił, że zanim zacznę rozmawiać z przeorem, powinnam jednak porozmawiać z alcalde, bo ma on coś ważnego do powiedzenia. Żołnierzy już wtedy nie było, więc wyszłam z nim i wtedy… Pamiętam jeszcze, że ktoś mnie złapał i… Chyba zemdlałam.

– Wyszłaś boczną furtą?

– Tak.

Diego pokiwał głową. Boczne wejście na teren misji prowadziło przez cmentarz i w powszedni dzień zwykle nie było przy nim nikogo. Nic więc dziwnego, że nikt nie zauważył, że obezwładniono tam dziewczynę. A to, że Flor zemdlała, z przerażenia i wyczerpania, tylko ułatwiło zadanie porywaczom.

– Chcieli, byś podpisała dokumenty? – zapytał.

Flor spojrzała na niego z przerażeniem. Nagle gwałtownie dopiła zawartość filiżanki i wyciągnęła drżącą rękę, by Juan dolał jej jeszcze gorzkiego napoju. Victoria przez moment patrzyła, jak Flor pije.

– Juan, przenieś Flor z powrotem do pokoju – poleciła nagle.

Doña? – zdziwił się Checa, ale Victoria nie zamierzała mu niczego tłumaczyć.

– Diego, ta herbata już wystygła. Przyślij zaraz do pokoju Flor Marię ze świeżym naparem, dobrze?

Diego spojrzał zaalarmowany na żonę, a potem popatrzył na Flor. Kiwnął głową i ruszył do drzwi. Don Alejandro podniósł się ze swojego miejsca, ale Juan też już wychodził z salonu, niosąc señoritę, a Victoria podążyła za nim, więc starszy caballero usiadł z powrotem w fotelu. Jego syn i synowa, jak na razie, doskonale sobie radzili. Felipe, niczym cień, wysunął się z kąta salonu i dotknął pozostawionego dzbanka. Potrząsnął palcami w wymownym geście. Napój był jeszcze ciepły.

Don Alejandro zauważył jego gest.

– Nie o napar tu chodziło – powiedział cicho. Felipe ściągnął brwi w namyśle i zasygnalizował pytanie. Starszy de la Vega zmieszał się. Mimo wszystko to był tylko podrostek, a wyjaśnienie, czemu Diego i Victoria uznali, że trzeba przerwać przepytywanie Flor, dotykało dość delikatnych kwestii. Caballero nie wiedział, czy Diego, który było nie było pełnił wobec Felipe rolę opiekuna, starszego brata i mentora, przekazał już swemu podopiecznemu choć część niezbędnej w tej sytuacji wiedzy.

Z kłopotu wybawił go powrót Juana. Vaquero przeszedł szybko przez salon, też dotknął dzbanka i też uniósł brwi w zdziwieniu. Ale w odróżnieniu od don Alejandro, gdy Felipe wskazał mu dzbanek, Checa nie wahał się przed odpowiedzią.

– Flor nie ma już siły opowiadać dalej – powiedział. – Don Diego na pewno przygotuje dla niej mocniejsze lekarstwo, by odpoczęła.

Felipe pokiwał głową i wyszedł, ale na moment odwrócił się w progu. Jego mina wyraźnie świadczyła, że chłopak nie rozumie powodu zmieszania starszego caballero, ale zapamięta to i będzie później prosił o wyjaśnienia.

Diego wrócił kilka chwil potem.

– Dałem Marii mocniejsze zioła – oświadczył, zanim Juan zdążył mu zadać pytanie. – A Victoria porozmawia jeszcze z Flor. Może jej powie, ilu ludzi widziała… – Diego urwał i zawahał się na moment. – Juan…

– Tak?

– Okno pokoju Flor jest otwarte. Można usłyszeć, o czym się w nim rozmawia.

– Chcesz powiedzieć, że możesz… że możemy podsłuchać?

Młody de la Vega skrzywił się lekko.

– Wiem, że podsłuchiwanie nie jest tym, co powinien robić caballero, ale przecież Zorro zwykle łamie reguły – uśmiechnął się ironicznie. – A tak naprawdę, to nie chcę pytać Flor potem o coś, co już raz opowiedziała Vi. Ale też Vi może nie zwrócić uwagi na jakiś szczegół, gdy będzie nam opowiadać, czego się dowiedziała. Tyle tylko, że…

– Że Flor może teraz opowiedzieć nie tylko o tym, ilu widziała bandytów – wtrącił don Alejandro.

Juan pobladł.

– Chcesz powiedzieć, że…

– Może tak, a może nie. Ale to dlatego Vi kazała ci ją zabrać. Ja będę słuchał. Ty…

– Pójdę z tobą.

