Henry komenderował, gdzie skręcić, jednak po przejażdżce autobusem Sherlockowi to już wydawało się zwyczajne. Mógłby nawet sam spróbować, lecz nie chciał tracić czasu. W głowie krążyła mu pewna myśl. Koniecznie musiał sprawdzić tę hipotezę.

Wyszli na Tower Hill po pięciu minutach. Dokoła było cicho i pusto.

– Popatrz – rzekł Henry z zadowoleniem. – Robi wrażenie?

Sherlock podniósł wzrok i zamurowało go. Tower był taki jak w jego mieście, tylko… Nad zamkiem kłębił się rój kolorów. Było to podobne do tej samej membrany, która oddzielała jeden rejon NieLondynu od drugiego, lecz o ile granica wyglądała jak tęczowa błona, to na niebo nad Tower jakby ktoś chlusnął z palety obłąkanego impresjonisty. Kolory zmieniały się z szaleńczą prędkością, niebo rozświetlało się to żółcią, to fioletem, to znów czerwienią i zielenią… Wszystko to przelewało się jedno w drugie, mieniło i roztaczało dokoła nerwowy, migotliwy blask.

– Pięknie, no nie? – Henry zdawał się uśmiechać. – Z początkiem nowego tysiąclecia Zamek postradał rozum. Jakby czas wybuchnął w środku. Teraz tam wymieszane są kawałki wieków. Wcześniej żyło tam wielu ludzi, razem ze Strażnikiem, gospodarzem Tower. A teraz ani Strażnika nie widać, ani żyć tam nikt nie może. Tylko kruki, ale one mają z czasem i z zamkiem szczególne układy. A co do reszty… Wiesz, jak nazywają w NieLondynie Tower Hill?

– Jak?

– Tower Hell. Głucho tam teraz, jak w beczce. Zwykle czujemy innych mieszkańców miasta. Pamiętasz, kiedy się poznaliśmy, wyczułem, że lord–mer się zbliża? A w Zamku teraz jest martwa strefa. I może to nawet lepiej. Lepiej, żebyśmy nie wiedzieli, co tam się dzieje.

– Nikt tam nie mieszka? – zapytał Sherlock, jak urzeczony patrząc na feerię barw.

– Tylko kruki, jak już mówiłem. No i jakaś tam drobnica, na przykład szczury. Nie mają tyle rozumu, żeby liczyć czas, im wszystko jedno, czy jest wiek dwudziesty czy trzynasty. A jeśli chodzi o obywateli, to nikt. Próbowali – ale jak dotąd żaden nie wrócił.

W umyśle Sherlocka nieoczekiwanie fakty połączyły się w logiczny łańcuch. Porządnie. Równo. Tak, jak trzeba. Idiota. Dlaczego nie zrozumiał tego wcześniej?

„Trzeba być kompletnym świrem, żeby łamać prawo…" – sarkastyczna uwaga Henry'ego. Zaniepokojony Whittington – nie może znaleźć śladów, nie może pojąć, kto morduje w jego mieście.

„Tower zwariował… głucho jak w beczce".

„Trzeba być kompletnym świrem, żeby łamać prawo…"

„– Sposoby ucieczki?

– Żadnych, mądralo. Zrozum, z bezczasu nie da się uciec…
– A jeśli nadejdzie pomoc z zewnątrz?"

„Szczurza Dziewczyna z Bermondsey – też była niczego sobie panienka, z fantazją. Powiadają, że zanim ją zapomniano ostatecznie, zdążyła przygruchać admirała…"
Obłąkany Tower, w którym mogą żyć tylko szczury. Szczury. Szczury przenoszące zarazę. Szczury – poddani jakiejś zapomnianej legendy. Szczury. Ubrania ofiar, które były dziwnie zniszczone – jakby przetarte piaskiem. Albo jakby je gryzły szczury.

Energia. Do czego w NieLondynie może być potrzebna energia?

"Każde drzwi da się otworzyć, jak się postarać".
O Boże. Jest idiotą.

– Henry. Musimy wracać z powrotem na Piccadilly, porozmawiać z Anterosem.

– A co się…

– Pilnie! – wrzasnął Sherlock, prędkim krokiem oddalając się od zamku. – No, prowadź! Gdzie mam skręcić?!

– Cicho, cicho. W lewo, tylko tak się nie drzyj.

Kiedy wkroczyli na plac, bruk przy fontannie osobliwie wydął się… i zaczął ruszać. Dokładnie. Ruszać.
Szczurzy dywan odpłynął. Anteros leżał na ziemi – zmasakrowany, pokąsany, ze zniszczonymi, obskubanymi skrzydłami.

Sherlock zachłysnął się.

Ktoś stał nad trupem. Ktoś w długim płaszczu, niski i chudy. Zbrodniarz na chwilę się odwrócił, patrząc na detektywa ze zdziwieniem i przestrachem…

– Uciekaj! – wrzasnął Henry, wyrywając się Sherlockowi z rąk i padając na bruk. – Uciekaj, Sherlock!

I Sherlock pobiegł.

Gnał tak, że aż świszczało mu w uszach, już wcześniej zdarzało mu się biegać: gonić, ścigać. Zawsze był tym, kto goni. Nigdy jeszcze nie uciekał i to nowe doświadczenie mu się nie podobało. Z tyłu była nieunikniona i bardzo nieprzyjemna śmierć – lawina szczurów, setki malutkich istot, które po prostu zaduszą go samą liczbą, jeśli tylko dopadną. A bardzo chciały go dopaść.

