Bonus 7

Kompromitacja w łóżku

Od autorki: Hurra, towarzysze! Nareszcie TO się wydarzyło. Akcja opowieści rozgrywa się równolegle z Bonusem 2, o koczowaniu na stole w kuchni Mycrofta.

- Sherlock, powinniśmy uprawiać seks. To jedyne słuszne i sprawiedliwe wyjście w naszej sytuacji… Do licha, mówię jak ty. Nie, inaczej. Sherlock! Wydaje mi się, że nie można dalej udawać, że wszystko jest normalnie. Śpimy w jednym łóżku i… Sherlock, fe! Fe, do kogo ja mówię?!

John wyrwał poduszkę z zębów Gladstone'a, zdjął z jego łba czapkę myśliwską i zepchnął psa z kanapy.
- Jako Sherlock jesteś zwyczajnie do kitu – rzekł gniewnie. – Jestem z ciebie bardzo, bardzo niezadowolony.

Gladstone wywalił język i zaczął głośno dyszeć.

Rozejrzawszy się, John znalazł coś odpowiedniego. Naciągnął czapkę na czaszkę, usadowił improwizowanego „Sherlocka" na kanapie obok siebie. Miał jeszcze pół godziny do powrotu Hamisha ze szkoły i… nie wiadomo ile do powrotu właściwego Sherlocka z Yardu.

Cała wieczność, by zorientować się w swoich uczuciach.

Albo też sekundy.

xxx

John wiedział, że zrobi z siebie idiotę. To przecież Sherlock, na Boga! Ten człowiek nawet Świętemu Mikołajowi w centrum handlowym nie wahał się rzucić w twarz: „Falsyfikat!". Żadnej litości dla ludzkich uczuć czy słabości.

Żadnych sentymentów.

- Chcesz się pieprzyć?

- Mówiłeś coś? – Sherlock zerknął na Johna, opuściwszy na chwilę gazetę.

- Podać ci pieprz? – Ten mało się nie udławił kęsem tosta. – Czy ty musisz cały czas czytać?

- Muszę – odparł Sherlock, ukrywając się na powrót za tarczą gazety. „Kradzież stulecia!" – krzyczały nagłówki. „Tajemnicze porwanie!", „Zamach na gwiazdę pop!", „Wyprzedaż letniego obuwia!".

- Nuda – westchnął Sherlock, gniotąc gazetę, póki nie przeobraziła się w szarą, szeleszczącą kulę. – Nuda, nuda, nuda. Dłużej nie wytrzymam, John. Potrzebuję sprawy. Cokolwiek. Daj mi sprawę. Daj. Daj. Daj.

- Sherlock, dosyć. Zachowujesz się jak rozwydrzony dzieciak.

- To daj mi klapsa! – zawołał Sherlock, zdzierając z siebie koszulę.

- Słucham…?

- Zrób to, duży tatusiu! – Sherlock zdjął również spodnie i złapawszy za krawędź stołu, zgiął się, wystawiając blady tyłek. – Jestem rozpalony!

- Jest rozpalony.

John drgnął, czując, że coś szturcha go w ucho. Ocknąwszy się, zobaczył stojących nad nim Sherlocka i Hamisha. Hamish wtykał mu termometr do ucha, a Sherlock gapił się, jakby John był jakimś interesującym trupem.
- O czym myślałeś? – zapytał Sherlock, kiedy tylko zauważył, że John powrócił do rzeczywistości. – Twoja twarz…

- Co z nią nie tak? – warknął John, marząc by zapaść się pod ziemię i zniknąć z pola widzenia dwóch par przenikliwych oczu. – Jemy to śniadanie czy nie? Po co robiłem tosty?
Zrozumiał, że problem należy rozwiązać niezwłocznie. Nie uprawiał seksu od strach pomyśleć ilu lat i ta faza kiedy zaczynał śnić na jawie zwykle była przedostatnią. Ostatnią fazą było pospieszne bzykanko w toalecie jakiegoś pubu lub telefon do byłej koleżanki ze szkoły, która miała lekkiego bzika na punkcie Johna Watsona (i porcelanowych kaczuszek, ale to już inna historia). Sprawa była z góry skazana na niepowodzenie – jak dotąd schodzili się i rozchodzili już pięć razy.

xxx

A przecież wszystko było takie normalne! Oglądali telewizję, łapali przestępców, spacerowali po Regent's Park z psem, kłócili się i godzili, zamawiali chińszczyznę do domu, używali jednego szamponu…

A wieczorami przebierali się w piżamy i kładli do jednego łóżka.

Pod jedną kołdrę.

Dwóch dorosłych, rozumnych mężczyzn. Dwaj przyjaciele. Współlokatorzy. Partnerzy.

