Niewiadomewtwoimrównaniu

(Неизвестные в твоем уравнении)

Autor: Treggi Di

Tłumacz: Toroj

1. Kim jest Sherlock

Pierwszy pojawia się, kiedy Sherlock ma sześć lat. Sherlock siedzi w fotelu taty w bibliotece i gra w Nieskończoność. Gra w tę grę zawsze, kiedy zostaje sam. Gra w Nieskończoność nieustannie.

Światło jest zgaszone, ale Sherlock się nie boi. Zamyka oczy i zaczyna sobie wyobrażać. Stwarza światy i przygody, a wszystko to bez ruchu i w milczeniu. Jest bardzo spokojnym sześciolatkiem.
Dziś są to wyspy: trzy wyspy, oddalone od siebie równomiernie, jak wierzchołki trójkąta. Sherlock jest na jednej z nich – to fotel. Dokoła jest woda i ptaki, i dużo przestrzeni. To bezludna wyspa, nie ma tu nikogo, nigdy nikogo nie było i nie będzie. Tylko Sherlock. Idzie po piasku, kiedy zauważa ślady. To nie są jego ślady – są większe i w dużej odległości jeden od drugiego, jakby należały do olbrzyma. Sherlock nie boi się śledzić olbrzyma, jest zaciekawiony. Nigdy wcześniej w tej grze nie zmieniały się zasady. Zawsze był tylko on, tylko on sam.
Nieznajomy człowiek idzie brzegiem morza. Sherlock woła, żeby się obejrzał. Człowiek słyszy go i odwraca się, wygląda na zdziwionego. Potem nagle macha ręką. Sherlock biegnie na jego spotkanie, brnąc w piasku. Kiedy się zbliża, olbrzym go chwyta. Łapie pod pachy i podrzuca w powietrze.

Sherlock znika.

Sherlock otwiera oczy i rozgląda się po bibliotece. Potrącając meble, idzie do wyjścia. Jego dłoń maca po drzwiach, póki nie natrafia na klamkę. Po to, żeby ją uchwycić, trzeba wspiąć się na palce i to wydaje się zabawne. Sherlock się śmieje.

Schodzi po schodach, widzi znudzonego rudego chłopca, który siedzi na stopniu z książką.
- Cześć – mówi Sherlock i chłopiec rzuca mu zdziwione spojrzenie.

- Cóż to za akcent? – A sam mówi jak absolwent elitarnej angielskiej szkoły; lekko rozciąga słowa i wyraźnie wymawia spółgłoski. Sherlock uśmiecha się, bo uśmiech pomaga w każdej sytuacji. – Sherlock? W co się bawisz tym razem?
- Kto to jest Sherlock? – pyta Sherlock, a rudy chłopiec się marszczy.

- To nie jest śmieszne.

Sherlock powtarza:

- Kto to jest Sherlock? – To zdanie niejasno go niepokoi, coś jest nie tak. Nieprawidłowo. Błędnie. Lepka bryła mdłości zapycha mu gardło, leje się przez zęby. Wszystko ciemnieje i ostatnie co pamięta, to upadek ze schodów. W dół, w dół, w dół – niżej, niż kiedykolwiek wcześniej.

xxx

John dzieli z nim mieszkanie już dwa tygodnie, kiedy pierwszy raz zauważa coś niedobrego.

- Jesteś pewny? Wydawało mi się, że lubisz z cukrem – chmurzy się podejrzliwie, a Sherlock przyciska końce palców do warg. Wpaść na herbacie, co za głupota! Prędzej czy później to musiało się wydarzyć, ale herbata?!
- Nie wszyscy ludzie są aż tak nudni i przeciętni, żeby dzień w dzień pić ciągle to samo – mówi powoli, patrząc gdzieś poprzez Johna. Jako odpowiedź dostaje gniewne spojrzenie. Do kubka leje się herbata.

- Ze śmietanką? – upewnia się John jadowitym tonem.

- Bez.

- Świetnie, bo i tak nie mamy.

John siada do stołu, zabierając się za kolację. Sherlock czeka jeszcze na jakieś komentarze, pytania, pretensje, ale nic z tego nie następuje. John tylko sapie.

