Naprawdę myślałam, że już nic z tego nie będzie, ale wiercenie dziury w brzuchu jednak bywa skuteczne.

Dziękuję Verbenie za zbetowanie. Jak również za dziurę w brzuchu. Oczywiście.


Rozdział 10

W środku szóstej nocy po wyjeździe Sherlocka John obudził się w łóżku przyjaciela bez żadnego konkretnego powodu i pomyślał: „Jeszcze nigdy nie dotknąłem penisa Sherlocka".

W rezultacie przez jakiś czas myślał o trzech razach, kiedy uprawiali seks, musiał przerwać, żeby się zaspokoić (kurwa mać, co się porobiło z jego życiem, jakby znowu miał szesnaście lat), a potem zadecydował, że, w rzeczy samej, nie dotknął jeszcze penisa Sherlocka. Przynajmniej nie rękami. Sherlock doszedł, ocierając się o penisa i tyłek Johna, ale dzięki własnemu dotykowi i, no cóż, przez moment John zastanawiał się, czy ta nowa fala pożądania naprawdę doprowadzi do kolejnej erekcji, ale jednakowoż nie miał szesnastu lat, więc nic takiego nie nastąpiło.

Tak czy inaczej, sam wniosek, jak i fakt, że nie pomyślał o tym wcześniej, były odrobinę zbyt dziwne, żeby go nie zaniepokoić. Będą musieli to naprawić, kiedy Sherlock wróci.

„Ktoś mnie tu dość skutecznie dominuje" - pomyślał i naprawdę nie miał pojęcia, jak się z tym czuje. Uderzył dłonią w jedną z sherlockowych poduszek i ukrył w niej twarz, próbując wywęszyć jakąś pozostałość zapachu Sherlocka, ale teraz poduszka nie pachniała już niczym, nie po sześciu nocach, które John spędził w tym łóżku; być może pachniała nim samym, ale nie był Sherlockiem, więc nie mógł tego z całą pewnością stwierdzić.

No cóż. Byli w tym związku dziesięć dni, jeśli liczyć od pierwszego razu, gdy przeżyli razem orgazm (a John miał zupełną świadomość, że to bardzo przypadkowy wybór; bo niby czemu nie od tej chwili, gdy powiedział „Kocham cię" w pubie albo gdy Sherlock pod prysznicem stwierdził: „To widać, że tego chcesz i ja też tego chcę", albo gdy zerwał z Mary, albo gdy Sherlock powiedział: „Myślałem, że już od jakiegoś czasu"; dlaczego nie od chwili, w której zamieszkali razem po raz pierwszy prawie cztery lata i kilka zaburzonych orbit wszechświata temu, skoro najwyraźniej Sherlock liczył od tego momentu – „To, co zawsze"), i wszystko szło dość gładko. Oczywiście głównie dzięki temu, że Sherlock sześć ostatnich dni spędził w Peru. John jednak w przypływie czarnego humoru uznał, że całkiem nieźle sobie radzą.

xxx

Wyjazd Sherlocka dał mu też ciszę. Dobrą ciszę. Ciszę właściwą Johnowi Watsonowi. To było miłe, potrzebne; znów był sobą, znów we własnej skórze. A także złą ciszę. Ciszę właściwą brakowi Sherlocka Holmesa, ciszę nudną, ciszę pustą. Czasem niepokojącą.

Myślał o Mary.

Przestał o niej myśleć, bo ten rodzaj poczucia winy potrzebował czasu, by zelżeć.

Potem znów o niej pomyślał, rzecz jasna, bo był Johnem Watsonem i nie-myślenie z reguły – wbrew temu, co czasem zdawał się sądzić Sherlock – sprawiało mu trudność.

Napisał SMS-a do swojej bandy żałobników (nazywał ich tak na własny użytek w przypływach czarnego humoru), bo nie mógł sobie znaleźć miejsca. Ian i Bill odpisali lakonicznie, że nie mogą, ale Sharon, znad ledwo tkniętego martini, w odpowiedzi na „Wiesz, nigdy wcześniej nikogo nie zdradziłem" rzekła z wystudiowanym dystansem:

- Nie... nie popieram tego, John. To nie... nie w porządku. Ale najlepsze, co mogłeś zrobić, to zerwać z nią jak najszybciej i chyba to właśnie zrobiłeś... a przynajmniej próbowałeś.

Potem odetchnęła i ewidentnie zmusiła się, żeby nie unikać jego wzroku. Robiła tak, gdy się denerwowała i nie wiedziała, których zasad społecznych przestrzegać. Teraz popatrzyła na niego i zacisnęła usta.

- Sama nie wiem – powiedziała – ale znamy się już jakiś czas, John. - Przysunęła się bliżej. Jej twarz byłą ściągnięta, zapadnięta i skupiona. - Mam ci powiedzieć, co myślę?

- Tak – odparł, chociaż trochę się bał.

Przez chwilę wbijała wzrok w swojego drinka.

- Cały ten czas zdradzałeś samego siebie. To niesamowicie popieprzone, ale zdradzenie jej było uczciwe. - Uśmiechnęła się dość gorzko. - Chociaż ona... No, nikt na to nie zasługuje. Ona nie zasłużyła. Ale, no cóż... cały czas różne rzeczy przydarzają się ludziom, którzy na nie nie zasługują. Ty i ja świetnie o tym wiemy.

Popatrzył na nią ostrożnie. Pozwoliła mu nawiązać kontakt wzrokowy, gdy uniosła szklankę do ust i upiła łyk tak mały, że nie miał nawet pewności, czy faktycznie coś przełknęła. Przez chwilę zastanawiał się, czy chodziło jej o to, że żadne z nich nie zasługuje na śmierć, która przydarzyła się im tak pośrednio i och-tak-bezpośrednio, czy też o to, że nie zasłużył również na życie, które przydarzyło mu się w ten sposób. Potem jednak przypomniał sobie, że Sharon nie jest okrutna, że udało jej się zachować trochę dobroci mimo wszystkich noży, którymi ugodziło ją życie, że wciąż była cieniem tej ciepłej kobiety, którą musiała być, zanim część jej promieni przyćmiła tragedia.

„Zdradzenie jej było uczciwe". Obracał to zdanie w głowie i w końcu musiał mu zaprzeczyć, bo przerzucało winę w sposób, którego nie był w stanie zaakceptować, ale i tak pomogło i sprawiło, że popatrzył na przyjaciółkę, czując, jak w jego piersi wzbiera fala tkliwości. Spojrzał na nią, na zamglone światło, którym była, i z łatwością wyobraził sobie, jaką jasnością promieniowałaby, gdyby jej blask nie został porwany przez życie, które się przydarzyło i przez śmierć, która się przydarzyła – dwie strony tej samej monety.

- Wiesz, że chodzi o... - zaczął John pod wpływem dziwnego poczucia winy.

- Oczywiście, że wiem – przerwała mu w nietypowy dla siebie, niemal gniewny sposób, a John nie wiedział czy to dlatego, że nie była w stanie usłyszeć imienia Sherlocka, które niosło z sobą nieosiągalny cud, czy też dlatego, że nie była w stanie zmusić Johna, by je wypowiedział. Doprawdy, jak głupio było przypuszczać, że ta bystra, szorstka, zmęczona kobieta nie wiedziała, co się dzieje, po całym tym kurwa kocham go a on nie wiedział że go kochałem i odszedł i gdybym dostał drugą szansę byłoby inaczej wszystkobyłobyinaczej.