Diego skłonił lekko głowę.

– Dobrze. Będzie lepiej dla Flor, jeśli będziesz wiedział, co się zdarzyło. Ale…

– Tak?

– Całkowita cisza. Nieważne, co będzie mówiła, nie może wiedzieć, że słyszy ją ktoś więcej niż Victoria i Maria. Zdołasz to wytrzymać?

Checa skinął głową.

– Będę milczał – obiecał, zaciskając dłonie w pięści.

– Chwileczkę… – odezwał się don Alejandro. – Jesteś pewien, Diego, że to dobry pomysł?

– Nie i tak, ojcze – odparł Diego. – Obawiam się tego, co usłyszę – wyjaśnił – a dla ciebie, Juan, to będzie jeszcze trudniejsze. Ale też nie chcę, by Flor musiała mówić o tym, co przeszła, więcej razy, niż to konieczne. Być może dowiem się wszystkiego, co wie o tej bandzie, gdy opowie to Vi i nie będę jej już męczył pytaniami. Tylko dlatego teraz idę.

Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Juan Checa odetchnął głęboko i poszedł za nim. Gdy wyszli, don Alejandro wstał i podszedł do barku w rogu salonu, by nalać sobie szklaneczkę brandy. Potrzebował tego. Lata w armii, wojna i bitwy nadal nie nauczyły go obojętności na spotykające innych ludzi nieszczęścia. Mógł zachowywać się spokojnie, słuchając opowieści dziewczyny o śmierci ojca, ale teraz musiał czymś ukoić nerwy i zająć czymś innym ręce i umysł. Wojenne doświadczenie było bowiem teraz dla niego brzemieniem. Za łatwo mógł sobie wyobrazić, co Flor może powiedzieć Victorii i choć rozumiał powody, dla których Diego prosił żonę o dalsze prowadzenie tego przepytywania, wzdrygał się na myśl o tym, co być może usłyszą jego syn i Juan Checa.

Gdy więc zobaczył, jak Diego praktycznie wciąga Juana do salonu, mógł się domyśleć, co zaszło. Jego syn usadowił półprzytomnego vaquero w fotelu i gdy zobaczył, że ojciec stoi przy barku, ruszył w jego stronę.

– Co się stało?

– Czasem jest trudno… – Diego nie dokończył, bo Juan jęknął cicho.

– Co… Co się stało? – zapytał masując kark.

– Ogłuszyłem cię – stwierdził sucho Diego, podając mu szklaneczkę z alkoholem.

Checa przełknął brandy jednym haustem i wstrząsnął się.

– Czy powinienem być ci wdzięczny? – warknął.

– Nie.

Vaquero wstał powoli.

– Ostrzegałeś mnie, że mogę nie znieść tego, co usłyszę.

– Owszem.

– Ogłuszyłeś, bym nie zdradził, że słyszę.

– Tak.

– Przewidziałeś, co zrobię, tak dokładnie… Nie, to nie tak. – Checa potrząsnął głową. – Ty tego słuchałeś bez drgnięcia powieki. Czasem przerażasz mnie, Zorro.

Diego odetchnął głęboko.

– Miałem cztery lata, by się nauczyć nie pokazywania innym, co naprawdę czuję – odparł powoli. – Zachowania spokoju i oceny sytuacji niezależnie od uczuć. A potem były lata, by tę naukę doprowadzić do perfekcji.

Juan podszedł bliżej młodego caballero. Dłuższą chwilę stał, przyglądając mu się tak, jakby go po raz pierwszy widział.

– Ktoś mógłby przysiąc, że nie masz serca, Zorro – powiedział z namysłem. – Że za twoim wesołym uśmiechem, żartami i słowami o sprawiedliwości kryje się zimny jak lód umysł. Ale to nie jest prawda…

– Gdybym nie planował, nie przeżyłbym tak długo.

– Wiem.

Don Alejandro odchrząknął.

– Tak, ojcze?

– Czy Flor…?

– Widziała czterech – odparł Diego znacznie swobodniejszym tonem. – Czy to są ci, co siedzą w areszcie, czy inni, nie wiem. I nie dowiem się, bo jej o to nie zapytam. Victoria mi powie tylko o tych dokumentach. Zresztą, to już nie ma znaczenia. Nie, gdy wiemy, że to fałszerstwo i wymuszenie. Pojutrze mają przyjechać tamci dwaj. Wtedy się rozstrzygnie.

– Zdziwią się.

– Owszem.

– A my się może czegoś dowiemy – podsumował don Alejandro.

CDN.