- A nie mówiłem?

Stiles ze świstem wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby.

- To mój tekst – syknął, kątem oka zerknąwszy na siedzącego w fotelu pasażera Dereka.

- Tym razem mój. Utknęliśmy tak, jak mówiłem. Dokładnie tak, jak…

- Mówiłeś! – przerwał mu szybko. – Wiem, wiem! Rany.

Syn szeryfa zacisnął dłonie na kierownicy i po chwili oparł o nią czoło. Deszcz równo bębnił o dach jeepa i nieprzerwanym strumieniem spływał po przedniej szybie.

- Cholera, cholera – wymruczał Stiles. – Zachciało mi się skrótów w taką ulewę… Dobra – spojrzał na Dereka – spróbuję jeszcze raz.

- Nic z tego nie będzie. Dasz mi tylko okazję, żebym znowu cię zacytował.

Stiles skrzywił się i przekręcił kluczyk w stacyjce, uruchamiając silnik. Nacisnął gaz, auto zaczęło boksować w głębokim błocie, bynajmniej nie ruszając się z miejsca, a nawet wkopując jeszcze bardziej w grząskie podłoże. Chłopak zaklął pod nosem, gasząc silnik.

- Wiesz, co powiem – rzucił Derek, a w jego głosie pobrzmiała ponura satysfakcja.

Stiles niewiele myśląc, pokazał mu środkowy palec. Hale błyskawicznym ruchem chwycił go za niego i ścisnął mocno, wykręcając. Chłopak syknął z bólu, próbując wyrwać dłoń z silnej ręki Dereka.

- Jeszcze raz pokażesz mi faka, a złamię ci nie tylko ten palec.

- Okej, okej! To boli! – zakwilił Stiles. – Proszę, puść. Derek, puść!

Derek warknął, odsłaniając zęby i rozluźnił uścisk. Stiles bez zastanowienia wsunął bolący palec do ust; ten pulsował boleśnie.

- Spróbuję nas wypchnąć z tego błota.

Derek poprawił skórzaną kurtkę i otworzył drzwi, wyskakując w deszcz. Stiles spojrzał w lusterko, w którym mignęły mu czerwone ślepia alfy. Szybko przekręcił kluczyk i nacisnął gaz. Auto skoczyło do przodu, ale opony nadal nie wyrwały się z błotnistej pułapki.

- Nic z tego nie będzie – mruknął do siebie chłopak, ale nadal dociskał gaz do samej podłogi.

Dopiero kiedy na siedzeniu obok niego znów pojawił się Derek, Stiles przekręcił kluczyk, gasząc jeepa. Hale miał nogawki dżinsów całe w błocie, o butach nie wspominając. Oprócz tego był przemoknięty do suchej nitki, a woda kapała mu obficie z włosów i nastroszonych brwi.

- Zapachniało mo… - chciał zażartować Stiles.

- Nie kończ, bo złamię ci rękę – wysyczał Derek.

- Dlaczego ciągle mi grozisz? – zapytał płaczliwie chłopak, robiąc minę szczeniaczka.

- Bo mnie to bawi.

Derek zrzucił z siebie kurtkę i cisnął ją na tylne siedzenie. Ciemnozielona koszulka była cała mokra i przyklejona do alfy niczym druga skóra, podkreślając kształty jego umięśnionego ciała. Hale ściągnął z siebie t-shirt, który również wylądował na tyle. Zaczął rozpinać spodnie.

- Ło, ło, łoo! Chwila! – wykrzyknął Stiles. - Co ty robisz?!

- Rozbieram się. Nie będę przecież siedział w mokrych ciuchach.

- Ale błoto! Tapicerka!... Ty bez ubrań!

Hale warknął, ucinając wszelkie protesty. Stiles przez chwilę ssał wewnętrzną stronę policzka. Kątem oka zerknął na Dereka, który akurat uniósł biodra, żeby zsunąć z siebie spodnie. Z dżinsami na wysokości ud zrzucił ze stóp buty, wkopując je głębiej pod deskę rozdzielczą. Wreszcie skończył się rozbierać, żeby rozwiesić dżinsy na oparciu swojego fotela. Następnie sięgnął po koszulkę i powiesił ją na zagłówku fotela kierowcy. Po chwili znowu siedział na swoim miejscu, ale tym razem jedynie w ciemnoszarych slipach.

- To się nie dzieje naprawdę – mruknął Stiles.

Derek podniósł obie gołe stopy na fotel i podsunął kolana do klatki piersiowej.

- Ani słowa, Stiles.

- Chcesz się czymś… no wiesz, przykryć?

- Po co? Nie czuję zimna jak normalny człowiek. Zawsze mam 103,8*.

- Kawał niezwykle użytecznej wiedzy jak dla mnie. Dzięki.

- Do usług – burknął Derek.

