Rozdział jedenasty

Maturzyści '11 mieli szczęście. Zaledwie rok wcześniej kolor szat obowiązujący na uroczystym rozdaniu świadectw wypadał niepokojąco gdzieś pomiędzy musztardą a (jak trafnie ujął to Yusuf) rzygowinami. Tym razem odświętne stroje miały piękny, gładki odcień granatu z leciutkim połyskiem, który przywodził na myśl raczej wypełniony atramentem kałamarz niż nieszczęśliwą druhnę panny młodej. Zadowolony Arthur nie mógł powstrzymać się przed zerkaniem na swoje odbicie w szybie zaparkowanego auta.
— Już dobrze, Wasza Wysokość, wystarczy tego stroszenia piórek, o ile nie chcesz przegapić imprezy. A jeśli mój samochód zaraz zamieni się w dynię, kupujesz mi nowy, i to bez dyskusji.
Arthur uległ impulsowi i pokazał matce język. Z radością słuchał, jak się śmieje, zaskoczona jego dziecinnym zachowaniem w ten najpoważniejszy, najbardziej „dorosły" dzień życia. Podał jej ramię i poprowadził przez bramę na teren szkoły.
Ceremonia miała odbyć się na wielkim trawniku przed schodami prowadzącymi do głównego wejścia do szkoły. Pokrywało go już całe morze składanych krzeseł, przygotowanych dla maturzystów oraz licznych członków ich rodzin, dwoma skrzydłami obejmujące przystrojone podium. Jeden rząd siedzeń na samym przodzie przewidziano dla czekających na odbiór świadectw uczniów, drugi zaś dla nauczycieli, którzy kolejno mieli ściskać im dłonie po zejściu ze sceny, już jako ludziom uwolnionym od szkolnych kajdanów, spieszących, by zmieszać się z radosnym tłumem bliskich i przyjaciół.
Jako osoba „na literę W" Arthur wiedział, że musi uzbroić się w cierpliwość, zanim wstanie z krzesła i ustawi się w kolejce tuż za tymi „na T". Uśmiechnął się szeroko do Ariadne, która, cała zadyszana i ze świadectwem w ręce, potrząsała właśnie dłońmi swoich byłych nauczycieli. Arthur zerknął w tył, na wyraźnie wzruszonego Bena i resztę rodziny Ariadne.
Rob przewracał oczami na krześle obok swojego ojca i ściskał zwinięte w ciasny rulon świadectwo. Posłał Arthurowi słaby uśmiech, po czym znów skierował spojrzenie przed siebie, skłaniając go do zrobienia tego samego. Arthur zajął się więc na powrót obserwacją przesuwającej się po scenie w wolnym, ale równym tempie procesji uczniów. Z premedytacją (i zaschniętymi ustami) nie patrzył na elegancko ubranego, promieniującego radością Eamesa, który stał w szeregu pozostałych członków grona pedagogicznego i gratulował każdemu maturzyście z osobna.
Kiedy nadszedł czas, by podnieść się z miejsca i ustawić w rządku, a potem znaleźć się na podium, Arthur stwierdził, że sytuacja sprawia wrażenie absolutnie surrealnej.
Całe jego szkolne życie, a w zasadzie cały świat od momentu ukończenia pięciu lat aż do dziś, obracał się wokół tej jednej wielkiej, przynajmniej w założeniu, chwili — a gdy już nadeszła, okazało się, że Arthur nie czuje zupełnie nic. Może tylko tak mi się wydaje, pomyślał ponuro i wykrzywił usta, postępując jeszcze jeden krok do przodu po swoje świadectwo dojrzałości. Obejrzał się i uśmiechnął szeroko do matki, żeby mogła być z niego dumna.
Możliwe, że po prostu nie chciał już dłużej znosić ciągłej obecności Eamesa i bólu pragnienia. Możliwe, że chciał zakończyć ten ostatni rok w szkole i wejść jak najszybciej w dorosłość, bo nie odnajdywał tu już niczego, czym mógłby się cieszyć. Możliwe, że sam zepsuł sobie ten moment. Ale potem pan Caine wręczył mu świadectwo, potrząsnął jego dłonią i uśmiechnął się tak ciepło, że Arthur doznał nagłego pocieszenia. Z pełną szczerością odpowiedział mu tym samym i poczuł lekki wstyd, kiedy dyrektor powiedział:
— Doskonale, mój chłopcze. Doskonale.
Skurcz narastający w gardle Arthura przybrał na sile, kiedy odwrócił się do klaszczącego radośnie tłumu. Dopingowany entuzjastycznymi okrzykami matki, obrócił czapkę tak, by chwościk znalazł się po lewej stronie*, po czym zszedł z podium w stronę zebranych pedagogów i — choć widział, jak uśmiechają się i zagadują do każdego ucznia — poczuł się dziwnie poruszony uściskami ich dłoni, ciepłymi słowami i spojrzeniami. Przyjmował gratulacje od każdego po kolei nauczyciela, aż wreszcie, roztrzęsiony, znalazł się przed Eamesem. Dotyk jego ręki był mocny i pewny, a w oczach odbijał się kolor nieba. Arthur zaczął zastanawiać się skrawkiem świadomości, czy tak w ogóle, w najmniejszym nawet stopniu, był przygotowany na ten dzień.
— Świetna robota, panie Wright — powiedział Eames z tą samą wyraźnie powstrzymywaną dumą, z jaką przedstawiał członków swojej trupy odpowiednio zauroczonym łowcom talentów.
Arthur tylko cudem opanował chęć, by zrobić krok naprzód i przytulić się do niego — tylko po to, by pożyczyć sobie trochę z jego siły i móc kontynuować — ale wtedy, zupełnie nieoczekiwanie, jeszcze zanim było po wszystkim, sparaliżował go zimny, mdlący ból poczucia straty i wiedział, że to ma być koniec, że musi odpowiedzieć coś grzecznego, puścić rękę Eamesa i iść dalej.
Jego dłoń drgnęła spazmatycznie w uchwycie nauczyciela i poczuł, jak ciepły kciuk ledwo wyczuwalnie głaszcze brzeg jego ręki, jakby dla uspokojenia. Zamrugał pospiesznie, przepędzając ostre kłucie w oczach, zapowiedź łez wdzięczności. Uścisnął palce Eamesa i cofnął rękę, tak jak powinien.
— Dziękuję, panie profesorze.
Kiedy dotarł do końca szeregu, był bliski płaczu. Zamiast jednak dać upust tej potrzebie, usiadł na swoim miejscu i przełknął zalegającą w gardle gulę, wmówiwszy sobie, że to nic takiego, że ten dzień po prostu okazał się dla niego zaskoczeniem.
Gdy tylko ceremonia dobiegła końca i zrobiono wszystkie zdjęcia, a maturzyści zbiorowo podrzucili swoje czapki tak wysoko, że nikt nie wiedział, czyja jest czyja, Arthur znalazł się u boku swoich rodziców, którzy nalegali (odrobinę żenująco), by zamienić parę słów z innymi rodzicami. Ton ich pogawędki sprawił, że Arthur, Rob i Ari skręcali się w środku jak okrutnie zawstydzone ośmiolatki — bo właśnie wtedy mieli okazję ostatni raz podziwiać swoje matki i ojców przy nawiązywaniu podobnych kontaktów międzyrodzicielskich.
Arthur wyłączył się z rozmowy i przeniósł wzrok na budynek liceum, do którego już nigdy nie będzie chodził. Poczuł, że uśmiecha się lekko, niemal z żalem, patrząc na szkołę i wyobrażając sobie z łatwością, że pozostanie niezmieniona bez niego i jego przyjaciół, dokładnie tak jak była przed nimi i jaka zawsze będzie.
Przelotne klepnięcie w ramię przez kogoś przechodzącego obok przepędziło te melancholijne myśli. Odwrócił się i stwierdził, że nieświadomie oddalił się od grupki swoich bliskich i zbliżył do budynku szkoły. Eames, z wielce rozbawioną miną, szedł przed nim tyłem z rękami w kieszeniach i nie odrywał spojrzenia od jego oczu.
— Nie oglądaj się teraz za siebie, Arthurze — zawołał cicho i potrząsnął głową z udawanym zatroskaniem. — Patrz już tylko przed siebie.
A potem uśmiechnął się, tak pięknie i promiennie w blasku słońca, że Arthura coś aż zapiekło, gorąco, boleśnie, do żywego. Wygiął wargi, by zrewanżować się w podobny sposób, ale te tylko zadrżały od uwielbienia, które wezbrało w nim niczym przypływ oceanu, ulegający przyciąganiu księżyca. Uśmiech Eamesa rozpłynął się w jednej chwili, gdy przeczucie końca zawisło ciężko między nimi, ale wtedy Arthur usłyszał głos matki wołający jego imię i chociaż obrócił się zaledwie na jedną króciuteńką sekundę, żeby jej odpowiedzieć, wiedział, że Eamesa już nie ma, że zniknął we wnętrzu szkoły. Przez chwilę — tylko na moment, tylko by to poczuć — dopuścił do głosu swoje złamane serce, które tłukło się tak boleśnie, że omal nie rozerwało go na dwoje. Zaraz jednak wziął się w garść i, uśmiechnięty, spojrzał przed siebie, pewnym krokiem podążając ku swojej przyszłości.

XXX

Rozpadało się jakieś pół godziny przed północą. Arthur odgiął głowę do tyłu i stał w strugach ciepłego deszczu, z zachwytem wystawiając twarz na jego działanie, dopóki Robert nie zaciągnął go z powrotem pod dach markizy i popchnął w stronę krzeseł. Arthur zbliżył się chwiejnym krokiem do jednego z siedzeń i osunął się na nie bezwładnie. Z zadowoleniem obserwował wciąż tańczącą ekstatycznie Ariadne i krążącego wokół niej jak satelita Yusufa. Oboje patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczami, zaśmiewali się, gadali i całowali, odurzeni natarczywym, szaleńczym rytmem muzyki.
Ben, jako człowiek mądry i przewidujący, stwierdził, że jeśli jego córka koniecznie musi zabawiać się do upadłego z okazji uwolnienia się od szkolnego reżimu, to niech najlepiej zrobi to w miejscu, gdzie będzie miał jeszcze jako taką kontrolę nad jej wybrykami. I tak oto na imprezie pojawił się wprawdzie uszlachetniony alkoholem poncz, ale wszystkie kluczyki do samochodów zostały zebrane już przy wejściu, a dorośli od czasu do czasu dyskretnie przypominali o swojej obecności szalejącej młodzieży, która tańczyła dziko pod wysuniętą na wypadek ulewy markizą do kawałków serwowanych przez wynajętego (i na szczęście naprawdę dobrego) DJ-a.
— Ach, świeżo zakochani. — Arthur uniósł szklankę i stuknął nią o szklankę Roberta, który opadł na krzesło obok.
Fischer obrzucił Arthura przesadnie powłóczystym spojrzeniem i pochylił się, żeby potrzeć policzkiem o jego szczękę.
— Powiedz tylko słowo, mój książę, a też będziemy patrzeć sobie z uwielbieniem w oczy i wymieniać namiętne pocałunki aż po blady świt…
Arthur prychnął z rozbawieniem. Robert nachylił się głębiej i przesunął swoimi ciepłymi, miękkimi wargami po jego ustach, po czym wyprostował się znów na krześle i zerknął na niego z uniesioną oczekująco brwią. W jego bezczelnym, drażniącym uśmieszku kryło się jednak coś poważnego.
— Hmm…? — mruknął Arthur pytająco, na tyle pijany, by sytuacja zbiła go z tropu.
Rob uśmiechnął się łagodnie, niemal przepraszająco, i wyciągnął rękę, lekko klepiąc Arthura po głowie.
— Hej, nie panikuj. Serio, straszne z ciebie cielę, Arthur. Chciałem właśnie ostatni raz spróbować, czy nie mam u ciebie jakichś szans. Wiem, wiem, tylko przyjaciele i tak dalej, ale wciąż jesteś tak niewiarygodnie gorący, rozumiesz?
Arthur wybuchnął krótkim, zszokowanym śmiechem, a potem, zachęcony znajomym błyskiem w oku Roberta, pociągnął spory łyk dla dodania sobie animuszu.
— Myślałem, że skreśliłeś mnie już z listy kandydatów i rozglądasz się za innymi zdobyczami? — zażartował i rozsiadł się wygodniej na krześle, usatysfakcjonowany wzruszeniem ramion i uśmieszkiem Roberta. Samozadowolenie parowało z każdej komórki jego przesiąkniętego alkoholem ciała.
— No cóż — odparł Rob przeciągle. — To prawda, że po tym, jak wzgardziłeś moimi zalotami, odnalazłem pocieszenie w ramionach innego…
— …a potem jeszcze innego…
— …i jeszcze paru innych — dokończył Robert ze znaczącym mrugnięciem, gdy Arthur wyszczerzył zęby. — Odkryłem jednak, że twoja przyjaźń jest warta o wiele więcej niż prosta przyjemność erotycznych zapasów.
Arthur znów wyciągnął szklankę w jego kierunku i Robert stuknął o nią brzegiem swojej na znak przypięczetowania ich solidnej i utrwalonej przyjaźni. Obaj wypili po dużym łyku i z łzawiącymi oczami zakrztusili się lekko od piekącej mieszanki różnych alkoholi, beztrosko dolewanych do Ponczu Dojrzałości Ariadne.
— To było tylko takie zamknięcie etapu, wiesz? Nie zostawiaj za sobą niedokończonych spraw, niewypowiedzianych słów, i tak dalej, i tak dalej, jak mówią cholerne banały. Ja po prostu chcę tylko zacząć nowy odcinek życia jako ktoś szczęśliwy, wiesz? Zrzucić z siebie ciężar, zapomnieć o żalach… No wiesz, praktycznie pójść za radą tych wszystkich psychologicznych bredni.
Kąciki ust Arthura już unosiły się do góry, zaraz jednak opadły, a twarz przybrała wyraz niepokoju.
— Tak, racja… Czekaj, czekaj, co? Byłem częścią twojego ciężaru? — wyrzucił pospiesznie.
Rob skrzywił się, a na jego i tak już zaczerwienione od alkoholu policzki wypłynął rumieniec zakłopotania.
— Nie! Nie… To znaczy, w pewnym sensie tak, bo wiesz, ciągle byłem ciekawy, czy gdybym uderzył do ciebie wcześniej, a nie wtedy, gdy wariowałeś przez swoje złamane serce, to może wszystko skończyłoby się zupełnie inaczej? Nie pomyśl sobie tylko, że mam na twoim punkcie jakąś obsesję, nie, po prostu zastanawiałem się nad tym raz czy dwa, a i to tylko dlatego, że tak dobrze się teraz między nami układa i wiesz, no, może wyszłoby z tego coś więcej…?
Arthur zamrugał, specjalnie powoli, żeby skupić się na czymś innym niż swoich roztrzęsionych z lekkiego przerażenia dłoniach, które za wszelką cenę chciały zwinąć się w pięści.
— A… pocałowanie mnie przed chwilą pomogło?
Rob uśmiechnął się, szeroko i chytrze. Na ten widok narastające w Arthurze uczucie paniki nieco osłabło.
— O tak, pomogło. Jak bardzo byś nie był gorący, drogi przyjacielu, ani ty nie jesteś dla mnie, ani ja dla ciebie. Mam rację? — Poruszył brwiami i Arthur w ostatniej chwili zapanował nad wyszczerzeniem się od ucha do ucha.
— Wydaje mi się, że masz rację — zgodził się ze sztuczną powagą.
Robert pociągnął nosem, rzucając mu słynne pogardliwe spojrzenie swojego ojca.
— Oczywiście, że mam. Ja zawsze mam rację, mój ty racjonalny panie Wright. Racja?
