Fakt pierwszy: cierpię na ADHD tłumaczeniowe.

Fakt drugi: Istoty piszą się w swoim własnym rytmie, Spadanie w sumie też, a poza tym bardzo potrzebowałam czegoś nowego.

Fakt trzeci: tak, post-reichenbach. Tak, nie ma tu AU, nie ma magicznego realizmu, który ostatnio robi karierę w tym fandomie, nie ma nawet specjalnie pasjonujących spraw. Innymi słowy: nihil novi. A co jest? Fantastyczne postaci (także te wymyślone przez autorkę), dobrze zarysowana relacja i ciekawie wyjaśniona kwestia co robił Sherlock, gdy go nie było.

Mam nadzieję, że Wam też się spodoba.

Tytuł: Materia życia

Tytuł oryginalny: The Fabric of Life, do obejrzenia archiveofourown org / works / 384577 / chapters / 629638

Autorka: holyfant

Tłumaczka: Pirania

Beta: Mąka

Zgoda na tłumaczenie: jest

Ostrzeżenia: slash, seks, narkotyki, przemoc. I angst.


Materia życia

Rozdział 1

Szok, który John odczuł po powrocie Sherlocka, dało się porównać jedynie z tonięciem. Całe ciało pod ciśnieniem, skompresowane, zmuszone, by zapaść się samo w siebie. Ucisk w płucach i uszach, niebezpieczny ciężar miażdżący uginającą się czaszkę. John słyszał tylko dudnienie, a widział jedynie unoszącą się mgłę, całkiem pasującą do tego momentu, w którym przeszłość i teraźniejszość zderzyły się ze sobą z prędkością światła.

xxx

Oczywiście. To tak pasowało do Sherlocka, by zmartwychwstać akurat wtedy, gdy John w końcu zaczął wychodzić na prostą, gdy w końcu zebrał wszystkie fragmenty swojego życia i poskładał je jak puzzle. Zaczęły stanowić grunt, na którym mógł stanąć, stabilny podest, dno, zdawałoby się, bezdennej rozpaczy, w której pogrążał się od początku, od pierwszych dusznych, bezsennych miesięcy po śmierci Sherlocka. Wreszcie mógł spojrzeć ponad krawędzią przepaści, w której się zapadał, wreszcie stał na własnych nogach i piął się w górę.

Właśnie wtedy Sherlock wrócił. Wrócił z animuszem, do którego absolutnie nie miał prawa, a który wskazywał na istnienie innych miejsc, innych żyć, innych scenerii. Niczym huragan zbił Johna z nóg, jak zawsze od tego pierwszego momentu, kiedy omiótł go swymi oczami w kosmicznym kolorze i z przyjemnością wyrecytował wszystko, co mu powiedziały zmarszczki przy johnowych powiekach i zagniecenia jego kurtki; gdy był tylko furkotem płaszcza i popisem; gdy puścił do Johna oko, jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem – nigdy później tego nie powtórzył.

Wszystkie rzeczy, które nabrały znaczenia, gdy tylko John zaczął dawać sobie z czymkolwiek radę – jego praca, jego nowe mieszkanie, Mary i cała gama możliwości w jej oczach, niepewne piękno Londynu wczesną wiosną, Greg, Molly i ich nieskończone wsparcie, Ian i Sharon, i Bill z Nowego Oddechu, ich niezbędna oschłość i niemal doskonałe, uporządkowane zrozumienie skomplikowanej rzeczywistości – oddaliły się od niego. Wszystkie te drobne światełka w drgającej materii życia, w której pękły szwy, gdy znów wkroczył w nią Sherlock.