Myśli stukały w głowie w takt rozpaczliwego bicia serca. Szczura Królowa! Dziewczyna z Bermondsey! Anteros podpisał na siebie wyrok, kiedy o niej wspomniał. Pierzasty dureń, ale podpowiedział dobry kierunek.
Sherlock ledwo zdołał się uchylić przed szczurem, który na niego skoczył, i zaklął półgłosem. Nie czas na rozmyślania, zachwycać się swoimi logicznymi wywodami będzie mógł później.
W głowie przewijało mu się wszystko, co wiedział o NieLondynie: dzielnice, jurysdykcje, sposoby podróżowania, struktura zabudowy. Nie, nie zadziała! Nie ta logika, tutaj jest tylko intuicja i wiedza. A on nie ma ani jednego, ani drugiego. Mógłby, skupiając się, przejść tam, gdzie potrzebuje, ale o jakim skupieniu mowa, kiedy lecisz na złamanie karku, klucząc, i uciekasz przed rozżartym szczurzym stadem?
Zrzucił z siebie kilka zwierzaków, które zdołały go dogonić i wczepiły się w płaszcz, ostro skręcił w bramę, czując, że to dobra droga, i wybiegł na arenę ogromnego rzymskiego amfiteatru. Zatrzymał się na sekundę, obejrzał, by się upewnić, czy szczury pogonią za nim. Te nie zostawały z tyłu – spod łuku już chlusnęła brudnoszara piszcząca fala.
I Sherlock znów rzucił się do ucieczki. Biegł, nie wybierając drogi, tracąc oddech. Rozerwał nogawkę o jakiś sterczący drut, wiatr chłostał go po twarzy, dzielnice zmieniały się przed jego oczami jak w oszalałym kalejdoskopie. Ukazywały się za bramami, pod arkadami, w zaułkach, między drzewami, za płotami… Pojawiały się, wypływały z mgły i ciemności, i zaraz w nich znikały, a Sherlock ledwo nadążał wychwytywać detale i orientować się w swoim położeniu po kamieniach, dachówkach, fragmentach płaskorzeźb. Nie to, wciąż nie to… NieLondyn bawił się z nim, zwodził go. Warstwa za warstwą, Holmes pojawiał się pod ziemią, w tunelach, gdzie z powały kapała woda, a nogi ślizgały się na mokrych kamieniach; to znów wyrzucało go na brzeg Tamizy i myślał: „Nareszcie!", jednak ulga była iluzoryczna, pierwsza przeszkoda, zakłócająca linię brzegową przerzucała go w inne miejsce i wszystko zaczynało się od nowa. Szczury wciąż gnały za nim, część zostawała w tyle, ale ich miejsce natychmiast zajmowały inne. Wiły się długim potokiem, kierowanym cudzą wolą, a wszystkie miały jeden cel: zabić. Sherlock biegł ze wszystkich sił, uciekając, skacząc, lecz jego siły wyczerpywały się. Szczury nie znały problemów z rzeczywistością – były u siebie w domu w obu światach.
Sherlock próbował wycelować w konkretne miejsce – jedyne bezpieczne – ale przeklęte drogi wciąż prowadziły nie tam, gdzie należało.
Z tyłu rozległo się dzikie wycie, zagłuszające tupot szczurzych łapek. Do polowania dołączył ktoś jeszcze. Sherlock zebrał ostatnie siły i pobiegł szybciej. Wycie i złowrogi warkot gnały za nim, jednak wciąż rozlegały się kilka kwartałów z tyłu, jakby popędzały i jego, i szczury, podkreślając niebezpieczeństwo jako jeszcze większe, niż można było sobie wyobrazić.
W końcu Sherlock ponownie trafił na nabrzeże, prawie tam, gdzie chciał. Wycie zabrzmiało praktycznie za jego plecami i detektyw obejrzał się. Gonił go gigantyczny czarny pies, ciemniejszy nawet od nielondyńskich cieni. Przemieszczał się długimi, nierównymi skokami i z każdą sekundą skracał dystans.

Sherlocka ogarnęło przerażenie. Tak, jak na stole u zegarmistrzów – niekontrolowany, zwierzęcy strach, rozpływający się po całym ciele. Nigdy nie bał się psów, lecz ten stwór wzbudzał niemal paraliżujący lęk.
Detektyw zrozumiał, że prawdopodobnie nie zdąży uciec, nawet jeśli bardzo się postara. Pies poruszał się w niewiarygodnym tempie, mimochodem zgniatając łapami szczury. Sherlock wyciągnął z kieszeni pistolet i w biegu strzelił kilkakrotnie za siebie, niezbyt licząc na sukces. Jakoś wątpił, żeby kule mogły zaszkodzić tej bestii w jakikolwiek sposób.
Przed nim zarysowały się filary Mostu Londyńskiego i Holmes ostatkiem sił rzucił się naprzód, z nadzieją, że będzie miał szczęście i wystarczy mu czasu, by dostać się na drugi brzeg Tamizy. A tam można biec, myśląc jedynie o miejscu przeznaczenia i mieć nadzieję, że droga sama zaprowadzi go tam, gdzie trzeba.
Wbiegł na most, rozpaczliwie gnając naprzód, zostawiając z tyłu szczury i psa. Most wydawał się niewiarygodnie długi, jakby całe mile kamiennego bruku zostawały z tyłu, a do brzegu było jeszcze ogromnie daleko.
I wówczas na brzegu uderzył dzwon. Big Ben zahuczał, wybijając dwanaście uderzeń i brzeg zadrżał, jak podczas trzęsienia ziemi. Most pod nogami zakołysał się. Sherlock natychmiast przypomniał sobie słowa Henry'ego o Moście Londyńskim, który każdej nocy wraz z dwunastym uderzeniem zegara wali się, jak w piosence.

Poszczęściło mu się. Czyżby jednak…?
Most skrzypiał i chwiał się, chociaż kamień skrzypieć nie powinien. Sherlock był już na ostatnim przęśle, kiedy środek runął w wodę. Obejrzał się, by zobaczyć wyciągniętego w skoku czarnego psa. Jak w zwolnionym ujęciu na filmie leciał naprzód, a Sherlock zrozumiał, że nie zdąży.

Ryk, skok – i w bok psa z impetem wbił się ktoś tak samo wielki i drapieżny. Mignęła lwia grzywa, rozległ się skowyt i zwierzęta wpadły do wody. Bezdźwięcznie. Zniknęły bez najmniejszego plusku, a Tamiza tylko westchnęła z sytym zadowoleniem. Sherlocka przejął dreszcz. Wycofał się z pobliża mostu i znów pobiegł, nie widząc, jak szczury skaczą i toną, lecz jednak część przedostaje się na brzeg po ocalałych przyporach mostu.

Pobiegł ulicami, starając się skupić na celu. To nie było trudne – Big Ben wciąż jeszcze dzwonił i huczał na całe miasto. Sherlock pędził, nie wybierając drogi, nie śledząc jej, w końcu nawet nie myśląc o tym, dokąd biegnie. I może właśnie dlatego w końcu rzeczywiście mu się poszczęściło. Potknął się o korzeń, którego nie powinno być na dobrze ubitej drodze i upadł na ziemię. Obrócił się z trudem i usiadł.

Dziwnie powykrzywiane domy gapiły się na niego ślepymi oknami. W oddali wznosiła się opleciona korzeniami baszta. Ulica Trzynaście.
Pierwszy szczur wbiegł na ulicę, kierując się ku ofierze i został zaraz pochwycony przez korzeń, który wyłonił się spod ziemi. Reszta nie ośmieliła się ruszyć za towarzyszem, piszcząc żałośnie i zbijając się w kłąb u wylotu ulicy.
– W czym mogę panu pomóc? – odezwał się spokojny głos za plecami Sherlocka.

Detektyw nigdy nie przypuszczał, że mógłby tak się ucieszyć na widok zegarmistrza. Wstał z godnością, otrzepał płaszcz i powiedział:

– Muszę się pilnie widzieć z merem Whittingtonem. Ścigają mnie.

– Widzę, proszę pana. – W głosie mnicha nie było śladu ironii. – Proszę za mną.

– Jak szybko możecie się z nim skontaktować? – zapytał Sherlock.

Zegarmistrz złożył ręce i lekko pochylił głowę.

– Przykro mi, ja nie mogę panu pomóc, sir. Zwykli czeladnicy nie mają dostępu do kruków. Zaprowadzę pana na górę, do mistrza Bena. On panu pomoże.

– Nie mam czasu! – krzyknął Sherlock. – Muszę natychmiast…!

– Przeciwnie. Tutaj ma pan czas na wszystko – sprostował mnich łagodnie. – Proszę iść za mną.