Arthur ponownie wyciągnął do niego rękę z ponczem. Tym razem toast wypadł tak energicznie, że napój chlusnął im na dłonie ponad brzegami szklanek.
— Racja — potwierdził zupełnie na serio.
Przez chwilę udało im się zachowywać jak przystało na dwóch dojrzałych, cieszących się swoim towarzystwem przyjaciół, zanim rozrechotali się jak idioci i zgodnie ruszyli w stronę misy z ponczem.
— Zresztą — powiedział Robert, zaśmiewając się, pijąc i tańcząc z Arthurem, dopóki świat nie zaczął wirować im przed oczami — ta chwila już się nie powtórzy, więc możemy ją śmiało wykorzystać.
A potem Arthur kręcił się z Ari w szalonych, zamaszystych obrotach, wczepiony palcami w jej palce, by nie przewrócili się razem na podłogę, i próbował ignorować wywołane słowami Roberta mdlące, ściskające wnętrzności poczucie, że coś nie jest w porządku.
Wrażenie to zostało w nim przez nieśmiertelne wolne tańce, które zwiastowały koniec imprezy, i nie opuściło go, gdy pomagał Benowi i Ariadne odprowadzać po kolei każdego gościa do taksówki albo samochodu rodziców. Uwierało go jak kamień w bucie, kiedy Ari i Ben odwozili go do domu. Nie ustępowało nawet pod wpływem pogodnej paplaniny Ariadne na tylnym siedzeniu, jej śmiechu i opowieści o wydarzeniach dnia i ogólnie o wszystkim, tak że Arthur był zmuszony pokonać opór skurczonego gardła i włączyć się do rozmowy, udając dobry humor, beztroskę i rozbawienie, aż wreszcie wysadzili go na podjeździe przed domem, gdzie mógł pomachać im na pożegnanie z (boleśnie wymuszonym) wesołym uśmiechem.
Odwrócił się, jakby chciał wejść do środka i nagle stanął, gapiąc się w przestrzeń, a deszcz niewzruszenie moczył go do suchej nitki. Spojrzał na okna apartamentu, w którym mieszkał przez tyle lat i zastanawiał się, czemu myśl o wspięciu się po schodach i otworzeniu drzwi wydaje mu się raptem tak odpychająca.
Zakręciło mu się w głowie, dręczonej bólem i dziwną pustką, kiedy obrócił się i spojrzał w skrzywioną perspektywę ciemnej, zalanej deszczem ulicy. Światła lamp nadawały jej surowego, niemal nawiedzonego przez duchy charakteru. Wiedział, po prostu wiedział każdą cząstką swojej istoty, że to nie jest miejsce, w którym powinien być.
Początkowo szedł niepewnie, bo jakaś wciąż funkcjonująca część jego mózgu nie przestawała zgłaszać obiekcji i nakazywać mu natychmiastowego powrotu do domu, do łóżka. Posuwał się naprzód ostrożnymi, pełnymi ociągania krokami, jakby w każdej chwili mógł jeszcze zmienić zdanie, dopóki nie stwierdził, że im bardziej oddala się od domu, tym mniej dręczący staje się zaciśnięty na jego wnętrznościach węzeł.
Przyspieszył więc. Obcasy jego odświętnych półbutów uderzały o chodnik w rytmie, który brzmiał jak wyzwanie, i rozbryzgiwały płytkie kałuże, tak że wkrótce skarpetki Arthura przesiąkły wodą w tym samym stopniu co reszta jego ubrań. Ale ani deszcz, ani ciemność nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody. Przeciął skrzyżowanie wyznaczające granicę jego najbliższego sąsiedztwa i, coraz bliższy swojego celu, mimowolnie wydłużył krok, a potem, już po drugiej stronie ulicy, zaczął biec.
Pędził tak szybko, na ile pozwalały mu nogi. Potykał się i ślizgał na mokrych płytach chodnika i lśniącym od deszczu asfalcie, tracił równowagę na ostrych zakrętach i odzyskiwał ją w ostatniej sekundzie, wyrzucając ramiona na boki i młócąc nimi gwałtownie w nocnym powietrzu. Oddech palił go w płucach, po napiętej skórze przelatywały dreszcze. Ulewa i wiatr studziły jego ciało, ale pobudzony biegiem organizm transportował alkohol coraz szybciej i szybciej, aż w wirującym w głowie Arthura chaosie pozostało tylko kilka składnych myśli. Z drugiej strony, w tej chwili właśnie tylko one się liczyły.
— Eames — wyzipiał, gdy dobiegł pod jego dom, zbyt zadyszany i wyczerpany, żeby ktokolwiek mógł dosłyszeć jego słowa wyrzucane między jednym ciężkim oddechem a drugim. Nie rezygnował jednak i wołał dalej, chwiejąc się i trzęsąc na całym przemoczonym ciele. Dopiero pod samym progiem ogarnęła go nagła niepewność.
— Eames… — powtórzył jeszcze raz.
Uniósł pięść i załomotał — boleśnie — o drzwi. Krztusił się haustami powietrza, wpatrzony w ciemne okna dużego pokoju, i czekał, aż Eames otworzy mu tak jak wtedy; czekał i patrzył, a kiedy nic się nie stało, zastukał znowu, dłużej i głośniej.
Gdzieś w środku zapaliło się światło. Arthur zarejestrował blask tylko kątem oka, bo nie był w stanie oderwać wzroku od wejścia. Widział, jak słabe refleksy lampy wewnątrz domu odbijają się na szybach. Cofnął się grzecznie o krok i zakołysał na piętach, kiedy wreszcie drzwi uchyliły się powoli.
Mrok, przecięty barczystą sylwetką Eamesa. Jego zdziwiona, wstrząśnięta mina, która w żaden sposób nie odpowiadała na przejmujące błaganie w głębi umysłu Arthura.
Gwałtownie splótł ręce, żeby nie wystrzeliły same do przodu, żeby nie dotknęły.
— A… Arthur? — zapytał Eames zachrypniętym głosem, mrugając z niedowierzaniem. Po chwili jego twarz wyostrzyła się, a wzrok skupił na rozbijających się o ziemię strugach deszczu i przyklejonym do skóry ubraniu Arthura, który chwiał się i dyszał na progu. — Jezu drogi, kurwa, jesteś kompletnie przemoczony, właź do środka!
Zacisnął rękę na jego kościstym nadgarstku i jednym szarpnięciem wciągnął przez drzwi do domu. Arthur sapnął głośno z zaskoczenia, zatoczył się i wpadł na Eamesa, zaraz jednak odskoczył gwałtownie, za żadną cenę nie chcąc skamleć, błagać i czepiać się go jak rozhisteryzowana nastolatka. W dodatku mocząc go obficie przy tej okazji.
— Proszę — powiedział i zachwiał się ponownie. Wyciągnął dłoń i nakrył nią palce Eamesa, wciąż oplatające mu nadgarstek. Uparcie nie spuszczał wzroku z jego oczu, choć nadal miał kłopoty ze złapaniem tchu, a ziemia kołysła mu się pod stopami. — Proszę, proszę, pozwól mi się tylko z tobą pożegnać, z prawdziwym tobą. Ja nie… ja tak nie mogę, ja potrzebuję… zamknięcia etapu. Jakiegoś jasnego zakończenia. Proszę… daj mi tylko… pozwól…
Eames wyciągnął rękę i złapał Arthura za ramię, żeby powstrzymać go przed stopniowym i coraz bardziej niebezpiecznym przechyłem w bok, przyglądając mu się ze zmarszczonym czołem. Arthur chciał powiedzieć coś jeszcze, ale jego zęby zdecydowały, że najwyższy czas głośno zadzwonić. Eames westchnął i wypuścił go z uchwytu.
— Ociekasz wodą, Arthur. Słuchaj, przyniosę ci ręcznik, hmm? A potem zobaczymy, czy uda nam się trochę cię wytrzeźwić.
Odwrócił się w kierunku schodów, na co Arthur wydał dźwięk podejrzanie podobny do szlochu i rozpaczliwie wyciągnął za nim ręce, kurczowo zaciskając mokre palce na wciąż ciepłej od snu koszulce Eamesa.
— Nie, proszę, zostań — wydyszał. Nie rezygnował, choć Eames zdążył delikatnie uwolnić się od jego dłoni.
— Arthur — powiedział i zdecydowanie spojrzał mu w oczy zmęczonym, nieprzystępnym wzrokiem. — Trzęsiesz się i jesteś cały mokry. Dopóki temu nie zaradzimy, nie ma mowy o jakiejkolwiek rozmowie. A teraz zorganizuję coś, żeby doprowadzić cię do porządku, więc sobie usiądź i poczekaj chwilę. Wrócę za minutkę.
Popchnął Arthura w stronę salonu, a sam wbiegł szybko po schodach na piętro.
Ściany wokół Arthura drgnęły i zatoczyły koło. Spróbował zdusić budzący się w głębi piersi lęk i upokorzenie. Spojrzał w dół na ściekającą z niego wodę, która utworzyła już małą kałużę u jego stóp, i potrząsnął ostro głową, cofając się od progu, byle dalej od skórzanych krzeseł i kanapy. Złapał się oburącz słupka poręczy u podstawy schodów, opadł na najniższy stopień, oparł głowę o chłodne, solidne drewno i przygryzł język, żeby zapanować nad kolejnym szlochem.
To nie fair, zadecydował w skołowanych myślach, kiedy podłoga, ściany i sufit nie przerwały swojego oszalałego tańca, zmuszając go do przymknięcia oczu i mocniejszego przywarcia bokiem do drewnianej barierki.
Chciał tylko porozmawiać z Eamesem, powiedzieć mu, jaki był dla niego cudowny i ważny, że nie mogli się tak po prostu rozejść, póki Arthur nie napatrzy się na niego do syta i nie otworzy przed nim swojego złamanego pożegnaniem serca, póki mu nie powie, że będzie za nim tęsknił i… i…

XXX

Obudził się z wrażeniem suchości w ustach i gardle, za to z niebiańsko chłodną poduszką pod obolałą głową.
Usiadł i z cichym jękiem sięgnął po leżący na stoliku nocnym paracetamol. Wrzucił tabletki do ust i popił je dużym łykiem stojącej obok w pogotowiu krystalicznie zimnej wody, niezmiernie wdzięczny osobie, która była na tyle domyślna, by…
Och.
Arthur usiadł gwałtownie i rozejrzał się dokoła szerokimi, pełnymi niedowierzania i protestu oczami.
Znajdował się w dużym łóżku pod oknem. Na zewnątrz panowała mętna, błękitnawa szarość, zwiastun rychłego świtu, która wpadała do pokoju przez zalane deszczem szyby i kładła się cieniem na jego wnętrzu, tak że nie sposób było powiedzieć, jakie barwy i kształty kryją się w półmroku.
Arthur zadrżał lekko, czując na skórze coś wilgotnego. Poruszył się pod kołdrą i stwierdził, że nie ma na sobie niczego poza wciąż mokrymi bokserkami, ciasno owiniętymi ręcznikiem. Ktoś musiał go rozebrać, zanim położył go w tym wielkim — i pustym — łóżku.
Łóżku Eamesa.
Eames rozebrał go i położył do swojego łóżka.
Arthur zerknął ponownie na stolik. Jego zegarek, telefon, klucze i portfel, suchutkie i bezpieczne, leżały w równym rządku w zasięgu dłoni.
Serce Arthura wezbrało uczuciem i omal nie pękło z wdzięczności za tyle okazanej mu (możliwe, że upokarzającej) troski. Przerzucił nogi nad brzegiem łóżka i opuścił je na podłogę, z przyjemnością stwierdzając, że nie kołysze mu się już pod stopami. Reszta świata również zaczęła zachowywać się normalnie, nic nie wirowało, nie przekrzywiało się ani nie wywijało koziołków.
Jeszcze raz obrzucił wzrokiem okryte cieniami wnętrze pokoju, po czym powolutku podszedł do otwartych drzwi po jednej stronie łóżka. Obmacał chłodną, wyłożoną kafelkami ścianę w poszukiwaniu przełącznika i zapalił światło, krzywiąc się, kiedy jego rozczochrane, nadal mocno sfatygowane odbicie zamrugało do niego z lustra. Wypłukał starannie usta i, ze zbyt głośnym echem odbijającym się od murów pustej łazienki, kilkakrotnie ochlapał się garściami wody. Odwinął ręcznik z bioder, osuszył nim twarz i energicznie wytarł włosy, dopóki nie straciły podobieństwa do nastroszonej szczotki, a potem odwrócił się i zagapił na swój garnitur i koszulę, rozwieszone starannie na grzejniku. Gorąca fala czułości ścisnęła jego pierś tak boleśnie, że łzy stanęły mu w oczach.
Zgasił światło i oparł się o futrynę drzwi. Pozostał w tej pozycji do chwili, kiedy jego wzrok przyzwyczaił się na nowo do deszczowego półmroku, wreszcie podszedł do poręczy w nogach łóżka, gdzie czekała przełożona przez nią koszulka wraz z miękkim, bawełnianym dołem od dresu.
Pospiesznie zdjął wilgotne bokserki i założył przygotowane spodnie, a potem spojrzał z zastanowieniem na ciepłe, szerokie łóżko, niepewnie kołysząc się na piętach.
Wiedział, że powinien wsunąć się w kokon pachnącej Eamesem pościeli (nie miał co do tego żadnych wątpliwości; sprawdził, zanim wstał) i spać tak długo, aż żołądek zacznie dogadywać się z głową, a serce przestanie tłuc o żebra niczym mały, wystraszony ptak o pręty klatki. Jednak od rozłożonej na materacu kołdry i wgłębienia na poduszce biło pustką tak podobną do tej w duszy Arthura, że odrętwiałymi palcami odłożył koszulkę na brzeg łóżka, zebrał się w sobie i ruszył na poszukiwanie Eamesa.
Przeszedł cichutko korytarzem i zajrzał za szereg otwartych drzwi na jego drugim końcu. Odnalazł tam kolejno drugą łazienkę, gabinet do pracy i przerażająco pustą pakamerę, nie licząc stosu opatrzonych opisanymi naklejkami kartonowych pudeł, których widok wywołał w Arthurze potworny lęk. Powoli zszedł po schodach, zaciskając drżące palce na drewnianej poręczy.
Stopnie poskrzypywały delikatnie pod jego pełnymi wahania krokami. Zatrzymał się w połowie drogi na dół i przebiegł wzrokiem po pogrążonym w szarości poranka salonie. Wodnisty blask nadawał cieniom ostrzejszych konturów, spychał je na boki i okrywał pokój niemal nieziemską poświatą, a w długiej, wpadającej przez okno smudze bladego światła, rozciągnięty na większej z dwóch skórzanych kanap, leżał Eames.
Cichutko i ostrożnie, na samiusieńkich czubkach palców, Arthur pokonał resztę schodów, bezszelestnie przeszedł przez korytarz i, wsłuchany w odgłos regularnych, głębokich oddechów Eamesa, zbliżył się i pochylił nad nim, tylko po to, by popatrzeć. Spazm chwycił go za gardło, a powstrzymywane powietrze zapiekło w płucach, kiedy chłonął wzrokiem odwróconą profilem, wciśniętą w poduszki twarz i plątaninę zwisających nad brzegiem kanapy kończyn, i przez jedną krótką chwilę nie był zdolny do niczego więcej oprócz wpatrywania się w unoszącą się i opadającą klatkę piersiową Eamesa. Nie mógł się nadziwić, ile tkliwości potrafi wzbudzić w nim widok pary czarnych spodni od dresu, czarnego podkoszulka i nagich stóp.