Sherlock i John.
Sherlock miał długie i ciepłe nogi, przyciskał stopy do łydek Johna i je rozgrzewał. Łóżko było wielkie – potrójne monstrum, zajmujące prawie cały pokój – więc Sherlock mógł się kręcić ile chciał. I owszem, kręcił się! Brykał! Sapał! Zrzucał poduszkę i zawijał się w kołdrę jak w kokon! Deklamował wiersze dźwięcznym, dobrze postawionym głosem, nie budząc się ani na chwilę! Kopał Johna, przygniatał, spychał z łóżka, rozrzucał kończyny w cztery świata strony, a potem jeszcze miał czelność pytać rano: „Znów się nie wyspałeś?".
Zasypiali zawsze w jednakowej pozycji: Sherlock przytulał się z tyłu, obejmował Johna długimi, szczupłymi rękami, zarzucał na jego biodro zgiętą nogę i wtykał nos we włosy. John czuł się w takich chwilach jak pluszowy miś.
Sytuacja nie byłaby tak niezręczna, gdyby to był tylko przyjaciel. Po prostu Sherlock, z którym przyszło dzielić łóżko dlatego, że tok śledztwa rzucił ich do nieznanego miasta, a w hotelu zostały już tylko podwójne numery. Jednak to był Sherlock, który wyznał mu miłość, który był zazdrosny w sposób tak oczywisty i niemądry. To był Sherlock, którego John pocałował – i tego nie było można ignorować.
- Jesteś sadystą, braciszku – powiedziała kiedyś Harry, chociaż nikt jej nie pytał o zdanie. – A mówi się, że to dziewczyny wiecznie kołują, zwodzą i robią chłopaków w balona!
Jednak niemożliwe, żeby Sherlock z tego powodu cierpiał. Zamykając Johna w swoich żelaznych, niewygodnych objęciach, przyciskał się dostatecznie ściśle, by ten miał pewność, że ich pozycja nie ma żadnych dwuznacznych podstaw. Jednak John nie mógł się pochwalić takim hartem ducha. W ciemności cudze ciało było po prostu ciałem, ręce sczepione na jego brzuchu – po prostu rękami, a wilgotne wargi dotykające jego karku – podłym trickiem. John leżał bezsennie całymi nocami i cierpiał z powodu erekcji, wątpliwości oraz szturchańców śpiącego Sherlocka.
Czara jego mąk była prawie pełna i każda kolejna kropla groziła przelaniem.
Byłoby łatwiej, gdyby Sherlock rozumiał, co się dzieje. Jednak w niektórych sprawach był naiwny jak dziecko. W dodatku nieustannie powtarzał, że ciało to transport, a wszelkie potrzeby fizjologiczne to sprawy straszliwie nudne – tak więc John zdawał sobie sprawę, że to, czy będą razem uprawiać seks czy nie, zależy tylko od jego własnej inicjatywy. Brzemię odpowiedzialności wydawało się nie do udźwignięcia.
I gdyby mieli jeszcze jakieś inne problemy, odwracające uwagę! Ale nie. W ich życiu wszystko układało się dobrze. Okropna niesprawiedliwość!
Hamish teraz całymi dniami biegał z Benem po Londynie, zamiast tak jak kiedyś w wakacje snuć się po domu, skamląc z nudów. Pomyślnie przeszedł do następnej klasy, obeszło się praktycznie bez szantażu i przekupstwa. Lestrade od czasu do czasu podrzucał ciekawe sprawy, puszczał mimo uszu wszystkie złośliwości Sherlocka i ogólnie był zdumiewająco dobroduszny. Może wiązało się to z jego własnym Holmesem. Gladstone nauczył się włazić po schodach na drugie piętro, więc teraz trzeba było zastawiać drzwi sypialni szafką, ale to była zupełna drobnostka w porównaniu ze skalą poprzednich domowych katastrof.
Nic więc nie odrywało Johna od myśli o Problemie i czuł się, jakby powoli tracił rozum. Otoczenie też z jakiegoś powodu bardzo się interesowało ich życiem osobistym, więc John musiał znosić dziesiątki niewybrednych aluzji ze strony Donovan i Andersona. W pewnym sensie było to nawet sprawiedliwe, bo o ich życiu intymnym dowiedział się od Sherlocka absolutnie wszystkiego (znacznie więcej, niż by sobie życzył). Mycroft nie mówił nic, ale czasami przeszywał Johna nieprzyjemnym spojrzeniem, oznaczającym z całą pewnością: „Skrzywdzisz mojego brata, to powieszę cię na twoich własnych flakach, i dziękuję za herbatę". Nawet pani Hudson nabrała zwyczaju mówić ni stąd ni zowąd, że ostatnio coraz gorzej słyszy, śpi jak zabita, tak więc „Nie krępujcie się, chłopcy, hałasujcie ile chcecie!". Przy tym mrugała porozumiewawczo, aż biedny John skręcał się z zawstydzenia.

Nic dziwnego, że to wszystko skumulowało się i zakończyło wybuchem odrażającej histerii, kiedy John miotał się po kuchni, wymachując kłębkiem mokrych kędzierzawych włosów i wrzeszczał:

- Kto to zrobił?! Kto znowu zapchał umywalkę, przyznawać się!
Hamish i Sherlock, za bardzo oszołomieni, by do czegokolwiek się przyznawać, obserwowali jego podskoki. Skończyło się na tym, że włosy plasnęły do talerza z płatkami i Hamish oznajmił, że już nie jest głodny.

Sherlock zaś wyraził opinię, że Johnowi potrzebny jest urlop.

Po raz pierwszy John w pełni podzielał jego zdanie.

xxx

W sensie urlopu, John wyobrażał sobie spokojny tydzień w samotności, gdzieś nad morzem albo w lesie, a nawet w skalistych górach – byle tylko nikt nie wtykał mu nosa w szyję i nie przeszkadzał w dochodzeniu do siebie. Takie dobrowolne zesłanie, lecznicza pustelnia.
Jednak Sherlock rozumiał to po swojemu.

- Szkocja – oznajmił, zamykając notebooka.

- Szkocja…?

- Tak, Szkocja, John. Pakuj walizkę. Możesz i moją za jednym zamachem.