- Nie uważam cię za nudnego i przeciętnego – odzywa się Sherlock po jakimś czasie. John skrobie widelcem po dnie talerza: odrażający dźwięk.

- Tak-tak, wiem.
Znów zgrzytanie – mała zemsta.

- Trochę głupi, ale nie nudny, zupełnie.

- Wiesz, Sherlock, to nie poprawia sytuacji, więc… po prostu jedz, dobrze?
- Dobrze – zgadza się Sherlock, sięgając po swój kubek. Herbata bez mleka i bez cukru – idealna. Prawie tak idealna, jak John, który widzi, ale nie zauważa.

xxx

Sherlock pamięta, jak koledzy z klasy zamykają go w szafie, ale nie pamięta, co było dalej. Mamę wzywa do siebie dyrektor. Ona oczywiście nie jedzie. Jeśli dyrektor koniecznie chce się widzieć z panią Holmes, może sam się do niej pofatygować. Z domu przychodzi list, zawierający idealnie wyważone proporcje współczucia i groźby. To bardzo ostrożny list.
Sherlocka to nie obchodzi. Tam, w ciemnej szafie, odkrył stare modele anatomiczne. Jest zajęty przez cały kolejny tydzień. Jego pokój przemienia się w muzeum anatomii – inne dzieci nazywają go Komnatą Grozy i wpychają się tam nawzajem, wygłupiając w korytarzu. Sherlock się nie wygłupia, ma co innego do roboty. Pierwszy raz od długiego czasu się nie nudzi. Aż pewnego razu budzi się i odkrywa, że w pięknym, szczegółowo skonstruowanym modelu ludzkiego torsu brakuje serca.

W pokoju cuchnie spalonym plastikiem.

xxx

Lestrade łapie go za rękę, Sherlock odsuwa się, atak duszącej paniki mija prawie momentalnie. Sherlock doskonale potrafi się dostosowywać – odpycha inspektora, rozgląda się z obrzydzeniem i odchodzi, mijając trzeszczące krótkofalówki, migające światła radiowozów i ciekawskie spojrzenia. Nie ma pojęcia, co przed chwilą robił, kim był. Lestrade idzie za nim, ku niezadowoleniu Sherlocka potrafi chodzić tak samo szybko, nie biegnąc przy tym.

- No? Co to było? – pyta Lestrade, badawczo patrząc mu w twarz. Sherlock odwraca się, kryje oczy, krzywi nerwowo usta.
- Co?

- Wiesz co – upiera się Lestrade. – Co to za cyrk?

- Przyślij mi szczegóły sprawy pocztą, będę nad tym pracować na odległość – rzuca Sherlock przez ramię. Potem zatrzymuje się, wraca do inspektora, chwyta go za ramiona i patrzy mu prosto w oczy. Lestrade wydaje się odrobinę wystraszony.

- Hmm… Sherlock?

- Opisz w paru słowach, co się teraz wydarzyło. Uważaj to za eksperyment.

- Ty… Wszystko było jak zwykle, a potem po prostu… wyszedłeś z siebie, nie wiem… Sherlock?

Sherlock się śmieje. Śmieje, mrużąc oczy i pokazując zęby.

Wyszedł z siebie. Tak. Lepiej nie da się tego określić.

xxx

Kiedy przychodzą po ojca, Mycroft prowadzi brata za rękę do szopy w ogrodzie. Leżą tam zapasowe opony, łopaty i instalacje artystyczne mamy – z czasów, kiedy jeszcze „poszukiwała siebie". Mycroft zamyka drzwi i każe Sherlockowi trzymać klamkę, żeby nikt nie wszedł. I jeszcze każe mu się wziąć w garść, bo Sherlock cały się trzęsie i cieknie mu z nosa. Sherlock siąka nosem, z odrazą myśląc o najbliższej przyszłości swojej rodziny. Kiedy zdaje sobie sprawę, że ma suche oczy, przesuwa palcem po górnej wardze. Krew.
Mycroft tymczasem wspina się na chwiejną piramidę z zapasowych opon, wyjmuje z zakurzonej ciemności drewniane pudełko. Przyzywa Sherlocka gwałtownym, nerwowym gestem. Obaj nachylają się nad szeleszczącymi papierami. Cyfry, cyfry i wykresy, i jeszcze listy w nieznanym języku.
- Czytaj – rozkazuje Mycroft. Sherlock w milczeniu patrzy na niego. – Czytaj! No dalej! Zrób tak, jak to umiesz!
- To nie przychodzi na rozkaz – cedzi Sherlock przez zęby.