To tak pasowało do Sherlocka - sprawić, że John przestał wychodzić na prostą.

xxx

Sherlock spotkał się z nim na neutralnym gruncie – w małym, zdecydowanie przygnębiającym parku kilkaset metrów od ich starego mieszkania. John miał nieprzyjemną świadomość, że to pewnie dla niego, by mógł pójść i zdecydować, czy chce z Sherlockiem porozmawiać, czy też się ukryć. Jeszcze mniej przyjemna była myśl, że nie ma mowy, by sam wiedział, co chce zrobić, bo jak można cokolwiek wiedzieć na pewno, gdy chodzi o faceta, którego nie widziało się od dwóch lat; o faceta, który zajmował się czymś, co tak kompletnie cię nie obejmowało, że równie dobrze moglibyście się nigdy nie spotkać.

SMS można było określić – z braku lepszego słowa – jako wstrząsający. A może tylko szokujący, bo ziemia pod stopami Johna nawet nie drgnęła, była tak nieruchoma, jak zawsze. O Sherlocku wiele można było powiedzieć, ale trzęsieniem ziemi pozostawał tylko metaforycznie. Wstrząsnął tylko gruntem Johna, jego własnym kawałkiem wszechświata, jego korzeniami, które w końcu, niepewnie, zaczęły szukać nowego podziemnego źródła, w którym mogłyby się zanurzyć, po czym odcięto je bez pardonu. Więc może po prostu wstrząsający życiem, nawet jeśli zdradzieckie ciało Johna dalej oddychało i oddychało, i trwało, i ze wszystkich sił starało pomieścić się w sobie.

A przecież to nie dlatego, że John nic nie podejrzewał. Po tym, jak wreszcie wyrwał się z kłów depresji i zamiast tego oddał w objęcia manii, spędził masę czasu próbując oczyścić imię Sherlocka. Najpierw wynikało to z desperackiej potrzeby odzyskania własnego poczucia tożsamości (bo kim był John, jeśli Sherlock nie był Sherlockiem? I to już samo w sobie było wystarczająco bolesne, ten fakt, że potrzebował, by Sherlock był tym, za kogo go brał, by John mógł być tym, za kogo brał samego siebie), a następnie, gdyż narastały poszlaki, narastały wątpliwości... „To sztuczka, magiczna sztuczka" - powiedział Sherlock podczas tej rozmowy telefonicznej, która nawiedzała go w snach. Po jakimś czasie nabrał pewności, że słowa Sherlocka odnoszą się do czegoś innego. To skok był sztuczką. Miał pewność, że istniały potwierdzające to poszlaki. Mike gwałtownie zaprotestował – nie, nigdy nie mówił Sherlockowi o Johnie przed ich spotkaniem, więc Sherlock nie miałby pojęcia, o kim szukać informacji. Noc na basenie – czysta spekulacja, która jednak wydawała się poszlaką – nie mogłaby zostać zagrana. Nie przez Moriarty'ego i już na pewno nie przez Sherlocka, bo John pamiętał wyraz jego twarzy, gdy sam się pojawił - pustka, która była wyrazem takiego szoku, jakiego John nigdy potem u Sherlocka nie widział – i przypuszczał, że, być może, Sherlock przez ułamek sekundy pomyślał, iż John to Moriarty. Poczuł się lepiej z faktem, że przez ułamek sekundy pomyślał, że może, może, Richard Brooks jest prawdziwy. Wiara jest tym mocniejsza, im częściej wystawia się ją na próbę. Tak się pocieszał. A więc podejrzewał. I czuł, że się do tego nie nadaje, że nie umie połączyć faktów ze sobą bez łagodnego lub ostrego sherlockowego poganiania. Ślady były wszędzie, roztrzaskały się na kawałeczki jak on sam, próbujący zrobić zbyt dużo rzeczy naraz, by nie mieć siły na bezsenność. Nie był Sherlockiem. I nigdy mu się nie udało, chociaż odniósł małe, gorzkie zwycięstwo: przekonał Grega, który zawierzył intuicji Johna bardziej niż John sądził, że naprawdę warto. No i dziwne zachowanie Molly, która chyba nie potrzebowała przekonywania, ale nalegała, by nie drążył tematu. Gorliwość, z jaką próbował rozwiązać zagadkę, słabła z czasem, podczas gdy jego życie powoli zaczynało się na nowo, a złość na Sherlocka przybrała odrębną, skupioną formę.