Odwróciła wzrok i zanurzyła czubek palca wskazującego w swoim martini. Małe zmarszczki na powierzchni, niesłyszalny brzęk kostek lodu, drobne fale uderzeniowe w mikrokosmosie.

Dopiero po okropnej chwili przypomniał sobie, że przyjaźń z reguły powinna działać w dwie strony i poczuł silną niechęć do samego siebie.

- A ty, jak się masz? - Spytał, przysuwając się bliżej.

Uśmiechnęła się, jakby naprawdę doceniała, że zapytał, chociaż świetnie wiedział, że takie pytania zawsze wywołują lawinę okruchów dobra i zła.

I może była już trochę pijana. A może raczej szczerość, którą go poczęstowała, otworzyła ją nieco. Popatrzyła na niego i powiedziała:

- Czasem jestem okropną matką. - Machnięciem dłoni zbyła wszystkie jego protesty: „Chyba żartujesz, twoje dzieci mają tyle szczęścia, że mają ciebie i twojego męża, kochacie je, słuchacie ich, oczywiście, że to niełatwe, ale jesteście dla nich i Sharon, błagam, dostrzeż to, proszę".

- Nie – powiedziała stanowczo – to okropne, że mam w sobie tyle miłości i nie mogę im jej dać. To nie tylko miłość Liama, to... cała miłość. Tak jakby zamknięto ją wewnątrz mnie, kiedy umarł. - Znów zanurzyła palec w martini. Nie patrzyła na Johna. - Nigdy wcześniej nie sądziłam, że... że miłość może być w, bo ja wiem, zbiorniku. - I wtedy spojrzała na niego z bólem, cierpiąc, bo język nie wystarczał. - Że miejsce na miłość może nie być otwarte na ludzi. Zawsze myślałam, że miłość jest... czymś odrębnym? Czy to, co mówię, ma sens?

Często upewniała się co do zasadności własnych odczuć. Pokiwał głową nie tylko po to, by jej pomóc, ale dlatego, że naprawdę rozumiał. Pamiętał miesiące, kiedy nie obchodziło go nic poza „magiczną sztuczką" z jego snów, pamiętał, jak zajebiście trudno było wypuścić jego miłość i jak był w stanie to zrobić dopiero nabywszy nową, potworną umiejętność zamykania tego, co czuł do Sherlocka, izolowania tego od nowych ludzi, których spotkał, znów pomyślał o Mary i wziął duży łyk piwa, by utopić to wspomnienie.

- Nie jest odrębna – powiedziała, kręcąc głową. - Znika jedno ogniwo, a ja już jej nie czuję.

Ostrożnie wyciągnął rękę, by dotknąć palcem dłoni trzymającej kieliszek z martini.

- Minęło tylko osiem miesięcy – zauważył, czując się jak zupełny dupek, bo to nie pomagało, kiedyś walnął Grega w oko, gdy ten powiedział: „Minęły tylko cztery miesiące, John", co jednak nie zmieniało faktu, że była to prawda i rzeczywistość nie mogła nic na to poradzić.

Roześmiała się. Jej śmiech był tak czysty jak grzechot lodu w szklance i tak samo zimny.

- Osiem miesięcy to bardzo długo, kiedy ma się dziewięć i jedenaście lat – powiedziała z takim przygnębieniem, że John ledwo mógł się zmusić, by jej słuchać i... Boże. Nie miał pojęcia, co powiedzieć.

Mały Liam, który był na świecie o wiele za krótko. Cztery lata, które John spędził przede wszystkim z, a potem zupełnie bez Sherlocka, nieświadomy istnienia Sharon, nieświadomy istnienia Liama, świadomy tylko siebie i Sherlocka, a przecież wtedy dla pewnego małego chłopca minęło całe życie, jego chwila w czasoprzestrzeni; mały Liam, który cierpiał przez cały dany mu czas, złe geny, choroba bardzo-mi-przykro-proszę-pani-nic-nie-da-się-zrobić, który odszedł w noc po króciutkim dniu swego życia i zabrał ze sobą coś, czego teraz Sharon szukała jak ślepiec, po omacku.

- Nadal ich kochasz – powiedział i musiał napić się piwa, by spłukać z gardła suchy, piaskowy nalot. „Co ty do cholery opowiadasz".

- Co z tego, jeśli nie mogę tego powiedzieć?

- To ma znaczenie – odpowiedział ochryple. Nie mógł się powstrzymać, pomyślał o „Kocham cię" w pubie, jego uczucia należały tylko do niego i znów wszystko sprowadzało się tylko do tego. Rzecz jasna, nie było to to samo, ale kiedy spojrzał na nią, obserwowała go z ledwo dostrzegalną łagodnością, na którą nie powinno być jej stać, ale której jakimś cudem udało się przetrwać.

- Mam nadzieję, że masz rację – powiedziała i wreszcie naprawdę się napiła.

- Wiem, że mam – powiedział, próbując się nie skrzywić, próbując nie myśleć, że wiedział to, gdyż odzyskał szansę, by to wiedzieć.

Jej uśmiech był pełen wahania i szczerości.

xxx

Kiedy wrócisz, chcę dotknąć twojego penisa.

Odpowiedź przyszła po kilku godzinach, dokładnie o czasie:

Okej. SH,

i John nie do końca wiedział, co o tym myśleć. Po czym, pięć sekund później:

Jestem teraz trochę zajęty, John. SH,

i, no cóż, może nie należało od Sherlocka oczekiwać większego zaangażowania w seksowne SMS-y. Przynajmniej wtedy, gdy – John poczuł ciężar poczucia winy – robił Bóg jeden wie co w najprawdopodobniej niesamowicie niebezpiecznych okolicznościach pełnych rozmaitych terrorystów, próbował przechytrzyć narkotykowych magnatów, najprawdopodobniej walczył z własnymi demonami, a do tego, oczywiście «Superman» oznacza „pomóż mi" – usiłował uratować przyjaciela, który go kiedyś uratował, który był przy nim w czymś, co, jak John sobie wyobrażał w szczególnie kreatywnym nastroju, musiało być bardzo demoralizujące i niepokojące. Westchnął. Przypuszczał, że to wielka rzecz, iż Sherlock nie zapomina o SMS-ach i „okejkach", ale i tak czuł się odsunięty na boczny tor. Wrażenie, że detektyw znów zniknął, było zdecydowanie zbyt silne i musiał wypełniać sobie dni pracą i przyjaciółmi, którzy nie byli Sherlockiem, zaś Sherlock... Sherlock był dokładnie w tym samym miejscu co wtedy, kiedy nie żył. Codzienne „Okej" wystarczało, by pamiętać, że tym razem z całą pewnością powróci, ale był znów tak odległy; i było zimno, było nago i pusto, po tym, jak materia życia musiała rozciągnąć się ponad swoje możliwości, by na nowo pomieścić w sobie jego wielką, zbyt potężną obecność. Nie, żeby „Zostałem dziś postrzelony. Ewidentnie przeżyłem. SH" uspokoiło go bardziej, ale byłoby bardziej, bardziej... jakie? Sam nie wiedział, ale byłoby bardziej.

