Od autorki: Cześć wszystkim. Wiem, że to zabrzmi dziwnie - zwłaszcza, że już długi czas nic nie dodawałam – ale zdecydowałam, że ten rozdział będzie ostatnim; zmieniłam jego nazwę ze „Starcie" na „Epilog". Naprawdę Was przepraszam, ale po prostu zabrakło mi pomysłów + od jakiegoś czasu jestem naprawdę zajęta. Chciałabym, żeby było inaczej. Jeszcze raz przepraszam.


Zastrzeżenie: Nie jest to moja praca, tylko tłumaczenie angielskiego oryginału należącego do ix3frogger. Prawa do sagi, bohaterów należą do Stephenie Meyer.


- Kocham cię – powiedział. W dalszym ciągu wywoływało to u mnie ten sam efekt.

- Ja ciebie też kocham – wyszeptałam.

Czułam się wspaniale, leżąc z moją miłością, momentalnie zapominając o przeszłości.


Epilog

Minął tydzień odkąd powiedziałam Cullen'om o swojej przeszłości. Myślałam, że zmieni to układ rzeczy między nami, ale na całe szczęście zarówno to, jak i moja umiejętność została zaakceptowana.

Edward co prawda stwarzał najwięcej problemów; czuł się winny mojej trudnej przeszłości i przez cały czas siebie obarczał. Tego właśnie najbardziej się obawiałam. Nienawidziłam być świadkiem tego, jak siebie torturuje. Jak on cierpiał, cierpiałam razem z nim. Nie potrafiłam tego znieść.

- Edwardzie… - powiedziałam któregoś dnia kiedy on – ponownie – za dużo rozmyślał na wcześniej wspomniany temat.

Spojrzał na mnie z oczami wypełnionymi bólem.

- Tak, kochanie?

- Przestań, proszę.

- Co? – zapytał, zmieszany.

- Przestań ciągle się z tym męczyć! To nie była twoja wina! Nie możesz pozwolić, by to zakłócało całe twoje życie! Co się stało, to się nie odstanie. Jestem teraz tutaj i nienawidzę patrzeć, jak w kółko się udręczasz – zbeształam go.

- Bello, przepraszam. Ja tylko… J-jeżeli po prostu bym został mogłoby być z tobą wszystko dobrze! Mogłaś przeżyć normalne, szczęśliwe, ludzkie życie! – znowu zaczął swoją tyradę.

- Edwardzie – próbowałam nakłonić go, utrzymując kontakt wzrokowy. – Jeżeli rzeczywiście byś został, tak czy inaczej coś by się wydarzyło. Magnes przyciągający niebezpieczeństwa, pamiętasz?

W tym momencie postanowił skończyć rozmowę, jednak zdawałam sobie sprawę, że nic z niej nie rozproszyło jego poczucia winy. Kiedyś ją powtórzymy. Na sto procent.

Nadeszła sobota. Nie miałam pojęcia, gdzie znajdował się Edward. Powiedział, że nie piśnie mi ani słówka – to miała być „niespodzianka". Tkwiłam więc w domu Cullen'ów, słuchając Alice próbującej nakłonić mnie do wyjścia z nią na zakupy.

- Proszę, Bello! – błagała. – Spójrz na siebie! Potrzebujesz nowych ciuchów! Poza tym nie miałam za wielu okazji, by spędzić z tobą w ten sposób czas... odkąd zniknęłaś… i tęsknię za tym.

- Awww, Alice! Nie chcę iść! Chcę po prostu zaczekać tu na Edward'a – było niesamowicie ciężko stawiać jej opór, ale naprawdę za bardzo się stresowałam, aby cokolwiek innego robić.

- Bello! Nie będzie go przez kilka dobrych godzin! Mamy mnóstwo wolnego czasu.

- Alice, nie chcę iść na zakupy. Sądzę, że wybiorę się na polowanie – w zasadzie nie miałam takiej potrzeby, ale powiedziałabym wszystko, byle tylko powstrzymać Alice.

- Okej, w takim razie pójdziemy obydwie! – rzekła z nadzieją w głosie.

- Lepiej pójdę sama. Potrzebuję trochę czasu dla siebie. Poza tym zatrzymam się w swoim domu i zabiorę kilka rzeczy – co było prawdą – będzie to dla ciebie zbyt nudne.

Westchnęła.