Westchnął cicho nad własnym niezdecydowaniem. Z drżącym sercem nachylił się nad śpiącym — na tyle nisko, że mógłby go dotknąć, gdyby się odważył — i podciągnął zsunięty koc. Okrył go nim łagodnie, czując na skórze mrowienie wywołane jego bliskością, postał jeszcze przez moment, by tylko popatrzeć, aż wreszcie wycofał się w stronę okna. Zatrzymał się przed poznaczoną śladami deszczu szybą, wbił ręce głęboko w kieszenie spodni i obserwował, jak wschodzące słońce rozpala miniaturowe ogniki w spływających po szkle kropelkach.
Stał tak wystarczająco długo, żeby bijący od okna chłód deszczu i wiatru zdążył pokryć go warstwą gęsiej skórki, wprawić w lekki dreszcz i ściągnąć brodawki piersi w twarde guziczki. Arthur zaczął właśnie łamać sobie głowę nad trudnym wyborem pomiędzy założeniem swoich wciąż mokrych ubrań i wymknięciem się na zewnątrz a dyskretnym, niezręcznym i pełnym dzikiej tęsknoty powrotem na górę do łóżka, w nadziei, że po przebudzeniu rozzłoszczony Eames nie potraktuje go jak niesfornego dzieciaka, gdy nagle coś się zmieniło.
Cisza, raptowna i dziwnie niepokojąca, wyrwała go z rozważań. W pokoju zabrakło nagle równomiernego, hipnotyzującego rytmu oddechu Eamesa i przerażony Arthur zmusił się, by stać bez ruchu, z palcami zaciskającymi się w pięści we wnętrzu kieszeni i wzrokiem skupionym na ciemnym refleksie kanapy w szybie. Starał się oddychać spokojnie i bez zmian, i w żaden sposób nie zdradzić, że widzi, jak Eames cicho opuszcza nogi na podłogę i powoli siada z szelestem opadającego koca i łagodnym jękiem sprężyn, a potem krzyżuje spojrzenie z okiennym odbiciem Arthura.
— Wiesz, to zazwyczaj robi się na odwrót — odezwał się Arthur po chwili i wyprostował sztywno plecy, uparcie wpatrując się w majaczący w szybie blady krąg twarzy Eamesa. — Kiedy nawiedzi cię nieproszony gość, to on powinien spać na kanapie, a nie ty.
Eames przesunął dłońmi po policzkach i zwiesił nisko barki, jakby z rezygnacją. Arthur przełknął ślinę.
— Oczywiście najprościej byłoby złapać wspomnianego nieproszonego gościa za ucho, wyrzucić go za drzwi i zapomnieć, że się w ogóle pojawił.
— Byłeś pijany. I w dodatku przemoczony do suchej nitki.
Arthur zesztywniał jeszcze bardziej, zszokowany, choć po jego skórze przebiegł jednocześnie przyjemny dreszcz świadomości, że Eames dokładnie wiedział, jak wyglądały wczoraj wszystkie warstwy jego ubrania.
— Tak. Byłem — odparł ostrożnie w nadziei, że wystarczająco podkreślił ostatnie słowo.
Patrzył, jak Eames ze zmęczeniem pociera grzbiet nosa. Nie zdejmował z niego poważnego, wygłodniałego spojrzenia, tak intensywnego, że przypominało niemal fizyczny dotyk. Chłonął nim każdy szczegół widocznego w szybie, lekko rozmazanego odbicia, które wydawało się w dziwny sposób bardziej przystępne od prawdziwego Eamesa.
— Przepraszam — wyrzucił nagle bez tchu, chcąc zdążyć z wytłumaczeniem, zanim Eames pomyśli sobie o nim jeszcze gorzej albo każe mu opuścić swój dom. — Naprawdę bardzo cię przepraszam, że przyszedłem tu tak późno i narobiłem ci kłopotu, ale… ja po prostu… po prostu…
Urwał i przełknął gwałtowną falę potrzeby i załamania, która złapała go za gardło i uwięziła oddech w krtani. Zamknął oczy pod ciężarem wzroku Eamesa, rozmytego na lekko zaparowanej powierzchni okna.
— Po prostu nie mogłem… nie mogłem zostawić tego bez zobaczenia się z tobą jeszcze raz, zobaczenia się naprawdę, a nie podczas rytualnego cyrku w garniturach, z wymuszonymi uśmiechami, udawaniem i niezdarnymi uściskami rąk. Ja tylko… — Odwrócił się i oblizał zaschnięte wargi. Spojrzał na Eamesa, zaciskając pięści w kieszeniach z nadzieją, że wciąż mętne światło poranka zamaskuje bijącą od niego niepewność. — Chciałem się z tobą pożegnać, prosto i zwyczajnie. Nie z facetem w garniturze, za którym nie powinienem tęsknić tak, jak będę tęsknił za tobą. Chciałem… chciałem zobaczyć ciebie, tylko ten… ten jeden ostatni raz.
Oderwał wzrok od pochylonego profilu Eamesa, jego opuszczonych powiek, skrytej w półmroku, całkowicie nieczytelnej miny. Obrócił się na pięcie, twarzą ku oknu, próbując w ten sposób odzyskać choć ułamek swojej godności, która pomoże mu utrzymać fason tak długo, dopóki stąd nie wyjdzie.
— Ten jeden ostatni raz — powtórzył Eames tak cicho, że Arthur omal nie uznał tych słów za własny bezwiedny szept.
Szeroko otwartymi oczami patrzył, jak odbicie Eamesa pociera sobie twarz szorstkim ruchem i potrząsa głową. Błysk nierównych zębów i miękkie parsknięcie śmiechem sprawiły, że zachwiał się w miejscu.
— Przyszedłeś tutaj ze świadomością, że najprawdopodobniej robisz źle i… zapewne na próżno, że twoje wysiłki pójdą na marne, i… Chryste, pojęcia nie mam, czemu miałoby mnie to zaskoczyć.
Głos Eamesa był przyjazny, niemal konwersacyjnie lekki, toczył się miękko od słowa do słowa.
— Jesteś… jesteś tak cholernie odważny, Arthurze, prawda? Wziąłeś na siebie ryzyko mojego gniewu, liczyłeś się z tym, że ucierpi na tym twoja… nie, nie duma, ty nie myślisz w takich kategoriach, ale na pewno twoje poczucie osobistego komfortu, twój szacunek do samego siebie, twoja godność… A jednak przyszedłeś, żeby zobaczyć mnie ten jeden ostatni raz, a ja… ja nie mogłem nawet…
Wydał z siebie dziwny dźwięk, coś rozdartego pomiędzy śmiechem a szlochem, i podniósł się nagle z kanapy. Przez chwilę stał, pochylony, z twarzą schowaną w dłoniach, po czym wyprostował się i energicznie przesunął ręką po włosach. Spojrzał na wpół odwróconego plecami Arthura, który skamieniał z jego imieniem na ustach.
Popatrzyli sobie w oczy.
Na moment zastygli bez ruchu, jakby wstrząśnięci bezpośrednim kontaktem wzrokowym. W końcu Eames westchnął i osunął się na poręcz kanapy, wciąż wpatrując się w Arthura intensywnie i z czymś podobnym do rezygnacji.
— Widziałem wystawę Ariadne — powiedział szorstkim tonem, a Arthur zmarszczył brwi na ten nieoczekiwany zwrot w rozmowie. Eames spuścił wzrok tak nisko, że nie sposób było odczytać wyrazu jego oczu. — Oglądałem jej prace i… chciałem…
Umilkł i zwilżył wargi językiem, wyraźnie sfrustrowany. Zaraz jednak kąciki jego ust uniosły się w niespodziewanym, słodkim prawie-uśmiechu.
— Zauważyłem cię jeszcze przed początkiem roku szkolnego. To znaczy, zobaczyłem cię w weekend przed rozpoczęciem zajęć, kiedy biegałeś wokół boiska. Siedziałem na trybunach i pracowałem nad planem lekcji, a ty mijałeś mnie za każdym okrążeniem i ani razu nie spojrzałeś w górę. Pomyślałem, Chryste, oby to tylko nie był uczeń, no i oczywiście, wchodzę do klasy, a ty, cholera, siedzisz sobie w ławce, tuż przed moim nosem, na mojej zasranej lekcji. Boże, ależ byłem rozczarowany.
Roześmiał się, ostro i urwanie, krzyżując ramiona na piersi. Arthur z powrotem odwrócił się niemal zupełnie twarzą do okna, nagle przytłoczony ciężarem nieoczekiwanej szczerości Eamesa.
— Powiedziałem sobie, że to nic wielkiego, trudno, po sprawie — ciągnął Eames. — Miałem nadzieję, że byłeś kimś z kadry, ale okazało się, że nie jesteś, więc na tym powinno się skończyć. Tylko że… Byłeś sobą, a to znaczy, że byłeś… jesteś genialny, błyskotliwy, ironiczny i dowcipny, o boże, że masz w sobie wszystko, co zwykle sprawia, że tracę głowę. A ja brnąłem dalej i tylko pogarszałem własną sytuację, podpuszczałem cię na lekcjach, wmanewrowałem w Hamleta i, do jasnej cholery, podwoziłem cię do domu jak jakiś samobiczujący się masochista… Boże, chciałem cię tylko pocałować… tak bardzo chciałem cię pocałować…
Arthur zadrżał i znowu odwrócił całkowicie twarzą do okna, usiłując wziąć się w garść. Z oddechem uwięzionym w płucach śledził wzrokiem odbicie Eamesa, który podniósł się z oparcia kanapy, przeszedł przez pokój i zatrzymał tuż za jego plecami. Skóra Arthura omal nie zaskwierczała pod wpływem jego bliskości.
Przez chwilę po prostu stali i oddychali.
— Początkowo, kiedy się wycofałem, wmawiałem sobie, że robię to dla ciebie. Myślałem, że w którymś momencie zrozumiesz, jaki ze mnie pieprzony perwers, że zauważysz, jak bardzo cię pragnę. Tyle że wcale nie robiłem tego dla ciebie, ale dla siebie… Po naszym spotkaniu w sklepie w drugi dzień świąt Mal prawie rozerwała mnie na strzępy. Powiedziała mi, jak idiotycznie się zachowywałem w stosunku do ciebie, że cię zna i podziwia, i że jeśli nie zostawię cię w spokoju, obedrze mnie ze skóry. Pomyślałem wtedy dobra, wystarczy, kończę z tym i starałem się, z całych sił starałem się być tylko twoim nauczycielem, a nie żałosną namiastką przyjaciela, którym próbowałem zostać, próbowałem być dla ciebie tylko panem profesorem Eamesem i… Coś okropnego. Nie mogłem, po prostu nie potrafiłem tego zrobić. Ale obiecałem sobie, że nigdy, przenigdy nie zdradzę się przed tobą ze swoimi uczuciami, z tym, co myślę naprawdę, a potem, tego dnia, kiedy ty…
Arthur zesztywniał, najwyraźniej widocznie, bo nagle poczuł delikatne muśnięcie ciepłej dłoni na spiętym ramieniu. Gorący oddech owiał mu skórę na karku. Ręka Eamesa ześliznęła się w dół, do wysokości pasa, i spoczęła lekko na boku Arthura.
— Musiałem powiedzieć ci nie — kontynuował Eames ochryple. — Musiałem pozwolić ci udawać, gdy zachowałeś się tak, jakbyśmy się nigdy nie całowali.
Arthur zadygotał, a silne przedramię owinęło się wokół niego, mocno przywierając do twardych, drżących mięśni na jego brzuchu. Ciepła dłoń otoczyła biodro Arthura i przycisnęła go plecami do okrytej bawełnianą koszulką piersi Eamesa. Poczuł na karku gorące wargi, układające się w wypowiadane z żalem słowa.
— Więc miałem odejść, wtedy tak samo jak teraz. Zniknąć i nigdy cię już nie zobaczyć, jak jakiś pieprzony tchórz, a ty… Ty nagle znów tu jesteś, piękny i odważny, a ja, ja zamierzałem pozwolić ci odejść. Kurwa, zrobiłem telefonem zdjęcie twojej fotografii na wystawie Ari, po kryjomu, udając, że tylko wysuwam komórkę z kieszeni. A potem, w samochodzie, zobaczyłem, że wyszło mi całe rozmazane, że udało mi się złapać ostrzej tylko pojedyncze fragmenty, twoją dolną wargę i może jeszcze zarys uda, i po prostu siedziałem za kierownicą i nie byłem zdolny do niczego poza gapieniem się na tę przeklętą fotkę, i próbowałem sobie wmówić, że dam sobie radę, że mogę wyjechać w świat, gdzie już nigdy cię nie zobaczę, jeśli tylko będę miał przy sobie to pieprzone, idiotyczne zdjęcie.
Eames oparł czoło o kark Arthura i wydał z siebie roztrzęsione westchnienie. Skrzyżował przedramiona, łapiąc Arthura za drugie biodro wystarczająco mocno, by je posiniaczyć, a Arthur poczuł kłucie pod powiekami. Usta Eamesa paliły mu skórę i drżały od przepełnionego pogardą do siebie samego szeptu.
— Tak bardzo cię przepraszam, Arthurze… Naprawdę… naprawdę próbowałem ocalić nas obu, ale w efekcie przysporzyłem nam tylko cierpienia… — Przełknął ślinę i Arthur wyczuł smutek, bijący z jego słów. — Byłem takim cholernym durniem.
Arthur szarpnął się jednym, gwałtownym ruchem, jakby chciał zmienić kierunek, brnąc przez głęboką wodę. Obrócił się w ramionach Eamesa, pochwycił go za szyję i przyciągnął blisko. Uśmiechnął się, mimo że musiał ostro przygryźć język, żeby powstrzymać potok desperackich słów, które kotłowały mu się w gardle i cisnęły na usta.
— Chodź tu, ty durniu — warknął, otoczył Eamesa ramionami i zadrżał z zachwytu, kiedy ten wtulił twarz w jego szyję. Stali, trzymając się kurczowo w objęciach, jakby w obawie przed interwencją rzeczywistości, która znów oderwie ich od siebie.
Przez chwilę tylko tak trwali, kołysząc się lekko. Serce Eamesa waliło pod cienkim, rozgrzanym materiałem koszulki; jego rytm odbijał się jako echo od żeber Arthura, który ostatkiem woli powstrzymywał się przed wessaniem w usta Eamesa, ale nie mógł, jeszcze nie, bo Eames wciąż szeptał przepraszająco, trząsł się w jego ramionach i przeklinał własną głupotę w każdym słowie, które wypowiadał prosto w puls na szyi Arthura.
— Byłem na tej przeklętej wystawie codziennie aż do rozdania waszych świadectw, ale już ani razu nie mogłem zdobyć się na kolejną próbę. I cały ten czas ludzie rozmawiali o tobie, jaki jesteś piękny, pełen życia, silny i onieśmielający, a ja mogłem tylko nienawidzić ich za to, że wolno im mówić na głos te wszystkie wspaniałe rzeczy o tobie, podczas gdy ja, kurwa, musiałem cię odtrącić, pozwolić ci odejść, kiedy tak naprawdę powinieneś być mój, mógłbyś być mój i…
Arthur roześmiał się bezradnie i odsunął Eamesa na długość ramienia, nie mogąc zapanować nad czułością, ogarniającą go na widok śmiertelnej obrazy w zmrużonych szaroniebieskich oczach.
— Rzeczywiście dureń z ciebie — powiedział i przycisnął język do zębów, żeby znów nie wybuchnąć śmiechem. Serce zatłukło mu się w piersi, zanosząc się gorącym triumfem, i ponownie porwał w objęcia tego pięknego mężczyznę, który, choć wyraźnie zdezorientowany, próbował spiorunować go wzrokiem. — Przecież ja zawsze byłem twój.
Eames zamrugał, przełknął ślinę i oblizał wargi. Arthur patrzył na czubek jego języka i czuł, jak oddech więźnie mu w krtani.
— Naprawdę? — zapytał Eames martwym głosem.
