Sherlock zauważył, że John wcale nie czytał książki. Gapił się w ogień i wyglądał, jakby mu ktoś właśnie wsadził kulkę pomiędzy oczy.

– John? – Sherlock poczuł, że siedzący obok niego na podłodze mężczyzna sztywnieje.

– Tak?

– Wszystko w porządku?

- Mmm... – John nie wyglądał jakby wszystko było w porządku. Nerwowo przesuwał językiem po dolnej wardze. Potem zauważył spojrzenie Sherlocka i zawstydzony przestał.

John nigdy nie kłamał, mimo to Sherlock nadal uważał go za najtrudniejszą do odczytania osobę na Ziemi. I właśnie to czyniło Johna Watsona najciekawszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek poznał, a jednocześnie najbardziej go frustrującym. Sherlock desperacko chciał wiedzieć o tym mężczyźnie wszystko, ale Johnowi zawsze udawało się trzymać go na dystans, poza jego zasięgiem.

Nie, to nie do końca prawda. John nie zawsze trzymał go na dystans. Ale to było zanim Jim Moriarty przywiązał mu bombę do piersi i potraktował jak kukiełkę brzuchomówcy. Sherlock nie sądził, że kiedykolwiek zapomni widok semtexu przyczepionego do osoby Johna Watsona, i spojrzenie oczu mówiące, że chce, by uciekał, ratował siebie, pozostawiając go na pastwę przeznaczenia. I na pewno nigdy nie zapomni tego, co się wydarzyło potem.

- Na pewno dobrze się czujesz? – Sherlock spróbował położyć dłoń na ramieniu przyjaciela, ale ten się wzdrygnął, jakby go miał zamiar uderzyć i odwrócił się do Sherlocka, spoglądając na niego spłoszonym wzrokiem.

- Prezenty – powiedział. – Muszę zapakować prezenty. Inaczej cały czas będę to odkładał na później, bo nienawidzę tego niepotrzebnego zawijania, zaginania i równych rogów, i zawsze mam wszędzie pełno poprzyklejanej taśmy, więc serio, lepiej jeśli zrobię to teraz… - John wstał, zebrał torby z zakupami i wręcz pobiegł na górę.

Jeszcze raz John Watsonowi udało się zaskoczyć Sherlocka. Sekundę wcześniej siedząc przed choinką i zabijając czas wyglądał na szczęśliwego, a teraz nagle pobiegł zrobić coś wyjątkowo przyziemnego.

Sherlock westchnął, strzepnął trochę brokatu ze spodni, a potem przeciągnął palcami po włosach. Miał nadzieję, że tego popołudnia John zostanie z nim i że będą mogli porozmawiać. Wiedział, że nie jest dobry w mówieniu o tym co czuje, nigdy nie był. Jednak zdecydowanie najgorzej radził sobie z uczuciami w stosunku do Johna. Tak naprawdę, raczej miał tendencję żeby ich… unikać. A raczej, jak to zrobił po incydencie na basenie, uciekać z krzykiem w całkowicie przeciwnym kierunku.

Oczywiście, nie dosłownie. Wbrew temu, co ludzie szeptali za jego plecami, i wbrew temu co sam twierdził przy różnych okazjach, nie był bez serca. Kiedy John leżał oplątany tuzinami przewodów pikających maszyn, był przy nim, obserwując zmiany zachodzące w jego stanie. Kiedy John się obudził ze śpiączki, był tam, zachwycony, że John go pamiętał, że nadal był Johnem. Kiedy Johna w końcu wypuścili ze szpitala, wprawdzie połatanego, ale ze złamaną nogą, pękniętymi żebrami, z pozszywaną i już gojącą się nową blizną po kuli na prawym ramieniu, był z nim, żeby pomóc mu wdrapać się na schody pod 221b.

Po tym wszystkim Sherlock spróbował wycofać się trochę z życia Johna. To nie było w porządku, twierdził jego logiczny umysł, że to John został tak ciężko ranny z powodu pracy Holmesa. W końcu bycie asystentem detektywa nie było tak naprawdę jego pracą. John był lekarzem, i to dobrym, powinien pracować w przychodni, albo w szpitalu, gdzie było jednak trochę ciekawiej. Dlatego podczas rekonwalescencji doktora Sherlock zdecydował, że gdy ten już wyzdrowieje sensownym będzie ustalenie pewnego dystansu pomiędzy nimi. I w czerwcu, trzy miesiące po tym jak Moriarty zostawił w ruinach basenu połamanego, krwawiącego Johna i przerażonego, trzęsącego się Sherlocka z rękami pokrytymi krwią – dokładnie to zrobił.

Kiedy dostawał kolejną sprawę, nie wysyłał Johnowi esemesa, ani do niego nie dzwonił, nie wysłał mu e-maili, nie dręczył w mieszkaniu, nie pojawiał się na jego (teraz rzadkich) randkach, a nawet nie widywał go zbyt często. Przed pojawieniem się Johna Watsona Sherlock był zwierzęciem głównie nocnym, z wyjątkiem przypadków, gdy miał jakąś sprawę i wtedy oczywiście w ogóle nie spał. Teraz okazało się, że może łatwo wrócić do starych przyzwyczajeń. Tylko dlaczego w jego życiu doszło do określania czasu na Przed Johnem i Po Johnie?