Kiedy niewyobrażalnie długie wejście na wieżę nareszcie dobiegło końca, na spotkanie Sherlockowi wyszedł tak samo monumentalnie wyglądający Big Ben.
– WIEM, PO CO PRZYSZEDŁEŚ. – Gestem zatrzymał Sherlocka, który nawet nie zdążył otworzyć ust. – TEN CHAOS W MIEŚCIE MOŻE MIEĆ TYLKO JEDNĄ PRZYCZYNĘ.

– Chaos? – Holmes uniósł brew.

– SAM POPATRZ – zaproponował Ben, prowadząc go ku gigantycznemu, szklanemu cyferblatowi na całą ścianę, kryjącemu się wcześniej za zasłoną kołyszącego się mroku. Otwierał się stąd widok na całe miasto. Jakimś sposobem Sherlock widział wszystkie szczegóły nawet z takiej wysokości – zapewne było to szczególne szkło. Po NieLondynie buszowały szczury. Szare ciała zapełniały dzielnice za dzielnicą, membrany wyginały się gniewnie i zaciskały, próbując nie przepuszczać inwazji. Całe rejony przepełzały z miejsca na miejsce, dryfowały i krążyły. Sherlock pomyślał, że to pewnie dlatego tak długo rzucało go po całej metropolii – cała konstrukcja poszła w diabły, aż dziw, że po drodze w ogóle nie wpadł do Tamizy.
– CUD, ŻE UDAŁO CI SIĘ PRZEDRZEĆ – zauważył Ben dzwonnym głosem. – MIASTO SIĘ BRONI I ZAMYKA DOSTĘP MIĘDZY REJONAMI. BARYKADUJE SIĘ, JAK WOLISZ, I NIKT NIE MOŻE OPUŚCIĆ SWOJEJ DZIELNICY. MASZ NIEWIARYGODNE POCZUCIE KIERUNKU, SKORO UDAŁO CI SIĘ DOTRZEĆ DO CELU.
– Miałem dobry bodziec. Ale nie w tym rzecz. Potrzebuję lorda–mera. Mam informacje!

Wielki Ben uśmiechnął się.

– TERAZ I DLA CIEBIE STAŁO SIĘ JASNE TO, CO ZOBACZYŁBY NAWET ŚLEPIEC.

– Dlaczego więc pan nie rozwiązał tej sprawy? – zapytał detektyw. Odezwałby się ostrzej, jednak postać Big Bena stanowczo nie zachęcała do grubiaństwa.

– WIELE WIDZĘ Z WYSOKOŚCI SWOJEJ WIEŻY. JEDNAK TO SPRAWA MIASTA I SPRAWA LORDA–MERA. MY JESTEŚMY CZASEM, I TO LUDZIE ZMIENIAJĄ BIEG CZASU, A NIE CZAS DZIAŁANIA LUDZI. NIE MIESZAM SIĘ. MY JESTEŚMY PO PROSTU RZEMIEŚLNIKAMI. NIE GORĄCZKUJEMY SIĘ I NIGDZIE NIE ŚPIESZYMY – TO DOBRE DLA TAKICH JAK WY.
Sherlock kiwnął głową, lecz mistrz nie zwracał na niego uwagi. Wydostał z rękawa dużego metalowego kruka ze sterczącym z boku kluczem. Kilka obrotów i ptak rozpostarł skrzydła, przestąpił z łapy na łapę i schylił łeb, błyskając czarnym okiem.
– ZNAJDŹ MERA, NIECH PRZYJDZIE JAK NAJSZYBCIEJ. POWIEDZ, ŻE JEST TUTAJ JEGO DETEKTYW.

Kruk otworzył dziób, zakrakał i wyleciał, rozbiwszy szkło zegara. Starczyło jedno machnięcie ręki Bena, by wszystkie odłamki podniosły się z podłogi i wróciły na swoje miejsca. Zegarmistrz rządził tym miejscem tak samo, jak Sherlock podporządkowywał sobie przestrzeń w Pałacu Umysłu.

– CZAS TWOICH DZIAŁAŃ SIĘ SKOŃCZYŁ – rzekł mistrz. – TERAZ POZOSTAŁO CI TYLKO CZEKAĆ. ZOSTAŃ TUTAJ. JA BĘDĘ ZAJĘTY, NIE MOŻNA DOPUŚCIĆ DO NIEPORZĄDKÓW W GĄSZCZACH. – Big Ben oddalił się powoli, a Sherlock usiadł na podłodze, opierając się o ścianę. Myśli rozpaczliwie pulsowały mu w głowie, mózg starał się znaleźć odpowiednie rozwiązanie.

Szczury – nieprzerwany potok szczurów, którego nie można zatamować. Jaki sens zabijać czy zatrzymać Królową, jeśli nie można zatrzymać wszystkich szczurów w Londynie?
– Szczury są wszędzie – wymamrotał w przestrzeń. – Kieruje nimi z dowolnego miejsca. Ale… zwykłe zwierzaki, tylko w nich jest drugi umysł… Królowej nie można zabić, nieśmiertelni nie umierają… Uwięzić – niemożliwe, zwyczajnie przerzuci swój umysł w szczury i będzie działać dalej… Jak zabić nieśmiertelnego? Jak zabić…
– Nie ma niczego naprawdę nieśmiertelnego – rozległ się cichy głos z boku. – Wszystko ma swój czas.

– Co? – Sherlock drgnął.

Przed nim stał znajomy mnich w rdzawym habicie.

Oczy detektywa zabłysły.

– Czas, mówisz?
Z pamięci natychmiast wypłynęły frazy, jakby tylko czekały na odpowiedni moment, by ukazać się na powierzchni.

„Jesteśmy zegarmistrzami. Możemy zbudować każdy zegar. Zegar, odliczający czas do twojej śmierci, i zegar mierzący minuty twego szczęścia. Zegar, zdolny zatrzymać wszystko i wzbudzić każde serce, nawet zrobione z kamienia. Jesteśmy mistrzami".

„Na cmentarzu Highgate teraz w ogóle nie ma czasu – żadnego. Zegarmistrzowie go zapieczętowali".

– Czy możecie zrobić dla mnie zegar? – spytał Holmes, owładnięty ideą. – Zegar, który by zapieczętował czas dla Królowej z Bermondsey?
– Nie pracujemy na zamówienie – odparł mnich słodko. – I jest to skomplikowana praca, bardzo skomplikowana. Mamy zegar dla każdego żyjącego w NieLondynie, lecz nie mamy prawa mieszać się w linie czasowe mieszkańców. Zresztą – umilkł na chwilkę i uśmiechnął się – dla pana możemy zrobić wyjątek. No i wyżej wymienione to raczej wskazówki niż prawa. – Zegarmistrz zamarł wyczekująco. – Lecz jedną zasadę jednak mamy i to nienaruszalną. Nie pracujemy bezpłatnie. Każda praca ma swoją cenę.
Sherlock przymrużył oczy.

– Nie są wam potrzebne pieniądze, to oczywiste. Są dla was bezużyteczne. Czego chcecie ode mnie?