Przez parę długich minut obracał w palcach telefon, a potem przypomniał sobie, że pacjent czeka, by go wpuścić do gabinetu.

xxx

Wracał do domu, czując się na tyle spokojny, na ile mógł być, wiedząc, że bardzo możliwe, iż do Sherlocka w tym samym momencie ktoś strzela, i rozkoszował się przejrzystym, delikatnym powietrzem nabierającej pewności siebie wiosny. Właśnie wtedy z dziwną klarownością uderzyła go świadomość, że naprawdę wysłał Sherlockowi SMS-a, iż chce dotknąć jego penisa.

No cóż, to nie było nic nowego, prawda? Już od wielu lat onanizował się, myśląc o dotykaniu penisa Sherlocka, a potem fantazja stanęła na głowie, stając się zdumiewającą rzeczywistością, i okazało się, że John czuje większy spokój, dochodząc niechlujnie w bieliźnie na owiniętą wokół niego dłoń Sherlocka, niż kiedy tryskał w którąkolwiek ze swoich dziewczyn – cudownych, miękkich, pięknych i naprawdę, naprawdę pociągających – z których żadna nie doprowadzała go do orgazmu powtarzając „ty, ty, ty"; żadna z nich aż tak do niego nie dotarła, włączając w to ostatecznie Mary, która zbliżyła się najbardziej dzięki swemu naturalnemu, subtelnemu wdziękowi. Myśl, że chce dotknąć penisa Sherlocka, nie powinna była go zaskoczyć.

Gdyby detektyw był obok, nigdy nie przestałby się wyśmiewać z powolnej pracy jego umysłu.

No ale... jak bardzo homo ostatecznie był? Co oznaczał fakt, że naprawdę, uczciwie pragnie dotknąć sherlockowego członka, tak chudego, długiego i bladego jak wszystko, co sherlockowe, że chce ujrzeć, jak się czerwieni pod jego palcami, podskakuje, gdy przesuwa dłonią od trzonu do główki... co oznaczał fakt, że chce kontrolować kolory Sherlocka, ssać go, aż przybierze świetlisty odcień purpury; oszacować niewielki ciężar jego jąder w dłoni – maleńkiej cząstki tego, co sprawiało, że Sherlock był ciałem; ciężar, na który wciąż wpływ miała grawitacja, nawet po tym, jak detektyw ją oszukał, jak uderzył w bruk z siłą, która powinna była go zabić, a zamiast tego uniosła go na odległe lądy, w stronę dalekich niebezpieczeństw.

Jego własny głos, mówiący całe życie temu: „Co, nawiasem mówiąc, jest w porządku". Sherlock, wciąż stanowiący nowość, w pierwszych podmuchach huraganu, który miał zawładnąć życiem Johna; przed zimą, przed zupełnie nową wiosną: „Och, wiem, że to jest w porządku". Znowu on, zupełnie szczery mimo napięcia, które już zaczynało się między nimi tworzyć, niczym przedsmak tego, co miało wkrótce nastąpić: „Chcę tylko powiedzieć... wszystko jest w porządku". I znów Sherlock: „Dziękuję"; mały cud pierwszego wieczoru, kiedy Holmes-i-Watson ledwo wpadli w swoje orbity, ledwo poczuli wzajemne przyciąganie; nowo powstałe, bliźniacze gwiazdy mające wspólny punkt równowagi. Nie mógł powstrzymać zdumienia nad: „Uważam się za poślubionego mojej pracy i chociaż pochlebia mi...", bo pięć miesięcy później Sherlock będzie obserwował, jak John zmywa naczynia, zły na coś, co zniknęło w nieświadomości, i będzie marzył o zmuszeniu go do mówienia, jeśli mógłby wybrać, to wtedy, gdy John przeżywa orgazm. A dosłownie całe życie później, ochboże, trzydzieści dziewięć doprowadzających do szału, niemożliwych, łamiących serce miesięcy później, Sherlock przyciągnie go do swych lepkich od piwa ust, pełnych szczególnego pragnienia, tak, John, teraz, ty. Czas to dziwna, nieubłagana, nieustępliwa rzecz, która odciągnęła Sherlocka od „poślubiony swojej pracy" na rzecz: „chciałem żebyś mówił do mnie, najlepiej przeżywając orgazm, gdybym mógł wybierać, to oparty o mnie, jeśli to możliwe, to patrząc na mnie". Przez chwilę rozważał myśl, że może sam był dziwną, nieubłaganą, nieustępliwą rzeczą i poczuł się tak cudownie, że zmusił się, by powstrzymać to uczucie, bo nie było na nie miejsca w tym ostrożnym, wiosennym dniu, gdy ulica pulsowała – przede wszystkim – spokojem i – odrobinę – przemocą.

Naprawdę wszystko było w porządku. To jego życie. Bardzo dosłownie walczył z ludźmi, którzy odważyli się nazwać Harry lesbą, przynajmniej wtedy, gdy byli to ludzie jej nieznani, nie uśmiechający się porozumiewawczo (jedno z jego pierwszych namacalnych spotkań z ulotnością i nieadekwatnością języka). Sam powiedział ich matce, żeby lepiej się ogarnęła, jeżeli chce mieć w swoim życiu jakiekolwiek dzieci, bo nawet jeśli stosunki między nim i Harry zaczęły się psuć, nawet jeśli nie trafiali rzucając w siebie słowami, to nadal był lojalny w stosunku do niej, przez krew i przez ideę, i nie zamierzał się zgodzić na homofobię własnych rodziców. Ostatecznie żyli w postmodernizmie, a okropna przewidywalność wszechświata powodowała wystarczająco dużo cierpienia. Obserwował, jak niektórzy z jego kolegów w wojsku nawiązują znajomości, które ich uszczęśliwiały i które szczerze uszczęśliwiały też jego, nawet jeśli podczas tych dwóch-trzech desperackich kotłowanin w ciemnych żołnierskich namiotach w Afganistanie, próbując uładzić surowość, pozwalając się jej objąć, próbując powstrzymać śmierć poprzez chwytanie pulsującego, wrzeszczącego życia, nigdy nie był uszczęśliwiony i miał raczej wrażenie, że odrzuca Johna Watsona, a nie odnajduje go. Rozważał teorię queer, kiedy stała się popularna – natknął się na nią, mając jakieś dwadzieścia lat, a Harry właśnie wtedy również się na nią natknęła na swój własny sposób – i uznał, że to wspaniała koncepcja. Gdyby był z natury myślicielem, dużo wcześniej doszedłby do wniosku, że ideę, iż tożsamość może się burzyć i odbudowywać zależnie od chwili, fazy życia i (w jego przypadku) śmierci, można zastosować nie tylko do seksualności, bo dokładnie to oznaczało dla niego słowo „queer" i dokładnie to zrobił mu Sherlock. Miał aż za dużo czasu, by pogodzić się z tym na poziomie teoretycznym, jednak praktyka – jak zawsze – była odrobinę bardziej złożona.

No więc, czy był Johnem Watsonem, heteroseksualistą ze szczególną skłonnością do Sherlocka Holmesa? Czy może Johnem Watsonem biseksualistą? Johnem Watsonem queer? Czy musiał wybierać? Czy nie mógł po prostu być Johnem Watsonem, częścią Holmes-i-Watson, a także samym sobą, po prostu zakochanym?

W domu wrzucił w google hasło „gejowski seks" - nie był to oczywiście pierwszy raz, ostatecznie był blogerem, internetowym surferem, który wciąż nie umiał sprawnie pisać na klawiaturze (i podobało mu się to, bo trochę przypominało pisanie ręczne, ot, taka forma buntu), dzieckiem ostatnich podrygów flower power oraz miłości, a potem wieloznaczności i strachu w świecie pełnym tak wielu możliwości, że czasem aż fizycznie bolesnym.