Tak więc John pracował w swojej przychodni, a Sherlock rozwiązał trzy morderstwa, udaremnił próbę porwania szwedzkiej hrabiny, uratował bezcenną wazę, która została przestawiona w inne miejsce w Muzeum Brytyjskim i właśnie zmierzała na wysypisko śmieci, a następnie w pojedynkę zatrzymał gang przestępców, próbujących obrobić skrzynki depozytowe w hotelu Ritz. To było kilka ciekawych miesięcy. Sherlock odkrył, że zbrodnie z którymi miał do czynienia, pozwalały mu uciekać z 221b na dłuższe okresy czasu, i nie musiał oglądać Johna patrzącego na niego z wyrzutem w ni to brązowych, ni to niebieskich oczach. Sprawy jako takie były wspaniałe i pochłaniające czas, nawet jeśli zauważał nieobecność pochwał, gdy na głos wygłaszał swoje dedukcje, i braku echa drugiego zestawu kroków dotrzymującego mu tempa.

Dopiero przez Mycrofta, który pewnego deszczowego sierpnia wspiął się do ich mieszkania, gdy John był w przychodni, Sherlock nie tylko zobaczył, ale uświadomił sobie co tak naprawdę robił. Stosunki ze starszym bratem, mimo że nie serdeczne, na pewno się poprawiły od czasu wydarzeń na basenie. To Mycroft był tym, któremu udało się odciągnąć go od łóżka Johna w tę okropną, niekończącą się noc, gdy lekarze szeptali o utracie krwi, zatrzymaniu akcji serca i uszkodzeniu mózgu. Przekonał brata, żeby umył ręce i włożył świeżą koszulę, dostarczoną przez Antheę z mieszkania na Baker Street. Mycroft był tam i teraz był także tutaj.

- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że w ten sposób też go stracisz. – Mycroft wypił mały łyk herbaty. Pani Hudson przyniosła na tacy zastawę w delikatny wzorek w pietruszkę i ciasteczka od Marksa and Spencera. Miała do Mycrofta pewną słabość po tym, jak wysłał jednego ze swoich ludzi, by zreperował okna po wybuchu i załatał podziurawione kulami ściany.

- Stracę kogo? – Coś w żołądku Sherlocka zawiązało się w węzeł i nagle odkrył, że przełknięcie herbaty, gdy coś cię ściska w gardle jest praktycznie niemożliwe.

- Nie bądź tępy, Sherlock, obrażasz nas obu.

- John jest bezpieczny – syknął Sherlock w filiżankę. Nie było sensu ukrywać, że bezpieczeństwo Johna było dla Sherlocka najważniejsze.

- Jakim kosztem? Wy dwaj z pewnością nie… szwendacie się już razem, ale czy naprawdę uważasz, że Moriarty uzna to za potwierdzenie, że John nic dla ciebie nie znaczy?

- Nie będzie na linii ognia. – Ręce Sherlocka zaczęły się pocić i ledwo stłumił dreszcz, gdy Mycroft wypowiedział słowa, które zawsze już będą kojarzyły mu się ze śmiercią, chlorem, horrorem i pamięcią o tym, że jedyny naprawdę dobry człowiek jakiego spotkał właśnie powoli znika pod jego bezużytecznymi dłońmi.

- Nadal blefujesz.

- To nie jest cholerna gra! – Sherlock wypluł te słowa, sam zdziwiony swoją zajadłością.

- Nie, nie jest. Ale nim życie Johna zostało zagrożone, byłeś szczęśliwy tak uważając. Odcięcie go od twojego życia nie powstrzyma Moriarty'ego, ani nie uczyni Johna bezpieczniejszym. To sprawi tylko, że twój dobry doktor odejdzie.

Te słowa zmroziły Sherlocka. Pomyślał o Johnie wyciętym z jego życia, o kształcie jego sylwetki wyciętym z całego mieszkania, pustych białych miejscach tam, gdzie siedział na sofie, stał przy oknie, ciszy w kuchni gdzie przebywał zanim pojawiło się zagrożenie. To było nie do pomyślenia.

- Czy wyobrażasz sobie, że trzymanie doktora Watsona owiniętego w kokon zatrzyma go przy tobie? On tak nie chce żyć, Sherlock, nie tak zdecydował się żyć. – Mycroft popatrzył na niego znad krawędzi filiżanki. - I prawdopodobnie nie rozumie, dlaczego teraz się tak zachowujesz. Wie, że nie znosisz słabości u innych ludzi.

- Nie uważam, żeby John był słaby. – John nie był słaby. John był śmieszny, wspaniały i odważny. John chciał za niego umrzeć. Nie, John umarł za niego. Czy ktokolwiek mógł winić Sherlocka za to, że chciał, by taka osoba była bezpieczna?

- Ja to wiem. Ale czy on wie? – Mycroft dopił herbatę. – Muszę cię ostrzec, John kupuje Evening Standard od pewnego dżentelmena, który stoi przed stacją Baker Street. Na liście ofert jest tanie mieszkanie z jedną sypialnią na Maple Street. Nie każ mu zrobić czegoś, czego będziesz później żałował.

Później tego wieczoru John wrócił do domu i zanim zdążył usiąść i otworzyć gazetę, Sherlock oznajmił mu, że Lestrade potrzebuje ich pomocy w śledztwie, więc lepiej niech się zbiera. Na początku John rzucił mu niedowierzający uśmiech.

- Nas?

- Tak, John.

- Masz na myśli… ciebie i… mnie? – Sherlock, gdyby mógł, kopnąłby się w twarz. Przez niego John naprawdę uważał, że powinien zapytać o potwierdzenie jego słów, nie wspominając już o tej pauzie w środku pytania. W sumie, może by mu się nawet udało, w końcu miał długie nogi…

Sherlock uśmiechnął się.

- Tak. Chodź.

John uśmiechnął się znów, tym razem normalnie.