– Wie pan, co nam potrzebne. Ale nie może pan nam tego dać. Jednak jest pewna rzecz, która możemy wziąć. Pański czas, panie Holmes. Powinien pan nam oddać pewną ilość swego czasu i wówczas zrobimy dla pana zegar Królowej.
– Ile?

– O, proszę się nie niepokoić – zapewnił go mnich. – Kilka lat, nie więcej. Dwa, trzy lata. Kiedyś będzie pan musiał się schować, ukryć przed wszystkimi. Wtedy wróci pan tutaj i odda pan dług. Dla pana nie minie nawet minuta. Jeśli zachowa pan pierścień, dotrze pan tutaj bez przeszkód.
– A jeśli taka chwila nie nadejdzie?

W głosie zegarmistrza dał się słyszeć śmieszek:

– O, na pewno nadejdzie, sir. Zgadza się pan?

Sherlock nawet się nie namyślał. W porównaniu z tym, czego mogli od niego zażądać, była to bardzo miłosierna cena.
– Zgadzam się.

Mnich ukłonił się nisko.

– Dziękuję panu. Teraz pan pozwoli, że się oddalę. Wszystko przygotujemy.

xxx

Odeszła do Tower, kiedy nie mogła już tego ścierpieć.

Cudze spojrzenia. Obojętne. Taksujące. Wzgardliwe. Wśród tych, którzy żywią się ludzką uwagą, nie jest przyjęte zadawać się z zapomnianymi.

Jej włosy splątały się i zmatowiały. Zniknęły strojne sukienki. Przyszło zadowalać się okruchami wspomnień. Szczurza królowa z Bermondsey nikomu już nie była potrzebna.

Ta, która łowiła w swe sieci najprzystojniejszych i najsilniejszych mężczyzn, obiecując im powodzenie na długie lata. Ta, na dźwięk imienia której wzdragały się kobiety z biednych dzielnic. Ta, na którą łaskawie zwrócił uwagę sam Admirał.
W Tower nikt nie pytał o imiona i nie liczył lat. Strażnik nie wyganiał nikogo z twierdzy, a w kazamatach było mnóstwo miejsca. Wiedziała, że w dziennym mieście do Tower chodzą ludzie, by popatrzeć na przeszłość. Jednak w NieLondynie było na to niewielu chętnych. Zbyt głośno wyły tutaj duchy, zbyt wiele ukryto w ścianach.

Została.
Mijały lata. Nikt nie pamiętał Szczurzej Królowej, ale o szczurach trudno zapomnieć. Są wszędzie, więc nie umarła, nie rozwiała się, choć nie można powiedzieć, że nie chciała. Może właśnie wtedy narodziła się ta nienawiść – do Wielkiego Bena, Starego Baileya i Świętego Pawła. Do wszystkich, którzy wiecznie będą się kąpać w promieniach ludzkiej pamięci i zachwytu. Po prostu dlatego, że zostali stworzeni z twardego kamienia. Po prostu dlatego, że trwale stoją w tym dziennym mieście, w tej żałosnej parodii, w tym odrażającym skupisku tak mało pamiętających ludzi. O, ona potrafiła nienawidzić.
Kiedy Tower oszalał, zrobiło się lżej.

Na początku było wesoło. Można było chodzić korytarzami i przyglądać się warstwom rzeczywistości, stykom czasów i spiętrzeniom wieków. Strażnik zniknął – poszedł czasowym korytarzem, coraz dalej i dalej, i już nie wrócił. Chodziła po twierdzy i oglądała inne stulecia. Pamiętała je wszystkie. Do najmniejszych detali. Jak pachniało powietrze w trzynastowiecznym Londynie, jak buchał Pożar, jak Mór kruszył ściany i zdobywał kolejne ulice, jak Whittington po raz pierwszy zajął stanowisko lorda–mera nocnego miasta. Pamiętała wszystko.
Potem pamięć zaczęła się mieszać. Rozumiała, że to czas, przemieszany w Tower, przemielił też i ją samą, lecz potem zrozumienie odeszło i nie pojmowała już niczego. Zrobiło jej się wszystko jedno.

Coraz częściej patrzyła na ulubione wieki, ignorując epoki późniejsze. Była w tym mieście Królową. Prawdziwą. Niekoronowaną, lecz najpiękniejszą.
Gniew rósł.

Złość wywiodła ją za wrota twierdzy i pognała ku dalekim wzgórzom, do bramy starego cmentarza, gdzie bały się chodzić nawet wędrowne latarnie. Złość skłoniła ją do wypatrywania poprzez mętny tuman bezczasu wysokiej postaci w płaszczu i masce. Złość sprawiła, że wymyśliła cudowny plan, znalazła jeszcze jedną zapomnianą legendę – nikomu już niepotrzebnego Psa i podzieliła się z nim własnym szaleństwem.
A cudza siła okazała się słodsza od miodu. I przyszłość była piękna, jak nigdy. Najpierw Mór spustoszy miasto, a szczury, jej dzieci, pomogą mu, jak to robiły już wcześniej. Chaos wypełni ulice. A potem miasto zginie, dlatego, że zginą ludzie. I to będzie najlepsze ze wszystkiego, bo wszak przeszłość nie wraca, a ci, którzy nigdy nie rodzili się w ciałach, nie mogą umrzeć. Pozostanie tylko zetrzeć wszystko i zacząć od czystej karty. Albo i nie zaczynać. Ścierać jest znacznie przyjemniej.
I szła po Londynie, śpiewając starą piosenkę – lekkonoga, zadowolona, jak kiedyś. Królowa. Prawdziwa Królowa.

xxx

Sherlock stał przy oknie, wciąż jeszcze patrząc na rojące się, panikujące miasto, kiedy podszedł do niego zegarmistrz w burym habicie. Wszyscy oni chodzili bezszelestnie, lecz teraz Holmes czuł, jak się zbliżają. Jakby nagle zaczynał mu tuż przy uchu tykać zegarek.

– Czy chciałby pan się pokrzepić? – Mnich trzymał kubek, nad którym unosiła się para.

– Wiem, że tutaj nie wolno mi niczego jeść, pić, ani spać, możecie się nie wysilać.

– Mógłby pan sam stać się mistrzem…

Sherlock odwrócił się. Pod kapturem nie było niczego widać, jednak mógłby przysiąc, że mnich się uśmiecha.

– Niewiele zostało. Miasto i tak pana zabierze. To tylko kwestia czasu. Nie będziemy jednak pana zmuszać.

Sherlock chciał wypytać go bardziej szczegółowo, lecz akurat wtedy na schodach rozległy się ciężkie kroki.

– Lord–mer Whittington – zaanonsował zegarmistrz. Kubek zniknął z jego dłoni, jakby nigdy go tam nie było i Sherlock nie miał pojęcia, gdzie się podział.

Dick Whittington niemal wbiegł do baszty. Na jego ramieniu siedziała zdenerwowana Margaret z nastroszonym ogonem i stulonymi uszami.