„Gejowski seks" przyniósł mu całą masę radości i strachu, jak to w życiu. Seks – co za dziwne, ciche słowo, opisujące spektrum szalonych niedorzeczności życia. Spodobało mu się dużo bardziej, gdy wyobraził sobie, jak Sherlock robi niektóre spośród rzeczy zaproponowanych mu przez GayTube.

Pieprzenie Sherlocka. To było jak sen – dosłownie i w przenośni. Coś, o czym myśl tak go podniecała, że raz był zmuszony rozładować napięcie w toalecie w Yardzie – potem próbował więcej o tym nie myśleć, ale nie zawsze mu się udawało. Nie chodziło tylko o głęboko cielesną fantazję, a o coś więcej – o bycie jak najbliżej, o otrzymanie tak wielkiego kredytu zaufania, o zgodę na bycie przez chwilę u steru. Nie miał pojęcia, czy to się kiedyś wydarzy, czy to w ogóle jest możliwe, czy Sherlock by kiedykolwiek tego chciał albo chociaż mógł chcieć. Czuł głęboką wdzięczność za zwrócony im czas, bo będą go potrzebować; była to najpiękniejsza rzecz, jaką życie mogło mu podarować, a całkiem niedawno zwrócił mu na to uwagę Bill siedząc w luźnym kręgu ścisłej żałoby: „Czas. Czas do wypełnienia. Czas do wykorzystania".

Ale przecież było coś jeszcze; zwrot rzeczywistości, w którym się znaleźli, napierał na niego nieustępliwie, a on chyba zaczynał być gotów, by to zaakceptować. Przez chwilę chichotał nerwowo, a świat powstawał na nowo, gdy zdał sobie sprawę, że raczej nie miałby nic przeciwko temu, żeby Sherlock go pieprzył. To było coś nowego – nie samo myślenie o tym, bo w fantazjach tak zupełnie się od tego nie odcinał, ale po raz pierwszy możliwy był związek z rzeczywistością – sama myśl jednocześnie go podniecała i wywoływała falę prawdziwego niepokoju. Wyobrażenie pochylającego się nad nim Sherlocka, patrzącego w dół z tą swoją intensywnością, próbującego wydedukować z danych, czy przyjaciel czuje się dobrze, podczas gdy on sam przyciska ich ciała do siebie, wciska w siebie, w zupełnie nowym połączeniu... to był szokujący, bardzo wyraźny obraz, który trochę pozbawił go tchu i bardzo podniecił. Nie miał pojęcia, czy Sherlock kiedykolwiek coś takiego robił albo nawet czy tego chciał, ale fantazja nie ustępowała, wnikając w inne, luźno związane z sobą myśli.

Przez chwilę zastanawiał się, czy wymazać historię przeglądarki – Sherlock umiał się włamać do jego komputera w kilka sekund, chociaż nie zrobił tego od początku swego drugiego życia – ale powstrzymał się, bo właściwie czemu przyjaciel miałby nie wiedzieć, czego John poszukiwał. Skoro pozwalał, by budził go głos Sherlocka, który mruczał mu do ucha, opisując ruch ściskającej jego członek ręki aż wątek się urwał, a kabelki w głowie przestały kontaktować, to – no cóż – detektyw raczej nie będzie zdumiony, znajdując coś takiego w jego komputerze.

Siedział przez chwilę nieruchomo, a potem postanowił w ramach autoterapii iść do sklepu. Marchewki i kalafiory z całą pewnością nie będą go oceniać.

xxx

Kiedy zrobił zakupy, wysłał SMS-a do Harry, bo wyraźnie dobijała go niechęć Sherlocka do rozmawiania przez telefon. Starał się zignorować nieznośną świadomość, że w ogóle się z nią nie kontaktował i ona w ogóle się z nim nie kontaktowała, chociaż musiała o wszystkim wiedzieć, bo trąbiono o tym w całym kraju, wszyscy zachłystywali się tym przez dokładnie (policzył) sześć dni i nawet Harry nie byłaby w stanie odciąć się od świata na tak długo.

Co u ciebie słychać? John – napisał, po wystukaniu kilku innych wersji, które sprowadzały się do: „Pijesz?". Zamknął laptopa wraz z nieprzebraną otchłanią świata gejowskiego seksu (wyszukiwarkę zostawił otwartą) i poszedł na spacer. Nie był w stanie oprzeć się świetlistości miasta, które rozwijało się jak nowe płuco pod tchnieniem wiosny. Bez chwili wahania poszedł do małego parku, w którym Sherlock powrócił do życia w masie komórek, krwi i myśli, pozornie być straconymi dla świata, a przecież wróciły do niego, zakrzywiając normalność. Smutne drzewa robiły się coraz weselsze pod cierpliwym dotykiem słońca, świat był dobry i dość nieprawdopodobny. John posiedział na ławce, czytając książkę, którą zaczął, zanim Sherlock powrócił, a życie zakręciło kierownicą szybkiego samochodu rzeczywistości, zmieniając całą narrację. Książka, którą czytał, była kryminałem i z rozbawieniem wyobrażał sobie jak niechętnie i protekcjonalnie zareagowałby Sherlock.

Wtedy odebrał odpowiedź od Harry:

w zasadzie wszystko dobrze a u ciebie? musi być dziwnie harry

Odpowiadał mu wydźwięk tej wiadomości. Z czymś na kształt poczucia winy przypomniał sobie, że Harry kilkakrotnie próbowała być przy nim w tym ponurym okresie nieobecności Sherlocka i czasem nawet się jej udawało. Naprawdę powinien był odezwać się do niej wcześniej.

Niesamowicie dziwne. Słuchaj, Sherlock wyjechał na kilka dni. Chcesz wpaść? Mogę przygotować mięso w cieście mamy. John

I wciąż znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że go ofuknie, więc roześmiał się cicho, czytając:

przyjdę jeśli go NIE przygotujesz harry,

i wysłał jej swój nowy (czy może raczej stary) adres. Miał nadzieję, że Harry się na niego otworzy, że spędzą trochę czasu jak na rodzeństwo przystało, że nie będzie miał ochoty jej zamordować pod koniec wieczoru... ale była tak zmienna, że można było zrezygnować z prób przewidzenia jej zachowania.

xxx

Harry była homoseksualna. To było mniej więcej oczywiste – była homoseksualna tak, jak z całą pewnością Irene Adler nie była, nawet jeśli taką etykietkę sobie wybrała (na pewno bardziej pociągały ją kobiety, mieszkała z kobietą – ale nie miała nic przeciwko męskim klientom i najwyraźniej głęboko dotykał ją i intrygował specyficzny, sherlockowy wdzięk. John mógł to zrozumieć, nawet jeśli w jakiś sposób nienawidził jej za to, że tak łatwo go przejrzała – i popatrz na nas – i sprawiła, że wszystko stało się trudniejsze), i Clara też nie była (jeśli John dobrze zrozumiał, wyszła ponownie za mąż i spodziewała się dziecka). Harry spotykała się tylko z kobietami, widziała się tylko w związku z kobietą i nigdy – jak kiedyś powiedziała Johnowi – nie czuła do mężczyzny niczego poza przelotnym, czysto estetycznym uznaniem.