- Po kiego czorta mamy jechać do Szkocji?
- Hamisha zostawimy z Mycroftem, niech mój brat poznaje uroki ojcostwa i takie tam. Gladstone'a dołączymy w bonusie. Ekstremalne warunki zmuszają ludzi do pokazywania się z zaskakujących stron i może ta strona będzie trochę przyjemniejsza od innych stron Mycrofta.
- O czym ty w ogóle mówisz? I skąd w ogóle wzięła się ta Szkocja?
- No, z początku była to prowincja rzymska, ale w 843 roku, kiedy Kenneth MacAlpin został królem zjednoczonego królestwa Szkotów i Piktów…
- Stop-stop-stop-stop – John wystawił ręce do przodu, jakby bronił się przed zalewem informacji. Kiedy Sherlock zaczynał kręcić, John natychmiast to wyczuwał. Umiejętność tę opłacił wieloma gorzkimi doświadczeniami. – Pytam jeszcze raz. Czego szukamy w Szkocji?

Sherlock stropił się i odparł prawie nieśmiało:

- Chciałem ci zrobić niespodziankę, coś w rodzaju prezentu… ale skoro nalegasz, powiem teraz: potrójne morderstwo. Potrójne morderstwo, John, a ofiary zostały zmumifikowane wedle wszelkich prawideł!

John pospieszył pakować walizki.

xxx

W salonie jego chłopcy urządzili koncert dla pani Hudson. Sherlock popisywał się wirtuozerską grą na skrzypcach, Hamish akompaniował na tamburynie, a Gladstone wył tęsknie. John tymczasem gorączkowo rozkładał odzież w trzech torbach. Hamish też potrzebował trochę rzeczy na pobyt u Mycrofta.

Jak zwykle, Sherlock powiadomił Johna o podróży na trzy godziny przed odlotem, więc ten błyskawicznie wszedł w tryb wojskowy i nie miał ani sekundy na myślenie o Problemie. Nawet nie zauważył, jak machinalnie zapakował z resztą odzieży swoje czerwone „szczęśliwe" slipki – te, które gwarantowały seks lepiej, niż kofeina bezsenność.
Wepchnąwszy rzeczy do toreb, a rodzinę – do taksówki, John mógł odetchnąć i zacząć się zastanawiać, co powiedzieć Mycroftowi. Sherlock podsunął sensowny pomysł, żeby zadzwonić do drzwi i uciec co sił w nogach, co przyjęto jednogłośnie i nawet kierowca wyraził swe poparcie.
W samolocie Sherlock zasłonił oczy, położył kędzierzawą głowę na ramieniu Johna i zapadł w sen, najwidoczniej odsypiając na zapas wszystkie szalone noce w najbliższym terminie. John raptem pozostawiony sam na sam ze sobą, zaczął się martwić o Hamisha, lecz mózg zaczął podsuwać mu całkiem inne tematy do rozmyślań.
„Gdyby Sherlock nie był takim… Sherlockiem – myślał John – wszystko byłoby łatwiejsze". Gdyby był trochę bardziej znośny, taktowny i wrażliwy, John już dawno by się poddał. Gdyby był trochę mniej wspaniały, nieznośny i ukochany, John by nawet nie próbował.

Ale Sherlock był Sherlockiem.

I bez względu na to, że był Sherlockiem, pozostawał przy tym mężczyzną. Czasami John postrzegał go jakby bezpłciowo – po prostu jak istotę, osobę, jak wielki rozczochrany problem, towarzysza, ręce w ciemności, światło, którego przewodnikiem chciałby pozostać przez całe swoje życie. A potem Sherlock pojawiał się w prześcieradle (i bez bielizny pod spodem), albo zostawiał maszynkę do golenia w umywalce, albo leżał na kanapie odchyliwszy głowę w tył i John w całej okazałości mógł oglądać jego jabłko Adama – i czuł, jak ten cały mentalny mur się sypie. Sherlock się golił, posiadał penisa, był mężczyzną – co za okropny nietakt z jego strony!
Że też John musiał tak wpaść!
Czasami (no dobrze, nieustannie) John myślał o tym, jakie może się okazać ich doświadczenie seksualne. Myślał o palcach Sherlocka, o jego głosie, złośliwych replikach i cichych westchnieniach pełnych zadowolenia, o miękkości jego włosów pod palcami i całe wnętrze Johna wypełniało się radosną niecierpliwością, jak przed bitwą.
A potem myślał, jak się rozbiorą i zobaczą nawzajem nago, i nie będzie już drogi powrotnej. Rozmyślał o tych niezgrabnych ruchach, które będą wykonywać na skrzypiącym łóżku, i o tym, jak będą omawiać, który z nich ma być na wierzchu – uprzejmie i niezdarnie. To wszystko zdawało się takie zawstydzające, takie nienaturalne… Tak, jasne, teraz to się uważa za normalne, ale nigdy nie było normalne dla Johna.
Tyle, że Sherlock go kochał i do tego, niech to diabli wezmą, z wzajemnością. John wiedział to na pewno, było mnóstwo dowodów, przesłanek: jego zachwyt i jego obawa o Sherlocka, i kula, która zabiła taksówkarza-psychopatę, i nieznośny ból na cmentarzu, i Hamish.
I jeszcze to uczucie, które zmusiło go do odmówienia młodej, nagiej, pięknej dziewczynie. Nie mógł zrobić tego z Mary, nie zdoła też z kimś innym, gdyż nie potrafi zdradzić Sherlocka – i nie chce.
I jeśli nie będzie mógł uprawiać seksu z Sherlockiem, nie będzie go uprawiał w ogóle.

Nigdy.

Z nikim.

John aż się wzdrygnął, Sherlock wymamrotał coś z niezadowoleniem przez sen, łaskocząc go lokami po policzku, a samolot zaczął zniżać się do lądowania.
Jeśli John się spodziewał, że zdąży się nacieszyć pięknem malowniczych wzgórz, przymierzyć kilt czy zaliczyć jeszcze jakieś turystyczne atrakcje, czekało go gorzkie rozczarowanie. Na pierwszym miejscu były trupy, a potem cała reszta.