– Panie Holmes! Jak się cieszę, że jest pan tutaj! W mieście panuje prawdziwe piekło, już myślałem, że nie zobaczę pana wśród żywych. Udało się panu czegoś dowiedzieć?
Sherlock lekceważąco machnął ręką.

– Szkoda czasu.

Zegarmistrz, wciąż jeszcze stojący obok, przypomniał cicho:

– Ma pan cały czas NieLondynu do dyspozycji, póki znajduje się pan tutaj.

Detektyw rzucił na niego czujne spojrzenie, lecz ten nic więcej nie powiedział.
– Miałem to pod samym nosem. Czytałem o niej już na początku, kiedy studiowałem legendy. Zawsze trudno oddzielić fakty od śmieci, a jej historia nie była najbardziej popularna.

Dick Whittington patrzył bez zrozumienia. Sherlock przewrócił oczami.
– Na Boga, przecież po całym waszym mieście biegają szczury! W Londynie była tylko jedna Szczurza Królowa! Królowa z Bermondsey! Nie byłem pewien, dopóki mnie nie napadły, ale teraz…

Lord–mer westchnął wstrząśnięty i potarł czoło, przesuwając kapelusz na potylicę.
– Panie Holmes – powiedział wreszcie. – Ma pan prawo robić mi wyrzuty, lecz właśnie dlatego pana wezwałem – nie byliśmy w stanie wskazać przestępcy. Nie dlatego, że nie jesteśmy zdolni do analizowania i wyciągania wniosków, lecz dlatego, że my sami zapominamy to, co zapominają ludzie. To właściwość NieLondynu. Królowa z Bermondsey interesuje tylko badaczy miejskiego folkloru – i ja za nic w świecie bym jej sobie nie przypomniał, gdyby mnie pan nie zmusił. Ale jak pan się tego domyślił?
Sherlock uśmiechnął się. Za nic by się do tego nie przyznał, ale lubił opowiadać o biegu swoich myśli, kiedy doprowadzał go do pomyślnych rezultatów.
– Szaleństwo. I Tower. I jeszcze dżuma, zamknięta na cmentarzu. Po co zbierać energię? Jak zrozumiałem, takim sposobem nie da się przywrócić ludziom pamięci, którą wy wszyscy się odżywiacie. I nie można osiągnąć żadnych innych korzyści. To po prostu siła. A do czego wykorzystuje się siłę? Żeby przebić się gdzieś, coś zburzyć. W NieLondynie jest tylko jedno zapieczętowane miejsce. Może jest ich więcej, lecz mnie się powiodło za pierwszym razem. A dalej wszystko było mniej więcej proste. Potrzebny był mi szaleniec, zdolny złamać prawo, który ukrywał się tak, że nie można go było odnaleźć – a przecież na pewno szukaliście. Kiedy zobaczyłem obłąkany Tower, który może ukryć każdego – od razu wszystko zrozumiałem. Anteros opowiedział mi o Królowej, a ona go zabiła niemal natychmiast. Admirał zginął dlatego, że mógł ją rozpoznać. Najpierw zabiła dwóch najsilniejszych obywateli miasta, a potem poszła drogą korzyści. Pozostaje jedno pytanie. – Sherlock skierował spojrzenie na lorda–mera. – Kiedy zbierze dosyć energii?
Dick Whittington obrócił się ku zegarmistrzowi.

– Musimy iść na cmentarz Highgate, do bramy. Natychmiast. Niech Ben wykorzysta swoje rezerwy, spróbujemy go zatrzymać.

Sherlock uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Nie ma potrzeby. Wiem co trzeba robić.
Lord–mer niczego nie powiedział, tylko popatrzył z niedowierzaniem i skinął mnichowi.

Zegarmistrz ukłonił się nisko i w tej samej chwili, jakby zawczasu uzyskał zgodę, przesunął ręką z dołu do góry, jakby rozcinając rzeczywistość. W rozcięcie chlusnęło światło, Sherlock odruchowo zmrużył oczy, jego dłoń objęły czyjeś cienkie palce i zrobił krok.

Od tej chwili wydarzenia następowały tak szybko, że Sherlock ledwie nadążał z analizowaniem strumienia informacji. Jakby w wieży Big Bena rzeczywiście mieli cały czas wszechświata, a potem został ledwie żałosny ogryzek.

Brama cmentarza była zupełnie niepodobna do tej, jaką Sherlock zapamiętał z fotografii Highgate w swoim mieście. Ogromne kute wierzeje mogłyby wytrzymać bezpośrednie trafienie pociskiem armatnim.

Tym niemniej, nie wytrzymywały.
Przed bramą stała Królowa. Mała figurka pośród ruchliwego morza szczurów, otoczona przytłumionym lśnieniem. Stała z wyciągniętą ręką, jakby o coś prosiła, a jej poza nie wyrażała ani napięcia, ani wysiłku. Po prostu stała przed bramą. A ta zwyczajnie wyginała się. Ogromne skrzydła jak gdyby rozpierała jakaś niewidoczna siła, metal giął się z chrupaniem niczym wiosenna kra, osiadając, łamiąc się i pokrywając szczelinami. Królowa zacisnęła pięść i wrota ze straszliwym hukiem pękły wzdłuż. Lecz nie otworzyły się. Jeszcze nie. Możliwe, że Sherlock uległ złudzeniu lecz widział… Widział i czuł czyjąś ogromną figurę w ciemności za ogrodzeniem. Niemożliwą, fantasmagoryczną postać w czarnym płaszczu i białej masce z długim nosem. Sherlock skądś wiedział, że była to maska doktora. Maska doktora Śmierci z weneckiego karnawału. Lecz teraz nie wydawała się śmieszna ani głupia. Detektywa niespodzianie i gwałtownie ogarnęła autentyczna, pierwotna, zwierzęca zgroza.

I nagle… wszystko się skończyło. Zegarmistrz, który przybył z nimi na miejsce, uniósł ręce, rozłożył ramiona i klasnął w dłonie. Królowa obejrzała się i zamarła. Potem szarpnęła się, przybrała poprzednią pozycję, brama znów pękła, kobieta znów się obejrzała, i znowu… Sherlockowi wydawało się, że ogląda replay krótkiego fragmentu filmu na ekranie montażysty.
– Czego jeszcze panowie potrzebują? – spytał zegarmistrz uprzejmie.

– Zegar – rzekł Sherlock nieswoim głosem, odchrząknął i powtórzył: – Zegar. Jednak zbudowaliście jej zegar. Tak szybko.
– Jesteśmy mistrzami w swoim fachu – odparł mnich z zadowoleniem.

– Ach, no proszę. Elegancko – odezwał się Whittington. – Sherlock, zuch z ciebie. A, i cofnijcie czas o pół godziny – poprosił lord–mer spokojnie zegarmistrza. – Trudno będzie naprawić bramę, a była bardzo mocna.