- Tym razem będzie na rozkaz.
Bracia patrzą na siebie. Gniew i napięcie. Ci ludzie, którzy przyszli po ojca, wkrótce tu będą. Imię ojca stanie się zakazane w domu. Jego twarz zniknie ze wszystkich fotografii, pozostawiając ziejące dziury. Niczego się nie dowiedzą o jego losie po tym, jak wsiądzie do czarnego rządowego auta.
Przestępca polityczny – tak to się nazywa. To także nie zostanie powiedziane głośno.
Palący policzek, Mycroft krzywi się, jakby miał za chwilę zwymiotować. Sherlock nie chwyta się za twarz, tak jak ludzie na filmach. Po prostu czuje mrowienie: napływ krwi, krwawe potoki, strumienie, płynące w kapilarach, wyrywające się z brzegów.
Bierze pudełko i odchodzi w ciemny kąt. Z dala od Mycrofta i światła. Z jakiegoś powodu wstydzi się robić to na jego oczach. Sherlock zamyka oczy i rozpoczyna grę w Nieskończoność.
Otwiera oczy i bierze papiery. Przemyka wzrokiem po wersach, wpierw po każdym, potem na skos, stosując umiejętność szybkiego czytania. Przeszkadza mu czyjeś mamrotanie, a potem zdaje sobie sprawę, że to on sam – niewyraźne dźwięki, urywki przeczytanych słów, które zmieniają w świadomości zbyt szybko, ale zostają tam na zawsze, starannie schowane. Słowa są jego, ale głos jest cienkim głosem podrostka. Jedną ręką kartkuje stronice, drugą unosi do policzka, czując gładkość skóry i drobniutkie krostki na podbródku. Opuszcza całe akapity w listach, nie ma tam nic ważnego – sentymenty. Za to wykresy zachowuje w całości, parę sekund patrząc na kartkę, a potem zaciskając powieki. Rozkoszuje się pracą mózgu, tak idealną, tak szybką.

- Idą! – wystraszony głos z daleka, Sherlock wzdryga się, sięga po pistolet, a potem uświadamia sobie, że nie ma broni. Patrzy na chłopaka, wczepionego w drzwi. Gdzie są? Zapewne w szopie. Bardzo interesująca szopa, ale nie ma czasu jej zbadać.
- Podeprzyj drzwi łopatą – komenderuje Sherlock, a chłopak niezdarnie chwyta łopatę, widać, że wysiłek fizyczny nie jest jego hobby. Przyciska się plecami do drzwi, robiąc głupi błąd. Sherlock nie ma dla niego czasu, tylko rzuca, nie odrywając oczu od dokumentów:

- Odejdź od drzwi, łatwo je przestrzelić.
Drze papiery, szukając zapalniczki. Nie ma. Wpycha strzępy do ust. Wzywa chłopaka gestem. Ten wygląda niemal śmiesznie ze swoimi okrągłymi bezbarwnymi oczami i bladymi krągłymi policzkami, obsypanymi cętkami piegów.
- Żuj – mówi Sherlock, zapychając usta biedaka skrawkami papieru. Sam również gorączkowo pracuje szczękami. Chłopak dławi się i przyciska rękę do ust. – Jak wyrzygasz, to ci każę połknąć jeszcze raz – uprzedza Sherlock. Chłopak zaciska powieki.
Kiedy kroki na żwirowanej ścieżce cichną, wszystko jest już zniszczone. Ktoś szarpie klamkę, łopata brzęczy, stukając o deski. Sherlock zamierza zasłonić sobą chłopaka i jest zdumiony, kiedy ten go ubiega i robi to samo.
- Pudełko – mówi chłopak gwałtownie, a Sherlock rzuca je w zagracony kąt. Oblizuje wargi, sprawdzając, czy nie zostały na nich drobiny papieru. Drzwi wypadają z framugi, wyważone profesjonalnie i bez zbędnego hałasu. Sherlock czuje, jak kręci mu się w głowie, ściska mu się żołądek, a potem coś szczęka w głowie i raptem czuje tylko wściekłość.
Wściekłość i strach. Wszystko jest proste: walcz lub uciekaj. Ratuj się. Broń. Może ich zabić – tych dwóch mężczyzn, złamać im kręgosłupy. To by nie było trudne nawet przy jego masie ciała. Najważniejsze to obliczyć kąt uderzenia, szybkość i kierunek. Nie ma czasu na zastanowienie. Bić. Bić. Unieszkodliwić.
- Sherlock, nie…
Tego też może pokonać. To łatwe, ten nie jest uzbrojony. Wyciąga ręce, ale nie po to, by uderzyć. Gładzi po czole. Głaszcze, przytula do siebie. Uspokaja. Szepcze.
- Sherlock, już, już, szszsz… Przepraszam. Przepraszam.
Nie ma sił, żeby się podnieść, żeby odepchnąć ręce Mycrofta.
- Czy ja im połamałem kręgosłupy? – mamrocze słabo, pojmując, że nawet go nie niepokoi taka możliwość. Mycroft gładzi go po czole i skroniach, delikatnie, samymi czubkami palców.
- Nie bądź idiotą – odpowiada pobłażliwie i śmieje się nerwowo.
- Pachniesz potem – zauważa Sherlock, zamykając oczy. Tylko na sekundę, nim przyjmuje pozycję siedzącą, a potem wstaje z podłogi szopy. Pusto. W domu też jest pusto, tylko mama płacze w swoim pokoju. Brakuje niektórych przedmiotów, służba szepcze między sobą, ale nie ma żadnych poprzewracanych mebli, rozbitych okien czy innych przejawów barbarzyństwa. Samochód dawno odjechał, zabierając ojca.
Mycroft odprowadza Sherlocka pod drzwi sypialni, może żeby się upewnić, że nie zemdleje gdzieś po drodze.

- Zuch jesteś – uśmiecha się blado, nim Sherlock zamyka mu drzwi przed nosem.

xxx

Tego dnia pada deszcz, Sherlock chce pieszczot i słodyczy. Przyciska nos do szyby, a kiedy szkło pokrywa się mgłą, rysuje na nim palcem uśmiechniętą buzię. Dorosły przychodzi do domu, przynosząc zapach deszczu i perfum.
- Przyniosłeś cukierki? – pyta Sherlock, starannie wymawiając wszystkie głoski. Nie odwraca się, patrzy na odbicie w szybie. Dorosły zdejmuje kurtkę, kapie z niej woda.
- Cukierki? – Jest jakiś roztargniony, uśmiecha się, zadowolony. – A ty co, cały dzień przesiedziałeś przy oknie? Sherlock ubrałbyś się chociaż – widzę twoje majtki.
Sherlock patrzy w dół: majtki, no i co? Niech się wstydzi ten, co widzi. Jednak poprawia szlafrok i zawiązuje pasek na trzy węzły, wysuwając w skupieniu koniuszek języka. Chce się nauczyć wiązać węzły żeglarskie – wtedy Groźny Jim zabierze go ze sobą w rejs.
- Ellen jest po prostu cudowna – mówi Dorosły z kuchni. Słychać jak trzaska drzwiczkami szafek. Może chowa cukierki? A może odwrotnie, szuka? Tam ich nie ma, Sherlock sprawdził.
- Przyniosłeś? – woła Sherlock, kuląc się na parapecie. – Cukierki albo tort. Tort też może być.
- Deszcz spadł bardzo w porę – woła Dorosły z kuchni. – Musieliśmy zajść do niej, zaproponowała, że wysuszy mi koszulę, potem piliśmy kawę…

