3.

John wyczuwał nieporadność Sherlocka, który obejmował go w dziecinny, sztywny sposób. Miał wrażenie, że prowadzi go przez bliskość jak niewidomego w mroku zamkniętych oczu, nadaje muzykowi nowy rytm. Całował go, a podniecenie nieznośnie łaskotało go wzdłuż kręgosłupa. Czuł swoje serce łomoczące przy jego sercu. Wpił się mocniej w szerokie, gorące wargi. Chłonął Holmesa, którego dotyk wywoływał wybuchy fajerwerków na jego skórze. Chciał jeszcze więcej, natarczywiej, głębiej. Delikatnie rozsunął jego wargi językiem i wsunął do środka. Detektyw jęknął i wbił palce w skórę na jego plecach. Przejechał nimi z góry na dół, równocześnie przyciągając Johna bliżej siebie. Jedną z dłoni położył na jego sutku. Zaskoczony dreszczem przyjaciel gwałtowanie się odsunął, łapczywie wciągając powietrze.

Sherlock otworzył oczy. W pierwszej chwili światło dzienne poraziło go, ale nawet kiedy jego wzrok się przyzwyczaił, dostrzegał wyłącznie Johna. Detektyw był zbyt oszołomiony, by dedukować. Wyrył ten obraz w pamięci i powiesił na jednej ze ścian Pałacu Myśli, zostawiając na później. Kiedy do jego uszu dotarł szum deszczu za oknem uświadomił sobie, że przez długą chwilę zapomniał o rzeczywistości. On, geniusz rejestracji. Przez długą, intensywną chwilę nie istniało dla niego nic, tylko John Watson. John Watson miał władzę. John Watson był dobrym człowiekiem i z wielką przyjemnością pocałował Sherlocka Holmesa. John Watson wstał i oglądając się za siebie, czekał na Sherlocka Holmesa, więc Sherlock Holmes poszedł w jego kierunku. Jak ćma do światła, nawet jeżeli miałby spłonąć. Sherlock Holmes - geniusz i dziecko we mgle.

Przechadzka zakończyła się przy framudze, na którą John gwałtownie go popchnął. Przyciskając Sherlocka biodrami, złapał jego ręce w nadgarstkach i przytrzymał mu je nad głową.

- Och, drogi Watsonie… – to były pierwsze słowa Sherlocka.

Wymówił je w bardzo kokieteryjny sposób, przechylając lekko głowę i spoglądając spod czarnych rzęs. Samo brzmienie jego głębokiego, mruczącego barytonu postawiło na baczność włosy na karku Johna i ostatecznie kilka innych elementów jego ciała. Odpowiedzialny i doświadczony żołnierz dał się uwieść szczeniakowi o twarzy aniołka. ,,To takie oczywiste, takie schematyczne, Jaaawn".

Doskonale zaznajomiony z ludzką fizycznością doktor, nie zwrócił uwagi, że ich głębokie pocałunki nie powinny okazać się możliwe w tej pozycji. Był znacznie niższy od Sherlocka. Seks jednak zdecydowanie rządzi się swoimi prawami biologii, których nawet geniusz Holmesa (którego prawa noga objęła Watsona w pasie) nie zrozumie. Czując oplatające go ciało, doktor pewnie przesunął dłoń po vastus intermedium detektywa, zszedł niżej pod kolana i gwałtownie podciągnął go na siebie. Nagłych ruch i ucisk powodowany Johnem na krocze skrzypka, przyczynił się do wybrzmienia radosnego allegro w tyle głowy. Muzyczny wiwat skutecznie zagłuszył uderzenie części potylicznej jego czaszki w górną część framugi – niewielkiej pomyłki w obliczeniach zamroczonego Watsona.

Lądują w pokoju doktora. Ściągając drugą skarpetkę, John niezgrabnie i zarazem walecznie podskakuje na jednej nodze za Sherlockiem. Czuje się za niski, zbyt niezgrabny przy jego płynnych, kocich ruchach. Trzykrotnie zaciska obie dłonie w pięści i rozprostowuje. Wreszcie bierze głęboki wdech, uśmiecha się półgębkiem i idąc na przód potrząsa głową, wyrzucając z niej niedorzeczne pomysły. Wspina się na detektywa, ciasno otaczając kolanami jego biodra. Kładzie szorstkie, duże dłonie na arystokratycznych policzkach Sherlocka i całuje zagłębienia pod ostrą szczęką. Stanowczym pchnięciem na ramiona rozrzuca go po łóżku. Zlizuje z obojczyków Sherlocka jego smak, wdycha zapach żelu pod prysznic, kawy, goździków, wody kolońskiej... Przechodzi niżej. Eksploruje brzuch, okrąża językiem pępek. Wsuwa lewą rękę pod biodra Sherlocka, a prawą bezceremonialnie kładzie na jego twardej erekcji. Detektyw odruchowo podnosi się na łokciach i wykrzykuje pierwszą sylabę jego imienia. Drugą połyka, czując nieco mocniejszy uścisk na kroczu. Dźwięki zamierają mu w ustach. Watson pewniej zaciska rękę i zaczyna masować go przez materiał. Ruch. Całuje go w brzuch. Ruch. Całuje go w prawy sutek. Ruch. Gryzie go delikatnie. Ruch. Westchnięcie. Ruch. Och! Szybszy. Sherlock zaciska oczy i rozchyla wargi. Następny. Z powrotem pada na plecy i wygina się w tył. Kolejny. Jęk. Zagarnia rękami prześcieradło. Szybciej. Jeszcze. Teraz...