Do detektywa dotarło, że poza nim chyba nikt się nie wystraszył. I Whittington, i zegarmistrz zachowywali się tak, jakby zupełnie nic nie zaszło. Mnich wydobył z fałd habitu wytworny zegarek na łańcuszku. Podszedł do Królowej i wziął ją za rękę. Odwróciła się – już nie w powtórce, a naprawdę. Szarpnęła się, próbowała uciec, lecz pająkowate palce trzymały ją mocno. Nawet nie krzyczała – tylko szarpała się w milczeniu, stawiała opór, próbowała wyrwać… Cienka ręka zmusiła ją, by dotknęła cyferblatu – tylko końcem palca, ale to wystarczyło. Królową z Bermondsey wciągnęło do wnętrza zegarka, jak w tanim horrorze. Zegarmistrz podał czasomierz Whittingtonowi.

– Nie zdoła wyjść. Dla niej teraz czas nie istnieje.
Potem krytycznie popatrzył na bramę i pokiwał głową.

– Powinien pan zamknąć oczy – rzekł, nie oglądając się, lecz Sherlock i tak zrozumiał, że zwraca się do niego. Zamknął oczy, choć nie miał na to ochoty. Jednak zdążył się przekonać, że czasami w tym mieście lepiej robić to, o co cię proszą.
Lekki podmuch powietrza na twarzy. Klaśnięcie.

– Może pan otworzyć oczy.
Brama cmentarna była zamknięta. Wznosiła się jak przedtem, niewzruszona, jak skała. Za ogrodzeniem nic nie majaczyło.
– No i widzisz, Margaret – zwrócił się Whittington do kotki, wciąż jeszcze siedzącej na jego ramieniu. – Teraz możesz wrócić na swój posterunek. I szczycić się tym, że od razu wskazałaś mi prawidłowe miejsce.
– Prawidłowe miejsce? – powtórzył Sherlock.
– Margaret pilnuje wzgórz Highgate już od wielu lat – uśmiechnął się lord–mer. – To właśnie ona podniosła alarm.

– Pilnuje… O! No oczywiście! – Sherlock miał ochotę jeszcze raz nazwać się idiotą. Przeczytał kilka folklorystycznych bredni i nie zdołał zauważyć najważniejszego. Ani Szczurzej Królowej, ani pomnika kotki Dicka Whittingtona, stojącego niedaleko stacji Archway. Margaret i cmentarz od samego początku miał tuż przed nosem. – Wiedział pan! Wiedział od samego początku! Więc do czego byłem wam potrzebny?!

Dick Whittington westchnął i uśmiechnął się, kiwając głową.

– Nie, panie Holmes, ja mogłem się tylko domyślać, że jest coś, co mi umyka. Był pan nam bardzo potrzebny. Oddał pan miastu ogromną przysługę. Mówiłem już panu: nie jesteśmy w stanie zobaczyć tych rzeczy, które mogłoby zrozumieć nawet dziecko z waszego świata. Wiedzieliśmy, że z tym zadaniem może poradzić sobie tylko człowiek – dlatego rozpoczęliśmy te absurdalne próby porwań.

– Oczywiście – rzekł Holmes sarkastycznie. – A ja jestem udoskonalonym wariantem babci Adenberg. Szybciej biegam i mam doświadczenie, jeśli chodzi o ciągi narkotyczne.
– I jeszcze kocha pan to miasto, panie Holmes – dodał mer łagodnie. – Może pan o tym nie wie, ale kocha pan Londyn. Nie powinien się pan krytykować. Jak sądzę, to nie w pana stylu. – Obrócił się ku zegarmistrzowi. – Powinniśmy zwrócić niezużytą energię. Nie mogę czekać na odnowienie, w mieście panuje chaos.

Ten skinął głową pod kapturem.

– Podczas kontaktu przedmiotu z nosicielem energia sama wróci tam, skąd przyszła.

– Cudownie. Chodźmy, panie Holmes.

Wyszli na cichą ulicę i poszli naprzód, oddalając się do cmentarza. Spacer z merem różnił się od wędrówek z Henrym – Dick Whittington przekraczał warstwy rzeczywistości miękko i akuratnie. Sherlock nawet nie zauważył kiedy dotarli do Piccadilly.
Anteros wciąż jeszcze leżał tam, gdzie go porzuciły szczury – pobladły i niepodobny do siebie. Wyglądał jak podrostek, prawie jak dziecko. Whittington przykucnął obok i dotknął zegarkiem bladej piersi bożka.
Żadnych efektów specjalnych – po prostu wygląd miejskiego symbolu zmienił się nieuchwytnie i oto już podnosił się z ziemi, otrząsając skrzydła.

– Dziękuję. – Oczy Anterosa pozostały tak samo czarne i szalone. – Jestem zobowiązany, panie Holmes. Kiedyś zwrócę dług. Będzie miał pan problemy w miłości, to proszę przyjść na Piccadilly.

– Pozer – zaskrzypiał ktoś z ziemi.
– Henry! – Lord–mer podniósł czaszkę i ostrożnie otarł połą płaszcza. – Nie ucierpiałeś?
– Ani trochę. Milordzie, cóż mi się może stać?

Dick Whittington zwrócił się do Sherlocka.

– Myślę, że pora się pożegnać, panie Holmes. To była długa noc i nie sądzę, by dalsze spacery sprawiły panu przyjemność. A ja muszę odwiedzić admirała i Baileya, wszystkich, którzy ucierpieli. I przywrócić porządek w mieście. Nie będzie to łatwe. A i dla pana dalsze pozostawanie tutaj jest niebezpieczne. Spodobał się pan temu miastu, może zechcieć pana zatrzymać.
Sherlock otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale jakoś nie znalazł słów. Po raz pierwszy w życiu nie miał pojęcia, co należy powiedzieć w takim przypadku. I nie miał ochoty odchodzić.

– Milordzie – zaskrzypiał Henry. – Mogę o coś prosić?

– Naturalnie. Mów.

– Proszę mu pozwolić zabrać mnie ze sobą.

Sherlock ze zdumieniem popatrzył na czaszkę. Henry pokręcił się jak zwykle i warknął:

– No nie gap się tak! Oczywiście stanę się kościanym bałwanem, ale to nawet nieźle. Za długo już żyłem. Ostatecznie, gadająca głowa, którą odrąbali parę wieków temu, to już nawet nie jest śmieszne. Postawisz mnie sobie na półeczce nad kominkiem i będziesz straszyć panienki. A, do ciebie panienki nie chodzą. No, kogoś tam będziesz straszyć, żaden kłopot, no nie?

Holmes uśmiechnął się nieoczekiwanie dla samego siebie.

– Myślę, że to będzie pasowało do mego image.
Whittington roześmiał się.

– No i świetnie. Pozostało tylko… – Nieoczekiwanie zamarł, jakby przysłuchując się czemuś. – Tak, oczywiście – powiedział, wyraźnie nie zwracając się ani do Sherlocka, ani do Henry'ego. – Tak. Dobrze.

Kiedy mer spojrzał na detektywa, na jego twarzy zastygł wyraz zdumienia.

– Panie Holmes. Pan… Ktoś chciałby się z panem widzieć. Nie, Henry'ego proszę zostawić tutaj.

Czerep zadławił się niezadanym pytaniem, ostatecznie wydobywając z siebie osobliwy dźwięk. Sherlock lekko się zaniepokoił .
– Proszę się nie bać – uśmiechnął się lord–mer. – Nikt pana nie skrzywdzi. Proszę mi dać rękę.