Kilka miesięcy później Sherlock stał przed świątecznym drzewkiem, bezmyślnie kręcąc bombką, a potem puszczając ją tak, że wirowała wokół własnej osi. Nie rozmawiali o tym, dlaczego Sherlock przestał zabierać Johna ze sobą na sprawy, ani o tym, dlaczego znów zaczął go ze sobą zabierać. Holmes myślał, że wszystko wróci do normy.

Mylił się.

Pozornie wszystko wyglądało jak dawniej. John i on nadal rozwiązywali zagadki kryminalne, nadal chodzili na obiady, nadal wkurzali się nawzajem i rozwiązywali sobie krzyżówki. Ale Sherlock czuł, że to nie było to samo, że John się wycofał na pozycję, na której nigdy wcześniej nie był, utrzymując lekki dystans pomiędzy sobą a Sherlockiem. John już nie czuł się całkiem swobodnie w jego obecności.

A Sherlock odkrył, że to było niewyobrażalnie bolesne uczucie.

Patrzył na wirującą bombkę, póki nie zlała się w plamę niebieskiego i srebrnego światła. Myślał, że drzewko zadziała i John może dostrzeże jego znaczenie. Włożył dużo zachodu, wykradając fotografię z pudełka po ciastkach, wepchniętego pod łóżko Johna. Uwieczniono na niej dwoje jasnowłosych dzieci stojących pod choinką, z napisem „Boże Narodzenie 1977" naskrobanym z tyłu (trudne do odczytania lekarskie pismo, napisane piórem przez leworęcznego mężczyznę, atrament wyblakł wskazując na to, że napis miał już wiele lat, więc musiał to napisać ojciec Johna). Przeszukał Internet, sklepy z rzeczami z drugiej ręki i sklepy z antykami i zdecydowanie przepłacił za ozdoby, ale udało mu się, tak przynajmniej przypuszczał, odtworzyć drzewko bożonarodzeniowe, które John pamiętał z dzieciństwa. Chciał, żeby John widział, jak dużo dla niego znaczy.

Nie przyszło mu do głowy, że John nie będzie pamiętał tego, czego Sherlock nigdy nie zapomni.

Westchnął głęboko i dał przytyczka bombce, która zakołysała się gwałtownie na gałązce, rozsiewając błyski i wydając cichy dźwięczący odgłos. Próbował, naprawdę próbował zrozumieć Johna, zmniejszyć dystans pomiędzy nimi. Wyglądało na to, że stracił kolejną szansę.

###

W sypialni na górze John właśnie przeżywał mały atak paniki.

Mówił wcześniej, że nie ma nic przeciwko byciu branym za geja, i że wszystko jest w porządku. Przy kilku okazjach to faktycznie było pasujące do sytuacji stwierdzenie. Ale teraz to było tak dalekie od pasowania do czegokolwiek, że podpadało pod wyjątkową bzdurę.

Ponieważ to był Sherlock. Sherlock nie wchodził w związki. A nawet jeśli by wszedł w jakiś, z pewnością nie byłby to związek konwencjonalny, bo Sherlock był bardzo chętny do używania swojej szpicruty.

John nie był nawet w stanie wyobrazić sobie Holmesa całującego kogoś. Wyobrażenie Sherlocka próbującego przycisnąć usta do innych ust było szalone. John uśmiechnął się ironicznie. W sumie Sherlock nie próbował go kiedykolwiek pocałować, więc…

Drugi raz tego dnia ogłuszył go mentalny obraz. Sherlock był wyższy, więc wyobraził sobie jak wsuwa swoje długie palce we włosy Johna i odchyla jego głowę do tyłu, a potem pochyla się i muska tymi niewiarygodnie pełnymi wargami jego wargi. Mógł sobie wyobrazić dłoń Sherlocka przesuwającą się w dół z włosów ku podstawie czaszki, lekko łaskoczącą jego kark w momencie, gdy pogłębia pocałunek, i badającego jaki wywrzeć nacisk, jak przesunąć językiem po wargach Johna, by zmusić go do otworzenia ust i…

Usiadł gwałtownie na łóżku, dusząc w zarodku ten niepokojąco erotyczny ciąg myśli.

Dżizzz... Jeżu niemiłosierny borem szumiący. Jak mógł tego nie zauważyć?

Ale potem przyszło mu na myśl, że może jednak już od jakiegoś czasu o tym wiedział. Dlaczego inaczej tak by go bolało, gdy Sherlock przestał zabierać go ze sobą na śledztwa? John, kiedy podczas tych miesięcy powoli wracał do zdrowia po obrażeniach spowodowanych przez Moriartego i semtex, myślał, że gdy poczuje się lepiej, to on i Sherlock powrócą do bycia Wielkim Detektywem-Konsultantem oraz jego przyjacielem/kolegą/współlokatorem. Z Johnem jako doradcą, „ekspertem" medycznym i okazjonalnie wsparciem ogniowym.

Tak się nie stało. Sherlock nadal samotnie rozwiązywał sprawy, wracał o różnych godzinach, rzępolił na skrzypcach, nie jadł, robił głupie eksperymenty i po prostu był Sherlockiem. Sherlockiem bez Johna.

A potem któregoś wieczoru, po kolejnym głupim i nudnym dniu w pracy John wrócił pod 221b i Sherlock oznajmił, że „oni" mają sprawę. John skulił się na wspomnienie swojej reakcji. Miał nadzieję, że nie wyglądał jak czwartoklasistka zaproszona na randkę przez kapitana drużyny piłkarskiej, z tym „Kto? Ja?" i trzepotaniem rzęsami – ale mniej więcej tak się czuł. Jakby w końcu znów zauważono jego istnienie.

