Mężczyzna oparł dłonie na kolbie karabinu, jakby to nie było wcale narzędzie do zadawania śmierci. Starał się jak najrzadziej go używać. Niezbyt mu to wychodziło, chociaż od początku tej straszliwej przygody, biorąc w dłonie kolejną broń masowego rażenia, łudził się, że to już ta ostatnia.
- Nic kurwa z tego...
- Słucham? - Zapytała kobieta siedząca w najbliższym zasięgu.
Ledwo dała radę go usłyszeć, a przecież zwykle nie wstrzymywał się z komentarzami na temat świata i okolic.
- Nikogo dzisiaj nie zabiję... - Odpowiedział pośpiesznie i uprzejmie.
Przełożył broń na bok i spojrzał na swoją towarzyszkę broni, układając policzek na zwiniętej pięści. Przetarł palcem okulary.
- Powiedziałem, że nikogo dzisiaj nie zabiję!
Popatrzyła na niego nieco zbita z tropu, jakby go nie poznawała. Co prawda, kilkudniowy zarost zniekształcił mu już nieco twarz no i przydałoby sie porządne mycie... Ale podejrzewała też, że musi mu już coś niecoś odbijać pod kopułą. Nic dziwnego, wszyscy powoli zaczynali tracić rozum.
Nawet seks, który się im przydarzył jakiś czas temu nie przyniósł tego, czego się spodziewała. Jakiegoś rodzaju ulgi, może głębszej miłości. Ale był dobry.
Odwróciła wzrok z powrotem w stronę pustkowia, które niegdyś było miastem.
- Jak chcesz przeżyć? Będziesz celować tylko w nogi? Albo w ręce? - Zachichotała., każdy powód dobry. - Panie władzo, proszę się ustawić bliżej, nie mogę wcelować!
- Wiesz ilu ludzi już zabiłem?
- Nieważne, przecież każdy jeden działa w imieniu tego samego wroga!
- Wiem, wiem. Prawie każdy... Ale liczyłem kiedyś... To znaczy, próbowałem oszacować... - Spojrzał w suchą ziemię, jakby mu się zrobiło niedobrze. - Myślę, że jakiś tysiąc... Może trochę mniej... To nawet nie jest... normalne!
Milczała. Czy miała tłumaczyć bohaterowi, że jest bohaterem bez względu na ilość przelanej krwi, w dodatku krwi istot, które mają mało wspólnego z prawdziwymi ludźmi?
- Nawet nie wiem czy zwykły żołnierz na wojnie w ciągu takiego czasu... To jakiś podły żart!
- Dobrze, że działa! Udany żart, jeśli o mnie chodzi!- Poklepała go po ramieniu. Wstała tak szybko,że nawet nie zauważył. - Wstawaj bohaterze, idziemy jeść. Może pusty żołądek miesza ci dziś w głowie.
Coś tam stęknął i powoli podniósł się z siedziska. Chwycił karabin, jakby to był kolejna, nudna zabawka.
Jedli w milczeniu. Ona udawała,że nie widzi, jak trzęsą mu się ręce. Sama ledwo dawała radę utrzymać łyżkę w dłoni. Dzięki bogu za te posiłki!
Spojrzała na troje ludzi, którzy usłużnie i z mieszanką strachu i podziwu wpatrywali się w nią, a to w niego.
Jeszcze parę godzin i jej kochanek -towarzysz broni padłby z głodu. Tylko zarost krył to koszmarne wychudzenie. Co ona wtedy by zrobiła?! Kanibalizm?
Kiedy wchłonął ponad połowę posiłku, przypadkowe spojrzenie buntownika skrzyżowało się z jego szmaragdowymi oczami. Zdążyły już na nowo rozbłysnąć. Młody chłopak niemal upadł na ziemię, przygwożdżony spojrzeniem Bohatera. Zamarł w bezruchu, wstrzymując oddech.
Bohater uśmiechnął się szczerze. Zaśmiał się przez chwilę, przerywając przeżuwanie.
Zalękniony adresat uśmiechu spojrzał na chwilę w górę, po czym także się roześmiał.
Alyx nie była taka pewna dobrego humoru. Podświadomie sięgnęła po broń, na szczęście była ukryta za stołem, więc nikt nie zauważył.
- Dziękuję... Nie gap się tak. Jutro pewnie zastalibyście tylko dwa trupy. Jaki ze mnie bohater?HEV nie serwuje jedzenia...