Była w dużo lepszym stanie, niż się obawiał; zupełnie trzeźwa, przyniosła piwo bezalkoholowe. Niezręczna, niska, blondwłosa i zarumieniona, czekała w kuchni, aż jej brat skończy swoją żałosną próbę ugotowania wegetariańskiego curry, a potem wyraźnie bardzo się starała i komplementowała danie, chociaż naprawdę nie było to nic specjalnego.

Właśnie dlatego, dlatego że był jej wdzięczny, że naprawdę próbuje i dlatego że szczerze się ucieszył, gdy oznajmiła mu, że z nietypową dla siebie regularnością chodzi na spotkania AA, spytał:

- Kiedy zrozumiałaś, że jesteś lesbijką, Harry?

Rzuciła mu krótkie spojrzenie znad swojego bezalkoholowego napitku.

- Kiedy się zorientowałam, że to zabawne łaskotanie, które czuję przy dziewczynach nie jest zbyt heteroseksualne.

Zastanowił się. Zabawne łaskotanie, które odczuwał przy Sherlocku, też nie było zbyt heteroseksualne, ale mężczyźni jako grupa go nie wywoływali.

- Był jakiś wyjątek? - Spytał, starając się zachować neutralny ton.

Myślała o tym, a potem potrząsnęła głową.

- W sumie nie. Dogaduję się z facetami, ale to głównie dlatego, że zazwyczaj nie chcę się z nimi bzykać.

Cieszył się, że nie spytała o powód tej spóźnionej co najmniej o dwadzieścia lat rozmowy. Ale wtedy powiedziała:

- Ale to naprawdę super, jeśli ludzie są w stanie zaskoczyć samych siebie. - I brzmiała mądrzej niż pamiętał, ale w sumie ostatnio widywał ją głównie pijaną. Gdy połknęła kolejny kawałek bakłażana, w jej oczach migotało pytanie.

Odchrząknął.

- Pewnie masz rację.

Zapytała go ostrożnie o Sherlocka, jakby badając, gdzie jest granica, o której sam nie wiedział, że istnieje, i trudno było naprawdę coś jej odpowiedzieć i nie brzmieć jak wariat. Powiedział, jak dziwnie było, jaki był jednocześnie szczęśliwy i wściekły, jak rzeczywistość zdawała się wracać do równowagi, chociaż nie miał pewności, czy to prawda. Nie wydawało się, by go rozumiała, ale nie była temu winna - ostatecznie to on wybierał szczegóły, którymi mógł się z nią podzielić.

Pożegnanie było niezręczne, bo próbował się zorientować, czy, skoro jest trzeźwa, chciałaby, żeby ją objął, i zrobił krok w jej stronę dokładnie wtedy, gdy się cofnęła.

- No – powiedziała z lekkim grymasem. - Fajnie było. Dzięki, John.

- Dziękuję – powiedział, a ona jeszcze chwilę się wahała, po czym wyszła w mrok. Patrzył za nią, gdy szła. Jego siostra, wciąż połączona z nim nierozerwalnymi więzami, nawet jeśli była tylko niemożliwym elementem wszechświata o bezwzględnym prawdopodobieństwie.

Dwa dni później wysłał jej SMS-a, bo czuł, że powinien wyrobić sobie nawyk regularnego kontaktowania się z nią. Jej odpowiedź była pełna literówek. John poczuł zbyt znajomą falę głębokiego rozczarowania i iskrę wściekłości – na nią, na siebie, na to coś w niej, co pozbawiało ją woli walki.

I wbrew sobie – bo nie wiedział, z czym musi zmierzyć się Sherlock, a pewnie było to dość poważne, skoro zabrało mu to już osiem dni – napisał do przyjaciela SMS-a.

Harry znów pije. W porządku?

Sherlock odpisał dość szybko, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w Peru była piąta rano. Napisał dokładnie to, co było potrzebne, i to zapierało dech w piersiach.

Idiotka. W porządku. Jutro wracam. SH

Bo oczywiście chodziło o coś o wiele większego, a uzależnienie było problemem, który Sherlock poznał dogłębnie, rozumiał zaplątanie się w ten rodzaj pajęczej sieci – i, chociaż John nie mógł mieć pewności, całkiem możliwe, że sieć znów zaczynała go wciągać, podczas gdy usiłował się bronić – ale w tej chwili tylko to mogło pomóc, dokładnie dlatego, że nie miało w ogóle być pomocne.

Ulga, która zalała go, gdy przeczytał: „Jutro wracam", przypominała nieco lawinę. Aż musiał zamknąć oczy, bo ledwo widział w oślepiającym świetle, i, Boże, kiedy zmienił się w takiego sentymentalnego głupca?

xxx

Sherlock nie odpowiedział na pytanie, kiedy ląduje i czy chce, żeby John przyjechał na lotnisko, a John pomyślał, że może to by za bardzo przypominało bycie normalną parą, więc powstrzymał się przed zerknięciem na rozkład wszystkich możliwych lotów z Limy.

Zadzwonili do niego z pracy, więc poszedł do kliniki – optymistycznie wiosenna, lecz wciąż zdradziecka pogoda sprawiała, że wielu ludzi rozłożyło się na zapalenia oskrzeli i wredne przeziębienia, które mogły przerodzić się w zapalenia płuc – bo nie miał zamiaru zostać sprowadzonym przez detektywa do pozycji czekającego partnera. Sarah była bardzo miła – najwyraźniej należała do tych ludzi, na których zachowania pogoda ma bardzo duży wpływ – i świetnie im się gadało, więc wszystko było całkiem w porządku.

Już na parterze powitał go dźwięk skrzypiec, który wypełnił go idiotycznym podekscytowaniem. Gdy wszedł do salonu, zobaczył pośrodku pomieszczenia zupełnie nagiego Sherlocka. Jakimś cudem Johnowi wydawało się, że detektyw trzyma skrzypce na ramieniu bardzo sugestywnie, jakby był to jakiś nieprzyzwoity seksualny gadżet. No cóż, to by było na tyle, jeśli chodzi o przemyślenia pod tytułem: „Bycie normalnym człowiekiem jest czasem zupełnie przyjemne".

- Cześć – powiedział Sherlock, kończąc melodię, a jego usta już unosiły się w przebiegłym uśmieszku, w którym od niedawna zaczęła pojawiać się pewna figlarność. To, jak również fakt, że detektyw stał nagi w salonie, a także to, że naprawdę powiedział: „Cześć", należało dołączyć do listy „Rzeczy, które dotąd się nie wydarzały". Przez ten uśmiech John poczuł się bardziej odsłonięty niż sam Sherlock, doskonale wiedząc, że z jego miny i postawy przyjaciel może dokładnie wywnioskować, jak bardzo pragnie rzucić się do przodu, opleść się wokół niego i trwać w spazmach seksu do końca świata. To tak bardzo pasowało do Sherlocka: John czuł się jak obserwowane zwierzę w klatce, a to Sherlock grał na skrzypcach całkowicie nagi.

- Żyjemy na krawędzi, co? - Powiedział, próbując choć trochę ukryć natychmiastowy przypływ pożądania. - Mogła tu wejść pani Hudson.

Sherlock prychnął.

- Jakbym natychmiast nie poznał, że to ty, po bardzo oczywistym sposobie, w jaki przydreptałeś ulicą, mocowałeś się z zamkiem i wszedłeś po schodach, odrobinę kulejąc.