A jednak, mimo podejrzeń, SMS był wstrząsający.

Bo brzmiał:

Jutro, 11 rano, ten park niedaleko Baker St.

SH

żadnego „John", żadnego „Wiem, że to dziwne", żadnego „Cześć" ani „Wróciłem", ani „No więc żyję", ani „Mam nadzieję, że przyjdziesz", ani - chociaż John wiedział, że oczekiwanie od Sherlocka czegoś takiego jest nieracjonalne - „Tak bardzo przepraszam, proszę, przyjdź". Nawet nie „ten park niedaleko Baker St, wiesz który, piliśmy tam kiedyś kawę", bo to już by coś oznaczało, na przykład, że Sherlock ma jakieś związane z nim wspomnienia.

Mając wrażenie, że próbuje wychynąć ponad taflę wody, John walnął pięścią w ścianę swojego pięknego, nowego, nieostrzelanego, niesherlockowego mieszkania. Jego kłykcie zaczęły krwawić, a on bezgłośnie wywrzaskiwał wściekłość, mając wrażenie, że ktoś ukradł mu fonię, i rozsmarował krew na ścianie. Kiedy w końcu zrobił krok do tyłu, stwierdził z dystansem, który ratował jego mózg od przegrzania, że będzie musiał na nowo pomalować ściany.

xxx

Faktycznie spędził sporo czasu, ukrywając się – co w końcu stało się dość żenujące, bo miał niemal całkowitą pewność, że Sherlock wie, gdzie on jest – kucając jak kretyn w krzakach, rozglądając się zza tej żałosnej parodii drzewa, której udało się przetrwać w Londynie.

Ale potrzebował tego czasu, tej chwili. Usiłował przekonać swój żołądek, by jednak wrócił do brzucha, zamiast przedzierać się do ust. Usiłował zmusić swój mózg, by uwierzył oczom, które dostrzegły ciemnowłosego, szczupłego mężczyznę z dłońmi w kieszeniach płaszcza.

Sherlock stał tyłem do niego i sprawiał wrażenie, że obserwuje wejście do parku. John nagle irracjonalnie zapragnął, by rozejrzał się w poszukiwaniu Johna, chociaż wiedział, że Sherlock nie robi tego właśnie po to, by zapewnić mu moment prywatności, nawet w swojej obecności. Po prostu chciał zobaczyć twarz Sherlocka i uznać – nawet złudnie – że widzi Sherlocka, a Sherlock go nie widzi, jeden, jedyny raz. W tym marzeniu to, co by zobaczył, miałoby ogromne znaczenie i coś by zmieniło. Ale potem przypomniał sobie twarz Sherlocka. Nie miał pojęcia, do czego teraz była zdolna, a wiedział, że już wcześniej zdolna była do niesamowitych rzeczy, mogła stać się woskowa, przypominać maskę, być zupełnie wypraną z emocji; tak łatwo, tak obrzydliwie oszukać.

Włosy Sherlocka były odrobinę jaśniejsze i krótsze niż je pamiętał. Miał na sobie nowy płaszcz. A może nie nowy, po prostu inny, chociaż w podobnym stylu. John nie spodziewał się, że ta myśl aż tak go dotknie – śnił o tej chwili, a nowy płaszcz nigdy nie był częścią tych snów. Z jakiegoś nieracjonalnego powodu to wydało się niesprawiedliwe. Ale Sherlock nadal był wysoki, nadal postawny jak drzewo. Palił, zaciągając się krótko, i u każdej innej osoby to oznaczałoby zdenerwowanie. John uznał, że to nie powinno go zaskakiwać. Ale zaskoczyło.

Miał wrażenie, że zbiera mu się na wymioty.