John był świadomy faktu, że od tego momentu postanowił nie być dla Sherlocka przeszkodą. Dać mu trochę luzu. Facet był zaskakująco genialny, gdy John wracał do zdrowia, ale doktor podejrzewał, że detektyw potrzebował trochę więcej przestrzeni, że nie był przyzwyczajony do troszczenia się o ludzi. A teraz się okazało, że podświadomość Johna była „świadoma" jego… zauroczenia Sherlockiem i zamierzała go w jakiś sposób chronić przed dalszymi szkodami emocjonalnymi. Odsunięcie się było dobre zarówno dla samopoczucia Johna jak i Sherlocka.

John opadł na łóżko, obejmując głowę rękami i wydając z siebie głośny jęk. Cholerna Harry, cholerne Boże Narodzenie, cholera, cholera, cholera, szlag! Niech to piorun strzeli, szlag i cholera jasna!

Jakąś godzinę później, gdy już zapakował ostatni prezent świąteczny jaki był w stanie (niektórych nie mógł, ale dokonał heroicznego wysiłku, żeby jednak spróbować), zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie powinien zejść na dół i zrobić sobie kubek herbaty - jak mężczyzna, zamiast ukrywać się w swoim pokoju jak dziecko. Poza tym był dopiero kwadrans po trzeciej, trochę za wcześnie na melodramatyczne gesty. Mógł poczekać kolejną godzinę, albo aż nadejdzie noc, żeby wpaść w depresję.

Wszedł do salonu, skinął głową w kierunku wyciągniętego na sofie Sherlocka i skierował się do kuchni.

- Herbaty? – spytał, próbując nadać głosowi naturalne brzmienie.

- Poproszę. – Sherlock nie został na sofie, wstał i przyszedł do kuchni. Najwidoczniej John nie był w stanie skłonić myślą swojego współlokatora, żeby ten nie ruszał się i zostawił go w spokoju.

Zauważył jednak, że Sherlock w sumie nie miał widocznego powodu, żeby przyjść za nim do kuchni. Zwykle sprawdzałby jakieś przerażająco wyglądające eksperymenty, albo krzyczał na Johna za ich odsuwanie dalej od mleka, albo od pojemnika na chleb. Teraz jednak Sherlock wydawał się tu przebywać, tylko po to by tkwić nad Johnem robiącym herbatę - po małym popołudniowym objawieniu to była ostatnia rzecz, jakiej by sobie John życzył. A Sherlock był raczej wysoki i miał dużo centymetrów, którymi mógł powisieć nad Johnem.

Woda w czajniku wydawała się gotować wieki. Po minucie ciszy John zorientował się, że zapomniał go włączyć i próbował to zrobić jak najciszej, żeby uniknąć wstydu.

- John, ja… - Sherlock przerwał w pół słowa. Nigdy tego nie robił.

– Tak?

– Ja… wolę jednak kawę. Jeśli to nie problem.

- Tak, oczywiście. – John odchrząknął i namierzył w szafce puszkę Golden Blend, podczas gdy Sherlock kontynuował wiszenie nad nim, jak wyjątkowo niezręczna żyrafa.

Gdy kawa była gotowa, podał mu ją (czarna, dwie kostki cukru), specjalnie trzymając tak, żeby Sherlock mógł złapać za uchwyt. Sherlock uśmiechnął się do niego i John poczuł, jak jego żołądek robi niepokojącego fikołka.

- W telewizji jest ten straszliwie zły film, który chciałeś obejrzeć. Możemy też zamówić chińszczyznę. Jeśli chcesz.

John zastanowił się, czy Sherlock by ją jadł, czy tylko się przyglądał, jak on ją je. Stwierdził, że to dziwnie miłe, gdy tak robił i zastanowił się, czemu tego nie zauważył wcześniej nim do szczętu stracił swój mały rozumek.

- Eee, tak, oczywiście. Zapakowałem już wszystko, co dzisiaj kupiłem. Jak chcesz możemy dopisać też twoje imię na karteczkach. – I jeszcze bardziej będziemy wglądali na parę gejów, dodał w myśli.

– Świetnie. – Przez chwilę patrzyli na siebie.

John nie był całkiem pewny, jak to się stało, ale pamiętał kilka istotnych szczegółów:

Sherlock nagle zmrużył szeroko otwarte, niebieskie oczy, i, nadal wpatrując się w oczy Johna, odstawił swój kubek z kawą na stół. A potem rozmazał się w plamę fioletowej koszuli, jasnych przedramion i głębokiego pomruku czegoś, co brzmiało cholernie podobnie do „Och, do diabła z tym wszystkim." Objął jedną z długich, szczupłych dłoni szczękę Johna, pochylił się i pocałował go prosto w usta.

John był zaskoczony, ale już nie raz go całowano, kilka razy raczej niespodziewanie, więc jego usta wydawały się wiedzieć, co robić, nawet jeżeli reszta jego mózgu zadawała sobie pytanie: „Dlaczego do diabła Sherlock jest przyczepiony do moich warg?". Właściwie ta reszta wcale o tym nie myślała, skupiona była głównie na tym, jak dobrze Sherlock całował, jak przypominało to tę małą fantazję, którą miał wcześniej, a jednocześnie jak bardzo się od niej różniło. Czuł ręce Sherlocka po obu stronach twarzy, długie palce pieściły jego linię szczęki, muskały szyję, ucho, włosy. Czuł smak kawy na języku Sherlocka, czuł jego zapach: drogi, przyjemny zapach płynu po goleniu, proszku do prania i ten ledwo uchwytny aromat, który przypominał Johnowi laboratorium chemiczne w szkole. Zawsze lubił chemię.