Arthur skinął głową. Zrobiło mu się słabo i zachwiał się lekko w jego ramionach, kiedy cała krew odpłynęła gwałtowną falą w dół. Przysunął się bliżej i musnął jego wargi swoimi.
— Już ci to powiedziałem, durniu — wymruczał prosto w napierające na niego usta, zaraz jednak wydał żenujący, podobny do skomlenia dźwięk, czując na dolnej wardze dotyk jego języka.
Nagle było tak, jakby nigdy nic ich nie rozdzieliło, i chciwe, zaborcze ręce Arthura szarpały i tarmosiły koszulkę Eamesa, żeby jak najprędzej, z desperacją dotknąć jego skóry. Eames przygarnął go mocno do siebie, jego szeroko otwarta dłoń napierała na dół pleców Arthura, podczas gdy drugą wędrował od przestrzeni między jego łopatkami aż na kark, gdzie zacisnął ją na jego włosach, ustawiając go w najlepszej pozycji do całowania, całowania bez końca, do utraty równowagi, do utraty tchu…
Arthur krzyknął cicho, kiedy jego nagie plecy zetknęły się nagle z zimną powierzchnią okna. Mimowolnie przerwał pocałunek i wygiął się do przodu, byle dalej od wilgotnego chłodu szyby, szukając ochrony w ciepłych objęciach przed sobą. Jego wyrzucone wprzód biodra zderzyły się z kroczem Eamesa. Ich podbrzusza naparły na siebie i zaczęły poruszać się we wspólnym rytmie, a Arthur zagryzł usta, czując, jak powietrze między nimi rozpala się i gęstnieje.
— Zi… zimno — usłyszał własny głos, cienki jak pisk, i Eames przysunął się bliżej, przywarł do niego jeszcze ciaśniej. Ułożył skrzyżowane przedramiona na szybie, żeby odizolować Arthura od nieprzyjemnej wilgoci na wciąż zamglonej chłodem poranka powierzchni. Arthur osunął się w jego objęcia i przytulił bokiem do zagłębienia futryny, a dla lepszej stabilności pozycji owinął ręce wokół barków Eamesa i wczepił się w nie, zaglądając mu w niemal poczerniałe oczy.
— Lepiej? — zapytał Eames zduszonym głosem. Arthur przytaknął, ale już zbierał się w sobie, żeby tylko nie zacząć błagać, nieważne, jak bardzo chciał w tym momencie być zerżnięty tu, na miejscu, oparty plecami o okno. — Nie mogę uwierzyć, że omal cię nie straciłem… — wyszeptał Eames, pocierając twarzą o szczękę Arthura. Possał ją delikatnie tam, gdzie przechodziła w szyję, a cały zasób słownictwa, jakim dysponował Arthur, został zredukowany do pojedynczych sylab. Przez kilka chwil był zdolny jedynie do powtarzania w kółko dureń, dopóki ich usta nie złączyły się na nowo i tak pozostały.
— Nigdy — wychrypiał Eames, kiedy kolejny raz oderwał się od Arthura, tylko po to, by natychmiast wytyczyć sobie wycałowaną trasę od jego szyi po obojczyk. — Jeszcze nigdy nie pragnąłem dotknąć kogoś w taki sposób, w jaki chciałem dotknąć ciebie. O kurwa, czego ja bym ci nie zrobił, skarbie… Broniłem się chyba całą wieczność, żeby o tobie nie myśleć, kiedy trzepałem sobie pod prysznicem aż do skurczu w ręce. Z jednym wyjątkiem… Z wyjątkiem tamtego dnia, gdy chciałeś, żebym do ciebie przyszedł, a ja musiałem zdobyć się na to, żeby ci odmówić. Pogratulowałem sobie potem żałosnym waleniem konia po pijanemu i wtedy, ten jeden raz, pofolgowałem swojej wyobraźni i pozwoliłem sobie pomyśleć, jak mogłoby być, gdybym skorzystał z twojego zaproszenia, przyszedł do ciebie do domu, zjadł ugotowaną przez ciebie kolację i… pieprzył twoją pięść, a potem twoje przemądrzałe, niewyparzone usta, a w tle leciałby film, który tak zachwalałeś…
Arthur zaśmiał się, cicho i sugestywnie, i przesunął palcem po zawijasach tatuażu, który wyglądał spod rozciągniętego wycięcia koszulki pod szyją Eamesa. Pochylił się i znów obrysował wyryte tuszem kontury, tym razem przy pomocy języka i zębów, łagodząc brutalne traktowanie drobnymi pocałunkami.
— O boże, dobrze wiem, jak to jest. Jedyny raz, kiedy ja poszedłem w myślach na całość, zdarzył się po naszym kryminalnym wypadzie po ten twój cały cholerny dywan. Chciałem cię tak bardzo, że po prostu musiałeś usłyszeć, jak jęczę twoję imię, gdy odjeżdżałeś spod mojego domu. — Powrócił z szyi do szczęki Eamesa, przez całą drogę nie odrywając języka od jego skóry, po czym, między jednym słowem a drugim, złożył kilka szybkich pocałunków na tych pełnych, fantastycznych ustach. Tracił dech, podczas gdy ich biodra ocierały się o siebie okrężnymi, rytmicznymi ruchami. — Miałem w sobie trzy palce, jeszcze zanim zdążyłeś skręcić za róg. Myślałem o pieprzonych motelowych łóżkach, żetonach do pokera, twoim fiucie w moim gardle, i doszedłem tak mocno, że ugryzłem się w rękę. Było mi z tym dobrze, czułem się, jakbym należał już do ciebie, a ty niczego się nie domyślałeś, i… rozzuchwaliłem się, zaprosiłem cię do siebie na kolację i… — Roześmiał się, a Eames cofnął się, żeby na niego popatrzeć, rozpalony i spowity w szare cienie świtu. — A to wszystko dlatego, że pozwoliłem sobie wreszcie spuścić się do myśli o tobie.
— Trzy palce — powtórzył Eames chrapliwie.
Arthur potwierdził skinieniem głowy i stłumił narastający w nim śmiech, kiedy Eames parsknął i znów zaczął go całować. Powiercił się w jego objęciach, wciąż nie mogąc uwierzyć, że wolno mu tu być, że może ssać bez opamiętania język Eamesa, wodzić dłońmi po jego piersi i ramionach i wydawać mu prosto w usta pomruki niezadowolenia nad irytującą obecnością jego ubrania. Stęknął, kiedy Eames gwałtownym obrotem zmienił ich pozycję i mocno przycisnął go do ściany.
— Wybacz, skarbie — wymamrotał, wygładzając leciutkimi pocałunkami zmarszczkę bólu na czole Arthura. — Ale już dłużej nie wytrzymam. Muszę cię dotknąć.
— O kurwa, nareszcie — zawarczał Arthur. Rozcapierzone, krzepkie palce Eamesa (o boże, może powinien był jednak wtedy użyć czterech) przejechały w górę i w dół po jego udach, niemiłosiernie (ale wciąż niewystarczająco) blisko miejsca, w którym pragnął poczuć je najbardziej. — Proszę… Tyle czekałem… żeby to były twoje ręce zamiast… O kurwa, dobrze, tak, proszę, błagam, Eames…
Eames, uniósłszy lekko Arthura, tak by ich erekcje mogły napierać na siebie bez przeszkód, zamarł w pół ruchu z dłonią zaciśniętą mocno na jego twardym pośladku. A potem, bez ostrzeżenia, zmiażdżył mu usta w brutalnym pocałunku.
— Zamiast czyich, Arthur? Roberta Fischera? Czyich, do diabła? — wysyczał gwałtownie.
Arthur ukąsił go w odpowiedzi w wargę i spojrzał wyzywająco, wbijając mu w żebra swoje krótko przycięte paznokcie.
— Zamiast niczyich, ty głupi dupku. Chciałem twoich rąk w miejsce własnych. Do jasnej cholery, ja jeszcze z nikim tego nie robiłem, palancie jeden, a jeśli już cię to tak interesuje, to owszem, Robert próbował się do mnie dostawiać, ale dałem mu kosza, bo wciąż myślałem o tobie.
Zamilkli na chwilę. Arthur gapił się groźnie na Eamesa, jednocześnie próbując nie rzucić się na niego z wygłodniałą desperacją. Oczy Eamesa, szaroniebieskie i pociemniałe, wpatrywały się w jego twarz z czymś zbliżonym do szoku.
— Jesteś… prawiczkiem?
Arthur zwrócił wzrok ku sufitowi.
— Tak, jestem nietkniętym, idealnie niewinnym kwiatuszkiem. Niemniej kwiatuszkiem z nieograniczonym dostępem do internetu od piętnastego roku życia, dzięki czemu w krótkim czasie mogłem sobie skompletować, i w konsekwencji z rozkoszą wykorzystywać, zawartość szuflady w szafce przy łóżku, więc jeśli teraz przyjdzie ci do głowy porzucić w popłochu plan wypieprzenia mnie do nieprzytomności, to cię zamorduję, rozumiesz?
Wargi Eamesa wygięły się w znajomym uśmieszku, który w przeszłości tysiąckrotnie sprawiał, że Arthur chciał zetrzeć mu go z twarzy pocałunkiem — więc zrobił to teraz bez wahania. Zaatakował usta Eamesa, całował je i ssał, dopóki Eames nie stracił tchu i kolejny raz nie zatoczył się z nim na ścianę.
— Chciałem tylko wyrazić — wydyszał, ocierając się kolistymi ruchami o biodra Arthura, co doprowadzało ich obu do dzikiej, rozpaczliwej euforii (a Arthura dodatkowo o wiele za blisko krawędzi jak na poczucie bezwarunkowego komfortu) — jak bardzo doceniam ten fakt, a nie kontestować status twojej dziewicznej czystości. — Wyszczerzył się i ścisnął go oburącz za pośladki tak, że gdyby nie bariera spodni, Arthur byłby już otwarty i gotowy na jego przyjęcie. — Kurczę, jestem zachwycony, ty bezczelny, sarkastyczny smarkaczu.
Arthur zajęczał i przywarł do niego, wczepił się wargami w jego usta, utorował sobie drogę do ich wnętrza — mokro, chaotycznie, niestarannie — zarzucił mu ramiona na szyję i oplótł go nimi z całej siły, z jedną dłonią zaciśniętą mocno, o wiele za mocno, na karku Eamesa.
— Eames — wyskomlał bez cienia wstydu w obliczu swoich potrzeb, a Eames zadygotał na samo brzmienie jego głosu. — Błagam, zabierz mnie na górę i zerżnij, dobrze?
Wzrok Eamesa zmętniał na chwilę, a on sam zachwiał się lekko i schylił głowę, opierając się czołem o czoło Arthura.
— Skarbie… — wybełkotał z cieniem wahania, które Arthur postanowił bezzwłocznie rozwiać przy pomocy ponownego wsunięcia mu języka do ust.
— Nie pytaj — wyszeptał gorączkowo w wargi Eamesa. — Wiesz już, że jestem pewien. Po prostu to zrób. Zabierz mnie z powrotem do tego wielkiego, pustego łóżka, w którym mnie zostawiłeś, i wypieprz.
Eames popatrzył na niego poważnie, a potem się uśmiechnął, tak powoli i lubieżnie, że Arthur omal nie pisnął, gdy próbował zrewanżować się tym samym.
— Dobrze, skarbie — wymruczał.
A potem schylił się gwałtownie, złapał kompletnie zaskoczonego Arthura wpół i bez wysiłku przerzucił go sobie przez ramię. Arthur wylądował twarzą tuż przed wypukłością jego tyłka, który poruszał się rytmicznie pod grubą bawełną spodni w takt kroków zmierzających ku schodom. Zaśmiał się krótko, zaraz jednak zaczął protestować i wyrywać się z uchwytu.
— Puść mnie, ty dupku!
— Prosiłeś, żeby zabrać cię do łóżka, najdroższy. A teraz przestań się szarpać, bo wciągnę cię na górę za włosy, metodą neadertalczyka.
Arthur zerknął na zbliżające się w odwrotnej perspektywie schody i znieruchomiał jak manekin.
— Eames — skłamał przez zaciśnięte zęby. — Zobaczysz, narzygam ci na plecy, jeśli natychmiast nie postawisz mnie na ziemi.
Eames zatrzymał się przed pierwszym stopniem, westchnął i ostrożnie zsunął go z ramienia. Arthur stanął na nogach i przybrał pozornie obojętną minę, która miała zamaskować jego triumf, ale nagle zaskrzeczał, bo Eames znów dał nurka w dół, by go podnieść, tym razem przyciśniętego tyłem do ściany, i zarzucił sobie jego udo na biodro. Arthur odruchowo skopiował ruch, oplatając Eamesa w pasie drugą nogą. Zajęczał, gdy na skutek tej pozycji wyczuł na swoim tyłku solidny kształt twardego członka. Eames cofnął się od ściany, bez kłopotu radząc sobie z ciężarem Arthura, i zwrócił ku schodom. Arthur przywarł do niego całym ciałem jak ślimak do podłoża.
— Ty podstępny draniu — szepnął mu z zadowoleniem do ucha i nachylił się po pocałunek.
Eames przystanął i bez pośpiechu zaczął badać od nowa wnętrze jego ust czubkiem języka, co przyprawiło Arthura o zawrót głowy i zmusiło do wydania żałosnego dźwięku, kiedy oderwali się od siebie.
— Taki zamierzam pozostać — mruknął Eames i powoli wszedł z Arthurem na górę.
Arthur pieszczotliwie przygryzał i pocierał nosem jego ramię wraz z każdym pokonywanym stopniem, odciągał zębami coraz bardziej sfatygowane wycięcie koszulki okrywającej ciało Eamesa i nagle z zaskoczeniem stwierdził, że znów wylądował plecami na ścianie. Otwarte drzwi sypialni były tuż tuż, o dwa kroki od nich, ale najwyraźniej wciąż za daleko, by Eames czuł się w stanie dotrzeć do nich bez kolejnej przerwy na pocałunek (a raczej ich tuzin), wsysając język Arthura do swoich ust i skubiąc jego wargi. Obie te czynności akcentował obłędnie powolnym ocieraniem podbrzusza o jego wciąż okryte materiałem pośladki.
— Chcę cię — wymruczał gardłowo i zsunął się ustami w dół, by ukąsić Arthura w obojczyk, a potem jeszcze niżej, do jego sutków. — O kurwa, jak ja cię pragnę.
Na usta Arthura cisnęło się co najmniej dziesięć dowcipnych, ironicznych i błyskotliwych odpowiedzi, ale na zewnątrz wydostały się tylko dwa słowa, za to powtarzane bez końca.
— Eames — zaskomlał, całując każdy kawałek jego ciała, który znalazł się w zasięgu. — Proszę, Eames… proszę…?
Przytrzymująca go pod udem szeroka dłoń Eamesa powędrowała do jego szczęki i objęła ją lekko. Przez jeden cichy, spokojny moment patrzyli na siebie, a potem Eames pochylił głowę i pocałował go, pewnie i głęboko, bez cienia poprzedniej zapalczywości. Prostota faktu, że jest całowany dla samej przyjemności całowania, sprowadziła na usta Arthura uśmiech, jeszcze zanim ich wargi straciły ze sobą kontakt.
— I jakże mógłbym odmówić, kiedy tak się do mnie uśmiechasz? — wypomniał mu Eames żartobliwie, choć w jego oczach zdawała się dominować śmiertelna powaga. — Za same twoje dołeczki wbiegłbym w podskokach na Mount Everest.
Arthur prychnął i zawiercił się w objęciach Eamesa, który — nareszcie — ruszył w kierunku sypialni.
— Czy to znaczy, że zaraz mnie wypuścisz? — zapytał tym samym tonem, którym pokpiwał sobie kiedyś nad wyborem stacji radiowych w jego samochodzie. Zaraz jednak zapomniał o wszelkiej drwinie na widok zapierającej dech w piersi, promiennej miny Eamesa.
