Jak ja się tu dostałam?, pomyślała Hermiona.
Zadawała sobie to pytanie niemal każdego ranka, spoglądając na leżącego u jej boku mężczyznę, tylko do pasa zagrzebanego w pościeli. Wyciągnęła rękę, i leniwym, delikatnym ruchem odgarnęła kosmyki opadające mu na twarz.
Kiedy spał wyglądał z 10 lat młodziej, ja chłopak, którego poznała podczas swojego pierwszego roku nauki w Hogwarcie. Gdyby wtedy ktoś zasugerował jej, że ten dzieciak wyrośnie na mężczyznę, u boku którego będzie się budziła jako dorosła kobieta – parsknęłaby temu komuś śmiechem prosto w nos. Lub ewentualnie – w zależności od humoru – wymierzyłaby mu siarczysty policzek. Teraz jednak nie wyobrażała sobie poranków u boku kogokolwiek innego.
- Skarbie? - odezwał się zaspany głos po jej lewicy.
- Jestem – odparła w odpowiedzi, na powrót odgarniając niesforne kosmyki z czoła mężczyzny,
- Co dziś na śniadaaa...nie? - spytał jej mąż, ziewając potężnie i przecierając oczy jak przedwcześnie wybudzone dziecko. Kochała ten widok. Uśmiechnęła się do niego czule, i delikatnie ucałowała go w głowę, po czym zgrabnie zeskoczyła z łóżka na dywan.
- Tosty – oznajmiła wesoło, na bosaka podążając do kuchni.
Jestem szczęśliwa, pomyślała Hermiona, jak niemal każdego ranka od ostatnich 5 lat.