- Nie, poczekaj. – zachrypnięty głos Sherlocka rozdziera ciszę jak przypadkowe rwanie kartki w bibliotece.

- Nie… Niedobrze? Przepraszam, ja… - chwila wypełniona niezręcznością, żołnierz błagalnie zagląda w oczy muzyka.

Sherlock potrząsa głową. To nie o to chodzi.

- Dobrze. – głęboki wdech. - Czeka-aj, booo...

Sherlock zagarnia ramiona Johna i przerzuca go na plecy. Wciąż leżąc między jego nogami, całuje go długo w usta. Tego było za dużo, za dużo na raz, za dużo jednocześnie po niczym. Chciał to z siebie strząsnąć, wycisnąć w pocałunku wszystkie te uczucia, które wypychały mu powietrze z płuc. Kiedyś nawet dłoń doktora szyjącego mu rany na policzku i jego bliska, skupiona twarz wywoływała wiele kłopotliwych reakcji. Teraz miał więcej. Miał go całego. I tak strasznie nie wiedział, jak…

John objął go mocno w pasie i nacisnął dłońmi na jego pośladki. Sherlock przesunął się na nim lekko, dysząc w usta Watsona. Nagle, wszystko, teraz, John, ręka, pchnięcie… Wiruje Ziemia wokół Słońca i w oczach detektywa ten nieistotny fakt ma sens. Świat pod jego powiekami też wiruje, a on sam niemal wybucha jak młoda gwiazda. Zaczyna się tlić. Wszystko na raz, teraz, a wcześniej… Może poza krótkimi seansami sam-na-sam dla świętego spokoju, dzięki którym niezależna od jego umysłu ludzka sprawa ze spodni nie stała się kłopotliwa nad kolejnym trupem.

Sherlock odrywa się od niego. Rozgorączkowanymi dłońmi ściąga z siebie bokserki. Prawie nie czuje wstydu przed nagością przy idealnie zwyczajnym, pięknym Johnie. Tylko odrobinę kuli mlecznobiałą skórę w półmroku pokoju i pochyla się nad spodniami Watsona. Umysł doktora nie obejmuje sceny rozumem. Oto nie pozwalający się nikomu dotykać Sherlock, zaróżowiony na twarzy, szyi, a także lekko na ramionach Sherlock, toczy walkę z jego paskiem. Mimo, że nawet kiedy całował Molly w policzek, zrobił to możliwie jak najdelikatniej, odsuwając resztę swojego ciała na metr. A teraz szarpał się z jego spodniami. I John podniósł biodra, ułatwiając mu zadanie. Sapnął oszołomiony na widok ciemnych loków pochylających się nad jego brzuchem. Wiedział, że nie powinien Sherlocka do niczego przymuszać, ale pozwolił sobie na wplątanie palców w jego włosy. Zgiął nogi w kolanach i ledwie powstrzymywał się od gwałtownych ruchów biodrami. Rzeczywiście pieprzony z ciebie heteryk, Watsonie. Nie popłacz się z rozpaczy.

Sherlock trochę się tego obawiał. Wspierając się na łokciu, prawą dłoń oparł na biodrze Johna. Lewą przesunął po wewnętrznej stronie uda od kolana w kierunku jego krocza, na co doktor żywiołowo wypchnął biodra w powietrze.

- Mogę? – Sherlock zawisnął nad nim, owiewając erekcję ciepłym oddechem.

- Możesz. – głos Johna jest niski i chrapliwy.

Watson najpierw patrzy mu w oczy, a później spogląda w sufit, kładąc zewnętrzną część nadgarstka na czole, jakby chciał otrzeć pot po wejściu na wysoką górę. Kiedy Sherlock chwyta go w usta, zamyka oczy i bierze głęboki wdech. Stara się opanować, jednak chętne, wilgotne wargi wyjątkowo sprawnie przywołują go do postawy pełnej bezradności. Kładzie więc ręce po obu stronach swojego ciała, wzdycha i wypycha biodra do przodu. Powstrzymuje go tylko silny nacisk Holmesa. Znów wplątuje palce w jego ciemne loki. Detektyw zaczyna pomagać sobie ręką, czasami pomrukując z zadowoleniem. Znajduje odpowiedni rytm. Ku swojemu zaskoczeniu, John potrzebuje już tylko kilka gwałtowniejszych gestów, żeby dojść. Niebezpiecznie pulsuje, traci oddech. Z trudem podnosi się i odciąga zdziwionego Sherlocka.

