Autor: The Fictionist

Tytuł oryginału: Past's Player

Link do oryginału: s/5736901/1/Past-s-Player

Tłumacz: Panna Mi

Tytuł tłumaczenia: Gracz Przeszłości

Zgoda: jest

Beta: Himitsu

Długość: jak na razie powyżej dwudziestu, opowiadanie jeszcze niezakończone

Rating: T

Opis: Prequel „Ulubieńca Losu". Utknięcie w 1942 roku było złe. Przydzielenie do Slytherinu jeszcze gorsze. Zwrócenie na siebie nieugiętej uwagi Toma Riddle'a? Harry nienawidził swojego życia.


„Gracz Przeszłości", podobnie jak „Ulubieniec Losu", nie jest slashem. Może być czytany bez znajomości „Ulubieńca". Pierwszy rozdział, a właściwie prolog, wrzucam, tak jak obiecałam, pierwszego czerwca. Kolejne rozdziały pojawiać się będą regularnie po dwa na tydzień.

Co jeszcze mogę powiedzieć? Chyba jedynie przypomnieć, że akcja dzieje się przed „Ulubieńcem", a zatem charaktery postaci nie są wykreowane przez wydarzenia, które miały w nim miejsce.

Mam nadzieję, że „Gracz Przeszłości" przypadnie wam do gustu i życzę miłego czytania. :)


Gracz Przeszłości

Prolog*

Harry nigdy wcześniej w swoim życiu nie był aż tak wściekły. Z furią wskazywał różdżką na Dudleya, ze wszystkich sił powstrzymując się od zrobienia czegoś więcej niż tylko grożenia.

Żadnych wieści, niczego! Był rozwścieczony, zmęczony, zdezorientowany i zraniony.

Czy to nie on był tym, który walczył z Voldemortem? Patrzył na śmierć Cedrika? A jednak wszystko, co byli w stanie zaoferować mu Dumbledore czy – co gorsza! – Ron i Hermiona to nic nieznaczące świstki bezwartościowych listów, którymi próbowali podnieść go na duchu.

Zacisnął zęby i chociaż wiedział, że nie powinien tego robić, rozkoszował się strachem, który pojawił się w oczach jego kuzyna. Nie zmniejszyło to jednak jego frustracji.

- Nie celuj tym we mnie! – wydyszał Dudley, jego twarz była blada, a całe ciało mokre od potu.

- Zrozumiałeś?!

- NIE CELUJ TYM WE MNIE!

Nagle Dudley wydał z siebie dziwny, zduszony wrzask, jakby oblano go lodowatą wodą.

Przez ułamek sekundy Harry pomyślał, że niechcący użył magii, ale następnie uderzyła w niego rzeczywistość. Jego oczy rozszerzyły się z przerażeniem.

Gwiazdy zniknęły, podobnie jak jakiekolwiek inne źródła światła. Ogarnął go przerażająco znajomy chłód, owijając swoje macki wokół każdej części jego ciała.

Nie posiadał wystarczającej mocy magicznej, by mogła ona pogasić gwiazdy.

Usiłował coś zobaczyć, podczas gdy Dudley jęczał mu do ucha, błagając. Odpowiedział mu coś z roztargnieniem, rozglądając się za źródłem niebezpieczeństwa.

To niemożliwe… ale przecież wszędzie byłby w stanie rozpoznać to uczucie.

Dementorzy.

Usłyszał ich, zanim zobaczył, ich ochrypłe dyszenie, niczym sama Śmierć.

Kontynuował swoją sprzeczkę z zatłuszczonym wielorybem, coraz bardziej zirytowany, ale zaniechał tego, kiedy pięść z donośnym hukiem uderzyła w jego głowę. Zwaliła go z nóg, a przed jego oczami pojawił się snop białych gwiazdek.

- Dudley, ty kretynie! – wrzasnął z oczami pełnymi łez, dźwigając się na kolana, macając gorączkowo ziemię w poszukiwaniu swojej różdżki. Usłyszał jak Dudley, idiotyczny niezdara, ucieka. – DUDLEY, WRACAJ! IDZIESZ PROSTO NA NIEGO!

Rozległ się przeraźliwy wrzask i kroki Dudleya nagle ucichły. Ryknął do swojego kuzyna, by był cicho, pragnąc nie musieć otwierać swoich ust, by wypowiedzieć to ostrzeżenie, ale czując, że zmusza go do tego poczucie obowiązku. Rozpaczliwie rozejrzał się znów w poszukiwaniu swojej różdżki.