I to wcale nie było niepokojące, i zupełnie naturalne było pokonanie czterech długich kroków (trzech, licząc w krokach Sherlocka), które ich od siebie dzieliły, wyjęcie z rąk przyjaciela skrzypiec powolnym, pełnym czci ruchem (poczuł falę radości, gdy Sherlock na to pozwolił, pozwolił mu dotknąć części siebie, bóstwa, któremu czasem oddawał cześć), odłożenie ich ostrożnie na stół i pociągnięcie Sherlocka, by stopić swoje usta z jego; obecny, tak bardzo obecny, tak bardzo namacalny; odwzajemnił pocałunek z nową nutą desperacji.

- Czyżbyś za mną tęsknił? - Spytał John bez tchu, gdy się od siebie oderwali.

Sherlock nie odpowiedział, tylko zacisnął dłonie na jego t-shircie i posłał mu długą, płomienną wersję spojrzenia: „Chryste, John, przecież wiesz". Nie mógłby powiedzieć nic, co by było szczerszym potwierdzeniem, i to zachwyciło Johna bardziej, niż miało prawo. Przez chwilę trzymał się na dystans, patrząc na Sherlocka tak, jak Sherlock patrzył na niego po tym pierwszym razie, gdy John dołączył do niego w łóżku – nagość jego przyjaciela była bezkompromisowa, płótno piersi i brzucha, poorane bliznami, na widoku, a penis już twardniał przy biodrze Johna. Boże, to bardzo obecne ciało, co się stało z „To tylko transport", co się stało ze szlafrokiem na piżamie... chciał w nim zatonąć, powrócić do tego momentu – który musiał się zdarzyć – kiedy Sherlock popatrzył na siebie i stwierdził, że nie tylko ma ciało, lecz jest ciałem.

- Chryste – westchnął na sam widok. Kopnięciem zdjął buty najszybciej jak umiał, rozpiął pasek i nie bez trudu ściągnął spodnie razem z bielizną. Pragnął tylko być nagi, naprawdę nagi. Znieruchomiał jedynie po to, by Sherlock mógł zdjąć z niego t-shirt.

- Ani się waż zostawić skarpetki – powiedział lekko detektyw, ale sposób, w jaki przesunął dłońmi po plecach Johna, przeciągając paznokciami po skórze na tyle mocno, by odrobinę zabolało, a potem to, jak zacisnął ręce na pośladkach przyjaciela, świadczyły o powadze, która sprawiła, że Johnowi odrobinę zakręciło się w głowie.

- Gdzieżbym śmiał – westchnął, wykręcając się niewygodnie, żeby ściągnąć z siebie rażącą część garderoby, a jednocześnie nie chcąc przerwać bliskości ich ciał. Sherlock zacisnął palce na jego pośladkach i przyciągnął go bliżej, tak że teraz stał na palcach, czując napierające na siebie penisy. Sherlock syknął, a potem otworzył usta Johna swoim językiem z taką natarczywością, że ugięły się pod nim kolana. Zaraz, jak to on miał na imię?

Sięgnął w górę i zarzucił ramiona na szyję Sherlocka na tyle, na ile był w stanie, rozkoszując się tym, że go czuje, a jego ciało poszukuje dotyku; SH, SH powrócił, a jego umysł i ciało skupiały się na przyjacielu z szokującą intensywnością.

- Szkoda, że nie sprzątnąłem... ze stołu – powiedział Sherlock. Urwał na moment, gdy John się o niego otarł. Bardzo satysfakcjonujące.

- Żebyś mógł mnie na nim pieprzyć? - Spytał John, a potem jęknął, gdy z lekkim opóźnieniem dotarł do niego sens tej sugestii. Wizja Sherlocka, który wreszcie po sobie sprząta, starannie zbiera ze stołu wszystkie swoje chemiczne przyrządy, książki, mikroskop, grzybki i płyny, by móc na nim pieprzyć Johna, byłaby bardzo zabawna, gdyby akurat w tym momencie – w którym penis Sherlocka robił się coraz twardszy – nie była tak podniecająca.

- Tak – warknął Sherlock („tak" miało prawo istnieć w ich życiu), a potem dość brutalnie przycisnął swoje usta do ust Johna – bez opuchlizny się nie obejdzie.

- Łóżko... łóżko wystarczy. - Głos Johna załamywał się pod ciężarem krążącego między nimi „tak".

I to, że naprawdę nie chciało im się iść na górę, więc musieli wylądować w łóżku Sherlocka, w którym jeszcze razem nie leżeli, w którym John przez ostatnie osiem nocy usiłował zapachem odtworzyć obecność detektywa, przez moment wydawało się dość istotne, ale potem Sherlock z gorączkową nachalnością pchnął doktora na materac, a jego oczy błyszczały w szczególnej manii, co pozbawiło wszechświat jakiejkolwiek treści, porwało ją ze sobą, więc już naprawdę nie było się nad czym zastanawiać.

Sherlock opadł na niego, ściskając jego biodra kolanami, ugryzł go w szyję... i nagle zupełnie znieruchomiał.

- Sherlock? - Wydyszał John. Jego ciało, właśnie mające wygiąć się w łuk, zamarło.

- Ty... - powiedział Sherlock, a potem roześmiał się mrocznym, płynnym śmiechem w szyję Johna i powrócił do przerwanej czynności, językiem kojąc lekkie zaczerwienienie po własnym ugryzieniu. - Spałeś tu, kiedy mnie nie było.

- Ja... No. - John był zbyt podniecony, by poczuć zażenowanie. I nawet się nie zdziwił, że Sherlock to wie.

- Jak... jak sentymentalnie, John – mruknął Sherlock, liżąc i podgryzając jego szyję oraz obojczyki, a potem - ochboże – jego bliznę. Pieszczota nie była zbyt wyrazista z powodu zniszczonych końcówek nerwowych, ale wystarczała sama surowa świadomość języka Sherlocka przedzierającego się przez szorstkie, nierówne płaty ciała, całkowicie skoncentrowanego na odkrywaniu wzoru, który pozostawiła po sobie kula. To było coś zupełnie nowego, żadna z jego partnerek nie zamierzała mieszać jego wojennych ran z seksem; Mary czasem dotykała blizny, jakby się nad nią zastanawiając, i to ona była najbliżej; ale teraz Sherlock już tkwił w zniszczonej granicy skóry, z której trzeba było wydłubać tyle ciał obcych, przyciskał swoje usta do tych ruin, do sceny zbrodni, którą tylko on mógł tak naprawdę pojąć, i było to tak nie w porządku i tak w porządku, że nic innego w świecie nie mogłoby się z tym równać. John nie był w stanie powstrzymać surowego dźwięku, który wyrwał mu się z gardła – trochę szlochu, a trochę zduszonego warknięcia. Sherlock poświęcił bliźnie dużo czasu, skubał nawet zębami jej brzegi i rowki, a skończył, całując ją lekko, leciutko, jakby na pożegnanie.

- Sherlock, ty... Nikt wcześniej tego... nie robił – westchnął John, a Sherlock usiadł na nim, na jego udach z niepełną erekcją opierającą się o brzuch.

- Dobrze? - Spytał. Jego wcześniejsza pewność siebie trochę zmalała; na twarzy pojawił się ślad niepewności, cień zwątpienia.