Stiles znowu zacisnął dłonie na kierownicy. Nie było dobrze. Jedyny mężczyzna, przez którego Stilinski kwestionował swoją heteroseksualność, siedział obok niego niemal zupełnie nagi, przyciskając seksownie owłosione nogi do gładkiej, umięśnionej klatki piersiowej. Epitety! Stiles przyłapał się na tym, że „ubiera" anatomię Hale'a w dodatkowe słowa: nie myślał „bary", myślał „szerokie bary"; nie myślał „brzuch", myślał „wyrzeźbiony brzuch". Nie było „mięśni", były „twarde mięśnie", nie było bioder, były „męskie biodra".

Syn szeryfa poruszył się niespokojnie, czując, jak dolne partie jego ciała odmawiają współpracy z jego mózgiem. Minęło kilka sekund, kiedy poczuł w spodniach jakże znajomą twardość erekcji. Przeklął w myślach i jakby nigdy nic spojrzał najpierw na stacyjkę, a później dyskretnie niżej, na własne krocze. Odetchnął z ulgą, kiedy upewnił się, że materiał dżinsów mimo wszystko nie zdradza tajemnicy jego podniecenia.

- Przestań. – Usłyszał nagle.

- Co? Że co? Mam przestać robić co?... Ale ja nic nie robię! – Spanikował Stiles, patrząc na Dereka. Ten siedział z zamkniętymi oczami, wyprostowany, z głową odchyloną lekko do tyłu, na ile pozwalało na to ułożenie siedzenia.

- Myśleć. Przestań myśleć.

- Myśleć… Hm, to coś nowego, nowy zakaz. Robię to za głośno?...

- Nie, Stiles. Nie wierzę, że to mówię. – Skrzywił się. – O czymkolwiek myślisz, przestań myśleć akurat o tym, bo… czuję zapach twojego podniecenia. To małe auto, a ty jesteś blisko – dodał, jakby usprawiedliwiając się. – Nie potrafię tego „wyłączyć", chociaż bardzo bym chciał. Zwłaszcza teraz.

Stiles przygryzł wargę.

- Niefajnie – rzucił, przyciskając kolano do kolana. – A jak ono pachnie?... Moje podniecenie?

Derek otworzył oczy i spojrzał na swojego towarzysza.

- Jak mi powiesz, przestanę myśleć o to… aa-aletach, no wiesz, o seksie w szkolnej toalecie i będę myślał o… polityce, wyborach prezydenckich, pracy domowej z chemii…

- Dobra! Tylko się zamknij.

Derek znowu zamknął oczy. Zmarszczył nos.

- Jest słodko-mdlący. Jak coś rozgotowanego. I…

- Jak makaron z sosem klonowym, który zbyt długo stał na gazie?

- Nie skończyłem. Słodko-mdlący i nieco pieprzny.

- Rozgotowany makaron z sosem klonowym posypany chili? To brzmi… Fuj. – Stiles pociągnął nosem. – Ja nic nie czuję. Oprócz zapachu lasu i deszczu.

- Szczęściarz – mruknął Derek.

- I ciebie. Czuję, jak pachniesz. Tak… męsko. Jak prawdziwy samiec alfa.

- Stiles! – syknął wilkołak.

- Nie ja zacząłem! Komuś innemu przeszkadzał zapach mo…

Derek warknął gardłowo.

- Dobra, dobra, zamykam się! Zrozumiałem! Zresztą tylko żartowałem. No wiesz, o tym, jak pachniesz. – Stiles umilkł. Jego spodnie nadal były ciasne od rozpychającej je erekcji. – No, bo wiesz, to niedorzeczne. Po co miałbym interesować się tym, jak pachniesz? Jesteś facetem! A ja nie lubię facetów… to znaczy, Lydia, podoba mi się Lydia… Tak! Rudzielec. Rude są najlepsze. Ty możesz sobie siedzieć tutaj w samych majtkach, nawet nago i nic mnie nie ruchasz… ruszasz! Nic mnie nie ruszasz! Ruszasz! Nic a nic! No bo… - Stiles kątem oka dojrzał szybki ruch i nagle ręka Dereka zasłoniła jego usta.

- Zamkniesz się czy nie? – wysyczał. Stiles szybko pokiwał głową. Na płatku ucha poczuł wilkołaczy pazur Dereka, który nieśpiesznie zarysował jego lekko owalny kształt. – I nie wciskaj mi tu kitu, Stiles. Znam na pamięć zapach, jaki wydzielasz, kiedy jesteś podniecony. A wiesz, dlaczego? Bo dziwnie często pachniesz tak, a nie inaczej, kiedy jesteś blisko mnie.

Nastolatek otworzył szeroko oczy i próbował pokręcić przecząco głową, ale Derek mu na to nie pozwolił.

- No proszę, teraz czuję twój strach. Chcesz wiedzieć, jak pachnie? Kwaśno. Jak cytryna.

Derek cofnął rękę z ust Stilesa.

- Czyli teraz już pachnę jak rozgotowany makaron z sosem klonowym i chili skropiony nieco cytryną? – wyrzucił z siebie jednym tchem.

- Skoro już musisz nazywać rzeczy po imieniu – westchnął Derek. – Tak. Tak właśnie pachniesz.

[*102,8F, czyli ok. 39,9 Celsjusza. Żeby było bardziej 'merykańsko;).]