Ach, przepraszam, nie zwyczajne trupy – mumie!
Sherlock był zadowolony. John również zaraził się jego zapałem i przedsmakiem niebezpiecznej gry. Musieli spenetrować małe miasteczko Kelso wzdłuż i wszerz, włamać się do gabinetu miejscowego inspektora policji, kupić stos niepotrzebnego turystycznego chłamu i rozpytać z dziesięć rozmaitych osób. Z powodu akcentu John niewiele z ich opowieści rozumiał, a Sherlock właściwie nie słuchał. O wiele więcej mówiła mu mimika, plamy na ubraniu czy brud na butach.
Pierwszej nocy nabiegali się tak, że w pokoju hotelowym padli na łóżko i zasnęli natychmiast, nawet się nie rozbierając. Jednak już po kilku godzinach Sherlock, który we śnie doznał objawienia, ciągnął Johna gdzieś po ciemnych zaułkach i przez kolejną dobę uczestniczyli w dwóch strzelaninach, jednym pościgu samochodowym i bardzo zajmującej kłótni między inspektorem policji a starszym komisarzem.
Potem sprawa zabrnęła w ślepą uliczkę, Sherlock również, a to znaczyło, że Johnowi dostała się niemalże śmiertelna dawka warczenia, ironii i przytyków. Zwykle John cierpliwie znosił takie zachowanie, rozumiejąc, że faktycznie Sherlock złości się na samego siebie, ale przecież siebie nie wygoni w noc i deszcz po paczkę plastrów antynikotynowych, żeby potem wyrzucić je przez okno w ataku rozdrażnienia. Gdyby to się wydarzyło kilka miesięcy temu, John może by to zniósł, ale teraz miał zszarpane nerwy, zaciśnięte zęby i mokre nogi.

Dlatego też, nawrzeszczawszy na Sherlocka obojętnego na sprawy tego świata, John burknął tradycyjne: „Idę się przejść" i ruszył na spacer po obcym mieście.
Zwizytował trzy puby, a w czwartym postanowił przenocować, bo wracać do hotelu nie miał najmniejszej ochoty. Wcześniej John nigdy nie był w sytuacji tych podejrzanych indywiduów, kiwających się przy barze o piątej nad ranem, ale wszystko kiedyś zdarza się po raz pierwszy. John nawet chciał poprosić Harry o instrukcje – do tego stopnia był pijany i rozbawiony – ale na szczęście komórka mu się rozładowała.
Zamówił pintę ciemnego piwa, wygrzebał należność z portfela i przysiadł się do stolika ponurego brodacza, przypominającego brudny kartofel. John miał ochotę na trochę ciepłego ludzkiego towarzystwa, a ten kudłaty człowiek, zarośnięty mchem pagórek przygnębienia, dobrze się nadawał na kolegę do picia. John długo otwierał przed nim duszę, żalił się na los, deszcz i Sherlocka. A potem chyba powiedział coś mądrego (co mu się dość często zdarzało po pijanemu), gdyż jego towarzysz raptem krzyknął:

- Ależ oczywiście! Przecież to jasne! – Po czym ściągnął charakteryzację, okazując się Sherlockiem i wywlókł Johna z pubu na deszcz. Zaczęła się kolejna runda pogoni, zasadzek i niewiarygodnych logicznych łańcuszków. John zdążył wytrzeźwieć, odpracować mimochodem kaca i dwa zamachy na swoje życie.

A potem mało nie dostał zawału.
Pogoń zawiodła ich w rejon przemysłowy, podejrzany jakoś niezauważalnie rozpłynął się pomiędzy niskimi, jednakowymi szarymi budynkami, tak więc musieli się rozdzielić, a to nigdy nie wychodziło na dobre. Starczy wspomnieć basen, planetarium czy też bagna koło Baskerville. Całkiem jak w głupim horrorze, kiedy bohater koniecznie musi iść do lasu i sprawdzić, co to za podejrzane szuranie się w nim rozlega, John powiedział: „Ja na prawo". Bez sensu, bo Sherlock już przecież ruszył na lewo, wąską uliczką, nie zapominając zaglądać w przecznice i różne zakamarki. Zrobiwszy krąg, John wrócił na poprzednie miejsce, trzymając palec na spuście. Sherlocka nigdzie nie było widać, czyli pewnie mu się powiodło, jak zwykle. John sięgnął po telefon i raptem, uderzony mocnym uczuciem deja vu, powoli uniósł głowę.

Na tle jasnego nieba dwie postacie trudno było od siebie odróżnić. Jedną z pewnością był Sherlock, a drugą podejrzany – walka toczyła się na śmierć i życie.
- Dlaczego na dachu… - wychrypiał John, biorąc na cel figurę z lewej strony, a potem przesuwając lufę na prawo. – Dlaczego to musiał być przeklęty…

Serce mu zamarło.

- SHERLOCK!

Upadek był krótki: dwukondygnacyjny budynek nie mógł zapewnić widowiskowego lotu. Druga postać zbliżyła się do krawędzi, patrząc za przeciwnikiem i było już oczywiste, że to nie Sherlock. Nie, Sherlock był tam, na dole. Na uginających się nogach John pokonał tę niewielką odległość.