— Ależ oczywiście, skarbie — zamruczał, przekraczając próg swojej sypialni.
Przeszedł jeszcze parę kroków, po czym zdecydowanym ruchem odplątał sobie nogi Arthura z pasa i dosłownie cisnął go na łóżko.
Arthur, oniemiały i bez tchu, odbił się sprężyście od materaca i znieruchomiał w jego centrum. Dopiero po chwili wydał z siebie gniewny wizg, który nie wypadł jednak zbyt przekonująco, i podciągnął się do góry. Rzucił się na Eamesa, dającego właśnie głośny upust swojemu rozbawieniu, i zaczął mocować się z nim w nogach łóżka. Przepychali się w próbach wzajemnego wytrącenia z równowagi i zwalenia przeciwnika ponad niską poręczą na pościel, ale zbyt rozproszeni swoimi ustami i ciałami, by osiągnąć cel. Nie minęło więcej niż kilka sekund, a znów się uspokoili, nie licząc aktywności języków i coraz bardziej skoordynowanego tańca bioder.
Eames pierwszy przerwał kontakt. Spojrzał na Arthura półprzymkniętymi, pociemniałymi oczami, a Arthur nie mógł się powstrzymać, żeby znów nie znaleźć się przy nim jednym skokiem i próbować dobrać mu się do ust, nie zważając na to, że jest delikatnie odpychany.
— Połóż się, Arthurze — nakazał Eames miękko, ale w jego łagodnym głosie pobrzmiewała stal, więc Arthur odsunął się od poręczy i popełznął do tyłu, znów pozbawiony tchu i tak twardy, że aż bolało. Wykonał polecenie, drżąc na całym ciele.
Patrzył w ledwo widoczne pod rozszerzonymi źrenicami szaroniebieskie tęczówki Eamesa. Eames przełknął ślinę i zrobił krok w jego stronę, Arthur powstrzymał go jednak, wyciągając stopę i przykładając mu ją płasko do splotu słonecznego. Potrząsnął odmownie głową, niemniej z ciepłem w oczach.
— Rozbieraj się — zażądał, siląc się na frywolny ton. — Zdjąłeś już dziś ze mnie ubranie, teraz moja kolej popatrzeć, jak pozbywasz się swojego.
Brwi Eamesa powędrowały w kierunku sufitu. Arthur zaczerwienił się i wypuścił powietrze przez nos w krótkim, zdesperowanym wydechu, zniecierpliwiony i lekko zażenowany.
— Chcę cię zobaczyć — wyznał cicho, po prostu, i powoli odsunął stopę od żeber Eamesa, kiedy ten spojrzał na niego gorącym wzrokiem, kontrastującym z czułością jego uśmiechu, i złapał za brzeg koszulki, żeby ściągnąć ją sobie przez głowę.
Arthurowi momentalnie zaschło w ustach. Język przykleił mu się boleśnie do podniebienia, oddech przyspieszył, a oczy wwierciły się w pierś, ramiona i brzuch Eamesa, i — och, boże drogi — jego tatuaże.
Chłonął wzrokiem czarne, rozgałęzione wzory, które pokrywały i obejmowały tors. Motywy i słowa zlały mu się w jedno, gdy wreszcie uniósł głowę, by spojrzeć Eamesowi we wpatrzone w niego wytrwale oczy, pełne żaru, dumy i pragnienia. Nie zdołał powstrzymać jęku i rozkosznego skurczu w swoim wnętrzu, radośnie świadomy, że Eames obserwujący jego reakcje jest jeszcze bardziej podniecający niż sam widok jego niewiarygodnie pięknego ciała.
Arthur wydał niski, cichy pomruk i przesunął wzrokiem w dół, na wybrzuszony przód czarnych dresów Eamesa, podobnie jak i u niego naznaczony o ton ciemniejszą plamą lepkiej wilgoci. Uniósł się i wsparł na łokciach, żeby znaleźć się choć trochę bliżej, wiedziony pragnieniem, potrzebą, czymś jeszcze silniejszym i nienazwanym, co sprawiało, że ślina napływała mu do ust na samą myśl, ale Eames już robił kolejny krok w jego kierunku. Arthur znów powstrzymał go wyciągniętą stopą.
— Zdejmij wszystko — wychrypiał i wytężył całą wolę, żeby zapanować nad uśmiechem, kiedy Eames wygiął jedną brew i zrobił cierpiętniczą minę, a potem, z głębokim rumieńcem sięgającym od klatki piersiowej aż po szczyt kości policzkowych, ostrożnie przesunął gumkę spodni nad swoją erekcją i wypuścił ją z rąk. Miękki, rozgrzany materiał ześliznął mu się z bioder i opadł z cichym szelestem na podłogę.
— Ngh — zająknął się Arthur, wlepiając zahipnotyzowane spojrzenie w powiększony, sztywny kawałek ciała, odstający pod ostrym kątem od podbrzusza Eamesa. Przysunął się bliżej — odruchowo, z desperacją — posłuszny żądzy dotknięcia, posmakowania, ale zaraz stracił równowagę i poleciał w tył, na plecy, szarpnięty za wciąż przyłożoną do piersi Eamesa stopę. Eames potrząsnął głową i odpowiedział cichym, gardłowym śmiechem na rozczarowany jęk Arthura.
— Cierpliwości, skarbie…
Wyszczerzył się do niego i uniósł jego nogę do ust, zasypując gorącymi pocałunkami wybrzuszenie kostki, a potem zwinnie wdrapał się na łóżko. Stopa Arthura przesunęła się kilkakrotnie w górę i w dół po gorącej, jedwabistej skórze jego pleców i wreszcie zatrzymała w okolicy krzyża, masując ją i badając przykurczonymi palcami. A wtedy Eames opadł na niego i naparł kutasem na nadal okrytą materiałem szczelinę między pośladkami. Zakołysał się, na co Arthur zastękał, docisnął kolana do piersi i zarzucił je na ramiona Eamesa. Trwali tak przez chwilę; Eames wpychał Arthura głębiej w materac ciężarem swojego ciała, w końcu obaj wychylili się do pocałunku i zajęczeli cicho z rozkoszy wywołanej swoją wzajemną bliskością.
— Proszę — udało się wydusić Arthurowi. Sparaliżowany i żałośnie osierocony język odmawiał mu posłuszeństwa, kiedy próbował wygiąć się w górę. Błądził dłońmi po bokach Eamesa, dopóki nie zostały unieruchomiony silnym uchwytem i zmuszony do spokojnego ułożenia rąk wzdłuż tułowia, gdzie rozpaczliwie i nadaremnie wbijały palce w prześcieradło. — Błagam, daj mi dotknąć… Boże, Eames, tak bardzo chcę cię dotknąć…
— Arthur — wyrzucił Eames przez zaciśnięte zęby, oderwawszy na moment usta od jego wyprężonej szyi. — Staram się właśnie zapanować nad pierwotnymi instynktami, które nakazują mi wcisnąć fiuta do twojego gardła. Czy mógłbyś, proszę, przestać zachowywać się jak ucieleśnienie moich wszystkich pieprzonych fantazji, a przynajmniej powstrzymać się tak długo, żebym miał szansę wytrwać i zerżnąć cię jeszcze dziś, hmm?
Arthur wygiął się w łuk i przekręcił głowę, szukając ust Eamesa. Jęknął prosto w jego rozwarte wargi i zaszamotał się w uścisku, tylko trochę, tak by ulżyć swojemu znękanemu penisowi, uwięzionemu w pożyczonych spodniach.
— Boże, tak, zrób mi to, zerżnij mnie… — powtarzał śpiewnie i na wpół świadomie pod torturą pocałunków Eamesa, które czuł na swojej piersi. Wydał okrzyk zaskoczenia, kiedy Eames nakrył ustami jego sutek i possał mocno, drażniąc językiem najwrażliwsze miejsce, dopóki jego nieskładne słowa nie zamieniły się w nieartykułowany bełkot, a on sam w błagającą, żałosną kupkę nieszczęścia, podczas gdy Eames wytrwale poruszał językiem w górę i w dół, w prawo i w lewo, bezlitosny, sprawny i genialny, tak blisko, tak kurewsko blisko, a Arthur wciąż nie mógł go dotknąć
Docisnął zarzucone na ramiona Eamesa nogi do jego żeber i przekręcił się nagłym wyrzutem ciała, próbując zrzucić go z siebie, pod siebie, odwrócić ich pozycję, zrobić cokolwiek, co zagwarantowałoby mu wolny dostęp do tego wspaniałego, śliskiego od potu ciała. Nadaremno. Wydał zduszony okrzyk zaskoczenia, kiedy Eames gwałtownie poderwał go z materaca, jedną dłonią pochwycił jego wciąż unieruchomione nadgarstki, skręcił mu je mocno za plecami i cisnął go z powrotem na łóżko. Wsunął rozcapierzone palce wolnej ręki we włosy Arthura, by go przytrzymać, brutalnie i boleśnie, i z podobnym okrucieństwem wpił się znowu w jego usta.
— Niegrzeczny jesteś — zganił go ochryple i powolusieńku zmienił pozycję, jednak nie na tyle, by uwięziony pod ciężarem jego ciała Arthur mógł wydostać się z pułapki i zrobić cokolwiek więcej niż przyglądać się bezsilnie jego poczynaniom.
Eames zahaczył palcem o gumkę spodni Arthura i zsunął ją odrobinę, zaledwie wystarczająco, by odsłonić czubek penisa, lśniący od skapującego na brzuch preejakulatu. Eames wydał niski, podobny do warkotu pomruk, od którego, co Arthur mógłby przysiąc, zaiskrzyło mu w kościach. Patrzył, jak Eames prostuje palec, a puszczona luzem gumka strzela o podbrzusze, niżej niż poprzednio, kilka centymetrów pod drżącą żołędzią. Arthur zatrząsł się i zajęczał, wystraszony niespodziewanym uderzeniem elastycznego paska, zaraz jednak omal nie zadławił się własnym językiem, bo Eames zanurkował w dół i przeprosił delikatnym pocałunkiem w tak okrutnie potraktowane miejsce.
— Jezu drogi, kurwa…! — krzyknął Arthur, roztrzęsiony i pozbawiony kontroli nad własnymi biodrami, odruchowo wyrzuconymi w górę.
Eames zlizał mu z brzucha lepką wilgoć, a potem objął ustami — o boże O BOŻE tymi swoimi ustami — wystający ze spodni wierzchołek członka i wessał go do ich wnętrza, a Arthur nagle zapomniał, jak się oddycha. Szarpnął się i wygiął w łuk pod okrutnym-śliskim-cudownym gorącem tych warg tak silnie, że dotknął czołem posłania pod sobą. Dygotał na całym ciele, zaczynał rozpadać się na kawałki i poczuł, że zaraz…
Przestań… proszę, proszę, kurwa, Eames, stop-stop-stop!Skończ, błagam, bo…
Eames wypuścił go w jednej chwili i odsunął się zupełnie. Arthur opadł na materac i przycisnął nasadę obu dłoni do oczu, walcząc o oddech i panowanie nad bliskim orgazmem, jeszcze nie teraz, jeszcze za wcześnie, do cholery. W uszach miał gorączkowy szept Eamesa, początkowo zaniepokojony i łagodzący na przemian, a wreszcie pełen zrozumienia. Ciepła dłoń wkradła się pod gumkę dresów i Arthur wydał zdławiony okrzyk, kiedy stanowcze palce oplotły podstawę jego penisa i zacisnęły się mocno.
Świat przed oczami Arthura rozjarzył się jaskrawą, bolesną bielą. Końcówki nerwów wrzasnęły w proteście, ciało trzęsło się i drżało na skłębionej pościeli, nadmiernie pobudzone i niezaspokojone jednocześnie. Eames pocałował go miękkimi wargami, delikatnie i uspokajająco, i mruczał mu prosto w usta głupiutkie słowa pociechy, dopóki Arthur nie przestał dygotać i po prostu leżał, dysząc i obserwując półprzytomnym wzrokiem, jak Eames cofa się, przysiada na prześcieradle i zsuwa spodnie z jego bioder, powoli ściąga nogawki i odrzuca dres na bok, gdzieś w ginące stopniowo cienie.
Arthur wyprężył się instynktownie pod spojrzeniem Eamesa i dotykiem jego dłoni na swoim wciąż drżącym ciele. Czuł jego palce, obejmujące kość biodrową, a następnie przesuwające się w dół wzdłuż uda; słyszał szeptane cicho słowa, takie jak piękny i uparty. Wreszcie Eames położył się obok niego i przyciągnął do siebie tak, że Arthur prawie na nim leżał, z twarzą — za gorącą, rozognioną, spoconą — wtuloną w ciemne zawijasy tatuażu na jego barku. Eames głaskał go po bokach i plecach spokojnymi, długimi ruchami, a w końcu odezwał się lekko rozbawionym tonem konwersacji:
— Wiesz, skarbie, orgazm jest w zasadzie całym celem tego ćwiczenia. Nie ma potrzeby, żeby z nim walczyć.
Arthur, który nareszcie jako tako zapanował nad powodzią rozkoszy szalejącą sobie bezkarnie w jego wnętrzu, westchnął i podniósł się na kolana, ułożone po obu stronach bioder Eamesa. Obaj jęknęli, kiedy penis Arthura otarł się o tors nauczyciela.
— Czekałem — powiedział Arthur cicho i przycisnął usta do ust Eamesa, gubiąc słowa między urwanymi oddechami. — Czekałem przez jakieś dziesięć miesięcy, marząc i zastanawiając się, jaki byłby orgazm z tobą wewnątrz mnie.
Uniósł głowę i zsunął biodra w dół tak, by śliska wypukłość żołędzi Eamesa przylgnęła do szczeliny między pośladkami. Wytrzymał jego wzrok i zakołysał się lekko, wprowadzając twardy członek głębiej między półkule, dopóki nie poczuł, że główka penisa dotyka jego dziury,napiera na nią przy każdym ruchu w tył. Uda mu drżały, mimo iż Eames podtrzymywał go mocno i wychodził mu naprzeciw podrzutami bioder, posykując wśród rozpętanej na nowo, coraz bardziej bezładnej walki ich splątanych języków.
— Błagam — wydusił Arthur i wpił się ustami w spoconą, falującą ciężko pierś Eamesa. Zaczepiał zębami o wytatuowaną skórę, oblizywał i kąsał każdy jej skrawek, który miał w zasięgu, spragniony, wygłodniały, zdecydowany. Głos odmawiał mu posłuszeństwa pod naporem rosnącej ekstazy. — Proszę, Eames, ja już nie mogę czekać dłużej.
Eames wywinął się spod niego, obrócił go i bezceremonialnie rzucił plecami na materac. Pochylił się nad nim do pospiesznego, żarliwego pocałunku, mruknął „prezerwatywy" w jego rozwarte usta i wyskoczył z łóżka.
Biodra Arthura szarpnęły się w górę, jakby zrozumiały to słowo, a on sam mimowolnie wygiął ciało w łuk. Zacisnął pięści na pościeli i zagryzł wargę, dusząc jęk, po czym szybko podciągnął się na łokieć i z rozpromienioną miną obserwował krzątaninę Eamesa w łazience, jego długie, mocne i idealne uda, jego tyłek, na widok którego ślina dosłownie napływała do ust. Zajęczał ponownie, wpatrzony w Eamesa zdecydowanie drapieżnym wzrokiem.
— O kurwa, tak, bogu niech będą wielkie dzięki — mruknął pod nosem.
Podniósł się na kolana z rozanielonym, niemal pijackim uśmiechem niedowierzania i cicho zachichotał na widok porozrzucanej garderoby. Jej obecność działała dziwnie krzepiąco, niczym swoista gwarancja, że to nie sen wywołany alkoholowym odurzeniem. Chwilę później błogość osłabła i przeszła powoli w paraliżujący, mdlący szok, kiedy przypomniał sobie swój poprzedni żal po spodziewanej stracie Eamesa, która teraz wydawała się rzeczą tak odległą — śmieszną wręcz, gdy patrzyło się na niego, powracającego do sypialni z małą paczuszką prezerwatyw w ręku.