- No dobrze. Jeżeli jednak zmienisz zdanie to wiedz, że tutaj jestem – wyglądała tak ponuro, że prawie zmieniłam zdanie po to tylko, by sprawić jej przyjemność.

- Będę niedługo w domu – powiedziałam, zeskoczyłam z kanapy i przebiegłam przez drzwi.

- Pa! – zawołała za mną.

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo chciałam wydostać się z domu i biec przez las, póki nie poczułam zbutwiałego zapachu drzew i wiatru mieszającego mi we włosach.

Tak dużo wydarzyło się w ciągu ostatniego miesiąca i nawet nie miałam zbyt dużo czasu, by to przetrawić.

Przebiegłam około czterdziestu mil w głąb lasu i wtedy zatrzymałam się i usiadłam na skale.

Byłam teraz taka szczęśliwa. Miałam z powrotem moją rodzinę i miłość mojego życia. Nie mogło już być lepiej. Ufałam im teraz całkowicie. Na początku było ciężko – zdać sobie sprawę z tego, że nie zamierzają znowu mnie zostawić – ale teraz wiem, że tutaj będą. Zdałam sobie także sprawę, że to, co działo się w mojej przeszłości, nie było ich winą. Próbowali mnie chronić, uchronić od siebie. Mimo że plan kompletnie spalił na panewce, oni o tym nie wiedzieli.

Po raz pierwszy w ciągu dwudziestu lat byłam szczęśliwa. Prawdziwie szczęśliwa.

I wtedy usłyszałam odgłos łamanej gałęzi.

Nie zdążyłam nawet w pełni odwrócić głowy, gdy oberwałam porządnego kopniaka w brzuch; siła uderzenia wysłała mnie na drzewo położone 20 jardów (1 jard = około 1,91 metra) dalej. Upadłam na ziemię z trzaskiem.

Kiedy wstałam, byłam tak zszokowana, kogo ujrzałam, że nie byłam w stanie bronić się, kiedy wampir złapał mnie za szyję i uniósł w powietrze.

Nie miałam potrzeby, by oddychać – tak więc odcięcie dopływu powietrza mi nie przeszkadzało – ale wampir zaciskał rękę tak mocno, że myślałam – gdyby to było możliwe – że zemdleję z bólu.

Spojrzałam w znajome krwistoczerwone oczy i ogniste włosy i poczułam, jak fala nienawiści przepływa przez moje ciało.

- Victoria – zaśmiałam się szyderczo; wkładając w to imię tyle jadu, ile tylko możliwe.

- Cześć, Bello – powiedziała przesadnie słodko.

- Czego ty chcesz? – wykrzyknęłam, zapominając o bólu w szyi.

- Czy to nie oczywiste Bello? Ciebie martwą, rzecz jasna. Kiedy ciebie zmieniłam, zrobiłam to po to, byś żyła zawsze – w cierpieniu. Kiedy jednak sprawdziłam, co u ciebie, zobaczyłam, jak jesteś szczęśliwa. Nie mogę tego puścić płazem, prawda?

Złość kipiąca we mnie coraz bardziej się zwiększała. To jej wina! Wszystko jest jej zasługą! Ona zamordowała Charlie'go. Ona zmieniła mnie w potwora! A co najgorsze, to ona spowodowała, że nienawidziłam Cullen'ów, myślałam, że to oni byli przyczyną mojego marnego życia. A teraz usiłowała zabrać moje odnalezione szczęście… znowu.

Podciągnęłam nogi i z jak największą siłą kopnęłam ją w brzuch – upuściła mnie, a sama uderzyła w ziemię z takim impetem, że w rezultacie zatrząsnęło lasem.

Od razu stanęła na nogi, ale to ja byłam szybsza. Rzuciłam ją z powrotem na ziemię, przytrzymując nogą, by już tam została.

- Nie pozwolę ci na to! Nie znowu! – krzyknęłam i przybliżyłam zęby do jej szyi – przygotowując się do zabrania jej życia.

W mgnieniu oka, szybciej, niż zdążyłam się zorientować, złapała moją nogę, która ją przytrzymywała i zrzuciła mnie z niej; w następne drzewo.

- Bella, Bella, Bella. Widzę, że dalej jesteś naiwna. Czy naprawdę myślałaś, że jesteś w stanie tak szybko mnie się pozbyć?

Moja noga była złamana, czułam to. Wiedziałam też, że zostanie uleczona w kilka minut, więc zignorowałam to i stanęłam na równe nogi, szykując się do walki.

