Wszystkie istoty dobre i jasne

Ostrzeżenia: Sex, drugs, przekleństwa i przemoc, czyli mój standard.

Tytuł oryginału: All the Best and Brightest Creatures, do obejrzenia archiveofourown works / 582059 / chapters / 1045212
Autorka: wordstrings
Zgoda na tłumaczenie: jest
Tłumacz: Pirania
Beta: Mąka


Sherlock ma dziesięć lat, gdy rozwiązuje sprawę Carla Powersa.

Nie ma pojęcia, jakim cudem policja nie zauważyła braku adidasów, ale uważa to za skandal. Przez upiornie długi czas nie przestaje nękać władz, aż w końcu udaje mu się zwrócić ich uwagę. Jego telefonom nie ma końca, listy zaskakują dojrzałością stylu, a częstotliwość, z jaką pojawia się w Scotland Yardzie zwala z nóg i najprawdopodobniej nie jest legalna. Gdy policjanci go widzą, na ich twarzach pojawia się mieszanka rozbawienia, irytacji, niechętnego szacunku i furii. Ale Sherlock nie pozwoli, by niedowiarkowie zbijali go z tropu. Sherlock widzi pewne rzeczy, naprawdę je widzi, i ciężko to wyjaśnić ludziom, którzy mu nie wierzą i śmieją się z niego. Niektórzy policjanci są mrukliwi, tylko sączą kawę i odganiają go machnięciem ręki niczym bezdomnego kota, inni się wściekają i nawet nie próbują tego ukryć, a jeszcze inni są poczciwi, zmęczeni i dobroduszni, ale nikt nie rozumie, że zgłębił temat i wie. Powers został zamordowany. Jest tego pewien

Wie i ta prawda tkwi w nim, staje się nieodłączną częścią jego organizmu.

Powtarza policjantom i policjantkom, by znaleźli adidasy, niektórzy go wysłuchują, inni nie. I nareszcie, po tygodniach nękania ich listownie, telefonicznie i osobiście, przyprowadzają na przesłuchanie chłopca w wieku Sherlocka. Buty znaleziono w szkolnej szafce irlandzkiego chłopca o smutnych, jasnych oczach, ciemnych włosach i uśmiechu, który jest czystym złem, i wtedy Sherlock może wrócić do kamienicy na Pall Mall.

Korytarz jest bardzo bardzo bardzo długi i o wiele za spokojny.

I nikogo tu nie ma.

Oprócz jego rodziców, oczywiście.

Zza drzwi płynie głęboki głos perorujący o „tych cholernych socjalistach", i Sherlock wzdycha. Myśli, że ojca nic nie obejdzie, iż sprawiedliwości stało się zadość. Nie obejdzie go, że morderca, bardzo młody morderca, znikł z życia społecznego. Ojciec będzie dociekał, jakim cudem Sherlock wybrał się znów do Londynu, nudno nuda czemu boże nieznośnie nuda nuuuuuuuuuuuuuudaaaaaa, to żadne wyzwanie dostać się do Londynu.

Wyzwaniem jest pozostanie tutaj. Szkoda, bo Sherlock uwielbia Londyn.

Potem, gdy odkrywają, że wrócił, zostaje zmuszony do obiadu, który zjada z Mamusią. Mamusia sączy coś cudownie złotego z małej, kryształowej szklaneczki, napełnianej na nowo dokładnie osiem razy. Ale Sherlocka już nie zachwyca czar jego matki (naprawdę jest czarująca), ani jej inteligencja (matka nie używa jej, by się popisywać, a czy nie o to chodzi?), ani jej uroda (Sherlock wie, że jest do niej bardzo podobny, ale nie zdaje sobie sprawy, że w takim razie i on jest piękny). Nic z tego nie ma takiego znaczenia jakie miało, gdy był młodszy – gdy miał, na przykład, siedem lub osiem lat. Srebrna zastawa wydaje się zbyt powszednia, kiedy tuż obok rozciąga się jasny, gwałtowny Londyn, jego syreny i latarnie, i wysokie wysokie budynki, a Mycroft siedzi w szkole.