Sherlock usłuchał.

I zwyczajny świat znów się odsunął, ustępując nierealnemu.

Stali w „niczym", jednak nie było ono statyczne i jednorodne, tak jak przywykł, a iskrzyło się, przelewało, oddychało i biło żywą materią – i było to o wiele piękniejsze, niż zorza nad oszalałym Tower. To przypominało muzykę, taką, jaka jest do chwili, nim odzieje się w dźwięki. To, co jest, zanim pojawia się muzyka.

Dick Whittington uśmiechnął się.
– Tutaj pana zostawię. To prywatna rozmowa, nie mam prawa w niej uczestniczyć.

– Kto chce mnie widzieć? – zdziwił się Sherlock. – Komu jeszcze jestem tutaj potrzebny?

– Zobaczy pan – rzekł lord–mer miękko i dodał, kładąc detektywowi dłoń na ramieniu: – Wie pan, trochę panu zazdroszczę. Jednostki dostąpiły tego zaszczytu, i nawet ja widziałem go tylko dwa razy. A przecież żyję już bardzo długo.

Sherlock otworzył usta, lecz Dick pokręcił głową.

– Nie trzeba.
I, puściwszy rękę detektywa, zniknął. Sherlock zadarł głowę, rozkoszując się otaczającym go widowiskiem, i czekał. Wydawało mu się, że minęło niewiele czasu, kiedy zorza sięgnęła ku niemu nitkami, cienkimi łodyżkami, które splotły się w ludzką postać. Przed nim stał… Sherlock właściwie nie mógł określić kto. Widział wielu ludzi jednocześnie. Ta istota miała wszystkie twarze, jakie można było sobie wyobrazić i należały one zarazem do kobiety, dziecka, młodego mężczyzny, starca, dziewczyny… Wszystkie twarze, ubiory, wszystkie epoki mieszały się, splotły z jedną potężną spiralę i teraz stały przed nim.

– Sherlocku Holmesie – odezwała się istota. – Chciałem ci podziękować.

Jej głos był chórem głosów, mówiły jednocześnie, nie łowiło ich ucho, szły wprost do mózgu, komponując się idealnie – i wszystkie te głosy uśmiechały się.

Sherlock przekrzywił głowę.

– Kim jesteś? – zapytał.
– Ja… – Istota zaśmiała się i w jej wnętrzu popłynęły fale barw. – Jestem miastem. Jestem Londynem, jednym Londynem – dziennym i nocnym, tym, który rzeczywiście jest.

Holmes popatrzył na niego uważnie i uściślił:
– Tym, który był zawsze.

– Tak. Tym, który zawsze będzie. Jednocześnie. Ale jestem też tymi, dla których miasto stało się rodzinnym, wszystkimi, którzy je pokochali. Pamiętam każdego, jestem każdym z nich. I chciałem ci podziękować.

– Co…? – Holmes osłupiał. Nie spodziewał się tego. Mógł pojąć wdzięczność Whittingtona, Anterosa, każdego z mieszkańców, ale wdzięczność Miasta…?
Jakby czytając w jego myślach, Londyn uśmiechnął się.
– Wynajęło cię Miasto, a Dick Whittington był jedynie moim pełnomocnikiem. Pracowałeś właśnie dla Londynu. Gdyby spełniło się to, co zostało uknute… Zawaliłoby się wszystko, chaos pochłonąłby oba miasta, a ja mógłbym zostać unicestwiony. Byłeś potrzebny właśnie mnie. I chciałbym cię wynagrodzić. Czego pragniesz, Sherlocku Holmesie?
Sherlock zamarł. Nawet nie pomyślał o czymś takim, bo i po co, skoro otrzymał wszystko, o czym mógłby marzyć – ekskluzywną sprawę do rozwiązania, nowy świat, paradoksalny wszechświat i zwycięstwo? Co jeszcze w ogóle mogłoby mu się przydać?
Milczał. Już od dawna niczego nie chciał.

– W takim razie sam wybiorę podarunek, nie masz nic przeciwko? – zapytało Miasto tysiącem głosów, z których każdy odzywał się we wnętrzu Holmesa.
Sherlock pojął, że nie może odmówić. Wszystkie twarze miasta patrzyły wprost na niego.

– Już wiesz, co się dzieje z tymi, kogo zapamiętują w Londynie? – zapytało Miasto. – Stają się legendami, przychodzą tutaj, do NieLondynu i po wsze czasy pozostają częścią historii – możliwe, że wykrzywionej, lecz nigdy nie zapominanej. Lecz związek NieLondynu i Londynu jest nierozerwalny, działa w obie strony. A w NieLondynie zapamiętali cię wszyscy, za to, co zrobiłeś. Jesteśmy wieczni, jak i nasza pamięć, i dlatego twoje imię w Londynie nie zostanie zapomniane. Staniesz się legendą, Sherlocku Holmesie, i to już bardzo prędko. Będą cię pamiętać całe pokolenia. To mój pierwszy podarunek.

Sherlock nie mógł wykrztusić ani słowa. Słuchał tego, co mówi miasto i ogarnęło go poczucie totalnego surrealizmu. Takie rzeczy po prostu się nie zdarzają. Nie było mu to potrzebne? Czy było? Sherlock Holmes, jedyny na świecie detektyw konsultant…

– Drugi dar, mój drogi Sherlocku – ciągnął Londyn – to rzecz dla ciebie najcenniejsza. Wiedza. Od teraz dzienny Londyn jest dla ciebie otwartą księgą. Nigdy w nim nie zabłądzisz, będziesz znać to miasto jak nikt inny, nie będzie miało dla ciebie tajemnic. Najmniejsze zaułki, przecznice… Wszystko to będzie żyć w tobie, jak ty żyjesz w samym Londynie. Jesteś częścią miasta, lecz teraz ono zostanie częścią ciebie.
Sherlock nadal milczał, wstrząśnięty. To było więcej, niż mógł sobie wyobrazić. Naprawdę kochał Londyn, to miasto z tysiącami możliwości, z nudą i rzadkimi wybuchami interesujących wydarzeń, z deszczami i wiatrem, placami, przestępstwami i wszystkim, co mu ono proponowało. A taki podarunek… Był naprawdę bezcenny.
Jednak Miasto zrozumiało. Uśmiechnęło się do detektywa, a wraz z nim uśmiechały się zmieniające się jedna za drugą twarze i epoki.
– I trzeci… Uważasz, że to ci niepotrzebne i być może zechcesz się uwolnić od tego daru, ale… Nawet największemu geniuszowi potrzebny jest ktoś, kto go wysłucha. Pozostając samotnym, prędzej czy później się zniszczysz, Sherlocku Holmesie. Twój rozum nie zdoła sobie poradzić z własną ostrością. Obok ciebie pojawi się człowiek, jedyny, który będzie do ciebie idealnie pasował. Jedyny, który będzie umiał być z tobą. I to jest najlepsze, co mogę dla ciebie zrobić.