Sherlock delikatnie przygryzł jego wargę i spokój Johna legł w gruzach. Palce jednej ręki wplótł we włosy Sherlocka, łapiąc drugą za tył jego jedwabnej koszuli i przyciągnął go bliżej dopóki nie byli mniej więcej na jednym poziomie. Był ledwo świadomy, że próbuje się wspiąć na Sherlocka jak na drzewo, ale właśnie przestało go to całkowicie obchodzić, więc gdy ten złapał go za biodra, podniósł i obrócił sadzając na stole, John nawet nie zaprotestował. W rzeczywistości z jego gardła wydarł się dźwięk, który byłby wyjątkowo żenujący, gdyby Sherlock nie odpowiedział takim samym pełnym aprobaty pomrukiem i nie próbował się wspiąć na Johna, jednocześnie pracując językiem w jego ustach tak intensywnie, jakby próbował odczytać jego DNA.

Oczywiście, dwóch dorosłych mężczyzn migdalących się na rozklekotanym, zagraconym stole mogło prowadzić tylko do katastrofy. Kubek spadł z trzaskiem na podłogę i rozpadł się na kawałki. Ledwo zarejestrowali stratę, nim usta Sherlocka znów pożarły wargi Johna. Probówki stoczyły się i rozbiły, gdy Sherlock wzdrygnął się na lekkie ugryzienie w długą szyję. A gdy włożył rękę pod koszulę Johna, przewróciła się zlewka z kwasem, który zaczął powoli kapać na panele podłogi. Dopiero gdy stół wydał złowieszcze skrzypienie, obaj zamarli jak para nastolatków złapana podczas harców na kanapie.

John nie mógł nic na to poradzić, zaczął się śmiać. Sherlock zesztywniał i przez chwilę John wiedział, że miał ochotę uciec i się ukryć, ale tak się nie stało. Mocniej zacisnął dłonie na ramionach Sherlocka. Jego czoło było przyciśnięte do czoła detektywa, nogi owinięte wokół jego talii, kuchnia była w stanie kompletnej ruiny, a John czuł się niesamowicie szczęśliwy. Był przytulony do szaleńca i chichotał jak uczennica. A zadowolenie wzrosło, gdy usłyszał i poczuł, jak Sherlock do niego się przyłącza.

- Ehm. Więc. Jeśli chcemy ocalić stół, prawdopodobnie powinienem z niego zejść – zauważył John kiedy się już uspokoili. Sherlock pocałował go w skroń, a potem gdzieś w środek czoła.

- Mmm. Nigdy nie zależało mi na tym stole.

- Technicznie rzecz biorąc, to nie jest nasz stół. A ponieważ już i tak rozlaliśmy kwas siarkowy na podłogę pani Hudson, wolałbym do czynszu nie dodawać rachunku za nowy stół. – John pocałował Sherlocka jeszcze raz w policzek i delikatnie go odepchnął, żeby zejść z blatu. Sherlock odsunął się, może trochę nawet za daleko. John złapał go za nadgarstek, wsunął swoją dłoń w jego i splatając razem palce poprowadził do salonu i posadził sofie. Nawet kiedy już usiedli, nie puścił go.

Sherlock wyglądał na zaskoczonego i chyba szczęśliwego. Może nie na poziomie „Mamy seryjnego zabójcę!", ale przynajmniej na „Patrz! Mam nowe oczy do eksperymentów!".

- A teraz – zaczął John – myślę, że musimy porozmawiać.

O rany.

Nie żeby Sherlock się nie zgadzał (przynajmniej w teorii), że muszą porozmawiać, ale miał raczej nadzieję, że będzie więcej całowania i może jeszcze czegoś lepszego niż całowanie, zanim nadejdzie nieunikniona rozmowa. „Myślałem, że jesteś socjopatą/aseksualny/poślubiony swojej pracy/nienaturalnie blisko związany ze swoją czaszką". Oczywiście obecnie Sherlock był całkowicie pewien, że nic z tego nie było prawdą, a Percy był tylko przydatnym rekwizytem.

Gdy popatrzył na Johna zdał sobie sprawę, że siedzi w milczeniu już czterdzieści trzy sekundy, a to sprawiało, że John poczuł się niekomfortowo i niepewnie. I chociaż Sherlock nie mógł zagwarantować, że John będzie się zawsze czuł komfortowo, nigdy nie chciał, żeby znów poczuł się niepewnie.

- Tak. Masz rację. – Skinął głową zachęcająco i przesunął kciukiem po grzebiecie dłoni doktora, uzyskując w zamian nikły uśmiech.

- Więc… ty… mnie lubisz?

Sherlock nie potrafił powstrzymać uśmiechu.

- Tak, John. Bardzo.

John uśmiechnął się, ale uśmiech szybko zniknął mu z twarzy.

- A ja najwyraźniej lubię ciebie. Bardzo.

- To dobrze. – Sherlock ponownie skinął zachęcająco.

- Więc… To nie jest żaden eksperyment, ani dlatego, że jest Boże Narodzenie, ani dlatego, że wcześniej dostałeś ode mnie super kanapkę z serem?

Sherlock podejrzewał, że jeśli pytanie zadałby ktoś inny, prawdopodobnie poczułby się urażony tym tokiem rozumowania. Jeśli miałby być ze sobą szczery, to jednak trochę tak się poczuł, ale w sumie pasowałoby to do typowego wzorca zachowania Sherlocka – pocałować kogoś w ramach eksperymentu. Robił to już wcześniej, w sumie prawie wszystkie kontakty seksualne jakie miał były formą eksperymentu. Teraz jednak było to coś innego.

- Nie John. Nie jesteś eksperymentem, sezonową przyjemnością czy kanapkową kochanką.

Watson wybuchnął śmiechem.