- Nazywał się James Moriarty – chwali się Sherlock. - Zabił Carla Powersa zatrutymi butami, a ja oddałem go w ręce sprawiedliwości. Skażą go, jestem pewien.

- Jesteś małym cudem, kochanie – odpowiada Mamusia, a jej głos jest zmiękczony napojem, który sączy z kryształowej szklanki.

- Nigdy by tego nie odkryli, gdyby nie ja.

- Jak cudownie. Czym teraz się zajmiesz?

Nie ma pojęcia. Sherlock nie ma nic do roboty. Znowu.

W nocy przekręca się na bok, międląc w rękach miękką pościel, i patrzy przez okno swojego pokoju na trzecim piętrze kamiennicy. Marzy o krwi i śmierci, i pięknym poświęceniu. Marzy o doskonałych algorytmach, w których nauka zamyka świat, i gorączkowym chaosie ludzkich zachowań.

Marzy o pokoju i o piekle.

Przecież i tak ma pokój i piekło we własnej głowie. Przypuszcza, że to tylko kwestia czasu, kiedy spotka je w prawdziwym życiu.

Nie może się doczekać. Przygoda powinna nadejść lada chwila.

xxx

Sherlock ma jedenaście lat, gdy Moriarty zostaje skazany na bardzo długi pobyt w zakładzie karnym dla młodocianych. Kilka dni później, w połowie marca, otrzymuje list.

Najdroższy Sherlocku,

rozmawiałem o Tobie z policją. Są pod dużym wrażeniem. Ja także! Jestem Twoim fanem. Teraz będę miał mnóstwo czasu, by móc o Tobie myśleć i dokładnie to zamierzam – myśleć o Tobie. Myślenie mnie kręci. Będę o Tobie myślał cały dzień i całą noc. Będę myślał o Tobie przywiązanym do łóżka, o mnie z nożem rybackim. Będę myślał, jak obdzieram Cię ze skóry, tnę ją na cudowne, długie plastry, a potem solę je i karmię Cię nimi, żebyś nie umarł z głodu. Gdy skończy nam się Twoja skóra, zacznę Cię karmić kawałkami Twoich mięśni, ale jeśli uznasz, że są zbyt żylaste, jeśli nie będą Ci smakować, poświęcę się i nakarmię cię kawałkiem Twojego własnego tłuszczu! Pyszności!

Będziemy się świetnie bawić!

Pozdrawiam,

Jim

Sherlock wzrusza ramionami i odsyła list do detektywów z Yardu. Nie otrzymuje żadnej odpowiedzi. Szybko zapomina o Jimie Moriartym i żyje dalej.

W innej części Anglii chłopiec, który nazywa się Mike Stamford, w ostatniej chwili postanawia dołączyć do swojej mamy i pojechać nad morze. Nie planował nic na weekend, więc kiedy ona proponuje mu spontaniczną wycieczkę, nie widzi powodu, by się nie zgodzić. Kocha swoją mamę, a nigdy nie czują się sobie tak bliscy, jak wtedy, gdy spacerują po plaży, szukając muszelek. Wydarzenia przybierają tragiczny obrót, za co odpowiedzialny jest pijany kierowca wielkiej ciężarówki. Kobieta traci kontrolę nad samochodem, gdy tir wjeżdża na jej pas. Samochód uderza w drzewo.

Mike, który w tajemnicy przed matką odpiął pas bezpieczeństwa, umiera na miejscu.

Jego matka przeżywa i nigdy nie dochodzi do siebie po tej tragedii.

Sherlock Holmes, rzecz jasna, nigdy nawet nie poznaje ich imion.

xxx

Sherlock ma szesnaście lat, gdy zdaje sobie sprawę, że coś jest z nim nie tak.

