Bonus 1. Nocne rozmowy

Treggi Di

Tłumacz: Toroj

- Argonauci zasiedli do wioseł, inni – z oszczepami i łukami w rękach – stanęli wzdłuż burt, gotowi bronić okrętu przed pogonią. „Argo" szybko popłynęła w dół rzeki ku morzu. Zanim jeszcze wzeszło słońce, Argonauci byli już na otwartym morzu, daleko od brzegów Kolchidy. – John przewrócił stronę i spojrzał na Hamisha. Potem zamknął książkę i odłożył ją na stos innych, leżących na szafce nocnej, zrzucając ciężki tom „Archetypy greckiej mitologii: wizerunek zdobywcy, wizerunek podróżnika". W ostatniej chwili pochwycił go nad podłogą. Hamish zmarszczył się i przewrócił na bok, podkurczając nogi. Nawet we śnie jego ciało było naprężone, jakby miał zaraz się zerwać i gdzieś pobiec. Miał skupioną minę, jakby rozwiązywał jakiś skomplikowany problem. Jednak to było złudzenie: Hamishowi nic się nie śniło. Czasami John był z tego zadowolony.

Zgasił lampkę przy łóżku, okrągły wzorzysty cień Łapacza Snów zniknął ze ściany. John pogładził sprężyste loki syna i wyszedł z pokoju.
Sherlock przebrał się już w piżamę i leżał w łóżku, choć zwykle o tej porze jeszcze hałasował czymś w kuchni. Ale nie dzisiaj. Sherlock był zbyt zajęty, ignorując Johna przez cały dzień i pod wieczór całkiem opadł z sił. Teraz sprzątał w swoim Pałacu, sądząc po nieprzytomnym spojrzeniu i złożonych pod podbródkiem palcach. John odchylił kołdrę, wślizgując się do łóżka, i westchnął ze zmęczeniem. Potem wyciągnął rękę i zgasił swoją lampkę. Po drugiej stronie była jeszcze jedna i jej światło niezbyt przeszkadzało, ale John zgasił również ją, przyciskając się na chwilę do Sherlocka. Ten drgnął i ocknął się, mierząc Johna nieprzychylnym spojrzeniem.
John odwrócił się na bok i zamknął oczy. Błogosławiona cisza, ciemność i miękka pościel! Myślał, że natychmiast zapadnie w sen, ale pełne napięcia milczenie, falami nadpływające od leżącego obok Sherlocka, nie pozwalało spokojnie zasnąć. Kiedy detektyw zaczął wzdychać, John nie wytrzymał i odwrócił się do niego.
- No, o co chodzi? – zapytał gniewnie. – Kupiłem ci gumowe rękawiczki, mleko i zestaw siedmiocalowych gwoździ, jak prosiłeś. I nie powiedziałem ani słowa na temat zapapranego zlewu. Z jakiej racji masz do mnie jakieś pretensje?
- Nie mam – odburknął Sherlock. Jednak po chwili milczenia dodał: - Twoja praca – i nie powiedział ani słowa więcej. Po kilku minutach John się poddał.

- Moja praca. Co z nią nie tak?
- Pracujesz w domu starców.

- Dzięki, że mi przypomniałeś.

- Zasługujesz na coś lepszego.
John byłby zadowolony, gdyby nie zostało to powiedziane tonem pełnym obrzydzenia. Westchnął i przewrócił oczami. Skoro Sherlock postanowił być nieznośny, trzeba było to po prostu ścierpieć i przetrzymać. Walka i szukanie logiki w jego zmiennych humorach nie miało sensu.
- Powinieneś się zwolnić – oznajmił Sherlock w ciemności. – Moje śledztwa przynoszą nam dość pieniędzy.
- Nasze śledztwa, chciałeś powiedzieć. I nie zamierzam być utrzymankiem.
- Skoro o tym wspominasz, rzeczywiście jest z ciebie pewien pożytek w śledztwach, więc wnosisz część dochodu. Co za tym idzie, nie jesteś utrzymankiem.