Zamachał nią wesoło i zbliżył się do łóżka z gracją polującej pantery, wpatrzony w Arthura, który przesunął się na sam skraj materaca, nagi, stęskniony i niemogący się doczekać.
— Przepraszam, ale nie znalazłem ich od razu. Ostatnio nie miałem zbyt wielu okazji ich używać… Powiedzmy, że dostały w tym roku coś w rodzaj urlopu dziekańskiego.
Zrobił znaczącą minę i rzucił opakowanie na poduszkę. Arthur uśmiechnął się z zachwytem i przysunął, by objąć Eamesa za ramiona i przyciągnąć bliżej. Obaj jęknęli cicho, gdy ich ciała zetknęły się ze sobą od ud w górę, i znów zaczęli się całować, leniwie i bez pośpiechu. Dłonie Eamesa błądziły po torsie Arthura, przeskoczyły na jego barki, a stamtąd w dół, przez plecy, zanim spoczęły na pośladkach, ścisnęły je i rozciągnęły lekko na boki.
Arthur zakrztusił się lekko, próbując złapać oddech w trakcie pocałunku. Klepnął Eamesa w potylicę za bezczelny, zadowolony uśmieszek, którym skwitował jego zduszone kwilenie, kiedy potarli się członkami. Arthur usiłował wygiąć się zarazem w tył, tak by palce Eamesa znalazły się bliżej wejścia.
— Przypomnij mi, ile ich było? — mruknął mu Eames ochryple do ucha, na co Arthur, zamroczony żądzą i podnieceniem, wydał cichy, pytający odgłos, wtulając twarz w zagłębienie między jego szyją a ramieniem.
— Ile palców, skarbie… Wtedy, gdy o m

ie myślałeś. Ile?
Arthur dyszał ciężko z otwartymi ustami w gorącą, wilgotną skórę na szyi Eamesa, pod którą podskakiwała tętnica, a przed oczami kolejny raz zawirowało mu wspomnienie tamtego wieczoru, własnych gardłowych okrzyków tłumionych dociśniętym do ust przedramieniem, dziury kurczącej się spazmatycznie na samą myśl o Eamesie wbijającym się w jego ciało, orgazmu, który trwał, trwał i trwał bez końca…
— Trzy — wysapał i zebrał językiem słonawy pot Eamesa, Eamesa prawdziwego i żywego, znajdującego się tu, w jego objęciach. Przez chwilę tylko czepiał się go kurczowo, czując zawroty głowy z pragnienia i desperacji. Eames potarł pieszczotliwie twarzą o jego szczękę i kość policzkową, a potem dosięgnął ust, zlał swój oddech z urwanym oddechem Arthura, połykał jego jęki i pomruki, chwiał się i kołysał razem z nim, dopóki nie znaleźli się w bardziej stabilnej pozycji. Arthur drżał pod jego ostrożnym dotykiem, aż wreszcie Eames, cały zadyszany, popchnął go delikatnie w tył i Arthur opadł z powrotem na materac, obnażony przed jego oczami i wygłodniały do bólu. Wybełkotał coś nieskładnie, kiedy Eames, nie odrywając spojrzenia od jego oczu, odsunął się na chwilę i zaczął na oślep grzebać w szufladzie szafki przy łóżku. W końcu uśmiechnął się triumfalnie i zaprezentował Arthurowi częściowo zwiniętą, opróżnioną do połowy tubkę lubrykantu. Obaj zaśmiali się z czymś zbliżonym do ulgi.
— Dla odmiany ten specyfik — Eames wyszczerzył zęby i mrugnął szelmowsko, co natychmiast skojarzyło się Arthurowi z ich dziwnymi, potajemnymi wspólnymi powrotami do domu — spotkał się z dość częstym zastosowaniem. Zwłaszcza wieczorami po próbach.
— Bardzo mnie to cieszy — wymruczał Arthur, starając się nadać swojemu głosowi zmysłowe brzmienie, co niestety wypadło raczej jak rozpaczliwy jęk pożądania. Wyprężył się i stracił oddech, kiedy Eames wspiął się na łóżko i zawisł nisko nad jego rozciągniętym na prześcieradle ciałem, a potem nakreślił językiem mokry ślad od twardego, trzęsącego się brzucha po pierś. Na koniec niemal z dziką łapczywością ukąsił pulsujące szalonym rytmem miejsce na jego szyi, by chwilę później wpić się w jego wargi z tym samym dźwiękiem ulgi, który wyrwał się jednocześnie z ust Arthura.
Całowali się, głęboko i desperacko, przez kilka boleśnie długich minut, zanim potrzeba złapania tchu i zrobienia czegoś więcej kazała im się rozłączyć. Eames, nie przestając ocierać się o Arthura, podciągnął się na łokcie i kolana i przeczołgał w dół, w wygodniejszą pozycję między jego nogami, które Arthur bezzwłocznie zarzucił mu na plecy i, wykorzystawszy moment nieuwagi, pociągnął Eamesa na siebie. Wił się i rzucał pod nim gniewnie, kiedy Eames spróbował uwolnić się na tyle, by pokryć dłoń nawilżaczem, i śmiał się prosto w jego otwarte szeroko, kąsające, całujące i spragnione usta. Nie wiadomo kiedy, całe ich zmagania zaczęły przypominać walkę.
— Daj mi trzy. — Arthur obnażył zęby i zasyczał, kiedy Eames zdołał wreszcie odzyskać minimalną swobodę ruchów i, napierając lekko na strategiczne miejsce, zaczął zataczać wokół niego kółeczka jednym śliskim palcem. Ze śmiechem obrócił nadgarstek tak, by niby przypadkiem otrzeć się knykciami o przykurczone, drżące jądra Arthura, a potem cofnął się jeszcze dalej, zwliżył palce na nowo i złożył szybki pocałunek na jego ustach.
— Na początek możesz dostać dwa — zapowiedział kategorycznie. W jego oczach zamigotały ogniki nie do końca szczerego oporu. Powtórzył pocałunek, tym razem mokry, niestaranny i dociśnięty do skóry brzucha tuż obok sączącego się, podskakującego penisa Arthura. — Ty mały, zachłanny smarkaczu.
Arthur zmrużył oczy i spojrzał na Eamesa z udawaną surowością, jednoczesnym wyrzutem ciała próbując pociągnąć go znowu w dół. Zwarli się ustami na fali wspólnego jęku, zanim Eames odepchnął Arthura na prześcieradło i przytrzymał go mocno lewą ręką dociśniętą do jego piersi, a chwilę później silnym chwytem unieruchomił jego prawą dłoń. Splótł palce z palcami Arthura i wyciągnął ich złączone ramiona za jego głowę.
Arthur wygiął się tak, by móc zobaczyć swoją rękę w uścisku Eamesa. Gwałtownie wciągnął powietrze, kiedy poczuł delikatne ugryzienie w biodro i dokładnie w tej samej chwili palce — twarde, śliskie i solidne — zagłębiające się w jego wnętrzu.
— O… o boże… — wyrzucił ochryple, a Eames nagrodził go pociągłym liźnięciem samym czubkiem języka po twardych, wibrujących mięśniach brzucha.
Zamruczał uspokajająco, podczas gdy Arthur spinał się pod nim i prężył z zaciśniętymi powiekami, usiłując nie stanąć w płomieniach pod wpływem tego, co robił z nim Eames. Najdrobniejszy ruch bioder, ich najmniejszy półobrót przynosił eksplozję gorącej, mrocznej przyjemności, która rozlewała się po całym pulsującym, obolałym z napięcia ciele. Intensywność doznania była porażająca, choć palce Eamesa, skręcające się w nim lekko, wcale nie zdążyły jeszcze zabrnąć aż tak daleko.
Drżąc z wysiłku, uniósł głowę, ciężką od dziwnej, palącej euforii, i spojrzał w dół, zafascynowany — zahipnotyzowany — widokiem tego, że Eames wsuwa w niego jakąkolwiek część swojego ciała.
Rozjaśniający się powoli za oknem świt przeszedł wreszcie w światło dnia, przytłumione ponurą szarością ciemnych chmur. Krople deszczu wciąż bębniły o szyby i spływały leniwie po ich powierzchni. Dziwne, podobne do poskręcanej siatki cienie kładły się na skórze Eamesa i spowijały go nienaturalnym blaskiem, kiedy z pochyloną głową zasypywał drżące pod jego dotykiem ciało Arthura gradem pełnych czci pocałunków. Jego rzęsy, gęste i ciemne, przysłaniały przymknięte oczy i ocieniały policzek, którym otarł się niemal na oślep o brzuch Arthura, pieszcząc twardość jego członka wilgocią oddechu. Przesunął twarz odrobinę wyżej i skubnął zębami delikatny brzeg pępka.
— Eames — wyszeptał Arthur i ostrożnie zagłębił rozdygotane palce w jego mokrych od potu włosach.
Eames spojrzał mu w oczy ze szczerym uwielbieniem. Nie przerywając kontaktu wzrokowego, zakreślił językiem gorącą ścieżkę od kości biodrowej Arthura przez brzuch aż po klatkę piersiową. Zatrzymał się przy sutku, przywarł do niego otwartymi ustami i złożył kilka gorączkowych pocałunków dokładnie tam, gdzie rozśpiewane w uniesieniu serce Arthura tłukło się jak szalone o żebra.
— Błagam — wydyszał, skręcając się i drżąc spazmatycznie pod czułościami Eamesa.
Bezwiednie wygiął się w łuk, kiedy trzeci palec wśliznął się zwinnie do jego wnętrza. Zaszamotał się krótko na pościeli, podczas gdy jego ciało próbowało uchwycić nowe doznanie i nasycić się nim. Wszystko od pasa w dół sprawiało wrażenie jednego gigantycznego pulsowania, ogarnięte ekstazą wyzwalaną przez wilgotne wargi Eamesa, którymi wędrował po przewrażliwionym pieszczotą ciele Arthura, ledwo radzącym sobie z kolejnymi falami gorącej rozkoszy. Palce Eamesa zanurzyły się głębiej i ponownie skręciły.
— Proszę… Chcę cię mieć we mnie…
Eames uwolnił jego prawą dłoń, podciągnął się na łokciu i popatrzył na niego z ledwo skrywanym pragnieniem. Arthur zadrżał, czując się jak pijany i tak cholernie perfekcyjny pod jego pełnym zachwytu spojrzeniem. Cofnął rękę błądzącą we włosach Eamesa i objął go mocno za kark.
— Pieprz mnie — powiedział po prostu.
Przez moment wzrok Eamesa był niemal zbyt intensywny do wytrzymania. Szaroniebieskie tęczówki rozjarzyły się białym żarem, który prawie parzył skórę Arthura, zdawały się rejestrować każde drgnienie i skurcz jego ciała, którym, oprócz zirytowanego przekleństwa, zareagował na wycofane bez ostrzeżenia palce. Płuca Arthura bolały od urwanego oddechu. Patrzył, jak Eames wyciera rękę o pościel i nachyla się nad nim, żeby sięgnąć po porzuconą, jakże ważną paczuszkę. Drugą dłonią ujął go pod brodę i, dysząc mu w otwarte usta, przytrzymał w miejscu do głębokiego pocałunku.
— Chcę cię — powiedział chrapliwym szeptem i skubnął zębami górną wargę Arthura, po czym kojąco przesunął językiem po ugryzieniu. Ponownie wpił się wargami w jego usta, odbierając mu dech i skłaniając do jęku, zaraz jednak odsunął się i powtórzył: — Tak cholernie cię chcę, Arthur.
Wspiął się z powrotem na łokcie i kolana i ułożył przedramiona po obu stronach głowy Arthura. Arthur zarzucił mu nogi na plecy i oplótł go udami w pasie.
— Byłeś przedtem bardzo zdecydowany, skarbie, ale dla dobra mojego sumienia i kręgosłupa moralnego: jesteś pewien?
Arthur rozluźnił pobielałe na knykciach dłonie, które zaciskał kurczowo na pościeli w obronie przed obezwładniającymi falami przyjemności, i objął nimi twarz Eamesa. Dygocząc lekko, odgarnął mu ze skroni wilgotne kosmyki i przyciągnął do siebie, tak że niemal zetknęli się nosami.
— Stuprocentowo pewien, panie Eames — wymruczał z zadowolonym uśmieszkiem.
Eames zawarczał i pocałował go brutalnie, a potem odsunął się nieco i ze wzrokiem utkwionym w oczach Arthura rozerwał opakowanie prezerwatyw.
Arthur nie próbował nawet zapanować nad odruchem zerknięcia w dół, kiedy Eames przysiadł na piętach, by otworzyć foliową paczuszkę i naciągnąć ciasną lateksową osłonę na swojego cieknącego, zaczerwienionego i drżącego penisa. Poczuł gwałtowny napływ śliny do ust. Zawiercił się niespokojnie, oblizał wargi i wydał żałosny jęk, a Eames zachichotał, cicho i obiecująco.
— Następnym razem, skarbie. — Mrugnął do Arthura i odsunął się na chwilę w stronę wezgłowia.
Złapał jedną z poduszek i wsunął mu ją pod tyłek, jednym szarpnięciem podciągnąwszy go do góry, ku sobie. Arthur nie oderwał się od niego nawet przy tym raptownym ruchu, jego kończyny wciąż oplatały Eamesa w pasie i ściskały za żebra. Pozostał w tej pozycji, kiedy Eames opuścił się z nim z powrotem na materac. Biodra Arthura, dzięki poduszce ułożone wyżej niż poprzednio, napierały teraz silniej i pod lekko zmienionym kątem na podbrzusze Eamesa.
— Sprytnie — usiłował zadrwić Arthur, choć w jego tonie zgasł ostatni cień ironii, gdy Eames ponownie pochwycił tubkę z nawilżaczem. Zdjął roztrzęsione ręce z barków Eamesa i wygiął się odrobinę, sięgając gorliwie w dół, pomiędzy ich ciała. — Pozwól mi — poprosił zdławionym głosem, a jego biodra uniosły się odruchowo, jakby pchnięte samą tą myślą. — Boże, Eames, daj mi… daj mi to zrobić… dobrze?
Oklapł, zawiedziony, kiedy Eames wypuścił powietrze w ostrym, rozdygotanym wydechu i ponownie pokrył palce lubrykantem. Jego rozczarowanie przemieniło się jednak w jęk rozkosznego zaskoczenia — Eames obrócił tubkę do góry nogami nad wyciągniętą w oczekiwaniu, otwartą ręką Arthura i wycisnął na nią sporą porcję nawilżacza. Arthur zwinął dłoń w pięść i poczuł, jak krople śliskiego żelu wyciekają spomiędzy skurczonych i obolałych z pragnienia palców. Patrząc Eamesowi w oczy, zbliżył rękę do jego członka.
Eames stęknął, jakby z bólu, zamknął oczy i gwałtownie wciągnął powietrze, gdy palce Arthura utworzyły ciasny kanał wokół jego przyrodzenia i naparły na nie lekko. Z głębokim, podobnym do jęku westchnieniem wepchnął na powrót trzy nawilżone palce do tyłka Arthura.
Arthur krzyknął pod wpływem niespodziewanego wybuchu rozkoszy. Balansował niebezpiecznie blisko orgazmu już na sam widok penisa Eamesa, przesuwającego się tam i z powrotem między palcami z obscenicznym odgłosem tarcia lateksu o mokre, napięte wnętrze pięści. Dodatkowy bodziec w postaci natarczywych palców w jego ciele, które krzyżowały się i rozciągały go jeszcze bardziej, był już niemal nie do zniesienia. Arthur szarpnął się i krzyknął, chcąc ostrzec Eamesa i jednocześnie błagać go o więcej, ale prawie natychmiast został uciszony kolejnym brutalnym pocałunkiem.