Siedzi w gabinecie, w posiadłości na wsi. Pokój jest przewiewny i pełen światła, okna otwarte, wiatr porusza pastelowymi zasłonami. Sherlock pochyla się nad zestawem chemicznym, który dostał na dwunaste urodziny. Jest czwarta po południu, a on nie ma pojęcia, że jego postrzeganie samego siebie za chwilę drastycznie się zmieni. Gdzieś za sobą, w obwieszonych portretami korytarzach rodzinnej posiadłości, słyszy pospieszne kroki. Każdego lata rodzina Holmesów zaprasza gości o wysokim statusie społecznym i każdego lata Sherlock na zmianę ich ignoruje albo za pomocą dedukcji bezlitośnie odkrywa ich najgłębsze sekrety. Przyzwyczaił się do przenoszenia swego umysłu do miejsca odległego i jasnego, a wszystko, co go od tego odciąga, traktuje z taką obojętnością, jak kaczka traktuje deszcz, który wzburza gładką taflę jej stawu.

Sherlock pochyla się głębiej nad swoimi zlewkami i retortami, jego usta zaciskają się w wyrazie koncentracji, a szczupłe palce śledzą słowa w podręczniku. Ma pewność, że jest w stanie zidentyfikować tę sól. To tylko kwestia skupienia i cierpliwości.

Drzwi otwierają się ze skrzypieniem i staje w nich osoba, która przed chwilą tak donośnie tupała na korytarzu. Reginald Musgrave jest cichym, nieco wyniosłym chłopcem. Sherlock go lubi, co oznacza, że go nie nie lubi a Sherlock nie lubi wielu, wielu ludzi. Czasem lubi Reginalda nawet trochę bardziej, a myśl o tym, jaki jest przyjazny, uprzejmy i nienudny zawsze powoduje falę ciepła w okolicach jego serca.

Reginald ma jasne włosy i wysokie czoło, i z jakiegoś powodu zamyka za sobą drzwi.

- Wciąż nad tym siedzisz? - zagaja. - W końcu dostaniesz zeza.

- Ale dostanę się na chemię jako pierwszy na liście.

- Oczywiście – Reg wybucha śmiechem. - Jesteś genialny.

Sherlock szczupłą dłonią odgarnia z oczu ciemne włosy i kiwa głową. Tak, jest genialny. Reg urósł tego lata, obaj urośli, odbili się od ziemi jak rośliny, a Regowi zniknął cały dziecięcy tłuszczyk. Wydaje się, że jakimś cudem przeniósł się na brzuch Mycrofta. Sherlocka to strasznie bawi, a jego brata nie, co tylko dodaje żartowi uroku.

Reg nagle pojawia się tuż przy łokciu Sherlocka, jak za sprawą magii. Zdumiewające. Sherlock z reguły nie ignoruje czegoś takiego jak ruch ciał w przestrzeni.

- Dlaczego zamknąłeś drzwi? - mówi z zastanowieniem, choć tak naprawdę nie obchodzi go to. Sole są prawie gotowe. Wkrótce ich tajemnice ujrzą światło dzienne.

- To jest w porządku, wiesz o tym? - stwierdza Reg. Jego głos stał się chrapliwy. Sherlock nigdy wcześniej nie słyszał, by Reg mówił w taki sposób.

Sherlock spogląda w górę. Słońce wywołuje złote refleksy w prostych włosach Reggiego, a koszula, którą chłopak nosi pod wełnianym swetrem, jest rozpięta przy kołnierzyku. Sherlock widzi w rozpięciu delikatne, jasne włoski, przypominające piórka kaczątka. Reggie zawsze był zakręcony na punkcie ciuchów, ale ostatnio jest coraz gorzej. Chłopcy spędzali niegdyś całe godziny, projektując kostiumy do improwizowanych sztuk Szekspira i dziwnych opowieści o piratach. To wspomnienia, które Sherlock lubi tak, jak się lubi parę znoszonych spodni. Reggie jest nieskomplikowany, a przy tym niegłupi. Z sherlockowego punktu widzenia to ogromna wartość.

- Co jest w porządku? - pyta Sherlock.

Reggie wyciąga dłoń i przesuwa opuszkami palców po stanowczej szczęce Sherlocka.

- Jesteś inny. To jest w porządku. Ja też jestem inny.