Uderzyła pierwsza i zdołała ugryźć mnie w ramię – co bardzo bolało. Zdołałam jednak zrzucić ją ze mnie.

Była szybsza niż ostatnim razem i stała z powrotem na nogach w mniej niż sekundę.

Tym razem nic nie mówiła, tylko atakowała. I tym razem jej cios wywrócił mnie na plecy. Siedziała na mnie w mgnieniu oka.

- Dlaczego próbujesz tak wszystko utrudniać? – zapytała się z rozbawieniem w oczach, obserwując, jak bezużytecznie próbowałam się jej pozbyć.

Kiedy moje ręce czy nogi jej dotykały, odpowiadała mi ugryzieniem i coraz mocniej przyszpilała do ziemi. Sprawiało jej to frajdę. Cieszyła się z każdego bólu, który mi zadała, z faktu, że moje życie leżało w jej rękach, z faktu, że zakończy moje dopiero co odzyskane szczęście.

Przestałam walczyć. Zginę. Tym razem naprawdę zginę. Wróciłam myślami do czasów, kiedy naprawdę życzyłam sobie śmierci, kiedy życzenie to nigdy się nie spełniało. Ale teraz, gdy aktualnie cieszyłam się życiem, kiedy miałam powód, by istnieć, moje życie miało się skończyć.

Jej twarz była centymetry od mojej.

- Żegnaj, Bello – wyszeptała.

Edward… już nigdy go nie zobaczę.

Jej zęby były już u celu. Do widzenia Edwardzie…

- Ahh! – usłyszałam krzyk Victorii chwilę przed ogromnym zderzeniem, po czym ujrzałam, jak czerwonowłosy wampir zlatuje ze mnie i uderza w jedno z wcześniej złamanych drzew.

Teraz to byłam zmieszana. Co się, u licha, właśnie stało?

Zanim skończyłam myśl Edward znalazł się u mego boku i wziął w ramiona.

- Bello, wszystko w porządku? – spytał się, zatroskany.

Byłam zbyt oszołomiona, by coś wykrztusić.

- Bello? Bello, słyszysz mnie? – powtórzył.

- T-Tak myślę… - i wtedy zaczęłam łkać. Przysunął mnie bliżej do siebie, mocno przytulając. Wtedy sobie przypomniałam – Victoria.

- Edwardzie a co z Vic…

- Już się nią zajmujemy – przerwał mi.

Rozejrzałam się dookoła i wtedy zdałam sobie po raz pierwszy sprawę, że Emmett i Jasper tu byli, walcząc z Victorią, przygotowując się do jej zabicia.

- Jest okej. Już więcej cię nie skrzywdzi – Edward mnie uspokajał.

Zamknęłam oczy i przysunęłam się bliżej jego klatki piersiowej.

- Czy możemy po prostu iść już do domu? – spytałam się.

- Oczywiście – powiedział, a następnie wstał – ze mną w ramionach – i zaczął mknąć przez las.


Od autorki: Okej ludzie, to jest to! Chciałabym wszystkim tym podziękować, którzy męczyli się z moimi wiadomościami, okazjonalnymi brakami pomysłów (jak na przykład teraz), tym, którzy służyli mi poradą i zostawiali komentarze. Naprawdę pomogliście mi się poprawić. A do tych, którzy nie znaleźli się w żadnej z wcześniej wymienionych grup – jesteście do d… ŻARTUJĘ! Was również kocham :P Oczywiście nigdy nie jest za późno na komentarz. Dziękuję za czytanie :]


Od tłumaczki: Moje pierwsze w życiu wyzwanie za mną. Również dziękuję za spore zainteresowanie (nawet się tego nie spodziewałam) i za wszelkie porady :) Tak jak wcześniej wspominałam, biorę się teraz za pairing Bella&Jasper. Mam już zgodę na tłumaczenie jednej z krótszych historii, a potem… może coś ambitniejszego? Kto wie. Wszystko zależy od czasu, w końcu jeszcze miesiąc i rozpoczynamy rok studiów + przygotowania do matury rozszerzonej z biologii. Marzy mi się medycyna i na pewno z niej nie zrezygnuję – zdaję sobie sprawę, że będzie mnie to kosztowało sporo wyrzeczeń, ale… żyje się raz :)
Warto walczyć o marzenia.
To do następnego! I jeszcze raz dziękuję za uwagę :)