— Arthur… — wyjęczał mu Eames prosto w usta i Arthur wyprężył się, zaklął i zawił z autentycznego bólu, kiedy Eames kolejny raz wyciągnął z niego palce i zaczął głaskać go po biodrze, szepcząc bezsensowne, uspokajające słowa. Drugą dłonią zatrzymał jego pięść, wciąż obrabiającą wołający o więcej kawałek ciała. — Arthur, skarbie, teraz…
Arthur przez chwilę zachowywał się jak oszalały. Wygiął się niekontrolowanie i owinął jeszcze ciaśniej wokół Eamesa, a potem zasypał każdy dostępny skrawek jego skóry mocnymi, desperackimi pocałunkami. Z jego ust wyrwała się cała litania nieskładnych takkurwanareszcie, na co pozbawiony tchu Eames zaśmiał się krótko i — w końcu — zabrał się do dzieła.
Arthur znieruchomiał. Dyszał ciężko pod Eamesem, czując, jak powietrze pali go w płucach. Obrócił głowę, żeby przytulić skroń do skroni Eamesa, który, wsparty na przedramionach, opuścił się w dół, ostrożnie ustawił penisa w pozycji i pchnął.
Ciało Arthura ustąpiło.
Kutas Eamesa był grubszy niż jego palce, grubszy nawet od zabawek, którymi Arthur umilał sobie niezliczone noce, zanim go poznał. Eames wsuwał się powoli do środka jak solidny, bezlitosny taran, a Arthur, kompletnie sparaliżowany, trząsł się na materacu z szeroko otwartymi ustami i wydobywającymi się z nich cichymi okrzykami.
— Boże — wybełkotał Eames rwącym się, zachrypłym głosem, kiedy wreszcie wbił się do wewnątrz na całą długość, a jego jądra, podkurczone, twarde i gorące, spoczęły między drżącymi pośladkami Arthura. Uniósł głowę i spojrzał mu zamglonym wzrokiem w twarz.
Przez moment leżeli bez tchu i patrzyli sobie w oczy. Arthur powolutku rozluźnił wczepione w kark i barki Eamesa palce i nagle, zupełnie nieoczekiwanie, wezbrała w nim pusta wesołość. Parsknął krótkim, serdecznym śmiechem, a w spojrzeniu Eamesa pojawiło się coś na kształt uwielbienia. Arthur złapał go oburącz za szyję i znów przyciągnął ku sobie, ku swoim nienasyconym wargom. Zajęczał, kiedy Eames przeniósł na niego ciężar swojego ciała.
— Czyli podoba ci się bardziej niż zawartość twojej szuflady przy łóżku, co? — zażartował, wisząc milimetr nad jego ustami, więc Arthur zlikwidował dzielącą ich odległość i ugryzł go za karę w kusząco pełną dolną wargę, po czym wessał się w nią namiętnie.
— Pieprzony zarozumialec — warknął przez pocałunek w udawanej złości. — Wiedziałem, cholera, że to powiesz.
Eames zachichotał gardłowo i znów przywarł ustami do jego ust. Żar i miażdżący nacisk jego ciała zapierały Arthurowi dech w piersi, dosłownie i w przenośni, na równi z mokrym, wygłodniałym pocałunkiem. Wreszcie zatrzęśli się we wspólnym dreszczu, obaj skoncentrowani na lekkim, równomiernym drżeniu twardego penisa w pulsującym wnętrzu Arthura.
Eames ponownie wsparł się na łokciach i spojrzał na niego z dziwnie poważną, zdecydowaną miną, a potem poruszył odrobinę biodrami, wysuwając się ledwie o centymetr czy dwa, by następnie wśliznąć się z powrotem do środka. Arthur targnął się pod nim jak ryba wyrzucona na brzeg i wcisnął wygięte w łuk plecy w materac, kiedy jego wnętrze odpowiedziało rozbłyskiem czegoś zbliżonego do bólu, ale gorętszego, jaśniejszego, lepszego. Objął ramiona Eamesa, przywarł mocniej do niego, dyszał i błagał z twarzą przyciśniętą do jego spoconej skóry.
— O kurwa, tak — zipiał prosząco. — Jeszcze więcej… tak jak teraz, tylko więcej… WIĘCEJ.
Eames zawarczał i wycofał się znowu, tym razem dalej, pozostawiając za sobą przerażającą prawie-pustkę w ciele Arthura, która drgała, kurczyła się i zapadała w sobie, bolała i była po prostu niewłaściwa, ale ten straszny moment trwał tylko chwilę, bo Eames zanurzył się w nim na nowo i na tyle mocno, by oddech uwiązł im obu w płucach.
Arthur czuł drżenie jego napiętych mięśni, wyraźną oznakę, że Eames próbuje powstrzymać się przed gwałtownością ruchów. Wypchnął więc biodra w górę, nie zważając na pieczenie i rozpaczliwie pragnąc więcej. Nie mógł uwierzyć, jaka różnica istniała między jego przekonaniem, że był na to przygotowany, a faktyczną fizycznością Eamesa — grubością i gorącem jego penisa, który ocierał się o jego wnętrzności — i że każe mu to kontynuować prośby i błagania nawet wtedy, gdy Eames poruszał się już na nim rytmicznie, w przód i w tył, tam i z powrotem, i wreszcie, wreszcie dawał mu to, czego Arthur chciał.
Wyginał się i jęczał, a płynny taniec Eamesa, jego śliska twardość, rozpalały mu końcówki nerwów, budziły w nim dziki chaos i odbierały zdolność składnego myślenia. Łapali się ustami, dławili wyrywające się z gardeł dźwięki i znów rozłączali, spleceni ze sobą we wspólnym ruchu. Eames podparł się jednym ramieniem, drugie wsunął pod plecy Arthura i uniósł go nieco, jednocześnie zwiększając tempo i siłę pchnięć. Obsceniczne, mokre klaskanie ich zderzających się ciał zagłuszyło jęki, pomruki i ciche okrzyki.
Arthur mełł w zębach przekleństwa między niestarannymi, brutalnymi pocałunkami, usiłował uczepić się śliskimi dłońmi mokrej od potu skóry Eamesa, by podciągnąć się jeszcze wyżej i przytrzymać mocniej, i tracił przyczepność za każdym ostrym, instynktownym szarpnięciem bioder. Jego członek uderzał o brzuch w takt skrętów i podrzutów ciała, co sprawiało, że Arthur, już teraz tak bardzo bliski celu, omal nie szlochał w ramionach Eamesa.
Zamruczał przeciągle w szyję Eamesa i skrzyżował łydki w dole jego pleców w próbie zachowania bliskiego kontaktu — wilgotny żar, szorujący brutalnie o skórę, był zbyt oszałamiającym doznaniem, by Arthur zrezygnował z niego bez walki. Wgryzł się gwałtowniej w jego wargi, i błagał, by Eames go dogonił, by znalazł się bliżej, tak samo blisko jak on sam, aż w końcu Eames znieruchomiał (nie przejmując się potokiem strasznych gróźb, które natychmiast posypały mu się na kark), wsparł się na drgającym z wysiłku ramieniu i zgarnął wolną ręką pozostałe poduszki wraz z kołdrą, po czym wsunął je pod głowę, plecy i biodra Arthura. Wśród śmiechów i chichotów, przerywanych pojedynczym jękiem lub prośbą, przylgnęli znów do siebie spoconymi ciałami, tym razem dużo ciaśniej i łatwiej, i nagle Arthur znalazł się naprawdę w gorących, prawie zbyt gorących objęciach Eamesa.
— No widzisz — zatriumfował Eames łagodnie, opierając się czołem o czoło dyszącego pod nim Arthura, i nie spuszczał wzroku z jego otwartych, spragnionych ust. Zakołysał się, a uwięziony między bliższymi teraz ciałami penis Arthura otarł się o złączone podbrzusza. Arthur zadrżał i wpił się w niemej dziękczynnej modlitwie w usta Eamesa. — Sam widzisz, już znacznie lepiej — wymamrotał Eames przez ich splątane języki.
— Dupek — wysyczał mu zachwycony Arthur prosto w wargi i przeciągnął paznokciami wzdłuż wytatuowanych na jego piersi konturów, na co Eames odpowiedział cichym śmiechem.
Udręczony, mokry członek Arthura pulsował i drżał między ich brzuchami, i Eames zamarł na krótki moment, a gdy Arthur spojrzał na niego ze słowami protestu cisnącymi się na usta, napotkał jego wzrok, wstrząśnięty i pełen czegoś, co wyglądało jak niedowierzanie zmieszane z pożądaniem, jak najszczersze… uwielbienie.
I przerażenie.
— Hej — wychrypiał i zdjął z piersi Eamesa rękę, którą przyciskał do tłukącego się dziko pod żebrami serca, by objąć go za podbródek. Pod palcami wyczuwał pierwsze ukłucia świeżego zarostu. — Wszystko w porządku?
Eames nachylił się nad nim i pocałował go, powoli i głęboko. Arthur zadygotał, raptownie przypominając sobie o własnym lęku, że to wszystko mogło okazać się tylko snem. Przytulił się do Eamesa jeszcze mocniej niż przedtem.
— Jak najbardziej — wymruczał Eames niewyraźnie i dobrał się do jego ust, trochę za mocno, bo Arthur poczuł ostre pieczenie na wargach. Szybki ruch języka Eamesa pozwolił jednak natychmiast zapomnieć o bólu. — Raczej nie mogłoby być lepiej.
Arthur zachichotał, wprawiając ich ciała w wibrację. Eames wyszczerzył się w odpowiedzi i zaczął leniwie zataczać kręgi biodrami, a jego penis rozpychał i rozciągał Arthura od wewnątrz wraz z każdym wyrafinowanym półobrotem.
— Dobrze… dobrze wiedzieć — wykrztusił Arthur, kiedy Eames zwiększył tempo i obaj jęknęli sobie nawzajem w usta z szoku i pragnienia. — U mnie… u mnie też całkiem nieźle.
— Naprawdę? — wymruczał Eames jak kot i wycofał się nieco, tylko po to, żeby powrócić na miejsce serią krótkich, mocnych pchnięć, które dosłownie wstrząsnęły Arthurem. — Czyli rozumiem, że dobrze się bawisz?
Znów wbił się w niego silnym, brutalnym ruchem i Arthur, który znów wessał się z zapamiętaniem w jego język, wydał zdławiony dźwięk, omal nie połykając własnego.
— Tak… kurwa, i to jak — zaszlochał i docisnął kolana do boków Eamesa, jakby chciał zmusić go do jeszcze szybszej akcji. Eames złapał go za szczękę i unieruchomił stanowczym chwytem. Zawisł nad jego twarzą nos w nos i dyszał ciężko, podczas gdy Arthur, zipiąc tak samo jak on, błagał go wzrokiem o więcej.
— A tak dokładniej? — zawarczał Eames, niby sarkastycznie, ale jego oczy lśniły wesołym blaskiem, więc Arthur lekko zmienił pozycję i, bez silenia się na delikatność, wczepił palce w jego krótko obcięte włosy.
— Tak dokładniej to uwielbiam, że mnie pan rżnie, panie profesorze — zasyczał z udawaną wściekłością, za to najprawdziwszą desperacją.
Eames uśmiechnął się szeroko — radośnie — i Arthur mógł tylko zrewanżować się tym samym, a potem przyciągnąć do kolejnego pocałunku.
— Doskonała odpowiedź, Wright — zdążył mruknąć Eames, zanim Arthur zamknął mu usta, i nagle znów wbijał się w niego w szalonym rytmie, a totalnie zaskoczony i wniebowzięty Arthur wyrzucił z siebie chaotyczny potok słów — tak, kurwa, błagam, jeszcze, i, ponad wszystko, Eamesktóre na przemian więzły i wyrywały mu się z krtani za każdym pchnięciem.
Stracił zarówno poczucie czasu, jak i kontrolę nad głośnym wyrażaniem swojej rozkoszy. Niemal wył i miotał się pod Eamesem, ssał, lizał i gryzł jego wargi i szczękę, szlochał i powoli tracił siły, tak że wreszcie przestał się rzucać i jedynie drżał, zatracony w ogarniającej go ekstazie.
Zaszamotał się jeszcze raz i zapadł głębiej w kołdrę pod swoimi plecami. Wetknięte pod biodra poduszki wymknęły się spod niego pod wpływem gwałtownych pchnięć Eamesa, który nie przestawał przyspieszać, i raptem Arthur nie mógł utrzymać się już jego ramienia. W ustach czuł suchość od krzyku przy każdym wydechu, jego dziura pulsowała i kurczyła się pod naporem ataków Eamesa, kutas drżał i płonął w rozkoszy, która w tej chwili już tylko bolała, bolała naprawdę, a jego ciało kazało mu lgnąć do wszystkiego, co nawinęło mu się pod ręce, łapać zębami szyję Eamesa, zaciskać żelazną klamrą na jego nogach, ramionach i naznaczonym tuszem torsie, i wreszcie, z okrzykiem zaskoczenia prosto w śliską skórę Eamesa, osiągnął szczyt.
Przez długi, dojmujący moment nie był w stanie zaczerpnąć tchu. Każdy jego mięsień drżał z napięcia i wyczerpania, podczas gdy sperma strzelała gorącymi strumieniami pomiędzy ich ciała, a każdemu jej wyrzutowi towarzyszył ochrypły dźwięk z głębi zaciśniętego gardła Arthura. Usta Eamesa, miękkie, ciepłe i tak bardzo potrzebne znalazły się nagle na jego własnych i dopiero wtedy roztrzęsiony Arthur przypomniał sobie, jak ma oddychać.
Oklapł w ramionach Eamesa i, nie przestając dygotać, stopniowo wracał do siebie. Najpierw poddawał się szemrzeniu jego niewyraźnego, słodkiego szeptu, tropił językiem ślad słów na jego ustach, jakby tylko w ten sposób mogły dotrzeć do niego ostatecznie; na przemian napinał i rozluźniał mięśnie, odzyskując panowanie nad ciałem. A potem, gdy mózg dogonił całą osłabioną orgazmem resztę, przesunął łapczywie dłońmi po naprężonym torsie Eamesa i znów oplótł go w pasie nogami, które w chwili wytchnienia opadły bezwładnie na boki.
— No chodź — wybełkotał i skubnął zębami wydatny łuk jego górnej wargi. — Dalej, pieprz mnie… no już, kończ, Eames… Eames, proszę…
Eames pochylił się nad nim tak, że krople jego potu spłynęły Arthurowi na twarz i zapiekły w oczy. Przycisnął czoło do czoła Arthura, jęknął przeciągle, otarł się o niego pieszczotliwie i pocałował.
— Nie wypadało mi nawet zakładać, że… Skarbie, czy ty… czy ty jesteś pewien, że jeszcze możesz…?
Arthur szarpnął go zdecydowanie za włosy i przyciągnął bliżej do siebie, by z zawziętą determinacją wysyczeć mu do ucha to, co sądził o jego obawach.
— Jeśli się nie pospieszysz i nie dojdziesz we mnie w ciągu najbliższych paru minut, panie Eames, wkurzysz mnie na serio. A teraz mnie rżnij.
Eames parsknął i pchnął raz, brutalnie, i Arthur krzyknął, zszokowany i zaskoczony tym, jak bardzo jest obolały, tak cholernie obolały, ale jednocześnie nadal zafascynowany doznaniem. Spiął się i z jękiem wyrzucił biodra w górę, bo Eames znów znieruchomiał, zaniepokojony krzykiem; próbował nasunąć się głębiej na jego członek, skręcał się i trząsł, kiedy odnowione tarcie wywołało gorący dreszcz w nasyconym ciele. Wciąż półtwardy penis Arthura ślizgał się po pokrytym spermą brzuchu Eamesa, podsycając falę świeżej żądzy.