Sherlock przełyka ślinę i zastanawia się, jakim cudem Reg wie coś takiego. Inni chłopcy w szkole są strasznie niezdarnymi, myślącymi hormonami, spoconymi, bezmózgimi, emitującymi ciepło rzeczami, które zachowują się, jakby ich życie zależało od regularnych wytrysków. Sherlock ani trochę tego nie rozumie. Chyba o to chodzi Regowi. Niezwykłe. Sherlockowi zdarzyło się raz czy dwa obudzić się i zastać swoje prześcieradło w podejrzanym stanie, ale w żadnym razie nie chce wciskać żadnej części siebie w jakieś mokre, ciasne miejsce i jeśli Rega też nie obchodzi seks, to dzięki Bogu za prawdziwą pokrewną duszę. Gdy Sherlock próbuje pomyśleć o czymś bardziej obrzydliwym niż scena, którą przerwał przy stajniach zeszłej wiosny (dziewczyna, zatrudniona przez rodziców na czas przyjęcia, wciskająca twarz w krocze jednego z tych nieznośnych gości), nie może się nie otrząsnąć.

Reg pochyla się i całuje go. To nie jest nieprzyjemne. Ani trudne. Jest ciepłe, pozbawiające tchu, dość intymne i całkiem miłe. Jak komplement. Ale Sherlock i tak odskakuje w tył w zdumieniu.

Reg uśmiecha się z samozadowoleniem, sięga w dół i obejmuje dłonią przód spodni Sherlocka.

- Nie – wzdycha miękko Sherlock, odtrącając rękę.

- O co chodzi?

- O to, że... nie – powtarza Sherlock, próbując nadążyć za rozmową i ponosząc absolutną klęskę, bo nie ma żadnego doświadczenia w tym zakresie. Zazwyczaj nie zniża się do czegoś tak przyziemnego.

Reg spogląda na niego łagodnie. Sherlock widział ten wzrok już wcześniej, wtedy, gdy chodził obrażony albo wtedy, gdy przez jego głowę zaczynało boleć go serce.

- Nie ma nic złego w byciu gejem. Powiedziałem ci już, jestem taki sam.

- Ale ja nie chcę – protestuje Sherlock. Serce wali mu jak oszalałe.

- Nie mów, że jesteś ponad to czy coś.

- Oczywiście, że nie.

- No to o co chodzi? Lubisz mnie. Wiem, że mnie lubisz.

To prawda. Lubi Rega, a Reg lubi jego. Sherlock przełyka ślinę. Może Reg ma całkowitą rację, może coś powinno się wydarzyć, coś śliskiego i zawstydzającego, skoro tak bardzo lubi Rega.

To najgorsza rzecz, o jakiej Sherlock może pomyśleć.

Reggie unosi brew.

- Ale... - szepcze Sherlock. Odsuwa się jeszcze kawałek i jest lepiej, jest o tyle lepiej, może oddychać, może...

- Nie skrzywdzę cię.

- Wiem.

- No to nie graj cnotki.

- Nie gram. I lubię cię, po prostu...

- Wróć tu.

- Myślę... myślę, że nie lubię tego – wydusza z siebie Sherlock.

Reggie mruży oczy. Są niebieskie, dość pociągające. Sherlock przełyka ślinę i odwzajemnia spojrzenie, czując narastającą panikę. Nie ma wielu przyjaciół. Sherlock ma brata, który z każdym dniem jest coraz nudniejszy i daleką matkę, która pije, i ojca, który nigdy nie zasypia sam, i Reg zawsze miał ochotę na spacery przy świetle księżyca w środku nocy, na zakopywanie skarbów, na rysowanie pirackich map, na składanie sekretnych przysiąg przypieczętowanych krwią. Reg jest ważny.

- Myślałem, że coś dla ciebie znaczę – mówi Reg. Brzmi to jak splunięcie.

- Znaczysz.

- Wcale nie. Nie, jeśli...

Sherlock przygryza wargę w tym miejscu, w które Reg przed chwilą go całował, i szybko myśli. Musi być jakiś sposób, by to wszystko rozwiązać. Musi być. Wszystko da się rozwiązać. A Sherlock może być bardzo młody, ale zaczyna podejrzewać, że jest genialny.