- W porządku, ze mną wszystko w porządku. – Sherlock odezwał się, zanim jeszcze odwrócił na plecy. John złapał go za łokieć, pomagając wstać. Tylko wstań, wstań, nie umieraj, proszę… - W porządku, John – powtórzył detektyw zdławionym głosem, chwiejąc się i otrzepując płaszcz drżącą ręką. – To tylko pierwsze piętro, i do tego niskie…
- Tak, tak… - mówił John bezładnie, oglądając Sherlocka od stóp do głów i marząc o promieniach Roentgena w oczach. Złamania? Zwichnięcia? Nadpęknięcia kości? – Tak, wiem. – Wciąż jeszcze podtrzymywał Sherlocka, żeby ten nie upadł.

- No to przestań! – krzyknął nagle Sherlock, odpychając rękę Johna. Pod jego uważnym spojrzeniem zmusił się do słabego uśmiechu i dodał trochę ciszej: - Ze mną wszystko okej. Lepiej odszukajmy dom z niebieskimi drzwiami. Coś mi mówi, że nasz zabójca właśnie tam się udał. – Podniósł głowę, patrząc na dach. Dłonie zacisnął w pięści, żeby ukryć ich zdradliwe drżenie.
Naturalnie odszukali dom z niebieskimi drzwiami, oczywiście zabójca został schwytany, a ofiara uratowana w ostatniej chwili, i rzecz jasna John nacisnął spust na czas Sherlock wygłosił krótki, acz emocjonalny spicz, w którym wyjaśnił wszystko stróżom prawa, a John przetłumaczył to wystąpienie, rozwijając i dopełniając myśl geniusza, gdyż Sherlocka nie obchodziło, czy go ktoś rozumie.
Kiedy wrócili do hotelu, John przede wszystkim nalegał, żeby obejrzeć Sherlocka. W gorączce śledztwa ten mógł po prostu zignorować ból naderwanych ścięgien lub zwichniętego stawu. Z Sherlockiem było w porządku, trochę skaleczeń i sińców, ale nic szczególnie groźnego. John nawet przed samym sobą nie potrafił przyznać, jak bardzo się wystraszył, ale Sherlockowi jakoś zdołał i wyszło to spontanicznie, żałośnie i szczerze. A Sherlock odpowiedział ledwo słyszalnie:
- Tak, i ja… też.
Milczeli, siedząc obok siebie, a po paru minutach znów wszystko było w porządku. Sherlock włączył lampę przy łóżku i wetknął nos w notebooka. John poszedł wziąć prysznic, by zmyć z siebie zapach formaldehydu (nie pytajcie) i analizować minioną przygodę, opisując ją nie na blogu, a w myśli. Kiedy John wyszedł z łazienki, Sherlock zdążył już przebrać się w T-shirt z napisem „Wierzę w Nessie" i energicznie klikał klawiszami. Nie patrząc na przyjaciela, poklepał dłonią materac koło siebie. John mocniej zawiązał pasek szlafroka, czując, że w brzuchu też zaciska mu się węzeł. Ułożył się obok Sherlocka, udomowionego i uspokojonego po dobrej zagadce kryminalnej.

- Hej – szepnął John. Sherlock pytająco uniósł brwi, patrząc w ekran, a potem wyciągnął rękę, położył dłoń na potylicy Johna i popchnął go w dół, do swojego brzucha. – Co… - zdążył powiedzieć John, nim Sherlock go uciszył syknięciem.

- Leż spokojnie.

John przytulił policzek do zapadniętego brzucha, niezgrabnie kurcząc się na łóżku. Sherlock jedną ręką nadal bębnił w klawiaturę, a palcami drugiej zaczął rysować okręgi na szyi przyjaciela.
- Sherlock – znów odezwał się John, na co detektyw westchnął ciężko (ciepły brzuch uniósł się i opadł).

- Leż, tak mi jest wygodnie.
Teraz w roztargnieniu przebierał włosy Johna, przywodząc na myśl filmy przyrodnicze, na których w ten sposób swoje uczucia wyrażały szympansy. Pogodziwszy się z nieuniknionym, John podciągnął kolana, układając się wygodniej. Zamknął oczy, rozpływając się w miarowym rytmie cudzego oddechu, w delikatnym dotyku na włosach i w znajomym odgłosie klikania klawiszy. Senność napływała falami, zmywała nagromadzone napięcie, lęk i zwątpienie. To przecież Sherlock, w samej rzeczy! Jego Sherlock. I nie ma się nad czym zastanawiać.
Przebudziwszy się, John długo leżał bez ruchu. W pokoju było już ciemno, zamknięty notebook majaczył gdzieś na skraju łóżka, a ciężka gorąca dłoń leżała Johnowi na skroni. W brzuchu Sherlocka, tuż pod uchem Johna nagle zaburczało i cicho się roześmiał. Sherlock, urażony, zepchnął go z siebie.
Zamówili kolację do pokoju, a potem porozmawiali z Hamishem. A raczej John pisał do niego smsy, natomiast Sherlock leżał w łóżku i komenderował, co pisać.

- Zapytaj, co z Gladstonem.

- Nażarł się ryby.
- Mógłby przynajmniej pogryźć krawaty Mycrofta! Zapytaj, gdzie Mycroft schował parasol przed psem.

- Sam zapytaj. Hamish pisze, że jedli pączki.

- O, to przekaż pozdrowienia inspektorowi. Mam nadzieję, że nie będą zajmować się podejrzanymi rzeczami, póki Hamish jest u nich w domu.
John rozkaszlał się, zasłużywszy sobie na pytające spojrzenie spod rzęs, i wymamrotał:

- Przynajmniej ktoś się tym zajmuje…
- Co?

- Hamish pisze, że grają w Scrabble.