- Pocałowałem cię ponieważ tego chciałem. Od bardzo długiego czasu. – John wyglądał na oszołomionego, a Sherlock wykorzystał to, przesuwając się bliżej, obserwując jak w jego oczach odbijają się światełka z choinki.

- Jak długo trwał ten „długi czas"? – spytał John także się lekko przysuwając, najwyraźniej nie chcąc stracić wątku rozmowy, a jednocześnie nie będąc w stanie się oprzeć tej nowej bliskości, która powstała pomiędzy nimi.

- Och, prawdopodobnie od tego dnia w St. Bart's – Sherlock pochylił głowę i pocałował Johna w szyję. Już ją bardzo polubił. Pachniała mydłem Imperial Leather, kremem do golenia, wełną i Johnem.

- Chwila, naprawdę?

- Mmm.

- Ale mówiłeś, że jesteś poślubiony swojej pracy. – John brzmiał na wpół niedowierzająco, na wpół podniecony, gdy Sherlock zajął się jego uchem.

- Tak, cóż. Nigdy nie twierdziłem, że jestem dobry w okazywaniu emocji.

- A potem ignorowałeś mnie przez całe miesiące! – Z głosu Johna znikło niedowierzanie, a pojawiło się oburzenie. Niedobrze. Sherlock zdał sobie sprawę, że w tej chwili John od całowania wolałby rozmowę. Odsunął się z westchnieniem.

- Słuchaj, próbuję to tylko zrozumieć. To trochę… niespodziewane.

- Cóż, to naprawdę nie jest nic niespodziewanego.

- Sherlock, myślę, że zauważyłbym, gdybyś kiedykolwiek spróbował mnie pocałować.

- To oczywiste, ale jak myślisz, że o co chodziło mi z choinką?

- Ehm, cóż, pomyślałem, że chodzi o niemiecką tradycję, przyniesioną do Wielkiej Brytanii przez księcia Alberta, jako sposób na symboliczne ozdobienie domu w okresie bożonarodzeniowym. – John drażnił się z Sherlockiem, który w tej chwili miał stuprocentowy dowód, że John tak naprawdę nie znał powodów, dla których kupił drzewko. – Chwila, mówisz mi, że kupiłeś drzewko i ozdoby, żeby mi powiedzieć, że mnie lubisz?

- Tak John. – Teraz, gdy powiedział to głośno, Sherlock poczuł bardzo dziwne, rzadkie uczucie zawstydzenia. Czuł się głupio. John wyciągnął rękę i dotknął jego policzka, odwracając jego głowę w swoją stronę, i Sherlock nie miał innego wyboru jak spojrzeć mu prosto w oczy, albo zachować się jak naburmuszony pięciolatek.

- Sherlock, ja nie narzekam, jest piękne, naprawdę. Ale po prostu nie rozumiem dlaczego. Czasem musisz mi wytłumaczyć niektóre rzeczy, mogę być po prostu trochę tępy.

- Nie jesteś tępy. Chyba po prostu oczekiwałem, że będziesz pamiętał. – Sherlock uśmiechnął się smutno, wziął drugą rękę Johna i ją pocałował.

- Pamiętał co?

Sherlock popatrzył na dłoń Johna w swojej ręce. Jego palce są długie i zgrabne, ręce chirurga, opalony grzbiet dłoni, gładkie wnętrze, gdy przesunął palcem wzdłuż linii życia Johna. Potem zaczął mówić, skupiając się na przypomnieniu sobie faktów.

- Na basenie, po eksplozji, kiedy ocaliłeś mi życie, byłeś bardzo ciężko ranny. Cały czas traciłeś i odzyskiwałeś przytomność, więc poprosiłem cię, żebyś nie przestawał mówić. I ze wszystkich rzeczy na ziemi, o których mogłeś powiedzieć, gdy starałem się utrzymać cię przy życiu, zacząłeś mi opowiadać o świętach Bożego Narodzenia z dzieciństwa, a zwłaszcza o świątecznych choinkach.

###

- John, John, proszę, musisz próbować, nie możesz zasnąć.

Sherlock dochodzi do siebie jakąś minutę lub dwie, nim odkrywa Johna Watsona leżącego na nim. Wysuwa się spod niego i odwraca przyjaciela na plecy, desperacko szukając wzrokiem oznak życia. John jest pokryty ranami i siniakami, jego noga jest na pewno złamana, a ramię krwawi. Sherlock pamięta świst kuli w powietrzu, dokładnie w momencie, gdy John powalił go na ziemię. John wziął ją na siebie.

John jęczy. Znów jest przytomny, a Sherlock wie, że lepiej nie dopuścić, by znów odpłynął w nieświadomość.

- Boli – szepcze John i Sherlock nie może udawać, że ta nagła wilgoć w oczach jest spowodowana dymem i kurzem. Dzwoni mu w uszach, ale mimo tego słyszy, że John Watson brzmi jak pokonany.

- Po prostu… opowiedz mi jakąś historię. O czymkolwiek. Coś… coś dobrego, dobrze? Skup się na czymś miłym. – Sherlock rozrywa marynarkę ignorując oznaki bólu, jakie odczuwa jego ciało i zaczyna ciasno obwiązywać ramię Johna.

Kiedy John zaczyna mówić, widać różnicę pomiędzy nim a Sherlockiem. Dla Holmesa czymś miłym byłoby tysiąc sposobów, w jaki zamierzał zniszczyć Jima Moriarty'ego, jak dosłownie starłby z twarzy ten jego uśmiech, wiedział nawet dokładnie, jakiego stężenia kwasu by musiał użyć. Chciał wypalić z niego serce za to, że włos spadł z głowy Johna Watsona.