Ale czas mijał, a jeśli coś sobie w ciągu tych dwóch lat uświadomił, to był to fakt, że czas ucieka i nigdy nie wraca (stojący przed nim Sherlock wydawał się zaprzeczać tej tezie, ale wiedział, że te dwa lata wciąż będą tkwić między nimi i jakoś trzeba sobie będzie z tym poradzić). Więc zanim poczuł cokolwiek w stylu „Jestem gotów", stwierdził, że po prostu nigdy nie będzie na to gotowy, więc podniósł się i ruszył w stronę Sherlocka. Sam siebie tym zaskoczył.

A Sherlock odwrócił się, zanim John do niego doszedł. Musiał być świadomy jego obecności dobitniej niż doktor sądził. Miał okulary z drucianą, wąską oprawką; nie nosił rękawiczek, a papieros między jego palcami jarzył się jak wykrzyknik, i na jego lewej brwi widniała blizna, wyglądająca na nową i, i, i

Zaciskał usta, ale oczy za tą nowością, za niewielką barierą okularów były skupione i kiedy napotkały spojrzenie Johna, John odczuł to jak fizyczny policzek, zatrzymał się instynktownie, a potem, na przekór wszystkim fantazjom dotyczącym tej chwili, faktycznie zgiął się wpół i zwymiotował.

- Chryste – usłyszał mamrotanie spieszącego ku sobie Sherlocka. To były pierwsze słowa wypowiedziane tym głosem od dwóch lat, jeśli pominąć „Nie odrywaj ode mnie oczu", wciąż przewijające się w jego snach. John parsknąłby śmiechem, gdyby odruch wymiotny nie odebrał mu oddechu. Po kilku sekundach poczuł mocną dłoń Sherlocka w swoich włosach.

- John.

- Nie – udało mu się powiedzieć, a następnie aż się zatrząsł, bo to było ostatnie, co powiedział Sherlockowi dwa lata temu, potem Sherlock już go nie słuchał, to nie powinno być pierwsze słowo, nie miało takiego prawa. Odruch wymiotny miotnął nim jeszcze kilkakrotnie, usta szczypały go od kwasu, zapaskudził spodnie rzygowinami, pewnie zapaskudził też płaszcz Sherlocka, nic go to nie obchodziło, ale wtedy się skończyło. Jego żołądek uspokoił się, a płuca odnowiły znajomość z tlenem. Splunął ostatni raz, otarł usta i wziął kilka spokojnych oddechów, próbując przekonać samego siebie, że nie robi tego, by uniknąć spojrzenia na Sherlocka. Trząsł się, a upokorzenie było chwilowo najsilniejszą ze wszystkich ogarniających go emocji.

- Nie dotykaj mnie – wycharczał, ale Sherlock albo to zignorował, albo nie usłyszał.

- Wszystko w porządku? - spytał detektyw. Jego dłoń wciąż leżała na włosach Johna. Ciepłe palce napierały na skalp. Zbyt nierealne. Za bardzo realne.

- Tak – odpowiedział John, bo „nie" nie miało prawa tu istnieć, trzeba było z niego zrezygnować przynajmniej na jakiś czas, a poza tym i tak nie byłoby właściwą odpowiedzią. Nie mógł tego dłużej odwlekać – wyprostował się. Dłoń Sherlocka opadła.

Gapili się na siebie dłuższą chwilę, aż w końcu detektyw grymasem skomentował rosnące napięcie.

- Nie sądziłem, że mój widok wypełni cię aż takim obrzydzeniem – powiedział niemal oburzająco spokojnym głosem.

John musiał powstrzymać chichot, bo, naprawdę, Sherlock jeszcze na niego nie zasłużył. Na nic jeszcze nie zasłużył, a fakt, że mógł zobaczyć, jak sam jego widok wpłynął na Johna, był po prostu niesprawiedliwy. Jeszcze bardziej niesprawiedliwe było to, że najprawdopodobniej mógł dość dokładnie ocenić, jak Johnowi wali serce i jak bardzo ma on wrażenie, że zaraz dostanie zawału.