- O, nie!
John uśmiechnął się kpiąco i szybko napisał:

Ratuj się! Grać z Mycroftem w scrabble to tak samo jak z Sherlockiem w cluedo".
Odpowiedź od Hamisha nie nadeszła. Widocznie było już za późno na ratunek.
Odłożywszy telefon, John odwrócił się i popatrzył na Sherlocka. Następnie zaczął rozwiązywać pasek szlafroka, w skupionym milczeniu. Sherlock usiadł na posłaniu, wichrząc sobie włosy jedną ręką.

- Idziemy spać?

- Nie - odparł John, zdejmując szlafrok i wieszając go na oparciu krzesła.
- To co będziemy robić? Chcesz, to opowiem ci o mumifikacji?

- Nie. – John odwrócił się w stronę łóżka w stroju Adama. Zreflektował się, zrzucił kapcie i kopniakiem posłał je pod krzesło.
- Pogramy w Angry Bird's? – Sherlock złapał za notebooka, bliski rozpaczy. – Chcesz jeszcze raz wziąć prysznic? Zajmować się jogą? Zapasy? Masaż?

- Seks – powiedział John, patrząc na Sherlocka spode łba.
- O – powiedział Sherlock, odkładając notebooka. – Dobrze.

– Dobrze?

- Tak. – Sherlock poprawił poduszki i odchylił kołdrę.

- I to wszystko? Tak po prostu?

- Tak.
Sherlock znieruchomiał, patrząc na Johna. Stojąc tak, pod badawczym spojrzeniem, John poczuł się nieswojo i było mu chłodno. Unosząc dumnie podbródek, podszedł do lóżka.
- Posuń się – rozkazał, choć miejsca było dość. – I wyłącz światło.

W mroku stało się lżej. Sherlock siedział obok i oddychał prawie bezgłośnie. John wyciągnął rękę, dotknął jego ramienia, palce ześliznęły się po cienkiej tkaninie koszulki.

- Zdejmij to – szepnął.

Czuł skurcz w żołądku, w skroniach łomotało mu tętno. Cichy szelest materiału brzmiał ogłuszająco. T-shitr upadł na podłogę, John przysunął się i położył dłoń na nagiej piersi Sherlocka. Szeroka i ciepła, unosiła się i opadała gwałtownie. John wyraźnie czuł, jak bije w niej serce. Przesunął rękę w bok, natrafił na sutek i drgnął. Sherlock był cichy i nieruchomy.

- Ja tak nie mogę – syknął John gniewnie. – Zrób… coś. Nie siedź jak manekin.
- Dobrze – rzekł Sherlock ponownie i John zdumiał się jego posłuszeństwem. A potem jego śmiałością, gdyż Sherlock nieomylnie znalazł wargami jego usta. Dalej były już tylko pocałunki w ciemności, wilgotne, żarliwe, kiedy wybór – przerwać czy się udusić – nie był wcale taki oczywisty. Od braku tlenu kręciło się w głowie, w dłoniach krążyły mrówki, a w skroniach łomotało ogłuszająco.
„Przecież to Sherlock – myślał John. – Wszystko jest jasne. Dlaczego potrzebowałem aż tyle czasu?" To był Sherlock, nie było nikogo bliższego, nie było niczego prostszego, niż całowanie go w nocnej ciemności. A potem przylgnąć bliżej, mocniej, ciaśniej, wplątując palce we włosy i próbując słonawego smaku skóry na szyi. John niczego się nie bał, niczego nie wstydził, nawet kiedy Sherlock zacisnął palce na jego pośladkach – wszystko było w porządku.
- Sherlock, Sherlock… - wydyszał John. – Jesteś w spodniach – jęknął, przesuwając ręce niżej. – Dlaczego jeszcze w spodniach?

Sherlock w milczeniu zdjął dół od piżamy. John przytulił się ponownie, gładząc jego boki, obrysował pępek czubkiem palca i zawahawszy się ledwo sekundę, nakrył dłonią krocze Sherlocka.
A potem przeturlał na swoją połowę łóżka. Złożył ręce na brzuchu, wbiwszy wzrok w sufit.
- Co? – Sherlock dyszał ciężko, całkowicie wytrącony z równowagi. Chociaż to John powinien się dopytywać. Jednak on tylko w zadumie patrzył w zaciemniony sufit, czując osobliwy, tępy spokój.

- Nie jesteś pobudzony.
Prosta konstatacja faktu. Sherlock skwitował ją milczeniem, a potem pokręcił się pod kołdrą, jakby sprawdzał czy to prawda. Westchnął ze zmęczeniem i niezmierną cierpliwością, jakby miał do czynienia z małym głupiutkim dzieckiem.

- To jeszcze nie powód… - zaczął, ale John się roześmiał gorzko.

- Nie, no po prostu ekstra! Ty nawet tego nie chcesz! Ja się tu nakręciłem, jak ostatni kretyn… Przemogłem się, zdecydowałem, że to normalne – z tobą. Całkiem wyleciało mi z głowy, że z tobą nic i nigdy nie może być normalnie.
- John… - zaczął Sherlock, ale ten znów mu przerwał.

- Nie-nie, wszystko w porządku. Z czego niby wnioskowałem, że tobie jest to w ogóle potrzebne? Jesteś unikatem, dla ciebie seks to rzecz drugorzędna, może nawet w głowie ci nie postało…
- Zakładałem wszelkie skutki swojego wyznania, w tym również taki – oznajmił Sherlock. – Ale mnie zadowalał poprzedni stan rzeczy.

- Tak? No to cudownie. – John odwrócił się od Sherlocka, czując się śmiesznym i ordynarnym. Zwinął się w kłębek, mając nadzieję, że jego erekcja wkrótce minie. Takie poniżenie powinno działać równie dobrze jak zimny prysznic.
- Jeśli jesteś skonsternowany stanem mojego organu płciowego, mogę to wyjaśnić.