- Gdzie jest… różdżka… no… gdzie… Lumos!

Rzucił zaklęcie całkiem bezwiednie, czując potrzebę odrobiny światła i za cud uważał, że koniec jego różdżki zapłonął bladym światłem. Złapał ją, podniósł się na nogi, a następnie rozejrzał, natychmiast zamierając.

Dementor znajdował się tuż za nim i, w następnej sekundzie, jego gnijąca ręka złapała jego gardło.

- Expecto patronum!

Jedynie strzęp srebrzystej mgiełki wystrzelił z jego różdżki, a jego umysł został pochłonięty przez wspomnienia.

Wspomnienia pobicia, cmentarza i ciemnowłosego chłopca… co?

A następnie, kiedy usta stworzenia dotknęły jego, opadł w ciemność.


Ciemność zniknęła chwilę później i Harry pomyślał, że jeśli stracił duszę, wcale nie było to takie złe.

Wszystko wokół niego było jedną wielką plamą rozmazanych barw, a następnie… następnie z obrzydliwym trzaskiem uderzył w ziemię, całkowicie zdezorientowany. Ałć.

Wrzaski wokół niego, zmartwione okrzyki… magia… poczuł dreszcz magii. Otworzył oczy, mrużąc je, kiedy zaczął się rozglądać. Wszystko go bolało.

Nagle poczuł się niezwykle wyczerpany.

Czuł ogarniającą go panikę. Panikę, która w szaleńczym strachu zaciskała jego żołądek.

Co się stało? Gdzie był? W H-hogwarcie? Czyżby w jakiś sposób aportował się do Hogwatu? Ale nie, pojawił się w samym środku zajęć z eliksirów… chwila, co?

- Niech ktoś ściągnie dyrektora i pielęgniarkę.

Jeden głos przebił się przez przerażony szmer - jasny, autorytarny głos, który skądś znał. Przekręcił głowę, zauważając postać, która znajdowała się bardzo blisko niego… naprawdę blisko? Czyżby na kimś wylądował?

Z całą pewnością złamał stół… miał szczęście, że nie wylądował w kociołku!

Powinien przeprosić. Odwrócił się… i zamarł.

Nie.

To był jakiś chory żart. Musiał być. Po prostu musiał być.

Postać również odwróciła się twarzą do niego. Lodowate, inteligentne, fioletowe oczy wdawały się przeszywać jego duszę.

- Tom Riddle? – zapytał wściekle.

Zauważył, że uwaga chłopca w całości skierowała się na niego, bardziej intensywnie niż czuł kiedykolwiek wcześniej, a dłoń ścisnęła mocno jego brodę i…

Znów otoczyła go ciemność.


Tom Riddle był znudzony.

Minął mniej więcej tydzień od czasu, kiedy rozpoczął się jego piąty rok nauki i, choć zachwycony był swoim powrotem do Hogwartu i magii, był znudzony.

Program nauczania był dla niego śmiesznie łatwy i był pewien, że większość podstawy programowej opanował już na swoim trzecim roku. No cóż, i tak było to lepsze niż życie pośród plugawych mugoli i ich wojen. Lekko przymknął oczy, opierając się chęci wzdrygnięcia.

Oczywiście Świat Czarodziejów również prowadził swoją własną wojnę z Grindewaldem, ale wojna różdżek i władzy była o wiele wspanialsza i wykwintniejsza niż ogień, eksplozje i brzydota na ulicach Londynu.

Poczuł, że Lestrange, ten żałosny kretyn, próbuje napotkać jego spojrzenie, ale zignorował to.

Wszyscy płaszczyli się przed nim, byli w dzisiejszych czasach na każde jego skinienie, a utrzymanie jego imperium w ryzach nie było już nawet wyzwaniem.

Mimo tego pogrywanie z nimi raz na jakiś czas wciąż było dla niego dość zabawne, przekonanie się, jak wiele mógł od nich wziąć i przekręcić ich, zanim ci chwycą haczyk. A kiedy już to zrobią, patrzył czy mógł posunąć się jeszcze dalej, sprawić, że zaczynali myśleć, iż znaczą dla niego wszystko… zanim odrzuci ich jak śmieci, którymi zresztą byli.