- Trochę niedobrze – powiedział John, bo taka była prawda, a potem dodał, ponieważ to też była prawda – I bardzo dobrze.

Sherlock popatrzył na niego z nieodgadnioną miną.

- Ty nadzwyczajny człowieku – powiedział cicho, ze zdumieniem, a potem jego oczy rozszerzyły się, jakby jego samego zaskoczyło, że to powiedział.

- Jak sentymentalnie – odparł John. Ujął twarz Sherlocka w dłonie i przyciągnął go do kolejnego pocałunku.

Sherlock znów przejął kontrolę, wsunął język między wargi Johna, zanurzył ręce w jego dłoniach i lekko pociągnął. John zamruczał z zadowoleniem; miał wrażenie, że od ciepłego, mokrego połączenia ich języków w jego ustach kręci mu się w głowie.

Sięgnął pomiędzy nich, by ująć erekcję Sherlocka.

A Sherlock odpowiedział dźwiękiem tak pełnym zaskoczenia, tak zdecydowanym przerwaniem pocałunku, tak nagłym drgnięciem, że John instynktownie go puścił.

- Co? - Skrzeknął, gorączkowo chwytając pierś Sherlocka.

- Ja... - zająknął się Sherlock. Jego twarz była wypełniona paniką, a John poczuł przeszywający strach.

- O co chodzi? - Naciskał gorączkowo. - Nie chcesz, żebym...

- Nie rozumiem. - Oczy Sherlocka były dzikie. - Ja nie... Ja nie...

- Spokojnie. - John niezbyt mocno chwycił biodro przyjaciela. - Uspokój się.

Pierś Sherlocka gwałtownie unosiła się i opadała już bynajmniej nie z pożądania. Detektyw na bardzo długą chwilę ukrył twarz w dłoniach i chociaż John naprawdę tego nie chciał, pozwolił temu momentowi trwać. W końcu jego przyjaciel odsunął dłonie od twarzy i oparł je delikatnie na brzuchu Johna – dwa małe punkty ciężkości i ciepła.

- Przepraszam – powiedział i to było takie dziwne, takie nietypowe, że John prawie poczuł się gorzej.

- Co się dzieje? - spytał ostrożnie.

Sherlock na chwilę zamknął oczy, ale potem litościwie – mały cud – znów spojrzał na Johna. Jego twarz nie była już aż tak napięta, wydawało się, że próbuje zapanować nad niepokojem, znów założyć maskę, ale nie udało mu się to do końca. John wiedział, że pewność siebie człowieka, który stał nagi pośrodku salonu i który zabrał ich do tego łóżka, zniknęła.

- Myślałem, że nie mam nic przeciwko – wymamrotał cicho Sherlock. - Kiedy wysłałeś mi... kiedy wysłałeś mi tego SMS-a, nie miałem nic przeciwko.

- SMS-a? Że chcę cię dotknąć, tak? - John przez chwilę próbował się podnieść, kierowany półświadomym pragnieniem, by znów byli blisko, ale Sherlock siedział na nim w sposób, który to właściwie uniemożliwiał. Zadowolił się więc mocniejszym uściskiem na biodrach Sherlocka.

- Tak. - Detektyw choć raz pominął swoje ulubione: „Ewidentnie". - Nie miałem nic przeciwko. Byłem... - skrzywił się. - ...szczęśliwy. To było idiotyczne, jak szczęśliwy byłem. Bardzo rozpraszające.

John potrzebował chwili, by to przemyśleć.

- Ale... już nie jesteś szczęśliwy?

- Nie wiem – odpowiedział jego przyjaciel po chwili i John wiedział, że to jest dla niego najgorsza możliwa rzecz: niewiedza, niezrozumienie. Niemożliwość pojęcia sznurków, które wszystko ze sobą wiązały; nici, których używał, by przemieszczać się w czasie i przestrzeni. Serce się krajało na widok frustracji i strachu tak wielkich, że niepodlegających kontroli, pojawiających się na tej pociągającej twarzy. Serce się krajało, gdy widziało się takie emocje na twarzy Sherlocka, który pragnął kontrolować wszystko (co obecne zdarzenia tylko udowadniały); który załamywał się, gdy nie mógł przejąć kontroli; który na moment zwątpił przy kominku w Baskerville, bo myślał, że zadano kłam jego kontroli; który mieszał narkotyki, by poczuć, że wciąż trzyma stery; który wszędzie prowadził Johna, weź mnie za rękę; który oddawał się kontroli jedynie rzeczy abstrakcyjnych, takich jak muzyka i myśl; który ten jeden, jedyny raz, gdy odebrano mu kontrolę, skoczył z jebanego dachu i spędził dwa lata niszcząc – jak sam się wyraził – wszystko, co miało związek z Moriartym, tylko po to, by znów być na szczycie; który powiedział Johnowi „strata cennego czasu" i zrobił mu laskę niemal bez gry wstępnej, sam doprowadzając siebie i Johna do orgazmu.

John czuł, że było w tym coś dziwnego, ale rozmiar niepokoju Sherlocka był dla niego czymś nowym. Jego współlokator, jego przyjaciel, jego wkurzający dupek, jego inspiracja, jego kochanek przyciskał dłonie do oczu, usta mu drgały pod ciężarem chwili. John nie mógł oderwać od niego oczu, a to spojrzenie musiało być odbierane jako kolejny atak na już i tak chwiejącą się w posadach kontrolę.

- Sherlock – powiedział, próbując nie brzmieć, jakby podduszała go niewyobrażalna, beznadziejna czułość. - Jest okej.

- Nie jest – odparł Sherlock, nie odrywając dłoni od twarzy.

- Jest – nalegał John.

- Nie jest – Znajomy upór. Przynajmniej ton: „Zamknij się John nie masz pojęcia o czym mówisz ty idioto" się nie zmienił. Sherlock wziął głęboki wdech, pozwolił swym dłoniom znów opaść na ciało Johna, na nowo rozpoczynając ten najdrobniejszy kontakt, mały cud. - Nie mogę ci dać tego, czego potrzebujesz.

John odniósł wrażenie, że ktoś odtworzył mu w mózgu kasetę z nagraniem: „Więc jeśli potrzebujesz czegoś, czego nie jestem w stanie ci dać, powinieneś otrzymywać to od kogoś, kto będzie w stanie. To logiczne". Wszystko było nie tak.

Otworzył usta, by powiedzieć: „Owszem, możesz". Nie powiedział tego jednak, bo nie miał pewności, czy to prawda, a Sherlock i tak wiedziałby, co stoi za każdymi kretyńskimi słowami otuchy, bo z całą pewnością już widział, co się kryje w zimnej fali wątpliwości, która rosła w Johnie: jeśli Sherlock naprawdę był tak dominujący, że nawet nie pozwoli Johnowi dotknąć swojego penisa, to... To nie było coś, co mogłoby wystarczyć.

Sherlock obserwował go w milczeniu.

- Z twojego punktu widzenia, to nie jest okej – mruknął tym swoim klinicznym, dedukcyjnym tonem, w którym kryło się tylko odrobinę więcej emocji, niż gdyby mówił: „Winny jest ogrodnik". Podniósł się z Johna; jego długie ciało wyglądało na pokonane, kuliło się samo w sobie i w ogóle nie przypominało tego dumnego, otwartego, chętnego płótna trzymającego skrzypce, którym było tak niedawno. Usiadł obok Johna, opierając plecy o zagłowie łóżka, a głowę o ścianę. Odłączył się tak stanowczo, że John, również siadając, miał ochotę się rozpłakać.