- Mógłbyś nie mówić tego z takim samozadowoleniem?
- Ja nie...
- Po prostu się zamknij. Chcę spać. Nie zamierzam się kłócić o pracę. I zwalniać się też nie chcę. – W rzeczy samej John się nad tym zastanawiał, ale postanowił przemyśleć swoją decyzję po usłyszeniu żądania Sherlocka.
Tymczasem Sherlock zaczął gniewnie miotać się z boku na bok, skrzypiąc sprężynami materaca i trącając Johna to łokciem, to zimnymi piętami. W końcu burknął w poduszkę:
- W każdym razie zachowuj się profesjonalnie. Nie powinieneś pozwalać tej staruszce myśleć, że jesteś jej zmarłym mężem.
John potrzebował paru sekund, żeby przemyśleć to oskarżenie. A potem zaczął się śmiać.
- Poważnie, Sherlock? Jesteś zazdrosny o staruszkę? O to chodzi?
- Nie jestem zazdrosny! – zawył Sherlock. – Zdaje się, że już omawialiśmy ten temat i zostało ustalone, że to uczucie jest mi obce.
- O ile pamiętam, ustaliliśmy coś wręcz odwrotnego – zakpił John. – Słuchaj, ona ma siedemdziesiąt cztery lata i chroniczne zapalenie pęcherza. To miła dama, ale już nawet pani Hudson miałaby u mnie większe szanse.
- Nie mieszaj w to pani Hudson! – wrzasnął Sherlock, a piętro niżej zaszczekał Gladstone. John ze złością szturchnął Sherlocka w bok.
- Nie krzycz! Obudzisz Hamisha, a dopiero co go uśpiłem.
- I to też – parsknął Sherlock. – Miałem zamiar o tym z tobą porozmawiać. Pomyśl: chłopak niedługo zacznie się golić, a ty do tej pory czytasz mu bajki na dobranoc. To po prostu idiotyczne. Robisz z niego wieczne niemowlę.
- Przecież wiesz, że ma problemy ze snem.
- A kto ich nie ma?
- Ja nie mam. Nie mam problemów z zasypianiem, poza jednym, który leży w moim łóżku – zajęczał John.
Sherlock odparł z urazą:

- Tak w ogóle to jest moje łóżko.
- Technicznie było moje do czasu, nim nie wstałeś z martwych.
- Tak, ale wcześniej należało do mnie, podobnie jak całe mieszkanie. Znalazłem je jako pierwszy.
Spierali się jakiś czas, a potem nagle Sherlock wypalił:

- Powinieneś przestać. Hamish będzie musiał radzić sobie z bezsennością samodzielnie, prędzej czy później. Przecież nie możesz go układać do snu aż do późnej starości.
- Czy mógłbyś przestać mnie pouczać, jak wychowywać syna? – uniósł się John. – I jak mam wykonywać moją pracę? Do diabła, nawet podczas gotowania dajesz mi swoje „bezcenne wskazówki". Czemu ty mnie cały czas pouczasz?!
Sherlock zastanowił się.
- Dlatego, że jestem mądrzejszy?
John zamilkł złowieszczo, a Sherlock dodał pospiesznie:

- Ewentualnie mam żyłkę do pedagogiki. Pewnie powinienem zostać nauczycielem.
John wzdrygnął się na samą myśl o tym. Sherlock również. Leżeli w łóżku i drżeli przez jakiś czas, a potem Sherlock przysunął się, układając swoje chłodne stopy na kostkach Johna.
John westchnął. Nieznośny, destrukcyjny, duży dzieciak. Coś podejrzanie przypominającego czułość rozlało się w jego piersiach. John odezwał się półgłosem:

- Wiesz, czasami to nawet miłe, kiedy jesteś zazdrosny.

- Nie jestem zazdrosny.
- W sensie, że czasem milczysz całymi tygodniami albo zapominasz mnie na miejscu przestępstwa, jakbym był parasolem...
- Nienawidzę parasoli.