- Nie chcę zrobić tego z tobą, bo nie chcę zrobić tego z nikim – wyjaśnia.

- Daj spokój – prycha Reg. - Wszyscy chcą to z kimś zrobić. I jestem pewien, że nie podobają ci się dziewczyny. Czekaj, a może ci się podobają?

- Nie.

- Więc podobają ci się chłopcy.

- Nie.

- Co, mam uwierzyć, że jesteś jakimś rodzajem robota?

- Oczywiście, że nie jestem...

- Dotykasz się czasem?

- No, czasem tak, ale nie podoba mi się to specjalnie.

- Nie podoba ci się. – Brwi Rega podjeżdżają w górę w niedowierzaniu. - Co do diabła jest z tobą nie tak? Dlaczego ci się nie podoba?

- Jest... jest niechlujne i skomplikowane, i...

- Sherlock, wiem, że lubisz niezależność i w ogóle, i jesteś trochę ześwirowany, ale żaden z ciebie pieprzony android. Nie znam nikogo innego, kto prowadziłby indeks skarpetek, ale...

- Moje serce bije wtedy zbyt szybko. To nieprzyjemne.

- To już zupełnie idiotyczne.

- I nie wiem, o czym myśleć...

- O pierdoleniu – mówi z rezygnacją Reg. - Kiedy ludzie się masturbują, myślą o pierdoleniu. Ja myślę o pierdoleniu ciebie.

Zapada straszliwa cisza.

- Przepraszam – szepcze Sherlock.

Reg potrząsa głową i odwraca się.

- Powiedziałeś, że to w porządku, że jestem inny – mówi Sherlock błagalnym głosem.

Reginald wciska pięści do kieszeni. Staje się niebezpiecznie przystojny, a Sherlock jest zbyt dobrym obserwatorem, by tego nie widzieć, ale nagle chce odzyskać starego Rega. Chce, żeby znowu mieli po osiem lat, strugali kijki na strzały, robili łuki z kuchennego sznurka, wpadali na siebie nawzajem i wybuchali śmiechem. Wszystko było wtedy proste, a gdy Reggie spoglądał na Sherlocka, Sherlock czuł się jak król. Teraz czuje się jak jeden z jego obiektów badawczych, rozpłatany wzdłuż i przypięty do deski.

- No i nie miałem racji – warczy Reg, a Sherlock zaczyna rozumieć, że w jakiś sposób uraził swojego najlepszego przyjaciela. - Jesteś zupełnym świrem.

Reg wychodzi z rozmachem burzy gradowej, a Sherlock zaczyna się zastanawiać, czy to słońce schowało się za chmurami, czy też jego percepcja rzeczywistości zmieniła się przez to straszne okropieństwo ich kłótni. Wraca do identyfikowania soli, ale drżą mu palce, a w klatce piersiowej coś boli go tak, jak nic wcześniej go nie bolało. I ledwo go obchodzi, że prawidłowo identyfikuje dwusiarczan baru.

xxx

Sherlock ma dwadzieścia trzy lata, gdy zdaje sobie sprawę, że cały ten seks może mu dać rzeczy, których pragnie. Co więcej, można dobierać odpowiednich partnerów, którym myśl, czy sam Sherlock dochodzi, nigdy nawet nie przyjdzie do głowy.

Sherlock obserwuje reflektory samochodów rozświetlające ciemność za jego małym oknem na Montague Street i stwierdza, że kokaina to cudowna substancja.

Dobra kokaina, taka, jaką lubi, i czysta morfina, taka, jaką bardzo lubi, poważnie jednak uszczuplają jego finanse. A życie z pojawiania się bez zaproszenia na miejscach zbrodni nie jest tak opłacalne, jak zakładał. I dlatego ten facet, Grant, znajduje się w jego łóżku.

Grant jest szczupły i rudy, ma piegowatą pierś i jest kompletnym dupkiem, ale za to dość nadzianym, i przyniósł Sherlockowi narkotyki, gdy Sherlock dał mu SMS-em do zrozumienia, że zatroszczy się o jego potrzeby. Teraz śpi na boku i lekko pochrapuje. Sherlock widzi pojedyncze, rude włoski na niedogolonym policzku, gdy światła przejeżdżającego samochodu omiatają pokój.