Któryś z nich wykonuje nieostrożny ruch i spadają na podłogę. Miękkie nitki dywanu muskają plecy detektywa, a kolana Watsona z cichym tąpnięciem uderzają dookoła jego bioder. Gwałtowny ucisk ciał na siebie, głośny jęk i Sherlock łapie pośladki Johna. Popycha je lekko, nakierowując na siebie w miarę możliwości. Równocześnie zaprasza go, unosząc biodra i wyginając się dostatecznie mocno, by oprzeć pośladki o wilgotnego, twardego Watsona. John jęczy, spogląda z pożądaniem na wyginającego się Holmesa i chwyta jego biodra. W tej dziwnej pozycji układa go na sobie. Kiedy czuje, że są w odpowiednim ułożeniu i zdaje sobie sprawę, że wystarczy pchnąć, wydaje zdziwione westchnięcie. Jednak to detektyw nie wytrzymuje i pcha, wbijając się na niego w sposób zupełnie nieprzygotowany. Przez chwilę zostają tak, sprawdzając swoje reakcje. Sherlock otwiera szeroko oczy w wyrazie zaskoczenia. Rozchyla usta szerzej, wysapując powietrze w nieregularny sposób. Nie może zadecydować, jakie uczucia u niego przeważają. W końcu John pochyla się nad nim, opiera jego nogi na swoich ramionach, a własne dłonie układa ostrożnie z obu stron Sherlocka. Marszczy brwi i detektywowi wydaje się, że w tym wyrazie twarzy jest mnóstwo smutku. Po chwili jednak doktor porusza się delikatnie, wzdycha i całe wrażenie znika, jakby ktoś zwinął starą gazetę. Sherlock obserwuje Johna. Sposób w jaki oddycha, w jaki rozkoszuje się jego wnętrzem. W końcu dociera do niego łagodne kołysanie bioder. Wywraca oczy w górę, potem je zamyka, a w brzuchu łaskocze go ogień. Wygina się w tył, jęcząc głośno. Rozpoczyna tym reakcję łańcuchową, kaskadę okrzyków i westchnień. Prowadzą ze sobą rozmowę, każde zdanie poprzedzając następnym pchnięciem. Mięśnie brzucha żołnierza drgają w ruchu. Jego siła przesuwa Sherlocka po dywanie w górę i w dół, aż po jego twarzy włosy znów spływają jak strużki atramentu. John porusza się w nim, wywołując kolejne dreszcze. Uciska tam, wszystko szybciej, głębiej, spróbuj, och John, ręką, natarczywiej, językiem, teraz, Boże Sherlock Boże, tak twardy, głębiej wejdź, zaraz... Sherlock wbija palce w podłogę, aż bieleją mu knykcie. Wygina szyję, skrzywia twarz w wyrazie bólu, a pot maluje wzory na jego białym ciele, gdy wykrzykuje imię Johna jeszcze głośniej. Dusząc się, przechodząc w wyższy ton, rwąc sylaby na strzępy. John patrzy na niego, badawczo spogląda na ten taniec pod nim, wciąż skupiony na zadaniu, żeby dotrzeć. Ale Sherlock zaciska się na nim, przyprawiając go o zawrót głowy. Dociera do niego, że on już, że teraz i przez to pcha mocniej, gwałtowniej, aż wybucha kolejna supernowa. Palą się chwilę, rodzą gdzieś, jakoś inaczej, w inny sposób niż kiedyś. Wiszą w powietrzu, wciąż eksplodując z głośnym hukiem i któryś z nich przesuwa ręką łóżko, do krwi wbija paznokcie w ciało. Jeszcze trwa fala uderzeniowa, jeszcze rozchodzą się drgania po ciele. Wreszcie wszystko się stabilizuje: kolejno żelazo, krzem, tlen, neon… (1) Opadają na siebie, dysząc. Po chwili John wysuwa się z Sherlocka i pada obok. Leżą obok siebie na dywanie, łapią oddech, patrzą w sufit.

Sherlock zaczyna się śmiać, rozbawiony własną myślą. Trybiki wróciły na miejsce. Rozpędzają się, terkocąc po cichu. Skojarzenia przychodzą do jego głowy zupełnie mimowolnie.

- Czego się cieszysz? – pyta John, udając kogoś innego. Odwraca się do niego, lekko uśmiechając. Patrzy jak drga, kiedy śmiech rośnie mu w gardle, oczy błyszczą. - Problem?

- Pani Hudson… - Sherlock krztusi się, przypominając sobie informację z kalendarza. – Pani Hudson miała dzisiaj na dole spotkanie koła gospodyń….

KONIEC


(1) Żelazo, krzem, tlen neon – pierwiastki tworzące wewnętrzną część supernowej.