- Dobranoc, Sherlock.

- Zbyt wiele czasu minęło od mojej ostatniej aktywności seksualnej i niezbyt często zwracałem uwagę na takie potrzeby. Prościej było je blokować, tak więc erekcje pojawiały się coraz rzadziej i teraz prawdopodobnie moje ciało jeszcze się nie zorientowało, co się dzieje.
- Nie musisz nic mówić.

- Jeśli będziemy kontynuować, sytuacja się zmieni, prawdopodobieństwo tego wynosi prawie dziewięćdziesiąt procent.
A nawet jeśli nie, to doskonale poradzimy sobie bez mojej erekcji. Znam wiele innych sposobów współdziałania…
- Mam dość. Jeśli natychmiast nie zamilkniesz, będę zmuszony poprosić obsługę o inny pokój, a nie zostało nam zbyt dużo pieniędzy. Tak więc milcz i idź spać – oznajmił John spokojnym tonem.

Sherlock parę sekund leżał bez ruchu, potem również obrócił się na bok, nakrywając się kołdrą. Na szczęście nie próbował się przytulać, ani obejmować Johna – widocznie zrozumiał, że to nie jest najlepszy pomysł.
John zamknął oczy i próbował wyrównać oddech: wdech-wydech, wdech-wydech. Nic strasznego się nie stało. W sumie nie zdążyli posunąć się za daleko. Byłoby to bardzo poniżające, gdyby „stan organu płciowego" Sherlocka wyszedł na jaw na jakimś o wiele późniejszym etapie.
Suchy ton i maniera wysławiania sugerowały, że Sherlock był zdenerwowany i napięty, gdyż zwykle jednak wyrażał się bardziej po ludzku. No cóż, sytuacja zapewne była poniżająca nie tylko dla Johna. Mógłby to odkryć i nawet zawstydzić się własnej szorstkości, gdyby dopuścił do siebie choć na chwilę myśl, że dla Sherlocka był to taki sam cios w ambicję, jak dla każdego innego mężczyzny. Ale na wszystkie świętości, to przecież Sherlock! On nawet o własnym wzwodzie dyskutuje, jak o reakcji chemicznej i raczej nie ma pojęcia, co należałoby czuć w takiej sytuacji. Jeśli w ogóle jest zdolny czuć cokolwiek, ten robot.
John zacisnął zęby i zmusił się do zaśnięcia.

A przebudził od tego, że ktoś natarczywie potrząsał jego ramieniem.
- John! John! – Głośny szept tchnął mu w ucho.

- Co, już do pracy? – wymamrotał John, wciskając nos w poduszkę.

- Nie, John! Obudź się!

- Co jest, Sherlock?

- Mam erekcję!
- Świetnie, uczcimy to salwą… - John zawinął się w kołdrę, marząc o choćby godzince snu.

- John!

- Załatw to sam, dobrze? Daj mi spać.

Miękkie fale snu już zamykały się nad jego głową, kiedy John poczuł dotyk czegoś twardego z tyłu. Wpierw postanowił to zignorować, myśląc, że Sherlock oparł się o niego kolanem czy jakąś inną częścią swojego niespokojnego, długiego ciała, a potem nagle zdał sobie sprawę, co to za kończyna tak nachalnie ociera się między jego pośladkami. Wyprysnął z łóżka, jak wystrzelony z katapulty, porywając ze sobą kołdrę. Wytrzeszczywszy oczy, wycelował w Sherlocka drżący palec.

- Ty…!
- Coś nie tak? Przecież powiedziałeś…

- Ty! Ty… zamierzałeś… - Johnowi brakowało powietrza i słów, żeby wyrazić swoje wzburzenie. Sherlock wydawał się skonfundowany.

- A co miałem robić? Przecież spałeś.

- A ty! Tak po prostu…! Jak ja… Jak ja w ogóle będę mógł ci po tym zaufać? Jak się odwrócić do ciebie plecami?! – wrzasnął John. Sherlock złapał poduszkę i zakrył nią twarz. Rozległo się spod niej przytłumione:

- Źle cię zrozumiałem. Powiedziałeś, żeby nie budzić i ja… po prostu źle zrozumiałem.
John jeszcze kilka sekund stał koło łóżka, czując, jak szaleńczo kołacze mu serce, a potem nagle uświadomił sobie, jak śmiesznie to wszystko musi wyglądać z boku. Zakrył twarz rękami, próbując zdławić śmiech, ale ten wyrywał się na zewnątrz.
- My obaj… jesteśmy stukniętą parką – wykrztusił wreszcie.
- Pewnie, a czyja to wina? – odpowiedział gniewnie Sherlock spod poduszki.