Sherlock go nienawidzi.

Nienawidzi tego, że jego pokój pachnie jak pot i jak ludzie. Nienawidzi tego, że Grant nosi t-shirty z nazwami zespołów, których muzyki nawet nie słucha. Nienawidzi tego uczucia w tyłku, gdy się porusza. Nienawidzi tego, jak łatwo było ukryć fakt, że nawet się nie podniecił. Uwielbia to, że nie doszedł, dochodzi tylko, gdy jest sam, mniej więcej raz na miesiąc, kiedy musi, ale nienawidzi tego, że Grant ma to gdzieś. Nienawidzi siebie. Nienawidzi Granta.

Podejrzewa, że nienawidzi tego, że żyje. Na świecie nie ma dla niego nic poza miejscami zbrodni, a miejsc zbrodni nie było już od wielu dni. Jeśli nie będzie ostrożny, jeśli nie zażyje właściwej dawki, ból powróci, powróci uczucie, że świat może się w każdej chwili zatrzymać i nic już nie będzie w porządku i poza Sherlockiem nikogo nie obchodzi że nic nie będzie w porządku.

Na jego łóżku jest zbyt wiele osób. Nigdy nie czuł się bardziej samotny. „Następnym razem" - myśli Sherlock z wyczerpaniem - „użyję ust, udam, że mnie to podnieca, i nawet nie będę musiał się rozebrać. Tak będzie łatwiej.

Następnym razem."

Plany Sherlocka spalają na panewce, bo następnym razem Grant chce robić dokładnie to samo, więc zaciska zęby, nie jęczy, myśli o rozszerzających się systemach gwiezdnych, myśli o entropii w rzekach i sposobach, by wydedukować Niagarę z pojedynczej kropli wody.

xxx

Sherlock ma trzydzieści cztery lata, gdy zakochuje się beznadziejnie od pierwszego wejrzenia.

Ściga ulicami Londynu podejrzanego – pozbawionego sumienia mordercę, który nazywa się Abernetty, a zachwyt wypełniający jego żyły jest lepszy od każdego narkotyku. Oczywiście, będzie potrzebował narkotyków, by odepchnąć czarną reakcję na koniec przygody i powrót szarości życia, będzie potrzebował kokainy albo morfiny, na które już go stać, ale póki co, naprawdę żyje. W tym biegu jest podobny bogom, jest niezwyciężony. Płaszcz furkocze za nim, gdy przeskakuje przez płot otaczający miejsce budowy. On i Abernetty wypadli ze Scotland Yardu pięć minut temu, co absolutnie nie przeszkadza Sherlockowi. Nieco tylko martwi go fakt, że Lestrade pobiegł za nimi i jadący jeep niemal zmiótł go z powierzchni ziemi. Jeśli Sherlock straci swojego człowieka, tygodnie pracy pójdą na marne.

Niebo nigdy nie było bardziej niebieskie, a jego nogi tak silne.

Sherlock widzi Abernetty'ego dziesięć jardów przed sobą, gdy pokonuje kolejne stosy cegieł, kubłów i dwuteowników. Jego twarz jest szczupła i okrutna, brązowe włosy sterczą na czubku głowy. Abernetty obiega betoniarkę wypchaną zaschniętym cementem i potyka się.

Sherlock może posmakować zwycięstwo w cholernym powietrzu.

Jeszcze jeden sus przez płot, tym razem, by opuścić miejsce budowy i Abernetty kieruje się do Hyde Parku. Zieleń drzew jest elektryzująca, krew buzująca w uszach Sherlocka - symfoniczna, szczęście, które łapie każdym haustem powietrza już dawno wymknęło się spod kontroli. Drzewa rozmywają się w pędzie. Nad Londynem zachodzi słońce. Ludzie gapią się na nich. Facet sprzedający orzeszki ziemne patrzy, jak przebiegają obok. Abernetty zaraz zderzy się z niskim mężczyzną podpierającym się laską, dla którego każdy krok wydaje się problemem.