- ...a jednocześnie nieustannie robisz albo mówisz coś, co świadczy, że jestem ci przynajmniej trochę potrzebny. Nie tylko jako przewodnik światła.
- To oczywiste, John – powiedział Sherlock, utknąwszy nos w poduszkę. – Czuję do ciebie miłość. Już o tym mówiliśmy.
John odkaszlnął, zmieszany. Tak, rzeczywiście. Tylko nie trzeba koniecznie o tym przypominać. Jakby można było o czymś takim zapomnieć.
- Po prostu chciałem powiedzieć... khm... że nie masz się czym denerwować, Sherlock. Żadnymi staruszkami, koleżankami czy nauczycielkami, w sensie... khm-khm. No, wiesz.

John zamknął oczy i wcisnął twarz w poduszkę. Trzeba szybko zasnąć, a rano udawać, że tej rozmowy nigdy nie było. To było dużo więcej, niż John zwykle był w stanie powiedzieć głośno.I obrzydliwie sentymentalne.
Wyciągnął rękę pod kołdrą i dotknął dłoni Sherlocka. Ten zaś chwycił jego palce, niczym ostatnią deskę ratunku. I ścisnął chyba nawet zbyt mocno. Kiedy po raz pierwszy wzięli się za ręce w łóżku, John mało nie umarł ze wstydu. To było krępujące, niestosowne i absolutnie nienormalne. Przyjaciele nie śpią w jednym łóżku. Przyjaciele nie wychowują razem dziecka i przyjaciele na pewno nie trzymają się za ręce zasypiając (a czasem także się budząc).
Zapewne już dawno należało przyznać, że są z Sherlockiem nie tylko przyjaciółmi.
John westchnął mężnie. To wielki krok. Możliwe, że kiedyś będzie gotów na to, by pozwolić na jakiś krótki pocałunek. Męski. Przyjacielski. Zdecydowanie niegejowski. I bez języczka.

Może kiedy Hamish pójdzie do koledżu. Tak, wtedy będą mieli więcej czasu.
John pokręcił się trochę, ale sen nie nadchodził. Sherlock obok także nie spał. John już przywykł, że Sherlock zasypia później od niego i budzi się wcześniej – czasami w ogóle nie spał, spędzając noc z notebookiem na kolanach. A w takich wypadkach, kiedy udawało mu się przyłożyć zmęczoną głowę do poduszki, męczyły go koszmary.
Coś przyszło Johnowi do głowy.

- Czy tobie ktoś czytał bajki na dobranoc?
Sherlock parsknął.

- Wiesz, one nieźle usypiają. Jeśli je prawidłowo opowiadać – uściślił John.
- Do tej pory usypiała mnie wyłącznie gadanina Mycrofta. Ale możesz spróbować – powiedział Sherlock i ucichł. John nagle zrozumiał, że Sherlock myślał już o tym i może nawet niejeden raz. Tak zazdrośnie reagował na to, że John godzinami siedzi przy łóżku Hamisha, czytając mu, nim ten nie zaśnie! Czy to mogła być banalna zawiść? John był zadowolony, że jest ciemno i Sherlock nie widzi jego uśmiechu, mógłby go uznać za drwinę i obrazić.
Duży dzieciak, naprawdę.
Po chwili namysłu, John cicho zaczął:
- W pewnej wysokiej, czarnej górze była pieczara, a w niej żył smok. Pilnował skarbów. Niewielu się na nie kusiło. Wszyscy wiedzieli, jak niebezpiecznie jest drażnić smoka i omijali te skały szerokim łukiem. W tym czasie w pewnej zielonej dolinie pojawił się stary czarodziej. Maszerował prosto do małego domku, w którym żył mały człowieczek…
I kiedy w mroku Sherlock przysunął się, a potem w ogóle położył głowę na poduszce Johna, łaskocząc go w policzek rozwichrzonymi włosami, nie wydawało się to ani dziwne, ani krępujące.

To było właściwe.