- No dobrze – odezwał się w końcu Sherlock. A potem – Głodny?

xxx

- To tak do ciebie pasuje: nabrać ochoty na chińszczyznę po tym, jak się porzygałem – powiedział John gdy szli do knajpy, przerywając coraz cięższą, coraz bardziej okrzepłą ciszę, bo, gdyby był ze sobą szczery, musiałby przyznać, że nie jest w stanie jej znieść. Z przyjemnością mógł skonstatować, że Sherlock też nie.

Sherlock posłał mu krótki uśmiech, ten krótki uśmiech nieodsłaniający zębów i przez moment było tak, jakby tych dwóch lat nigdy nie było.

- Nie jadłeś niczego treściwego od... od wczoraj – odparł, a John wiedział, że zawahanie wynikło z tego, iż chciał powiedzieć „od kiedy do ciebie napisałem" - a teraz zwymiotowałeś całą herbatę, więc musisz coś zjeść.

- Nie jestem pewien, czy dim sum to najlepsze wyjście – zauważył John, a Sherlock niemal go zignorował. Tylko jego dłoń – dziwne – dotknęła rękawa Johna, a potem ujęła znoszoną skórę. I wtedy ten jeden drobny gest nagle kazał Johnowi spojrzeć na przyjaciela, znów ujrzeć jego twarz i pomyśleć: „Naprawdę znowu widzę tę twarz". Poniewczasie do oczu napłynęły mu łzy. Zamrugał gwałtownie, by się ich pozbyć.

Podczas tych dwóch lat nieobecności Sherlocka restauracja została przejęta przez nowych właścicieli, ale Sherlock poinformował go, że klamka jest nadal całkiem przyzwoita, i zamówił ulubione danie Johna, pierożki gotowane na parze. To drobiazg, ale fakt, że Sherlock pamiętał, że Sherlock pamiętał - Sherlock, który wykasował układ słoneczny, bo nie miał znaczenia - był tak wzruszający, że John ukrył na chwilę twarz w dłoniach, usiłując nie płakać. Niemal mu się udało.

Kiedy doktor odsunął ręce, Sherlock patrzył na niego ze zdumiewającą powagą.

- Przepraszam, John – powiedział. No i koniec. Szloch, który wydarł się z gardła Johna, był głośny i nieprzyjemny, a John nie mógł nic na to poradzić.

Sherlock wyglądał na zażenowanego, ale nic nie powiedział, tylko sięgnął przez stół i ujął w swoją dłoń dłoń Johna, i trzymał, a John przez kilka minut próbował powstrzymać płacz. W końcu udało mu się opanować oddech.

- Za co? - zapytał, gdy poczuł się odrobinę lepiej. Kciukiem przytrzymał palce Sherlocka, bo nagle gwałtownie ich tam potrzebował, potrzebował czegoś, co by go zapewniało, że to nie jest tylko dalszy ciąg okrutnego żartu.

Sherlock był w oczywisty sposób zaskoczony.

- O co ci chodzi?

Długi, drżący oddech.

- Za co przepraszasz? - Bo naprawdę potrzebował, by Sherlock to powiedział. John nie mógł sam uzupełnić wszystkich dziur. Nie tym razem.

Sherlock odchrząknął

- Ja... - zaczął i chyba nagle podjął decyzję. - Przepraszam, że się z tobą nie skontaktowałem. Przepraszam, że musiałem cię okłamać. - Wyglądał, jakby cierpiał. - I bardzo przepraszam za to, przez co musiałeś przejść. - Spojrzał na Johna z pewnym niepokojem, jakby szukając sygnału, czy to wystarczy. Tak naprawdę nie wystarczało, ale może w tym konkretnym momencie jednak tak. Poza tym John nie miał pewności, czy powiedzenie czegokolwiek, czy ubranie czegokolwiek w słowa kiedyś będzie wystarczało.