John opowiada Sherlockowi, że uwielbia zapach prawdziwej sosny. Lubi tandetne świąteczne dekoracje, ponieważ przypominają mu święta, jakie spędzał z rodziną, gdy był dzieckiem. Mówi o tym, że uwielbia stare szklane bombki, jaskrawe światełka i rodzinną jedność.

Sherlock zapamiętuje każde słowo, które John wypowiada tym chrapliwym, łamiącym się głosem, ponieważ jeśli to by były ostatnie słowa Johna (proszęproszęnieproszęnie), chce móc powiedzieć Harry, Sarze, pani Hudson, każdemu kto będzie chciał słuchać, że John Watson był najlepszym człowiekiem, jaki kiedykolwiek żył. Później może to powiedzieć też przed sądem, gdy już zabije w okropny i bolesny sposób z zimną krwią Moriarty'ego, żeby ława przysięgłych wiedziała, dlaczego ten bydlak zasługiwał na śmierć.

John ponownie traci przytomność i Sherlock słyszy głosy sanitariuszy, wycie policyjnych syren. Ma nadzieję, że dotrą na czas.

###

Sherlock z powrotem był w salonie, w ciasnym uścisku ramion Johna, z twarzą przyciśniętą do jego ramienia. Przez sweter mógł poczuć jego ciepło i ostry, prawie cytrusowy zapach choinki.

- Cholera jasna – powiedział John. - To dlatego nie chciałeś mnie w pobliżu przy rozwiązywaniu spraw. Cholera jasna, Sherlock, przepraszam.

To właśnie pokazywało, jak absurdalną osobą był John.

- John, nie masz absolutnie za co przepraszać.

- Nie, słuchaj…

- To ty posłuchaj, ty cholerny głupi mały człowieczku. Ocaliłeś mi życie, a ja zachowałem się jak niewdzięczny idiota. I nawet teraz nie mogę ci powiedzieć, ile dla mnie znaczysz, bo szczerze mówiąc uważam, że potrzebuję jeszcze kilku miesięcy, zanim uda mi się choćby pomyśleć o powiedzeniu ci tego bez napadu paniki. Mam humory, często zostawiam różne części ciała w lodówce i potrafię naprawdę świetnie grać na skrzypcach, ale nigdy tego nie robię. Nie będę miły dla twojej rodziny i będę szalenie zazdrosny o każdego, z kim nawet będziesz rozmawiał. W skrócie, ten związek nie będzie dla ciebie piknikiem i zasługujesz na kogoś o wiele lepszego, a ja nawet nie stałem blisko jakiejś lepszej osoby. Rozumiesz? John, nie przepraszaj.

Sherlock zdał sobie sprawę, że mocno trzyma Johna za ramiona, patrząc się mu w twarz z tak intensywnym napięciem, że wyglądał jak szaleniec. Wiedział to, ponieważ mógł zobaczyć swoje odbicie w oczach Johna. A John, pomimo tego wszystkiego, co właśnie usłyszał, przed czym Sherlock go ostrzegł, radośnie się szczerzył. Szerokim uśmiechem, jakby znalazł tuzin ciał… dobrze, coś bardziej normalnego, na przykład porównanie do wygranej na loterii byłoby właściwsze.

- Dlatego zmieniłeś mi dzwonek w telefonie?

Sherlock opuścił głowę na jego ramię i znów pocałował go w szyję.

- Myślałem, że to było bardzo wyraźnym znakiem.

- Nie, było tylko wkurzające.

- Ach. W takim razie go zmienię.

- Nie, w porządku, nawet lubię Roberta Palmera.

- Naprawdę?

- Nie, ty ośle. Zmień go.

Śmiali się do chwili, kiedy znów nie zaczęli się całować, radośnie i ciepło, skąpani w świetle tandetnych światełek choinkowych.

###

Mnie więcej kwadrans po siódmej następnego ranka, telefon Harriet Watson wydał z siebie dźwięk nadchodzącej wiadomości. Mrucząc sięgnęła na nocny stolik i złapała irytujące, hałasujące urządzenie.

JW.: Dzięki. Przyjdziesz na św obiad? Spodoba ci się xxx

Harry zmarszczyła brwi odczytując niejasną wiadomość, uśmiechnęła się po przeczytaniu zaproszenia, ale zasnęła, nim zdążyła odpowiedzieć.

###

Mycroft Holmes jadł lunch w jednym z wielu pustych pokoi w Whitehall pod olejnym portretem Clementa Attlee, kiedy jego Blackberry wydał delikatny dźwięk. Odsunął sałatkę (która lepiej by jednak smakowała z dressingiem) i otworzył wiadomość.

SH: John poinformował mnie, że obaj życzymy sobie cię widzieć na obiedzie pod 221b w święta. Powiedział też, że nie wolno nam „przygadywać sobie jak dziewczynki". Więc, dla twojej wiadomości, to ty zawsze denerwowałeś mamę swoimi rozmowami z japońskim ambasadorem w trakcie świątecznych kolacji. I dziękuję za przywrócenie zdrowego rozsądku.

Mycroft przeczytał wiadomość dwa razy i uśmiechając się do siebie, zachował ją w pamięci telefonu.

###

Epilog

Była już siódma, nim John i Sherlock wymienili prezenty. Mycroft wyszedł godzinę po lunchu, kiedy pani Hudson zaproponowała grę w Monopoly. Po prostu nie byłoby to fair w stosunku do innych graczy. Nadal jednak był z siebie zadowolony. John był uroczym sobą, pani Hudson była po sherry zaskakująco dowcipna, Harry była zaskakująco dowcipna bez sherry, a dodatkowym bonusem był widok młodszego brata usychającego z miłości do Johna. Uśmiechnął się do nich, wetknął pod ramię nową parasolkę i wrócił do ochrony świątecznego Londynu przed złem. A może poszedł na jakieś bachanalia – z Mycroftem nigdy nic nie było wiadomo.