- Zatrzymaj go! - wrzeszczy Sherlock.

Kulejący facet natychmiast się wyprostowuje. Przygważdża Abernetty'ego do ziemi ruchem, na który Sherlock może znaleźć tylko jedno słowo: kunszt. Zanim Abernetty ma czas zastanowić się, co się dzieje, jego pierś przejeżdża po żwirze, a usta niemal wybuchają od przekleństw. Niski facecik wykręcił mu oba ramiona i chyba nawet się nie zadyszał.

- Dobra, spoko, oddychaj – mówi beznamiętnie facecik do ofiary Sherlocka. Sherlock zwalnia i zatrzymuje się przed nimi, dysząc. Facecik spogląda w górę, jego ciemnoniebieskie oczy błyszczą. Ma ciemnoblond włosy i fascynującą twarz – okrągłą i zmęczoną, ale przystojną. Nosi czarną kurtkę ze skórzaną łatą na ramieniu, która wygląda, jakby nawykł do opierania na niej lufy. Ma cienkie usta i trzyma Abernetty'ego uchwytem mocnym jak skała.

- To twój kumpel, jak sądzę? - pyta.

- Rozumiem, że byłeś na Bliskim Wschodzie? - dyszy Sherlock.

Mężczyzna zamiera, ale nie wygląda na niezadowolonego.

- Jak...

- Twoje nadgarstki. No i żołnierski uchwyt na tym mordercy pod twoim kolanem.

- To morderca?

- Ośmiokrotny. Afganistan czy Irak?

- Afganistan.

Facecik wygląda na zaintrygowanego. W tej chwili dogania ich Lestrade, ściskając się za bok. Jego srebrne włosy są potargane, a buty uwalane błotem.

- Jesteś aresztowany – rzuca do Abernetty'ego, który warczy, gdy policjant wyciąga kajdanki. - I Sherlock, mam gdzieś, na jakim głodzie adrenaliny jesteś, nie możesz oczekiwać, że cywile będą powalać żądnych krwi morderców. To nie krykiet.

- Nic nie szkodzi – odpowiada nieznajomy.

- On nie jest cywilem – mówi Sherlock.

- No, teraz już jestem.

Lestrade podnosi klnącego Abernetty'ego na nogi i oddaje go w ręce Donovan, która umie biegać niewiarygodnie szybko na wysokich obcasach i właśnie do nich dołączyła. Policjantka prowadzi mordercę w stronę samochodu, zaparkowanego przy parku.

Sherlock wyciąga dłoń, by pomóc facecikowi się podnieść. Już zupełnie zapomniał o Abernettym. Lewa dłoń mężczyzny jest ciepła i zgrubiała w bardzo specyficzny sposób – jej właściciel ewidentnie umie obejść się z bronią. Jego uścisk dłoni jest stanowczy, ale gdy wstaje, przechyla się lekko na jedną stronę. Sherlock pochyla się i podnosi laskę. Podaje ją nieznajomemu.

- Dzięki – mówi tamten. Uśmiecha się. To zaciekawiony uśmiech. - Jesteś tajnym agentem?

Sherlock prycha ze zdegustowaniem.

- Bzdura. Jestem detektywem konsultantem.

- Detektywem. Ciekawe.

- Nie, detektywem konsultantem. Posługuję się obserwacją i dedukcją, dzięki czemu mogłem sam stworzyć swój zawód. Tu w Londynie jest masa detektywów urzędowych i jeszcze więcej prywatnych. Kiedy popełniają błąd, kiedy ludzie nie wiedzą, co robić, albo kiedy Yard potrzebuje pomocy, czyli zawsze, przychodzą do mnie. Jestem ostatnią instancją wśród wykrywaczy zbrodni, przyjmuję też prywatnych klientów. Kiedy ludzie mają z czymś problem, potrzebują oświecenia, wysłuchuję ich, potem oni wysłuchują mojej opinii i kasuję zapłatę. Czasem pojawia się jakaś sprawa, która jest bardziej skomplikowana, wtedy muszę trochę powęszyć, wybrać się w teren i sam wszystko zobaczyć. To są najlepsze sprawy. Wykorzystuję moją bardzo rozległą wiedzę, co znacznie wszystko ułatwia.