Pokiwał głową. Część napięcia zdawała się ulotnić z ust Sherlocka.

- Powiesz mi? - spytał cicho doktor po kilku sekundach ciszy.

- Tak - odpowiedział natychmiast Sherlock, a potem przez chwilę wydawał się wytrącony z równowagi, jakby już swojej odpowiedzi pożałował, jakby wymsknęła mu się bez jego świadomości. Zdjął z nosa okulary, co Johnowi odpowiadało – to było tak, jakby zniknęła kolejna dzieląca ich bariera.

- Naprawdę ich potrzebujesz? - spytał zwyczajnie.

- Nie - Sherlock rzucił okularom takie spojrzenie, jakby widział je pierwszy raz w życiu.

- To po co je nosisz?

Sherlock uśmiechnął się lekko. Bardzo lekko.

- To jak z Clarkiem Kentem. Ludzie łatwo zapominają twarze, zwłaszcza, jeśli są odrobinę inne.

John nie mógł sobie wyobrazić, by ktoś mógł zapomnieć twarz Sherlocka, i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że właśnie się na nią gapi, że wbija wzrok w te surowe rysy, jeszcze bardziej wyostrzone niż dwa lata temu. Sherlock naprawdę powinien coś zjeść. Nagle przez moment wydawało mu się, że jego płuca zapomniały, jak się oddycha. On tu jest. Otrząsnął się, a Sherlock nieco niepewnie odwzajemnił jego spojrzenie. John spróbował zażartować:

- Odniesienie do popkultury? A wiec nie jesteś tym, za kogo cię wziąłem. Kto inny wstał z martwych? - Sam się zdziwił, jak łatwo mu się to powiedziało, tak jakby jego żołądek nie wywijał salta za saltem; jakby nie chciał zgnieść Sherlocka w brutalnym uścisku i przytrzymać go, by mieć pewność, że to nie jest sen.

Na twarzy Sherlocka pojawiło się coś miedzy uśmiechem a grymasem.

- Trzeba mieć coś do roboty.

- Na przykład co, czytanie Supermana? - Wargi Sherlocka drgnęły. To było nieznane, niemożliwe do wyobrażenia sobie: Sherlock czytający Supermana.

I wtedy John przypomniał sobie, że nie ma bladego pojęcia, co Sherlock robił przez te lata, gdzie był, z kim był, w jakich okolicznościach funkcjonował, jakie przyjął imiona, jak wyglądał, jakich miał przyjaciół - jeśli jakichś miał, jakich wrogów, jakie niewyobrażalne hobby - na przykład takie czytanie komiksów.

- Sherlock - powiedział wbrew sobie, jakby jego usta musiały się na nowo przyzwyczaić do wymawiania tego imienia, do tej bardzo starej i bardzo nowej idei wymawiania go do Sherlocka.

- John - odparł Sherlock, jakby on też musiał się do tego przyzwyczaić.

- Możesz powiedzieć, dlaczego? - spytał John bez tchu, tak cicho, że był niemal przekonany, iż Sherlock nie mógł go usłyszeć. Ale dłoń Sherlocka zacisnęła się na jego własnej.

- Chciał cię zabić - powiedział beznamiętnie. Z jego twarzy zniknęły wszystkie emocje; wydawało się, że nagle założył maskę. John widział to już wielokrotnie, ale teraz miał ochotę zacząć wrzeszczeć, by maska zniknęła.

- Moriarty? - Miał suche gardło.

- Tak, Moriarty, oczywiście - Ton głosu Sherlocka sugerował, że John powinien był o tym wiedzieć cały czas. Jakby John był przy nim przez cały czas. I, oczywiście, John w jakiś sposób o tym wiedział, ale Sherlock naprawdę zachowywał się tak, jakby obaj już od dawna zdawali sobie ze wszystkiego sprawę. To było tak znajome, że aż bolało.