Harriet poszła na spotkanie w kafejce z kilkorgiem swoich ateistycznych przyjaciół, z zamiarem późniejszego poszwendania się po klubach.

- Nie martw się, piję tylko sam tonik – powiedziała całując Johna w policzek i zostawiając mu odcisk uszminkowanych ust, potem pocałowała Sherlocka („Zawsze chciałam mieć wyższego brata, który by mnie pilnował."), uścisnęła panią Hudson („Dodam cię na facebooku!") i wyfrunęła przez drzwi w błyszczącej sukience i nowym szalu.

Pani Hudson umówiła się na piątą z siostrą („Muszę tam być, nim zacznie się program z tym uroczym Mattem Smithem."). Bardzo się wzruszyła, gdy otworzyła prezenty od swoich „kochanych chłopców". Sherlock niepokoił się, że pani Hudson nie lubi szali i książek kucharskich do chwili, gdy się przekonał, że naprawdę była szczęśliwa. John uśmiechnął się do niego w ten dziwny, czuły sposób i Sherlock poczuł nagłą chęć, żeby wyrzucić wszystkich z mieszkania i przycisnąć Johna do ściany, tak jak to zrobił zeszłej nocy.

Ale teraz już posprzątali wszystko, obejrzeli jak Doktor ratuje Boże Narodzenie, i Sherlock chciał otworzyć to intrygujące duże pudło leżące pod drzewkiem.

Najpierw jednak pozwolił Johnowi otworzyć prezent. Był w nim ciemnoniebieski kaszmirowy sweter, który się mu tak podobał kilka miesięcy temu, gdy byli w ekskluzywnym męskim butiku, ale po zobaczeniu ceny John zrezygnował z kupna.

John uśmiechnął się szeroko, więc Sherlock skorzystał z okazji, żeby go pocałować – ale szybko, bo sam też chciał otworzyć swój.

Otworzył pudło i zamarł.

- John… ja…

- Podoba ci się?

- Jest cudowny, ale jak ci się…?

- Pamiętałem, jak mówiłeś, że chciałbyś mieć prawdziwy, więc znalazłem taki.

- Musiał być drogi. – Sherlock miał nadzieję, że w jego głosie nie było słychać wyrzutu.

- Ha, i kto to mówi? Dokładnie wiem ile kosztuje ten sweter. Poza tym, nie kupiłem go, ukradłem. – Sherlock wyczuł w głosie przyjaciela nutkę radości.

- Naprawdę? Skąd? Jak? – Sherlock uśmiechał się już, powoli wyciągając części z pudełka. To dosłownie była jedna z najlepszych rzeczy. Jeśli Leastrade zadzwoniłby teraz z informacją, że po Londynie szaleje siedmiu seryjnych zabójców, mógłby nawet zacząć wierzyć w świąteczne cuda.

- Z tej okropnie wypasionej kliniki w Harrow. Stał bezużytecznie na zapleczu jak wspomnienie po mniej politycznie poprawnych czasach. Wydobycie go zabrało mi dwa miesiące. A potem złożyłem wymówienie z pracy, zanim ktokolwiek mógłby się zorientować.

- A potem przeniosłeś się do tego miłego miejsca, gdzie teraz pracujesz. Może udałoby ci się ukraść dla mnie ultrasonograf? Łał. Genialne.

- Tak myślałem, że ci się spodoba. Żeby przewieźć większe kawałki, musiałem brać do pracy torbę. Próbowałeś kiedykolwiek przewieźć bezpiecznie klatkę piersiową metrem?

Sherlock uśmiechając się szeroko, dopasował kość udową do piszczelowej.

- Tak naprawdę to nie. Ale prawdopodobnie byłbyś jedynym człowiekiem w Londynie, który nie byłby zaskoczony, gdybym powiedział „tak". Możemy go złożyć?

- Jasne, stojak i druty są w pudełku.

Półtorej godziny później stali, podziwiając ciężką pracę swoich rąk. Męski szkielet, prawdziwe kości, nie plastikowe, idealny do eksperymentów, szczerzył się do nich.

- Jak zamierzasz go nazwać?

- Chyba muszę go poznać lepiej, nim będę mu mógł nadać imię. Ale myślę, że Colin mógłby pasować.

Spojrzał na Johna, który się szczerzył nie gorzej od czaszki „Colina", tylko w nieskończenie bardziej atrakcyjny sposób. A w pobliżu nie było nikogo kto by mu przeszkodził w przyparciu Johna do ściany.

- Ee… Sherlock – powiedział John kilka minut później, gdy Sherlock próbował go pozbawić ubrania tak szybko, jak to było możliwe.

- Mm?

- Wolałbym tego nie robić, gdy Colin patrzy.

Sherlock zachichotał we włosy Johna.

- Więc nie wstawimy go do naszego pokoju?

Następne kilka minut Sherlock spędził odpierając ataki Johna i jego nowoodkrytych umiejętności łaskotania i wkrótce obaj leżeli na podłodze. Sherlock nigdy nie rozumiał świąt Bożego Narodzenia, ale stwierdził, że chyba teraz rozumie, o co w nich chodzi. Teraz ma Johna, żeby je z nim spędzać.

Zdał sobie sprawę, że musiał to powiedzieć głośno, ponieważ John rzucił mu swoje „Powiedziałeś coś koszmarnie słodkiego" spojrzenie.

– Też cię kocham – powiedział John.

Święta były fantastyczne. Nawet bez seryjnych morderców.