- Nie wiem – odpowiedział John szczerze. Opuścił ręce i popatrzył na rozciągniętego na łóżku Sherlocka. Zgrabne długie ciało i długi prosty członek, sterczący w podnieceniu. John przełknął. – Po prostu leż tak, dobrze? – poprosił, wracając na posłanie. Sherlock wczepił się w poduszkę, jak w ostatnią deskę ratunku.
To było dziwne uczucie: dotykać czyjegoś penisa. Ale… emocjonujące. W dobrym sensie tego słowa. Ośmieliwszy się, John wodził dłońmi po nagim, szczupłym ciele, głaskał je, tonąc w potopie ambiwalentnych uczuć. Zmieszanie i czułość wiodły prym w tej gonitwie.
Im śmielsze stawały się pieszczoty, tym John rozpaczliwiej był podniecony. Erekcja Sherlocka również stała się twardsza, a długi penis niemal dotykał brzucha. John przesunął po nim palcami, mocno obejmując. Jego ręka wykonywała znajome ruchy, postępując z ciałem Sherlocka dokładnie tak, jak John przywykł obchodzić się ze swoim własnym. Czuł ciężar i pulsowanie w kroczu, oddychał ciężko. Jęknął cicho, poruszając szybciej ręką, i drgnął, napotykając w półmroku wzrok Sherlocka. Ten już dawno odrzucił poduszkę i obserwował Johna – z jego twarzy jak zwykle trudno było cokolwiek wyczytać. Jednak wystarczyło zerknąć nieco niżej i stawało się jasne, że Sherlockowi bardzo się podoba to, co się właśnie dzieje.
- Mogę cię dotknąć? – Słowa te zabrzmiały ostrożnie, jakby Sherlock miał do czynienia z niestabilnym elementem. Jednak John nie czuł się już niestabilnie. Czuł, że jest gotów.
Niezdolny powiedzieć nic sensownego, John po prostu skinął głową, a w następnej chwili Sherlock objął go nogami, tak ciasno… Jego dłonie lekko przesunęły się po barkach, ramionach, aż do przegubów. Sherlock wziął dłonie Johna w swoje i tak zastygł. „Co za szczęście, że jest ciemno" – pomyślał John. Krew buchnęła mu do twarzy. To, co zrobił Sherlock, w jakiś sposób było o wiele bardziej szczere i intymne, niż wszystkie poprzednie dotknięcia.
Potem znów zaczęli się poruszać, prędko i w harmonii, jak w walce lub strzelaninie: każdy z nich czuł ruchy partnera i czujnie reagował, podchwytując rytm, dopełniając całość. Niepotrzebnie John bał się, że będzie niezdarny i wystawi się na pośmiewisko – nic takiego się nie stało. Poruszał się mocno i zdecydowanie, a Sherlock, zwykle taki kanciasty, stał się giętki, miękki, chciwie chłonący każde doznanie. Mocno trzymał się Johna, jakby gdzieś w głębi duszy nie przestawał spadać. Oplatał partnera rękami i nogami, otaczał go, był wszędzie: na wargach - słonym posmakiem skóry, na ramionach – mocno zaciśniętymi palcami, na małżowinie ucha – gorącym, szybkim oddechem… I jękiem, zdumiewającym, otwartym, wiele mówiącym – jakby był to jakiś zadziwiający szyfr, i tylko John posiadał do niego klucz.
W momencie, kiedy John zamarł głęboko wewnątrz Sherlocka, na mgnienie pojął go całkowicie, każdą jego cząstkę, odcień, sprzeczność i wszystko na raz – aż za wiele. I w sam raz.
Wydarzyło się coś potężnego i pięknego, aż do utraty tchu, łez w kącikach oczu, krzyku. Coś fantastycznego.
Po wszystkim Sherlock zgarnął Johna w objęcia, przylgnął do jego wilgotnego grzbietu i objął szczupłymi nogami. Ułożywszy się wygodnie, Sherlock wydał długie westchnienie zadowolenia i zapadł w sen. John leżał z otwartymi oczami, udając pluszowego niedźwiedzia. W głowie miał całkowitą pustkę, żadnych natrętnych myśli – błogosławiona cisza. I tylko policzki go bolały od szerokiego, głupiego uśmiechu.

+ bonus do bonusa

Kiedy Sherlock brał prysznic, John spakował torby podróżne i zostawił napiwek dla pokojówki na szafeczce nocnej. Swoją komórkę znalazł pod fotelem, z całkowicie rozładowaną baterią, więc posłużył się telefonem Sherlocka, żeby powiedzieć Hamishowi „dzień dobry". Po czym bez żadnych skrupułów zajrzał do folderu z smsami i odkrył nową korespondencję między braćmi Holmes.
„Złośliwy Troll: Mogę wam pogratulować?"

Końce uszu Johna poczerwieniały. Był pewien, że Sherlock nie należy do osób, które przechwalają się łóżkowymi sukcesami, a już na pewno nie będzie o tym dyskutował z „kochanym braciszkiem".
„SH: Możesz iść do diabła".
„Złośliwy Troll: No dalej, Sherlock! Nowożeńcy powinni promienieć szczęściem, o ile mi wiadomo".

SH: ?"
„Złośliwy Troll: Nie znasz słynnej szkockiej tradycji?".

SH: Idź do diabła".

SH: Co to za tradycja?".
„SH: Mycroft?"

SH: Mam cię w nosie, Sam się dowiem".
„Złośliwy Troll: Wybacz, dzwonił konsul. W tym kraju jest stara tradycja: po noclegu pod jednym dachem, para jest uważana za małżeństwo. Okrutne lecz sprawiedliwe. Moje gratulacje".
„Złośliwy Troll: Przy okazji, jak uważasz, John przyjmie twoje nazwisko, czy będzie trzeba używać podwójnego?".

SH: Idź do diabła".

SH: Ani słowa Johnowi!".

SH: Podoba mi się jego nazwisko".

John powoli odłożył komórkę, wpatrując się w przestrzeń. Zrobił powolny wdech i wrzasnął na całe gardło:

- SHEEEEEEERLOOOOOOOCK!
W łazience coś załomotało, szum wody umilkł, a potem rozległo się zaniepokojone:

- Co…?

John otworzył usta. Zamknął. Oblizał wargi. Zerknął na komórkę.

Poczerwieniał jak burak.

I odpowiedział:

- Nie, nic, wszystko w porządku.