- Zabić mnie?

- I panią Hudson. I Lestrade'a. - Oczy Sherlocka na moment się zamknęły. W kąciku jego ust nerwowo drgał mięsień. - Kazałby was wszystkich zabić, gdybym nie skoczył.

Boże. Więc nas uratowałeś. Ty jebany dupku, ty maszyno, ty bezuczuciowy automacie, ze wszystkich ludzi akurat ty skoczyłeś z dachu budynku, mówiąc wszystkim, których kochałeś, że cale życie ich oszukiwałeś, po to, by mogli dalej żyć, nigdy nie wiedząc, co dla nich zrobiłeś. Za dużo, za dużo, a John w tej chwili nie mógł dłużej znieść spojrzenia Sherlocka, wiec zamknął oczy, by uniknąć ciężaru tej pozaziemskiej obecności. To było zbyt wielkie, gigantyczne jak cały wszechświat, nie mieściło się w Johnie Watsonie, nie mogło się pomieścić w tej obskurnej chińskiej knajpce, nawet sam Londyn nie mógł tego pomieścić. Johnowi kręciło się w głowie. Musiał świadomie zmusić się do oddychania, czując, jak do brzegów jego świadomości skrada się atak paniki, gotów ruszyć do natarcia, jeśli mu się na to pozwoli. Skupił się na szumie krwi w uszach, pragnąc jakoś pomieścić się we własnym ciele. Był tutaj. Z Sherlockiem.

- John, wszystko w porządku? - Głos Sherlocka był ostrożny.

Przyniesiono im pierożki. John pokiwał głową. Nic nie było w porządku, rzecz jasna, ale dla "nie" brakowało w tej rozmowie miejsca. Sherlock potrzebował jego "tak", a John czuł, że musi na tę potrzebę odpowiedzieć. I, rzecz jasna, nic jeszcze nie miało sensu, bo skąd on wiedział, jak przeżył, ale Sherlock wbijał wzrok w jedzenie, jego twarz była ucieleśnieniem nijakości, a John wiedział, że na razie to tyle. Wziął wiec w dłoń pałeczki, czując się jak pastisz istoty ludzkiej.

Zadał jeszcze tylko jedno pytanie:

- Teraz to już skończone?

- Tak - odparł Sherlock, a potem powtórzył, jakby właśnie odkrył to słowo - Tak.

Ostatecznie nie ziściło się żadne z wyobrażeń Johna. Nie dał Sherlockowi w mordę, nie wrzeszczał, nie powiedział „Czy ty w ogóle masz pojęcie", nie wyszedł, nie sprawił, że raz to Sherlock musiał za nim podążyć, nie zmiażdżył przyjaciela w uścisku, który miał jednocześnie boleć i ukochać, nie był silny, nie zobaczył, jak Sherlock płacze, nie powiedział mu niczego o sobie, nie usłyszał tak naprawdę, dlaczego. Ale oto byli razem, a dwa lata jakimś cudem wydawały się tylko odległym hałasem, miało się wrażenie, że jest tak, jak wcześniej, jedli pierożki gotowane na parze, które były tak pyszne, że nawet Sherlock pomrukiwał z zadowoleniem, Sherlock nie zabrał dłoni z dłoni Johna, chociaż John nie przytrzymywał jej już kciukiem, trzymał pałeczki niezgrabnie w lewej ręce, i wydawało się, że on też potrzebuje dłoni Johna... i to wystarczało. Na razie.

xxx

- To gdzie teraz mieszkasz? - spytał John, gdy dość niezręcznie przystanęli na schodku prowadzącym do restauracji. Sherlock, podobnie jak on sam, wydawał się nie chcieć odejść.

- Mycroft zameldował mnie w eleganckim hotelu gdzieś w centrum - odparł Sherlock, krzywiąc się.

- Mycroft? - spytał zszokowany John.

- Tak. On... on mi pomagał,

- I wiedział? Cały czas wiedział? - Co za chuj. Co za kompletny dupek.