Pewnie z cukierkami. Mamusia piła kawę z cukierkami, a w środku były orzechy. Cukierki w złotych papierkach, z których mamusia robiła gwiazdy. Malutkie złote gwiazdki – i Sherlock dostawał je wszystkie.
- Nie, nie chwalę się, szczegóły zostawiam twojej fantazji – mówi Dorosły wesoło, wchodząc do pokoju z tacą. Dwa kubki stoją obok siebie, pokrywka na imbryku podzwania cichutko przy każdym kroku Dorosłego. Siada na kanapie i patrzy na Sherlocka. – Przyjdziesz, czy zamierzasz nadal oddawać się melancholii na tle deszczu? Dość, Sherlock, przestać się dąsać, i tak nie mieliśmy żadnych spraw. Sam pomyśl, ile razy w zeszłym miesiącu byłem na randce? Chcesz, żeby mnie nadal nazywali „zdeklarowanym kawalerem"?
Dorosły się uśmiecha, patrząc na Sherlocka i klepie dłonią kanapę obok siebie. Sherlock zeskakuje z parapetu i biegnie do kanapy. Wskakuje na nią z rozbiegu tak, że aż stolik się trzęsie. Dorosły przesuwa się ze śmiechem, kiedy Sherlock mości się wygodnie.
- Jak szczeniak… Co tam, żadnych nowości? Lestrade nie dzwonił, pani Hudson nie przyniosła gazety?

Sherlock nieśmiało wzrusza ramionami. Wyjaśnili mu, że jeśli dorośli będą pytać o coś niezrozumiałego, to trzeba udawać milczka. Żeby nikt się nie domyślił ich gry. Tylko pod takim warunkiem wypuszczają go na zewnątrz i Sherlock zamierza być posłusznym chłopcem. Bardzo grzecznym i posłusznym. Zasługuje na pochwały, ale rzadko ktoś go chwali.
- Obejrzymy coś? – Dorosły wydobywa spod poduszek na kanapie pilota, na ekranie telewizora migają obrazki.

- Kreskówki – mamrocze Sherlock, zwijając się w kłębek. Stopy opiera o stół, głowę o udo Dorosłego. Niezgrabne, wielgachne ciało.
- Może byś coś zjadł? – namawia łagodnie Dorosły. – Co mówiłeś?

- Kreskówki – powtarza Sherlock ponuro, zerkając na ekran.
- Dobra – mówi z zakłopotaniem Dorosły po chwili. Klika pilotem, póki nie znajduje dziecięcego kanału. – Te?

- Tak – mówi Sherlock, zamykając oczy. Nie wolno mu oglądać telewizji, ale filmy niech lecą.

Dorosły milczy, czasem wzdychając albo pomrukując, kiedy na ekranie zdarza się coś zabawnego. Deszcz szumi za oknem, herbata stygnie, nie ma cukierków, ale nic nie szkodzi. Po pół godzinie na głowę Sherlocka opada szeroka dłoń. Dorosły gładzi i w zamyśleniu przebiera palcami włosy Sherlocka, a on udaje, że śpi, i niebawem naprawdę zasypia.

xxx

Okres dojrzewania mija nie wiadomo kiedy. Czasami Sherlock otwiera oczy pośrodku korytarza i nie wie dokąd szedł, która godzina, jaki jest miesiąc. Czasami czuje na sobie spojrzenia, pełne nienawiści, ale nie potrafi rozpoznać ludzi, którzy na niego tak patrzą. Mija ich, wysoko unosząc głowę i słyszy za sobą „świr!". Czasem śnią mu się przerażające sny i najbardziej ze wszystkiego boi się, że to nie są po prostu sny.
Wciąż jeszcze gra w Nieskończoność sam ze sobą, od czasu do czasu. Zwraca się do tych, którzy żyją w jego wnętrzu, próbuje zdobyć odpowiedzi, ale to bez sensu. To tak, jakby krzyczeć w ciemności – czekasz na odpowiedź i jednocześnie się boisz, że ją otrzymasz.
Ostatnie lata w szkole są nie do zniesienia, więc wraca do domu. Prywatni nauczyciele, którzy z nim pracują, są zawczasu uprzedzani o „osobliwościach". Dla niektórych jest uprzejmy, innych wygania z domu wymyślnymi metodami. Zna tysiące drobnych psot, okrutnych żartów. Nadchodzi dzień, kiedy doprowadza Mycrofta do histerii. Na szczęście ostatnie wakacje Mycroft spędza u kolegów – to u jednego, to u drugiego, byle nie wracać do domu.
Matka robi kolejną rozpaczliwą próbę i kolejny psycholog pogrąża Sherlocka w kolejnym transie hipnotycznym. Sherlock znowu błąka się po pustym wybrzeżu, po milczącej dżungli, to znów po zaśnieżonej dolinie, beznadziejnie wołając w pustkę:

- Jest tu kto…?!