— Kurwa… O kurwa, Eames, tak, rób tak dalej… pieprz mnie, pieprz mnie, chcę cię czuć, boże drogi, tak bardzo, tak bardzo cię chcę…
Większość tych urwanych słów wydyszał prosto w usta Eamesa, goniąc jego język własnym i z trudem walcząc o kolejny haust powietrza. Eames pompował biodrami z coraz mniejszą precyzją, Arthur podparł się więc otwartą dłonią o drewniane wezgłowie, by ujeżdżać go z tak energicznym entuzjazmem, jaki w nim buzował, i nie przestawał zalewać Eamesa potokiem dobrze, dalej, właśnie tak, jeszcze i chcę.
Trzymał i zaciskał nogi tak wysoko na żebrach Eamesa, jak tylko mógł, a po chwili dołączył drugą rękę do tej na poręczy łóżka, chcąc jeszcze bardziej poprawić stabilność swoich ruchów. Jęczał i błagał, a kutas Eamesa wbijał się w niego mocniej i mocniej.
Eames otoczył nagle Arthura ramionami i zwalił się na niego całym ciężarem swojego ciała, przywarł twarzą do jego szyi i stęknął przeciągle, gardłowo. Jego biodra zadygotały, szarpnęły się i pchnęły jeszcze raz, potem drugi, a wreszcie zatrzymały i Eames, wykrztusiwszy coś, co brzmiało jak imię Arthura, zastygł na nim bez ruchu, kompletnie wyczerpany. Arthur wydał cichy jęk zadowolenia i również opadł bezwładnie na materac.
Na moment zamknął oczy, a gdy je znów otworzył, zaskoczyła go nagła jasność pokoju, która wydawała się większa niż zaledwie przed sekundą. Eames poruszył się na nim, gorący i ciężki, i Arthur zamrugał, czując dziwne otępienie. Ćmiło mu się w głowie, miał wrażenie, jakby był znowu pijany. Jego ciało pulsowało przyjemnym zmęczeniem i echem zazanej rozkoszy.
— Mmmm… — wymruczał z satysfakcją.
Odpowiedział mu ciepły chichot gdzieś w okolicy pulsu na jego szyi. Eames podniósł się, wsparł na łokciu i spojrzał na Arthura spod opuszczonych do połowy powiek. Z rodzącym się powoli uśmiechem ogarnął zaborczym wzrokiem jego zarumienioną, poznaczoną śladami spermy skórę.
— Całkiem nieźle jak na dziesięć miesięcy gry wstępnej, hmm? — zapytał chrapliwym głosem.
Arthur wychylił się w odpowiedzi po pocałunek, a potem opadł z powrotem na łóżko, ponownie rozciągnięty pod ciałem Eamesa, błądząc leniwie wargami po jego wargach w coraz ostrzejszym blasku dnia.
Leżeli tak jeszcze przez chwilę i ocierali się niespiesznie o siebie. Ich usta, śliskie i nabrzmiałe, badały na nowo każdy skrawek skóry, dopóki Eames nie cofnął się z jękiem niechęci i nie rozplątał ich sprzężonych ze sobą kończyn. Jednak ani podobny dźwięk protestu ze strony Arthura, ani jego wyciągnięte ręce nie powstrzymały go przed wstaniem z łóżka.
Wrócił niemal natychmiast, lekko odświeżony i już bez prezerwatywy, za to z ciepłą, wilgotną ściereczką i dużą szklanką zimnej wody. Złapał Arthura za nadgarstek i zdecydowanym ruchem podciągnął go do pozycji siedzącej, podsuwając mu pod nos picie.
Arthur opróżnił szklankę do połowy i oddał ją Eamesowi, który z powrotem położył się obok niego. Wciąż dręczony tą samą potrzebą patrzył, jak Eames pije, po czym przysunął się, by złowić językiem chłodne krople pozostałe na jego wargach.
Eames przyłożył ściereczkę do podbrzusza Arthura. Z łagodnym westchnieniem zebrał lepkie pozostałości jego nasienia i sięgnął niżej, między jego nogi, by wytrzeć strużki nawilżacza wyciekające z jego wciąż rozciągniętej szeroko dziury.
Arthur przełknął ślinę. Wiedział, że powienien czuć się zażenowany albo przynajmniej lekko skrępowany, ale zamiast tego po prostu uniósł pomocnie biodra. Wydał cichy dźwięk z głębi krtani, na co Eames uśmiechnął się do niego, mrocznie i intymnie. Arthur zrewanżował się wygięciem wciąż drżących warg.
Ociężali i zaspokojeni ułożyli się wygodniej na łóżku. Eames z powrotem oparł poduszki o wezgłowie, rozłożył i wygładził kołdrę, którą nasunął zaraz na ich obu, a potem mocno przytulił Arthura do siebie. Wyciągnęli się z przyjemnością w ciepłej, choć wilgotnej od potu pościeli.
Arthur czekał na nieuchronną jego zdaniem zmianę sytuacji na sztywną i niezręczną, ale nic podobnego nie nastąpiło. Leżeli odprężeni i spleceni ze sobą, jakby robili to już przedtem setki razy. Ich wyrównane oddechy pogłębiły się; ramię Eamesa otaczało Arthura w pasie, a szerokie, skąpo owłosione udo wcisnęło się między jego nogi. Ocierali się o siebie wargami, miękko i niespiesznie, ani nie całując naprawdę, ani nie zapadając w drzemkę. Arthur trwał w dziwnym, sennym zawieszeniu, dopóki cichy szept nie ściągnął go znów na ziemię.
— Mam pewien plan — wymruczał Eames niskim głosem i musnął ustami skórę Arthura. — Bardzo, bardzo sprytny plan, którego zasadniczym założeniem jest, żebyś nigdy nie opuścił tego łóżka.
Arthur uśmiechnął się z nieco apatycznym rozmarzeniem i obrócił w jego ramionach, usiłując zrobić groźną minę, co wypadło zupełnie nieprzekonująco, gdyż jednocześnie zamknął oczy i wysunął usta po kolejny pocałunek.
— Twój plan jest okropny i nie ma w nim nawet śladu sprytu — skrytykował z pseudopowagą i zmusił do posłuszeństwa rwące się do uśmiechu wargi, kiedy Eames skubnął go zębami w szczękę i wcisnął w ramach zemsty czubek kciuka między żebra.
— Co za okrutne słowa, skarbie. Czyżbyś miał jakiś lepszy?
— Nie tyle lepszy — westchnął w usta Eamesa, wciąż niepewny, czy jego ciało aby do końca zrezygnowało ze snu — co lekko zmodyfikowany. Przykładowo, co będzie, jeśli całym sercem zapragnę, żebyś przeleciał mnie pod prysznicem? Albo… o właśnie, boże wielki, prawie zapomniałbym o tylnym siedzeniu twojego samochodu. — Jęknął tęsknie i otworzył jedno oko, by zerknąć na Eamesa. — Całymi miesiącami śniłeś mi się po nocach razem z twoim cholernym sedanem, Eames, więc chyba nie oczekujesz, że zrezygnuję z tego na korzyść łóżka.
Eames mruknął aprobująco i przycisnął wargi do uśmiechniętych ust Arthura.
— W porządku. W takim razie zawieramy nową umowę — odezwał się po paru minutach coraz mniej leniwych pocałunków. — Akceptuję samochód, garaż, dom i może jeszcze kilka miejsc na terenie szkoły jako wyjątki od zasady, ale poza tym — potarł pieszczotliwie policzkiem o szyję Arthura i possał go lekko w obojczyk — nigdy, przenigdy nie wyjdziesz z tego łóżka.
Arthur westchnął, oszołomiony na ciele i duchu ogromem własnego zadowolenia.
— W tej sytuacji ciężko mi będzie złapać mój samolot.
Eames znieruchomiał i zesztywniał powoli, a potem odsunął się i spojrzał zastraszająco pustym wzrokiem w wielkie z przerażenia oczy Arthura.
— Zapomniałem… — szepnął Eames słabym, więznącym w krtani głosem, który wcale nie brzmiał, jakby należał do niego. — Kiedy wyjeżdżasz?
Arthur usiadł ostrożnie. Cały czas wpatrywał się w zatrważająco pozbawione wyrazu szaroniebieskie tęczówki Eamesa.
— Za trzy tygodnie, licząc od najbliższego wtorku.
Eames zacisnął mocno powieki i skinął głową, a Arthur poczuł nagle, jak lęk opada z niego tak szybko, że omal nie roześmiał się nad prostotą rozwiązania.
Przysunął się znów do Eamesa i przywarł piersią do jego piersi. Gdyby nie jego odwrócona w bok twarz, dotykaliby się ustami.
— Kochasz Paryż, prawda? — zapytał cicho i Eames przytaknął jeszcze jednym skinieniem głowy. — Więc powinieneś pojechać ze mną — powiedział miękko i uśmiechnął się.
Oczy Eamesa otworzyły się wolniutko, kontrolowanie, a potem obróciły w stronę Arthura, znowu wypełnione tym samym bolesnym smutkiem, którego przebłyski Arthur widział już minionej nocy.
— Pojechać z tobą… do Paryża? — wyszeptał.
Arthur wytrzymał jego spojrzenie bez drgnięcia powieki.
— Przydałby mi się ktoś, kto mnie oprowadzi po mieście — wytłumaczył coraz pewniejszym głosem. Czuł, jak ręcę trzęsą mu się na kołdrze z nadziei, która przecież w każdej sekundzie mogła legnąć w gruzach. — Jedź ze mną.
Nastąpił moment przytłaczającej, ciężkiej jak ołów ciszy. Arthur patrzył na Eamesa i wiedział, że za fasadą jego idealnego spokoju kryją się pospiesznie dobierane słowa, mające złagodzić — nieuchronną, Arthur zdawał sobie przecież z tego sprawę — odmowę.
— Słyszałem, co powiedziałeś — podjął Arthur łagodnym i zrównoważonym tonem, nie tylko po to, żeby oszczędzić Eamesowi obciążonej poczuciem winy przykrości odrzucenia załamanego nastolatka, ale i dla uspokojenia swojego pękającego na kawałki serca. — Słyszałem, jak podczas gali opowiadałeś dyrekcji i członkom zarządu, że chcesz się niedługo stąd zabrać, zapakować swoje rzeczy i wyjechać w świat, gdzie cię oczy poniosą.
Eames odetchnął przez nos i znowu skinął głową.
— Prawie dokładny cytat — zażartował, siląc się na normalność i zerknął na Arthura. — Problem polega na tym, ska… Arthurze, że…
Arthur zdrętwiał pod wpływem raptownego szoku, gdy Eames w pół słowa zrezygnował z nazwania go skarbem.
— Problem polega na tym — dokończył za Eamesa, pospiesznie i z determinacją — że mówisz mi „nie", bo wydaje ci się, że musisz. Nawet nie próbuj tak myśleć. — Przełknął falę gniewu, która ogarnęła go na widok odwróconego wzroku Eamesa. — Nie odmawiaj mi tylko dlatego, że to coś nieplanowanego, spontanicznego, niestosownego. Znasz Francję i znasz mnie, więc powiedz mi, proszę, która część tej kombinacji ci nie odpowiada?
— Arthur… — zaczął Eames z westchnieniem i Arthur znów przerwał mu władczym uniesieniem głowy.
— Eames — skontrował gładko i pozwolił kącikom swoich ust drgnąć ku górze, podczas gdy Eames mrugał powoli, na tyle powoli, że zanim spuścił wzrok, Arthur mógł dostrzec w jego spojrzeniu mignięcie jakiejś decyzji.
Eames zamknął oczy, podciągnął kolano i oparł na nim łokieć, a potem potarł sobie twarz ostrym ruchem dłoni.
— Posłuchaj… — Cichy pomruk jego głosu nabrał dziwnie płytkiego brzmienia, kiedy spróbował przywołać na usta coś, co wyglądało jak cień przekonującego uśmiechu, co jednak gasło w zestawieniu z pustką skierowanego przed siebie spojrzenia. — Twoi rodzice wybrali się tam kiedyś, żeby się odnaleźć, prawda? Ja też się tam odnalazłem, a ty… ty też powinieneś zrobić to samo, Arthur. Tu chodzi o odkrycie tego, co chcesz zrobić ze swoim życiem.
Arthur przeniósł ciężar ciała na kolana i przesunął się tak, że klęczał bezpośrednio przed Eamesem. Ujął go pewnie pod brodę, próbując skłonić do spojrzenia mu w oczy.
— Eames — powiedział cicho i stanowczo. — Czy ja kiedykolwiek sprawiłem wrażenie osoby, która nie wie już tego z absolutną dokładnością? — Pochylił się i zbliżył twarz do jego twarzy. Oczy Eamesa na moment rozjaśniły się czymś uderzająco podobnym do nadziei. — I to dlatego, że tego naprawdę chce?
Eames przełknął ślinę, a Arthur patrzył, jak jego ciało spina się stopniowo, tak jakby sztywny układ ramion umożliwiał mu zamknięcie się przed pragnieniem zbyt wielkim, by mógł ukryć je przed Arthurem w swoim umykającym spojrzeniu.
— Marny byłby ze mnie przewodnik — wyszeptał.
Arthur ponownie usłyszał w jego tonie głos człowieka, który próbował kiedyś odtrącić go od siebie dla dobra ich obu, i roześmiał się cicho z głębi swojego tak przyzwyczajonego do udręki serca. Eames powrócił wzrokiem do jego oczu, zaskoczony i niepewny.
Arthur skomentował jego obawę pojedynczym, leniwym wzruszeniem ramion. Uśmiechnął się, stuprocentowo przekonany co do swoich potrzeb, wytrwale dążąc do celu z tym samym stalowym uporem, który napędzał go przez całe życie i kazał mu czekać w gotowości na ten moment, złapać go i porwać ze sobą.
— No to się zgubimy.
Oczy Eamesa, błękitne i błyszczące w rozbłysku słonecznych promieni, które wreszcie przebiły się przez chmury, patrzyły na Arthura, tym razem nieruchomo i zdecydowanie, i Arthur odpowiedział takim samym spojrzeniem, pewny Eamesa tak bardzo, jak jeszcze nigdy niczego.
Eames przytaknął powoli i z zastanowniem.
— Chyba nam to nie zaszkodzi — odparł złudnie swobodnym tonem. Arthur ledwo poradził sobie z wyczuwalną w jego głosie tęsknotą.
— Więc pojedziesz ze mną? — zapytał wbrew sobie szeptem. Eames rzucił mu krzywy, trochę rozpaczliwy uśmiech, jakby emocje płynące z jego decyzji niosły fizyczny ból. Przysunął się bliżej i przycisnął wargi do ust Arthura.
— Pojadę… pojadę z tobą — potwierdził ochryple i obaj zatracili się w desperackim pocałunku, na oślep chwytając się swoich ciał, jak gdyby chcieli się upewnić, że naprawdę są tu ze sobą.
Arthur popchnął Eamesa na materac, przywarł do niego i uśmiechnął się przez pocałunek. Odurzeni obietnicą tego, co niosły im przyszłe dni, znów ocierali się o siebie z rosnącą determinacją.
Bo przecież, pomyślał Arthur w zachwycie, kiedy Eames, nie przestając go całować, ponownie wsunął w niego dwa palce, wszystko jedno, czy będzie to łóżko, prysznic, samochód albo inny kontynent. Było mu obojętne, gdzie się znajdą, o ile znajdą się tam razem.

KONIEC

* Amerykański zwyczaj podczas rozdawania świadectw maturalnych, według którego każdy przed odebraniem dokumentu nosi czapkę chwościkiem po prawej, a po odebraniu po lewej stronie głowy.