- Tak - Sherlock wydawał się wiedzieć, co John myśli, i skrzywił się. - To drań, John, ale nalegałem, żeby ci nic nie mówił.

- Okej - odpowiedział John, chociaż w piersi czuł pączkujący gniew; gniew, którego do tej pory nie było, bo obecność Sherlocka, jego twarz, jego głos, ostatecznie sprawiały tylko, że chciał pobyć w jego towarzystwie. Wiedział, że gniew w końcu znajdzie ujście. Ale nie teraz.

Po chwili milczenia Sherlock ostrożnie zapytał:

- A ty gdzie mieszkasz?

- Mam mieszkanie w Southwark - wymamrotał John.

Cisza wydawała się znacząca.

- Czy chciałbyś... - zaczął Sherlock i urwał na chwilę. - Gdybyśmy coś znów znaleźli, chciałbyś może...

- Tak - odparł John zbyt szybko, bezmyślnie, bo myślenie nie było tu do niczego potrzebne. Powiedział to, chociaż nie powinien był, bo miał świetne mieszkanie, a Mary chciała z nim zamieszkać, on też tego chciał, ale o tym pomyślał dopiero, kiedy już powiedział "Tak", i po tym, jak na twarzy Sherlocka pojawił się szczery uśmiech i ewidentna ulga, i chyba nie był w stanie powstrzymać dłoni, które oparł na ramionach Johna, i, no cóż. Było na to o wiele zbyt wcześnie, John jeszcze nic nie rozumiał, nie miał pewności, czy kiedykolwiek zrozumie, nie wiedział, czy jest w stanie znów mieszkać z Sherlockiem, nie wiedział, czy nauczy się czegoś, czego oduczał się dwa lata. Ale tak musiało być. Nie mógł nic na to poradzić. Nigdy nie mógł poradzić nic na Sherlocka.

Materia życia na nowo zaczynała otulać detektywa.

- Świetnie - powiedział Sherlock i szybko się poprawił. - To znaczy, dobrze, w porządku, coś znajdziemy. Ja... będę w kontakcie.

- Ja też - odparł John, a Sherlock uścisnął jego ramiona.

xxx

Powrót do domu był odrobinę zamazany, a John przypominał sobie, że niczego z tego nie chciał, że jego życie nareszcie zaczęło obierać właściwy kierunek, że szedł na to spotkanie z zamiarem powiedzenia Sherlockowi, że się na to nie pisze.

Dotknął swojej twarzy, jakby chcąc się upewnić, czy znajduje się na miejscu.

Najwyraźniej jednak pisał się na to. I coś w nim podjęło tę decyzję bez konsultacji z całą resztą. To była ta część, która zawsze biegła, kiedy Sherlock zawołał; która ignorowała wszystkie wątpliwości, czy przypadkiem nie rezygnuje ze zdrowego rozsądku na rzecz Sherlocka; której zdrowy rozsądek nic a nic nie obchodził. John zaklął cicho i zatrzymał się na moment na środku chodnika, próbując określić, czym była pęczniejąca kulka uczuć w jego klatce piersiowej, i odkrył, że niczego nie umie oddzielić i z niczym nie umie sobie poradzić, więc odetchnął głęboko i odsunął to na później. Często tak robił w Afganistanie.

Dopiero gdy Mary wysłała mu SMS-a, pytając, gdzie się podziewa, przypomniał sobie, że byli umówieni.

Otworzyła mu drzwi, a kiedy na niego spojrzała, uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy. Nie umiał odpowiedzieć na żadne z jej pytań i po prostu zatonął w niej bez namysłu, w jej kojącej stabilności, w ziemskości, która sprawiała, że jego ciało przestawało być takim nieznanym terytorium; która sprawiała, że nie czuł się jak dym; że nie miał wrażenia, iż oczy Sherlocka zmiotły go z powierzchni ziemi.