– Ale… – Sherlock próbował oponować.

– Nie. Zrozumiesz. W chwili, kiedy to się stanie, zrozumiesz. I poczujesz, kto to będzie. A kiedy się dowiesz, po prostu pomyśl. Potrafisz to. Teraz muszę iść. Trudno jest utrzymywać statyczną formę. Tym bardziej mnie. – Jaskrawe nici, tworzące sylwetkę Miasta, zaczęły się rozplatać i odpływać z powrotem w materię dokoła. – Żegnaj, Sherlocku Holmesie, jeszcze się zobaczymy, ale już nie za twego życia. Kiedyś potem. Pamiętaj, że jesteś mile widzianym gościem w NieLondynie. Możesz wrócić, tylko nie zapominaj, że nasza rzeczywistość jest dla ciebie zgubna. Jesteś krwią z krwi dziennego miasta z jego życiem, lecz jeśli wyniknie paląca potrzeba, właśnie paląca, nie inaczej, możesz przyjść. I będą ci tutaj radzi. A teraz żegnaj.

Wcielenie Miasta, jego esencja rozpłynęła się w przestrzeni, pozostawiwszy Holmesowi po sobie tylko dziwne, nieznajome poczucie niewyobrażalnej wdzięczności. Uśmiechnął się. Miasto, tak…?
Sherlock zamknął oczy i zrobił krok prosto na plac, z taką łatwością, jakby to robił całe życie. Lekko kręciło mu się w głowie od wszystkiego, co usłyszał, a teraz jeszcze bardzo chciał wrócić z powrotem. Tak naprawdę chciał.

Na placu czekali na niego Anteros, Dick, Margaret i Henry.

– Masz szczęęęęście, przystojniaczku – przeciągnął skrzydlaty z kpiarskim uśmieszkiem. – Nieczęsto nawet naszym coś takiego się trafia. To co, rzucasz nas teraz?
– Tak – odrzekł Sherlock. – Moje sprawy tutaj zostały zakończone, chyba, że macie jeszcze jakieś kuszące zagadki, które może rozwiązać tylko przybysz z dziennego świata?
– Nie – rozśmiał się Dick. – Ze wszystkimi innymi sekretami poradzimy sobie sami. Dziękuję, panie Holmes. Naprawdę okazał nam pan nieocenioną pomoc. Nigdy tego nie zapomnimy.

Sherlock skinął głową. Nie było po co komentować rzeczy oczywistych.

Margaret, stojąca dotąd obok mera, podeszła i otarła się łebkiem o nogi Holmesa. Po czym, miauknąwszy krótko, wróciła na miejsce, widocznie rozumiejąc, że Sherlock nie jest wielbicielem domowych zwierząt i na próżno oczekiwać od niego zwrotnej uprzejmości w rodzaju pogłaskania.
Sherlock podszedł do fontanny i nie zwracając uwagi na rozżalone spojrzenie Anterosa, podniósł czaszkę.

– No cóż, Henry – powiedział. – Jesteś pewien, że chcesz zmienić otoczenie i pokrywać się kurzem gdzieś w kącie mieszkania?
– Jak najbardziej. Jestem już bardzo stary, pora na emeryturę. Iskra rozumu we mnie pozostanie, więc jeśli będziesz mnie czasami wynosił na spacer, żebym chociaż popatrzył, jak to tam u was jest urządzone, to będziemy liczyć, że się dogadaliśmy.
– Nie ma problemu.

– To idziemy? – zapytał czerep.

Sherlock wsunął czaszkę pod pachę, skinął pozostałym głową i odszedł. Co prawda mógłby odejść wprost z tego miejsca, ale nie mógł sobie odmówić pewnego dramatycznego efektu na pożegnanie. Szedł zdecydowanym krokiem, poły płaszcza powiewały za nim, a nad głową przelewało się ciemne niebo NieLondynu.
– Hej, zaglądaj tu czasami! – Usłyszał za plecami, tuż przed tym, jak świat przygasł, ustępując miejsca innemu, o wiele bardziej znajomemu.

Tak jak przedtem stał na Piccadilly, lecz był to plac znajomy do ostatniego szczegółu. Zwyczajny i tak samo realny, jak ten, który opuścił przed sekundą. Ekran reklamowy świecił jasno, ulicą przejeżdżały rzadkie nocne taksówki, samotny sprzątacz melancholijnie zbierał śmieci.
Sherlock głęboko wciągnął znajome powietrze, uśmiechnął się, złapał wygodniej umilkłą na zawsze czaszkę i poszedł do domu. Pieszo.
Na skraju placu zatrzymał się, odwrócił i mrugnął do skrzydlatej figury, zwieńczającej szczyt fontanny. Wydawało mu się przez moment, że Anteros przyjaźnie machnął mu skrzydłem – i znów znieruchomiał. Sherlock zaśmiał się, nie zwracając uwagi na kręcącego głową sprzątacza, i poszedł dalej, powoli, bez pośpiechu, żeby zdążyć nacieszyć się starym nowym Londynem, który podarowano mu od teraz aż do końca życia.

Przypisy:
Wszystkie legendy, wspomniane w tekście, są autentyczne i do tej pory mają swoje miejsce w londyńskim folklorze miejskim.

1. Dick Whittington – realnie żyjący kiedyś człowiek, trzykrotny lord–mer Londynu, według legendy zawdzięczający swoje bogactwo i pozycję swemu kotu i własnej pomysłowości. Jedna z najpopularniejszych postaci, bohater książek i spektakli teatralnych.

2. Szczurza Królowa z Bermondsey – wsławiła się tym, że uwodziła mężczyzn, zmieniając się w kobiety, których najbardziej pragnęli. Obiecywała kochankom szczęście i bogactwo, pod warunkiem, że tylko będą milczeć o tych romansach.

3. Więzienie Newgate, Dick Whittington, widmowy pies i Old Bailey są nierozerwalnie związani. To właśnie mer Whittington położył kamień węgielny pod twierdzę Newgate. Pies miał pożerać więźniów, a dużo później, na początku XX w. na miejscu więzienia wybudowano gmach sądu Old Bailey.

4. Anteros również jest godną uwagi figurą, pierwotnie pomyślany jako antyteza Erosa, choć mało który mieszkaniec Londynu wie, że fontannę wieńczy nie Kupidyn, a jego przeciwieństwo.

5. Imię „Henry" czaszka otrzymała na cześć Henry'ego Greya, diuka Suffolk, którego skazano na ścięcie za bunt przeciw ślubowi królowej Marii z hiszpańskim królem Filipem. Po kaźni jego głowa potoczyła się gdzieś do dziury pod szafotem. Znaleziono ją wiele lat później, bez śladów rozkładu. Zachowała się w doskonałym stanie i podobno do tej pory jest wystawiana na widok publiczny.

Według naszej teorii głowa Henry'ego spędziła miło czas w NieLondynie, uczestnicząc w wielu ciekawych przygodach.

6. I w charakterze dokładki: Gog i Magog, olbrzymi znani między innymi z tego, że kiedy byli głodni, polowali na mieszczuchów i gotowali ich w wielkim kotle.