Zdawszy egzaminy z najwyższymi ocenami – to nietrudne dla kogoś takiego jak on – Sherlock otrzymuje od Mycrofta szyderczy podarek. Broszury uniwersytetów. Wybranie sobie uniwersytetu równe jest wybraniu narzędzia tortur. Sherlock pozostawia to matce.
Czasami przeraża swoich kolegów z uczelni, czasami zaś wystawia się na pośmiewisko. Na kimś robi wrażenie autystyka, kogoś innego drażni swoją przemądrzałością, a absolutnie wszystkich – arogancją. Sherlockowi jest nudno, tak nudno, jakby ponownie siedział sam-samiuteńki w ciemnej bibliotece. Ci ludzie są gorsi od mebli. Cuchnący, hałaśliwi, śmiejący się bez przyczyny, bełkocący w jakimś nieznanym mu języku – mowie beztroskiej, tępej młodzieży. Cały czas czuje lekkie mdłości, więc praktycznie przestaje jeść. Czasami traci świadomość, a potem wraca i dygocze nad klozetem – i z wątłym zainteresowaniem ogląda, co jadł, kiedy był usunięty z własnego ciała.
Nazywa to przeniesieniem poza nawias. Wyobraża sobie siebie jako równanie z mnóstwem mianowników.

Później zajmuje się chemią i wówczas porównuje się do chemicznej mieszaniny. Próbuje odkryć katalizatory. Ból. Stres. Głośne, ostre dźwięki. Jaskrawe, migające światło. Nie jest epileptykiem i to nie działa w każdym przypadku, ale odwiedza nocne kluby jeszcze kilka razy, żeby się upewnić. Pewnej nocy go „zdejmują", tak to się chyba nazywa. Uprawia seks w malutkim, dusznym pokoiku na poddaszu, w cudzej pościeli, która wzbudza jego obrzydzenie, z nieznajomym, którego się boi, chociaż cóż strasznego może się wydarzyć? Co z tych rzeczy, jakie się jeszcze nie wydarzyły? Sherlock otwiera szeroko oczy, kiedy wspomina zepsuty model anatomiczny i zapach spalonego plastiku. Ale wszystko jest w porządku. Leży skulony na brzegu łóżka, bada palcami swój wiotki członek, wymazany lepką, już zasychającą spermą. Potem długo myje się w chwiejnej, dudniącej wannie, starając się nie dotykać ścianek. Dziwnie się czuje w męskim ubraniu i bez makijażu, ale kiedy ogląda się w lustrze w mrocznym przedpokoju, uśmiecha się do swojego bladego odbicia.

Nauczycieli wprawia w zakłopotanie. Czasami jest najpilniejszym studentem, czasem zaś pozwala sobie na aroganckie wybryki, wydaje się wręcz nienormalnie utalentowany, a potem w ogóle nie pojawia się na zajęciach. Niekiedy nie potrafi odpowiedzieć na najprostsze pytania, miesza się, dyszy, gotów się rozpłakać w jednej chwili – a potem nagle odzywa się przymilnie, obraża wytwornymi frazami, przepełniony cichą nienawiścią do otaczających go ludzi.

Na trzecim roku Sherlock próbuje narkotyków i spada w Nieskończoność. Jednak tym razem nie jest sam. Stoi w ciemnym pokoju, a wszyscy oni go otaczają. Podchodzą, patrzą, rozmawiają z nim. Ta wielka ulga i wielka trwoga ciągnie się długo, ale kiedy narkotyk przestaje działać, Sherlock budzi się na podłodze w swoim pokoju, a ściany dokoła niego pokryte są jednym-jedynym słowem.

To jego imię.

Jednak on nie ma pojęcia, kim jest Sherlock.