Sherlock z każdym słowem staje się coraz bardziej świadomy, że paple bez opamiętania, więc w końcu zaciska usta.

Facecik uśmiecha się z rozbawieniem. To bardzo miły uśmiech. Ma białe zęby. Zapomniał o bólu i przestał opierać się na lasce. A więc ból jest psychosomatyczny. Interesujące.

Wszystko w tym człowieku jest interesujące,.

- I ten przypadek wymagał... eee... węszenia, tak?

- Dokładnie.

- Czy przypadki „wymagające węszenia" zawsze obejmują powalanie morderców?

- Czasami.

- Często?

- Niewystarczająco często, ale się zdarza.

- Co jeszcze jest wymaga węszenia? Pościgi samochodowe, strzelanki, te sprawy?

- Tak.

- Brzmi niebezpiecznie.

- Jest niebezpieczne.

- Rozległa wiedza. A więc uczyłeś się w szkole dla detektywów konsultantów – stwierdza facecik. - Nie wiedziałem, że coś takiego istnieje.

- Nie, uczyłem się wielu różnych rzeczy, wszystkie starannie wybierałem specjalnie dla celów zawodowych. Wymyśliłem tę pracę... jestem jedyny taki na świecie.

- No, w to mogę uwierzyć.

Sherlock uśmiecha się, a zachwyt aż go wypełnia. Ten człowiek jest pełen sprzeczności i przez to pociągający. Odwzajemnia spojrzenie Sherlocka jednocześnie lekko i stanowczo. W sumie źle się składa, że Sherlock tak uparcie się gapi. Wielu ludzi jego spojrzenie denerwuje. Głupich, bezwolnych ludzi. Ten były żołnierz wydaje się nie mieć nic przeciwko, co jest zdumiewające samo w sobie. I cudowne. Sherlock zdaje sobie sprawę, że nie potrafi znieść myśli, iż miałby zniechęcić do siebie tego człowieka. Ale już paplał, już się gapił, a facecik wciąż tu jest.

- No, to tyle, stary – mówi teraz, wyciągając dłoń. - Powodzenia...

- Obiad?

- Słucham?

Myśl. Sherlock czuje falę paniki narastająca w klatce piersiowej na samą myśl o straceniu tej bardzo niskiej, bardzo dziwnej osoby.

- Muszę ci podziękować – mówi. - Że powaliłeś Abernetty'ego. Nie musiałeś tego zrobić i to... było dobre. Więc chciałbym ci podziękować za pomoc w pracy, zabierając cię na obiad i płacąc za niego.

„Brzmisz jak jebany robot" - myśli z desperacją Sherlock.

Mały mężczyzna parska śmiechem. Mały mężczyzna myśli, że Sherlock jest śmieszny. Boże, to przerażające. Słońce niemal zaszło, w parku zapalają się latarnie, ich światło przedziera się przez gałęzie drzew. Kawałek dalej, na pikowanym kocu, chłopak i dziewczyna splatają dłonie, obserwując gwiazdy. Sherlockowe serce tłucze się boleśnie, jeszcze nie odzyskał tchu i nic już nie ma sensu. Chce się dowiedzieć wszystkiego o tym człowieku. Chce zacząć od dnia jego narodzin i czytać jak książkę, stronę dziennie, dzień po dniu, aż zrozumie Afganistan, kulenie i ten idealny, oszczędny uśmiech.

- Nawet nie wiem, jak się nazywasz – mówi facecik.

- Sherlock Holmes.

- John Watson – odpowiada. Wyciąga znów rękę, a Sherlock ją ściska. Podoba mu się, jak ich dłonie do siebie pasują. To ma sens, jak znalezienie dwóch dopasowanych puzzli.

- Głodny? - wzdycha Sherlock.

Proszę proszę proszę.

John Watson szczerzy zęby.

- Umieram z głodu.