Och, wspaniałe było obserwowanie, jak ścigają się i sprzeczają, by uzyskać jego uwagę, robią coraz bardziej desperackie rzeczy, by choć na chwilę przyciągnąć jego spojrzenie, zyskać dobre słowo pochodzące z jego ust.

Dodał ciemiernik do swojego eliksiru, mieszając go, ignorując pełne podziwu spojrzenie, jakim Slughorn obdarzał na przemian jego i Prince'a.

Otrzyma kolejne „W", oczywiście. Nigdy nie zdobył niczego innego, nie pozwolił sobie na to. Nic nie mogło pójść źle…

Nastąpił obrzydliwy trzask, ciało pojawiło się znikąd, spadając wydawałoby się z powietrza, lądując mocno na jego małym stoliku, właściwie to prawie na jego kolanach, gdyby tylko nie zszedł mu z drogi.

Przez chwilę czuł dezorientację i zdziwienie. Wszystkie znajdujące się przed nim przedmioty rozpadły się na kawałeczki.

A następnie nastąpił chaos.

Ludzie krzyczeli, całkowicie absurdalnie i żałośnie.

To był tylko chłopiec.

Trzeba przyznać, że był to bardzo dziwny chłopiec, który pojawił się znikąd, ale to nie wymagało takiego irytującego piszczenia.

Czarne włosy, bardziej proste od jego, ale o tym samym odcieniu, opalona skóra, drobna budowa… okropne ubrania, okulary i, och, cóż to za ciekawa blizna? Miała kształt podobny do błyskawicy. Był nieznacznie zaciekawiony.

Tak czy inaczej, było to coś nowego, coś z czym nigdy wcześniej nie pogrywał. Jęk bólu uciekł przez usta dziwnego chłopca, a następnie jego oczy otworzyły się, rozglądając po pomieszczeniu.

Były to oszałamiające oczy. Szmaragdowe, lśniące zielenią Morderczego Zaklęcia. Za wyjątkiem nich, chłopiec wyglądał stosunkowo zwyczajnie. Był również dość przystojny. Nie żeby zawracał sobie głowę takimi rzeczami, ale kilka dziewczyn zaczęło szeptać między sobą z nieznośnym podekscytowaniem.

Och, na litość boską, czy naprawdę wszyscy zamierzali tak po prostu gapić się na chłopca jak idioci? Oczywiście, głupotą z jego strony było pomyślenie, że wzniosą się ponad swój idiotyzm i rozwiną chociaż kawałeczek mózgu.

- Niech ktoś ściągnie dyrektora i pielęgniarkę – rozkazał krótko, tłumiąc w sobie chęć westchnięcia, na dokładkę dodając do swojego głosu nutkę zmartwienia.

Brzmiał jak wzorowy uczeń. Idealnie.

Te oczy natychmiast zwróciły się na niego, zapewne skupiając uwagę na jedynym nie-krzyczącym głosie w pomieszczeniu. Ich spojrzenia spotkały się, a następnie te oczy rozszerzyły.

Zielone oczy. Żywe oczy. Zdezorientowane oczy. Wyzywające oczy.

- Tom Riddle? – zapytał z niedowierzaniem chłopiec, niemal ze strachem, a już z całą pewnością z nienawiścią.

Jego oczy rozszerzyły się w odpowiedzi, zanim mógłby to powstrzymać.

Czy ten chłopak go znał? On go przecież nie znał… prawda?

Jego umysł szumiał od milionów pytań i absolutnie niezaspokajającej ilości odpowiedzi.

Niezwłocznie rzucił się do przodu, chwytając szczękę chłopca, palcami przesuwając po jego gładkiej skórze, wzmacniając ten uścisk, kiedy chłopiec automatycznie próbował się z niego wyszarpać.

A następnie całkowicie owładnął nim ból, stępiając wszystkie jego zmysły… zemdlał.

Poczuł chwilowy przebłysk rozczarowania, po czym zebrał się w sobie, oferując zabranie nieoczekiwanego gościa do Skrzydła Szpitalnego, w którym bez wątpienia spotka się z nimi Dippet.

Ukrył uśmieszek.

Wyglądało na to, że będzie dość ciekawie.


* w prologu wykorzystane zostały fragmenty z książki „Harry Potter i Zakon Feniksa" autorstwa JK Rowling i tłumaczenia Andrzeja Polkowskiego.