Siedzieli chwilę jeden obok drugiego, gapiąc się w pustkę, podczas gdy mosty między ich ciałami załamywały się, a chwila zwalniała, aż stała się niczym.

John czuł się trochę ogłuszony, trochę zraniony i bardzo przytłoczony. Zamknął oczy, by odciąć się od przytulnych kolorów sypialni Sherlocka. Siedzący obok niego detektyw milczał jak rzeźba.

Ale przecież nie stracili wszystkiego, wciąż byli razem, oddychali tym samym powietrzem, Sherlock od niego nie odszedł, zwalił ten mur, znów byli razem po jednej stronie. I nie był to tylko Holmes-i-Watson, John Watson istniał, John Watson, który specjalizował się w naprawianiu rzeczy mających związek z Sherlockiem; który często zauważał przegapione przez detektywa białe plamy... w nim samym, rzecz jasna, w niczym więcej... i który czasem sprawiał, że Sherlock widział. Mikroskop, ale od uczuć.

- Powiedziałeś, że byłeś szczęśliwy, kiedy do ciebie napisałem – powiedział ostrożnie.

- Tak – potwierdził Sherlock głosem przypominającym mroczne wzdrygnięcie.

- Dlaczego?

Sherlock drgnął. John zaryzykował, zerknął na niego i – o cudzie, o zbiegu okoliczności! - Sherlock też na niego patrzył.

- Było... miło o tym pomyśleć – powiedział, krzywiąc się i wyglądając, jakby powiedzenie tego sprawiało mu fizyczny ból.

- Więc pomyślałeś, że tego chcesz? - John pozwolił swojemu ciału zbliżyć się do ciała Sherlocka. Zmniejszyć dystans. Zwiększyć obecność.

- Tak – odparł Sherlock, a zduszony niepokój w jego głosie sprawił, że John miał ochotę wziąć w ramiona ten kłębek kości, blizn i strachu, czasem tak pewny siebie, a obecnie zupełnie, zupełnie obezwładniony strachem przed utratą kontroli. Nagle zdał sobie sprawę, że nie chodziło tylko o chęć dominacji. Chodziło o strach przed niedominowaniem. Tyle nauczył się z Gejowskiego seksu w internecie – różnica była ogromna.

- A chcesz? - Spytał i poczuł się jak bohater opery mydlanej. Język, z jego wzorami i banałami, był za mało elastyczny, by pomieścić ich tak siedzących, ale należało próbować i rozciągać jego granice.

Sherlock poważnie się zastanowił, jak nad każdym pytaniem, na które nie znał odpowiedzi.

- Teoretycznie tak – odparł i to chyba trochę go uspokoiło. Teoria i nauka były jak kamienie, których mógł się chwycić, gdy spadał w oszałamiającym wodospadzie. Spojrzenie, które posłał Johnowi, było nieco bardziej opanowane.

- Może powinniśmy być nieco ostrożniejsi z praktyką? - John z rozmysłem zdecydował się na znak zapytania, by zobaczyć, jak pytanie odbije się od Sherlocka i jak przebrzmi.

- Ja... może – powiedział Sherlock, wyglądający jednak na trochę zimnego, trochę zagubionego, bardzo skołowanego.

John z namysłem położył mu dłoń na ramieniu, jakby na powrót przerzucał między nimi mały most.

- Czy nikt cię nigdy nie dotykał, Sherlock? - Zapytał, marszcząc brwi. Pamiętał, jak Sherlock powiedział, że nie jest zbyt doświadczony, ale potem nie certolił się specjalnie i z łatwością doprowadzał Johna do orgazmu – czy to ręką, czy ustami – więc trochę trudno było w to uwierzyć. I akceptował tyle dotyku ze strony przyjaciela... wtedy, gdy John skierował swoją uwagę na blizny, za pierwszym razem; dłonie Johna w jego włosach przy stole śniadaniowym; przytulenie pod prysznicem, tulenie się w łóżku, które zresztą zainicjował. John sądził, że to nie sam dotyk przerażał jego przyjaciela, raczej jego seksualność, to, że ktoś może robić mu rzeczy, przez które jego ciało zareaguje w sposób nieprzewidziany lub niekontrolowany.

- Nie w ten sposób. - Sherlock skrzywił się. - Ja... robiłem różne rzeczy. Głównie innym. Nie były... wzajemność nie była wymagana. Większości to nie przeszkadzało. Nigdy... - Gdy spojrzał na Johna, w jego oczach kryła się ogromna, ostrożna trwoga. - Nigdy nie chciałem, żeby ktoś odwzajemniał... aż do teraz.

John patrzył na niego przez chwilę. Kim byli ci ludzie, ci zupełni idioci? Kto zaakceptowałby coś takiego od Sherlocka Holmesa i nie chciał niczym się podzielić w zamian? Poczuł dziwną falę opiekuńczości i uznał, że jest ona raczej nie na miejscu, bo ostatecznie Sherlock robił to, co chciał, tak, jak chciał, i nie powinno go obchodzić, w jaki sposób Sherlock miał fantazję kogoś bzykać... a przynajmniej nie powinno było go to obchodzić. Natomiast to, co działo się między nimi, najwyraźniej stanowiło dla Sherlocka coś zupełnie innego, więc nie bardzo istniał punkt zaczepienia dla porównań.

- Chcę odwzajemnić – wypalił niemal nieświadomie.

Sherlock zamknął oczy.

- Wtedy, kiedy będziesz tego chciał – dodał John z emfazą i zacisnął palce na ramieniu Sherlocka.

Detektywowi wyrwał się cichy i najwyraźniej odruchowy śmiech – subtelne, ale i tak ciężkie echo tego, co nastąpiło po „Ty mogłeś" podczas rozmowy telefonicznej, która zaciągnęła między nimi tyle zasłon, a żadna z nich ostatecznie nie okazała się prawdziwa – gwałtowny wydech, pełen nie rozbawienia, lecz niedowierzania, niewiary w takie zaufanie, taką pewność, taką miłość; pełen przekonania, że na to wszystko nie zasługiwał.

- Ty – powiedział Sherlock pod nosem, potrząsając lekko głową. - Ty.

I to on przekroczył dzielącą ich przestrzeń, a w każdym razie stworzył jakąś przestrzeń – to on rozwiązał ochronny supeł swoich ramion i poczekał, aż John się między nie wślizgnie, bo przecież był kłębkiem biologii i neurologii, które rozpościerały się jedna na drugiej, czepiały się siebie, podczas gdy ciało stanowiło membranę, dopuszczało do siebie wybrane rzeczy i ostrożnie wybierało, co zatrzymać, a co odrzucić.

John, zupełnie tego nie planując, bo nieco wymykało się to rytmowi rzeczywistości i cudownym, odrębnym uderzeniom pulsu Sherlocka o jego czoło, wypalił:

- Lepiej ci wychodzi bycie żywym niż bycie martwym.

A Sherlock, tak jakby doskonale wiedział, co przez to zrozumieć, zacisnął ramiona wokół Johna jak klatkę, którą można otworzyć podając właściwe hasło.

Tyle tylko, że John nie miał pojęcia. Nie miał pojęcia, co mówiła mu ta cisza. Gdyby tylko mógł odczytać to, czego Sherlock mu nie mówił...

Ale nie mógł.